home | login | register | DMCA | contacts | help |      
mobile | donate |

A B C D E F G H I J K L M N O P Q R S T U V W X Y Z


my bookshelf | genres | recommend | rating of books | rating of authors | reviews | new | | collections | | | add
fantasy
space fantasy
fantasy is horrors
heroic
prose
  military
  child
  russian
detective
  action
  child
  ironical
  historical
  political
western
adventure
adventure (child)
child's stories
love
religion
antique
Scientific literature
biography
business
home pets
animals
art
history
computers
linguistics
mathematics
religion
home_garden
sport
technique
publicism
philosophy
chemistry
close

- advertisement



VI

P'olnaga, wonna, o'slepiajaca, stala przed nim, jakby ze snu ciezkiego, goraczkowego, porwana.

Z doskonala, wirtuozowska komedja zapytala znanym glosem:

Pan tutaj?

Lecz on, zbierajac takze resztki swego komedja'nstwa odparl:

Nie chcialem kaza'c Pani dluzej czeka'c

Zawahala sie.

Milo's'c wlasna kazala jej wypedzi'c go natychmiast. Lecz przezorno's'c zwyciezyla. Postawila na stole kandelabr i napoz'or zupelnie swobodnie odparla:

Znuzylam sie oczekiwaniem i zasnelam.

Ta odpowied'z odebrala mu troche pewno'sci siebie. Czar blizko'sci jej ciala robil swoje. Co za przepyszna kochanka, bogata we wszelkie uroki delikatnego, prawie bezkrwistego ciala. Usiadla na sofie, narzuconej bogato haftowana, perlowa makata. Blade 'swiatlo drzacych plomieni 'swiec 'slizgalo sie wzdluz jej ksztalt'ow, wydobywajac na jaw coraz to inne piekno'sci. Oczy jej, tajemniczo przysloniete, blyskaly tylko od czasu do czasu nieuchwytnym wyrazem. Szczeg'olnie piekna byla linia jej dlugich, smuklych rak, kt'ore zarzucila w tyl glowy, ruchem u'spionej Psyche Casteldi'ego. Nigdy Halski nie podejrzywal nawet, ze bedzie tak piekna i powabna bez dodatk'ow zwyklego stroju, w kt'orym zjawiala sie dotychczas przed nim. Zawsze rozmawial, jak szkodliwy dla kobiety jest 'ow str'oj i jak duzo traca w milosnych sprawach te, kt'ore nie umieja nosi'c swej nago'sci i wlos'ow rozczesanych z odpowiednim wdziekiem. Lecz nigdy nie zrozumial tej prawdy tak jak w tej chwili.

Bosa, prawie naga, Rena byla mlodsza, 'swiezsza, bardziej 'swietlana psychicznie i ciele'snie jezeli tak rzec mozna. Strzasnela ze siebie nalecialo'sci cywilizacji, oszpecajace piekno's'c triumfalna kobiety. Odrzucila precz swe tlumiki i przystroil ja czar jakby dziewczecego wdzieku, kt'ory byl zasadnicza piekno'scia, tak jak zasadnicza piekno'scia kobiet malarzy angielskich jest ten dziecinny wyraz, strojacy niezwalczonem pieknem kobiety Leightona lub Rosethiego.

Odczuwal to doskonale Halski. I ogarnela go bezwiedna rado's'c. To oczyszczenie piekno'sci Reny obiecywalo mu pierwotno's'c wraze'n namietnych, kt'ore za jej po'srednictwem otrzyma'c zamierzal. Chcial, aby w ich zespoleniu sie nie bylo nic falszywego, smutnego i sztucznego. W tej chwili nienawidzil sztuczno's'c swoja. Drzal caly z checi posiadania tej kobiety, jakby drzal w dzie'n upalny z pragnienia napicia sie z krystalicznego 'zr'odla, kt'ore dostrzegl nagle w'sr'od aksamitu traw.

Nie watpil, iz odda mu sie. Inaczej dlaczego z taka latwo'scia wyszla na jego spotkanie, tak szczerze obnazona i jakby niezdolna do walki. Wymienione zdania byly jakby ostatnie skrzyzowania szpad w mdlejacych rekach, kt'ore pragna wyciagna'c sie raczej do u'scisk'ow rozkosznych pieszczot. Milczeli oboje, jakby gotujac sie do jakich's waznych, kapitalnych wraze'n. Przyciszony, warczacy tupot k'ol i kopyt bil o asfalt gdzie's bardzo daleko, wreszcie i to skonalo. Lekki wiatr poruszal z'oltem 'swiatlem plonacych 'swiec. Biel mebli nabierala dziwnego, fantastycznego wygladu unieruchomionych szkielet'ow, oczekujacych na majace sie zacza'c milosne widowisko.

Halski osunal sie na kleczki i tak przypelzal do Reny.

Pozw'ol sie kocha'c! wyrzekl stlumionym glosem.

Na usta jej wykwitl zagadkowy u'smiech.

Chetnie! odpowiedziala.

To go cokolwiek zmieszalo. Przypuszczal, iz swoim zwyczajem zaprotestuje, co mu da sposobno's'c pochwycenia ja w ramiona, roztoczenia calego zasobu plomiennej swej wymowy. Tymczasem ona lezala spokojna, nieruchoma, tajemnicza

Siegnal do swych zwyklych, uwodzicielskich, 'srodk'ow. Przyczolgal sie jeszcze blizej, dyszac prawie na nia swa wonia i chlonac wo'n jej ciala.

Jak pieknie, jak cudownie, bosko mieni'c mi sie bedziesz w reku wyszeptal namietnie.

Przymknela oczy.

Czy sadzisz Pan, ze bede do tego zdolna? zapytala r'owniez szeptem.

Jak kobieta przeznaczona do milo'sci odparl. A pani jeste's nia od stopek Twych nagich, r'ozowych az do tej glowy wynioslej, dumnej, o pocalunki proszacej O pocalunki nie banalne, ale stygmatem krwi z pod twej cienkiej sk'ory wyssane

Ujal w rece jej boska n'ozke, tulaca sie w'sr'od jedwabiu i koronek. Jak strwozonego ptaka tulil ja w swych drzacych, rozpalonych powstrzymywana zadza dloniach. Nagle, widzac, iz usta jej drza i pier's dyszy szybciej posunal sie ku jej szyi, kt'ora miala wdziek lodygi kwiatu, na kt'orej czarownie, wabnie, u'smiechal sie kwiat jej glowy.

Pozw'ol! m'owil pozw'ol, niech sie przekonam, jaki jest zapach twego ciala. Musisz pachna'c ambra, milo'scia i Lacrima Christi. Przeczuwam to Jakaz cudowna kochanka bedziesz, Reno!

Lezala ciagle bez ruchu z zaci'snietemi powiekami jakby pozbawiona my'sli.

A przeciez bylo to tylko pozorne, bo pod jej czaszka klebila sie szalona, potworna walka. Wobec blogiej, omdlewajacej rozkoszy, jaka jego usta, kt'ore przylgnely do jej szyi, wlewa'c zaczely w kazdy jej nerw kazda jej zyle, prawo do zaczerpniecia z zycia upojenia zupelnego i wyczerpujacego zaczynalo dominowa'c ponad spetaniem, jakie sama, wskutek falsz'ow i oblud, na siebie nalozyla. Cierpiala w tej chwili w tej walce nie z nim, ale ze sama soba. Dopiero w tej chwili uczula, jak drobna, jak zadna byla wobec tej potegi, tej burzy, jaka leciala ku niej, chcac ja porwa'c w sw'oj wir i plomienie

Lecz byla to jedna, jedyna chwila jeden moment halucynacyjny istnienia prawidlowego, pelnego, wolnego, jakby wydostanie sie na obszar zupelny z klatki ciasnej, kt'orej prety powrastaly w jej boki. Lecz juz piersi jej, nieprzywykle do mocy upojnych, przenikajacych do najglebszych warstw wraze'n zadaly drobnej, dusznej atmosfery zdawkowego, moralnego szablonu.

Tylko zona tylko zona! suggestjonowala sie my'slowo opancerzajac sie w ten spos'ob przeciw miotajacej sie u wr'ot jej jestestwa nawalnicy.

I razem z temi slowami wypelzala ku niej, na pomoc, cala armja klamstw, sposobik'ow i dozwolonych slodko zbrodniczych zasadzek.

Nie strzasala ze swej szyi ust mezczyzny lecz stala sie nagle martwa i zimna w jego rekach. Tak silna i nagla byla ta przemiana, iz wyczul ja, jakby jasnowidzeniem. Odsunal sie sam i patrzyl na nia z oddalenia. To dopomoglo jej do zupelnego zawladniecia soba.

Otworzyla powoli oczy, jakby wychodzac ze snu.

Nieokre'slony u'smiech ironji zeszpecil jej usta.

Czy to jest caly pa'nski repertuar? zapytala przeciagle.

Przerazil sie.

Uczul, ze mu sie wymyka i ze oddzialywanie jego na nia jest widocznie zbyt slabe. Tak sadzil, nie majac do tej chwili nigdy sposobno'sci do walczenia z taka sila wkorzenionych w istote kobieca pragnie'n zastosowania sie do szematu, nakre'slonego przez ludzko's'c. Zwykle takie sam na sam, takie przedwstepne upojne pocalunki, w kt'orych celowal, niweczyly wszelkie skrupuly i kobiety padaly mu na rece bez woli, a raczej z wola doznania strasznych dreszcz'ow rozkoszy, w kt'orej ginie sie i odradza nie'smiertelnym pradem. Gdy sadzil ja juz na tyle jakby zdretwiala, ze dla niej nie istnialy zewnetrzne 'swiaty, lecz koncentrowalo sie wszystko w jednem, niewyslowionem pragnieniu szcze'scia, kt'ore sprowadza na usta kobiety u'smiech, oczy jej przyslania lzami, ona miala na tyle sily i panowania nad soba, aby z tych 'swiat'ow obok zaczerpna'c brzydka ironie i z lodowym chlodem poda'c mu jakby krysztalowy kubek pelen lodu.

Nie chcial jednak przyzna'c sie do przegranej, tem bardziej, ze doszedl sam do paroksyzmu namietno'sci.

Wyciagnal ku niej rece

Pachniesz ambra wyrzekl ochryplym glosem masz cialo kobiet, kt'ore pachna wschodem

Milczala.

M'owil dalej.

Dlaczego marnujesz chwile zycia? Dlaczego nie chcesz dozna'c wraze'n, kt'ore pedza dookola nas, powolane konieczno'scia, musem. Wszak dana ci zostala od natury piekno's'c i zar twego ciala. Reszta to 'swiecidla, nabyte i sztuczne. Gdyby nam byly konieczne, rodzilaby's sie z niemi, jak rodzila's sie z pozadaniem i urokiem twego ciala, twych wlos'ow plomiennych Reno! Reno! Nie odwracaj glowy! Plomienie w tobie graja! Drzysz cala? Czujesz rozkosz? Czujesz?

Cicho jakby powiew wiatru odrzekla:

Czuje.

Lecz nic w tem nie drgalo nic.

Bad'z moja! szeptal, garnac sie zn'ow do jej piersi.

Pragne tego i ja! odparla.

Rzucil sie na nia

Otwarcie, szczerze, bez zastrzeze'n

Wyprezyla sie nagle i pchnela go jednym rzutem rak.

Co's, jakby krzyk, jakby lkanie, wydarlo sie jej z piersi. Niewiadomo, czy byl to jek rozpaczy, czy krzyk triumfu zwyciezcy.

Porwala sie i r'ownocze'snie, gdy stanela na ziemi, odzyskala cala juz i zupelna r'ownowage. Owinela sie w szlafrok, ale tak umiejetnie, ze przez delikatna jedwabna oslone wydawala sie jeszcze bardziej naga niz poprzednio. Z cala godno'scia zniewazonej burzuazki przeszla na druga strone pokoju.

Pan daruje, panie profesorze! wyrzekla drewnianym glosem ale nie wszystkie kobiety sa do siebie podobne.

Pobiegl za nia. Pochwycil ja tak, ze rozdarl na niej peniuar.

O! Nie napr'ozno pozwolila's mi upi'c sie zapachem twego ciala charczal tak sie nie sko'nczy.

Ona wydarla mu sie z rak.

Nie sko'nczy sie nic, bo sie nic nie zaczelo odpowiedziala.

Omdlewala's mi w reku.

M'owiac to czul, ze popelnia nietakt. Panujacy i kobiety nie lubia, gdy sie je chwyta na goracym uczynku chwilowej abnegacji. Rena zmarszczyla brwi gniewnie.

Tak 'zle nie bylo! odrzucila.

Uczul teraz sw'oj blad. Lecz poprostu sam wysuwal sie sobie z reki. Ta kobieta, tak silnie uzbrojona w przesady og'olno ludzkiej moralno'sci, derutowala go. Rzucil jej wiec, jak obelge.

Nie jeste's kobieta

Ogladajac podarte koronki peniuaru, odparla:

Przeciwnie. Jestem kobieta, ale uczciwa Ten rodzaj panu nieznany. Najlepszy dow'od, iz nie uznajesz nawet malze'nstwa

Padlo zn'ow to slowo i wywolalo jakie's ciezkie uczucie niesmaku. Co wiecej, odrazu sprowadzilo ich dwoje z roli pozadajacych sie kochank'ow do roli nawzajem zastawiajacych na siebie sieci wrog'ow.

Wytlumacze pani, dlaczego nie uznaje malze'nstwa! odpowiedzial, chlodnac powoli.

Oto dlatego, ze nie znam kobiety godnej wysokiego miana zony

Drgnela cala i wpila w niego wzrok roziskrzony

Tak ciagnal dalej sa wprawdzie mlode panny. Ale ich nieskazitelno's'c jest musowa jak zakonnic, zamknietych za kratami, lub owych slynnych zon, przystrojonych w 'srednich wiekach w owe hermetyczne ceinture de chastet'e. Nieskazitelno's'c ta zatem niema waloru. W inne kobiety nie wierze

Drzala cala z oburzenia.

Zbyt 'smialo wobec mnie zawolala. Czy i we mnie pan nie wierzy?

Patrzyl na nia przez chwile. Co's tam lepszego zalaskotalo go pod sercem. Miala w tej chwili wyraz kobiety istotnie czystej.

Lecz mimo to odparl hardo.

Jezeli pani jest cnotliwa to zapewne dlatego, ze nie nadarzyla sie pani sposobno's'c prawdziwa, kt'oraby pani odebrala wole i sile.

Chciala mu powiedzie'c, iz ta sposobno's'c prawdziwa byla wla'snie teraz, moze najprawdziwsza i jedyna w jej zyciu ale duma nie pozwalala jej na to.

Natomiast wyrzekla:

A czy nie dow'od to koncentracji ogromnej woli, aby unika'c podobnych sposobno'sci?

To sie nie da, takie sposobno'sci nalatuja same z ciemno'sci i nieoczekiwanie druzgoca.

Nic mnie zdruzgota'c nie jest w stanie odrzucila wyzywajaco.

Patrzyl na nia przez chwile przeciagle.

Pani 'zle wybrala z grzech'ow gl'ownych wyrzekl wreszcie bo Pyche sa tam o wiele milsze grzechy.

Zaczela 'smia'c sie dwornie.

Zostawiam je Panu!

Wole grzeszy'c rozkosznie podjal tym samym tonem.

Och! Zn'ow rozkosz? Rozkosz! gardzila ironicznie. Z przed dwudziestu laty wyszle z mody efekta.

Wzial w reke kapelusz jak grzeczny pan, kt'ory jest na wizycie.

Co piekne i podstawowe, nigdy z mody nie wyjdzie. Kwiaty maja zawsze te sama wo'n, burza te sama groze tragicznego piekna, westchnienia milosne ten sam d'zwiek. Voil`a!

Patrzyla na'n wyzywajaco, on wzrok ten pochwycil.

Co najsmutniejsze! wyrzekl to to, iz pani zdaje sie, ze pani triumfuje.

Czula, ze broni'c sie musi.

Och! Triumf bylby tu nie w miejscu. Pan nie byle's na serjo wziety.

Glupio, ale bylem!

Cieszy mnie to. Za to ja nie bylam.

Pozalowal swej koncesji.

'Smiem watpi'c.

Nagle uczul sie jakby znudzony ta cala przygoda. Wydalo mu sie, ze depcza po jakiej's piaszczystej pustyni, z kt'orej niema wyj'scia.

Zreszta ma pani racje drwi'c ze mnie wyrzekl szybko gram w tej chwili 'smieszna role. Stoje wobec zagadki wobec kobiety, negujacej cel, do kt'orego stworzona zostala

Czy by'c uwodzona przez was jest celem naszego zycia? przerwala mu gwaltownie.

I jego ogarnal gniew.

Tak! krzyknal prawie tak! To wasz cel i do tego jeste'scie przeznaczone na 'swiecie. Skoro usuwacie sie od waszej sluzby milosnej, wytwarzacie sytuacje chorobliwe, nienaturalne. Oto my rozmawiamy ze soba jak dwoje belfr'ow, kt'orzy sie por'oznili o rzeczy marne i smutne. A przeciez jeste'smy swobodni, zdrowi i mogliby'smy da'c sobie wzajemnie chwile prawdziwego szcze'scia

Wzruszyla ramionami.

By'c moze. Ale to ma w sobie co's niezwyklego. Podczas gdy owo szcze'scie spotka Pan w kazdym kabarecie.

Tyle bylo w niej w tej chwili pogardy, iz prawie miala nad nim przewage.

I recze Panu, ze Fryne ciagnela raczyla takze dyskusja swych kochank'ow.

By'c moze, ale Fryne potrafila urozmaica'c gdakania dyskusyjne

Uklonila mu sie bardzo po wersalsku.

Zaluje ale to przechodzi moje 'srodki.

Jaka's dziwna zmiana o'swietlenia, co's jakby niepokojacego zaczelo sie przedziera'c przez koronki firanek.

Ukazala mu okno.

A wiec nie dobrej nocy! Ale dnia dobrego!

Patrzyl na nia juz spokojnie i prawie lekcewazaco.

Odchodze! uspokoil ja musze pani powiedzie'c, ze zaimponowala mi pani i wyrazi'c zal, ze ja pani nie moglem zaimponowa'c.

Zrozumiala bezwstydna aluzje i odczula, ze w ten spos'ob chcial da'c jej do poznania, ze oporem swoim nie zyskala jego szacunku.

I ta drobna, podla zemsta nad bezbronna jej wrazliwo'scia przygniotla ja.

Byl juz przy drzwiach, spokojny correct, a wydawal sie jej w tej chwili zn'ow bezczelnie piekny.

I nie bedzie mi to juz dane ciagnal, akcentujac coraz wiecej swoja ironie bo wyznaje, ze cnote moge podziwia'c zdaleka ale nie ma ona dla mnie sily pociagajacej! Madame! j'ai l'honneur!

Banalnie, elastycznie opu'scil salon.

Za chwile Rena poslyszala zamykajace sie drzwi wchodowe nastepnie otwarcie bramy powr'ot do mieszkania pokojowej, jej wej'scie do pokoju sluzby.

I zapadla wielka, bezbrzezna cisza.


*


Rena zblizyla sie do sofy, na kt'orej lezala przed chwila. Poduszki jeszcze zachowaly odcisk jej ciala. Padla w tej samej pozie, w jakiej lezala poprzednio. Zamknela oczy i zasluchala sie w wewnetrzny glos swej istoty. Chciala gwaltem wydoby'c ze siebie zadowolenie ze swego pysznego postepku. Byla nad przepa'scia i pozostala zn'ow bez skazy i przedziwnie wedlug siebie doskonala.

Lecz mimo tych usilowa'n powstawaly w niej zupelnie inne wspomnienia i echa. Nie byla juz w posiadaniu calej swej istoty. Wypelzaly ku jej stopom, jej piersiom, jej szyi, jakie's niewidzialne, drzace usta i te zagarnialy ja cala. Nigdy nie wiedziala, co ma za znaczenie tego rodzaju senzacja. Dzi's odgadywala lecz cala reszta mocy odpedzala to odgadniecie od siebie.

Precz! szeptala precz!


*


'Swit slal pod jej stopy delikatna, milosna jasno's'c


| Kobieta bez skazy | c