home | login | register | DMCA | contacts | help |      
mobile | donate |

A B C D E F G H I J K L M N O P Q R S T U V W X Y Z


my bookshelf | genres | recommend | rating of books | rating of authors | reviews | new | | collections | | | add
fantasy
space fantasy
fantasy is horrors
heroic
prose
  military
  child
  russian
detective
  action
  child
  ironical
  historical
  political
western
adventure
adventure (child)
child's stories
love
religion
antique
Scientific literature
biography
business
home pets
animals
art
history
computers
linguistics
mathematics
religion
home_garden
sport
technique
publicism
philosophy
chemistry
close

- advertisement



List dwunasty

Nie mam jeszcze od ciebie odpowiedzi, ale wiem, ze za ten tramwaj dostane od ciebie wspaniala bure. Przyjmuje jednak pokornie, tembardziej, ze mam ci jeszcze co's do doniesienia w tym gu'scie. Tylko w tym. Nie lekaj sie. Jest w tem jednak cie'n tragedji i to mnie troche wyprowadzi z szaroty zyciowej. Tragedja nie dotyczy mnie, ale Alego Tak, tesknego prowansalskiego trubadura, kt'ory codziennie przyciska dzwonek elektryczny moich drzwi wej'sciowych.

Ot'oz ten dzie'n wczorajszy 'smialo zaliczy'c moge do dni elektrycznych. Nie wiem, czy zauwazyla's, ze my kobiety mamy dnie tak zwane elektryczne. Jeste'smy wtedy naladowane sila wzbudzania milo'sci z taka latwo'scia, ze strach ogarnia. Rozsiewamy wtedy dokola wrazenia, zdolne obudzi'c uczucie cho'cby chwilowe, cho'cby w gu'scie Anakreona, a wiec dla zmysl'ow, lecz bez jego strony umyslowej. Same takze odczuwamy te drzenia i dreszcze, kt'ore od nas pochodza i tak w podw'ojnej rozkoszy przepedzamy chwile, kt'ore powinny'smy doprowadzi'c jedynie do linji, lamiacej sie w punkcie mozliwego dla nas niebezpiecze'nstwa. Ot'oz w takim wla'snie dniu, w kt'orym cera naszej twarzy nabiera karnacji kwiatowej, oczy blasku gwiazd, rece, nogi, paznogcie, wlosy piekno'sci niezr'ownanej, ramiona powabu ramion Vittorii Colonny, slowem, wtedy, gdy cala nasza istota dyszy urokiem kobieco'sci i wydziela ze siebie prady, zagarniajace najbardziej opornych ot'oz w takim dniu ja bylam wczoraj.

Kazda z nas ma dzie'n taki! I ty, Helu, a ty nie wiesz o nim, bo nikt dokola ciebie o nim nie wie.

Przeto i ty!

Zapytasz, skad mi to przyszlo?

Halski tak kiedy's mi m'owil. Przeczylam, 'smialam sie. Ale dzi's, gdy go tu niema, sa przeciez jego slowa i jakby jego mowa dookola mnie.

Slowem, byl to taki dzie'n.

Nad wieczorem mialam zamiar wyj's'c zn'ow na miasto. Dusilam sie samotna i czujac swa piekno's'c, kt'orej nikt nie podziwial. Promienie, wysylane przezemnie uderzaly w pr'oznie i wracaly nie drzace, bez wibracji. Przeto mnie bolaly.

I z prawdziwa ulga powitalam nie'smialy dzwonek Alego.

Szybko wr'ocilam do sypialni. Narzucilam na siebie 'sliczny szlafrok z delikatnej lila gazy, rozszywanej walensjenkami. Otula mnie i obnaza. Nie mozna by'c przyzwoiciej bezecna, jak jestem wla'snie w tym szlafroku. Krawcowa chciala mi go podszy'c, twierdzac, ze tak kazala pani dyrektorowa, pani mecenasowa, bo ten fason byl troche za za

Ale ja zaprotestowalam i dla unikniecia pogardy ze strony tych dam i krawcowej, twierdzilam, iz posiadam wla'snie gotowe dessous z lila tafty.

Lecz dla Alego i w tym dniu nie wzielam zadnego dessous.

Mialam je z r'ozowego atlasu mego ciala, pokre'slonego delikatna siecia blekitnych zylek

Boze dessous najpiekniejsze, najbardziej odpowiednie.

Gdy wyszlam z sypialni, niosla mnie ta moja piekno's'c ku krzakowi tuberoz, za kt'orym ukrywala sie twarzyczka Alego.

Ach, Helu! Potep mnie po swojemu, po uczciwemu, jak material na matrone, ale wysluchaj

Gdyz jak m'owi Mulford musimy koniecznie przenie's'c cze's'c swych glebi albo w czyja's bluzke, albo w czyja's kamizelke. To sie nazywa wtajemniczenie przyjaznej duszy w nasze tajnie. Podobno bez tego ryzykujemy uduszenie sie wlasna zbrodnia, albo wlasna cnota. Nadmiar bowiem jednego i drugiego jest szkodliwy i nie dozwala zy'c r'owno i umiarkowanie.

A wiec, Helu, posluchaj. Dzie'n ten awanturniczy, dzie'n ten, w kt'orym doprawdy nie chodzilam po ziemi, ale jakby mnie co's dziwnego unosilo skrzydlami ponad ziemia, zako'nczyl sie dla mnie jeszcze burzliwiej i ciekawiej, niz rozpoczal.

Oto ofiara padl Ali.

Czy ofiara, nie wiem. Moze ja, moze on To jest pytanie. Tak jestem doprawdy na zimno wzburzona, jak te fale Atlantyku, rozbijajace sie na skalach Finistere. Zimna, jak l'od, a wzburzona, jakby cale pieklo w nich szalalo. Tak jest dzi's ze mna.

Ale jak bylo

To gl'owniejsze.

Ot'oz Ali, tuberozy i nowy sonet. Powiadam ci, czysta biel uczucia, jakby tam o jakie dwa albo trzy domy nie bylo dom'ow i jakby ludzie mieli wszyscy 'sniezne skrzydla, zamiast lopatek.

Tak Ali.

Ja patrze na niego, podziwiam jego pepitowy garnitur, pastelowy krawat i niewinny dolek w br'odce, przynoszacy legende aniolka, kt'ory go tak napietnowal od urodzenia. Siedze na moim ulubionym fotelu, wybitym Aubuszonem, otulona skrzydlami parawan'ow szklanych, i udaje rozmarzona. A w gruncie rzeczy my'sle ze ta romantyczna lalka z Namiestnictwa, o starannie obutych n'ozkach i pachnaca konwalja, jest jaka's anomalja w dzisiejszych czasach ze swa dusza poetyczna, milo'scia nadziemska i brakiem wszelakich zaped'ow w strone realna tego, co w pierwszej przedmowie Beyle nazywa podobnem do drogi mlecznej na niebie, skupiskiem gwiazd mglawicowych i t. d. Patrze na to mlode Zakochanie i nie czuje tej melancholijnej satysfakcji w sluchaniu metafor, kt'ore doprawdy ze zdumiewajaca swoboda sypia sie ze 'swiezych ustek tego p'ol dziecka. Szkaradne podraznienie nie opuszcza mnie. Przeciwnie, wzmaga sie. Zapalone lampy, przy'cmione abazurami, nadaja szablonowy, ale rozkoszny p'olton dokola. Przez uchylone okno wida'c czer'n niepewna miasta i slycha'c jego konajace odglosy. Powoli wzrasta we mnie co's zlego, budzi sie jaki's demon. Chcialabym porwa'c to dziecko z anielskiem obliczem, w ubraniu pepita i rozszarpa'c na sztuki, tak, jak r'oze, kt'ora mnie zaczyna nudzi'c swoim zapachem. Gryze wlasne wargi do krwi i dziwne Helu dziwne potworne Oto tam z kata, gdzie wida'c ledwo ostre linje palm, ku mnie pelza namietna twarz i slysze niski, przyciszony glos, szydzacy z subtelnych w tej chwili wywod'ow Alego z powodu, iz rzucilam mu na zer jego potrzebie metafor zdanie:

Chcac nacieszy'c sie swem sercem i kocha'c, trzeba by'c samotnym, lecz trzeba sie rozprasza'c, chcac mie'c powodzenie

I glos ten i usta te, pelne, zmyslowe, barwy ciemnej wi'sni, szepcza:

Milo's'c? cztery jej, pie'c rodzaji! Szale'nstwo! Jedna jest tylko pelna, doskonala, w kt'orej nie zabraknie ani jednego tonu

I potem 'smiech.

Milo's'c Heloizy dla Abelarda.

I vice versa

'Swietej Klary dla Franciszka z Assyzu. Aniolowie kleczacy i zapatrzeni w takich dwoje.

A nad nimi deszcz z gwiazd.

Wiec czuje jaka's 'smieszno's'c, opelzajaca mnie, i wolam z glebi duszy:

Malze'nstwo 'slub

A twarz namietna stygnie, usta koloru wi'sni wydymaja sie z niesmakiem.

Nie, urok ginie.

A tak?

Wyprostowuje sie. 'Sciagam brwi. W gardle czuje dlawienie. Duma mnie rozsadza.

Nie wiem, dlaczego powtarzam sobie:

Bad'z piekna, jezeli mozesz, madra, jezeli zdolasz, powazna, bo nia by'c musisz! Taka tarcze ze sl'ow Lisia Visconti czynie sobie i czuje, ze twarz moja przybiera wyraz zimnej zlo'sci. Moze by'c, iz teraz nie jestem piekna, ale mam wiele znaczenia. Czuje to w glowie Alego, bo zawiesil swa monotonna bajke, w kt'orej ja jestem ksiezniczka, jadaca przez puszcze w karecie, ciagnionej przez srebrnych dwana'scie orl'ow i patrzy na mnie ze 'zdziwieniem. A mnie jakby co's zamieralo w sercu, bo oto tam w oddali, w cieniu palm zaginela twarz szydersko u'smiechnieta i rozplynely sie w niebycie usta namietne, podobne do koloru wi'sni. Wzrok m'oj pada na trubadura w pepitowym garniturze, nie wiem ale Helu, ja czuje w tej chwili brutalny zal, iz on nie ma w reku gitary, azebym

Azebym

No azebym mogla porwa'c mu ja z reki i uderzy'c nia po wypomadowanej czaszce.

Nie moge tego, bo niema gitary.

I ze jestem kobieta doskonale wychowana, a on jest dzieckiem arystokratycznego rodu i koncypientem, czy czem's tam, Namiestnictwa, i ma dwa lata praw i jest tak 'slicznie, tak bosko ulozonym, mlodym poeta.

Lecz natomiast demon potworny rozszalal sie we mnie.

Sku's go? szepce mi do ucha narzu'c sie na niego cala forsa, a potem kopnij precz! Precz! Zobaczysz, co zrobi, jak sie zachowa!

I ledwo ten szept przebrzmial, a juz sie porywam i wyciagam rece.

Och! Goraco!

Szybko uciekam do swego pokoju. Tam, na gwo'zdziu za szafa wisi robe d'int'erieur och! kt'ora m'ogl chyba d'Annunzio wymy'sle'c dla jakiej swojej donny z palacu o smuklych kolumnach. Lecz wymy'slil ja tylko jaki's grand faiseur paryski, bo wiesz, iz jestem za uboga, azeby ubiera'c sie w kraju i sprowadzam sobie stroje z Paryza. Wiec robe d'int'erieur ta mgla jedwabnego mu'slinu o kolorze ciala zawstydzonej dziewczynki, o walansjenkach, tkanych cz'olkami przadek prymitywnych. Narzucam ja na siebie, obnazam rece i my'sle, ze jest to odziez odpowiednia dla wzbudzenia uwielbienia w istocie, nie poddajacej sie z prostota rzeczywistemu dzialaniu rzeczy.

A wiec.

Na tych, kt'orzy wnosza w uwielbienie albo nadmiar, albo niedostatek wrazliwo'sci.

Zakochane dusze, albo przepalone, rozmilowane na kredyt

A wiec.

Kaswin albo Halski.

Tego drugiego niema.

Ali!

Wychodze z pokoju do salonu.

Pozostawiam drzwi sypialni uchylone. Wychodzac, mialam jeszcze piekielna my'sl za'swieci'c nocna r'ozowa lampke i uchyli'c koldre ot na noc

Na dluga, rozkoszna noc, Helu!

(Ach, prosze nie przerazaj sie. Czy nie czynisz tego sama prawda, poblogoslawiona w tym kierunku, ale czynisz!)

Wiec wszystko to dzieje sie niby przez zapomnienie.

I nie patrzac na Alego, m'owie:

Ach! Jak goraco!

I zblizam sie do fortepianu.

Czy wiesz? Z do'swiadczenia wiem, ze nic tak zmyslowo do kobiety nie pociaga, jak muzyka. Jest w tem jakby pociagniecie elektrycznej nici. Co's prosi, co's kusi, co's lka, co's obiecuje

Tylko trzeba umiejetnie dobra'c to, co sie gra.

Wedlug mnie, do tego celu nadaje sie Szumann.

Tak

We'z jego Tr"aumerei, albo Warum.

He he zeby's nie wiem jaki marzacy sentyment w to kladla, zawsze powr'oci struna zmyslowego czaru.

He he

Spr'obuj mnie w te strone skierowal Halski. Kiedy's m'owi:

Prosze zagra'c.

Czulam, ze plonie jak kandelaber siedmioramienny. Ale chce go spali'c.

Wiec zaczynam swawolna, szkaradna, bezecna 'spiewke Przewodniczke.

Ty jej, o 'swieta! nie znasz.

Moja l'odka

Jest czy'sciutka

i t. d.

A on kladzie mi rece na moich rekach.

Prosze mi zagra'c co's bardziej zmyslowego.

Patrze mu w oczy.

Wszak to wla'snie dla Pana.

Myli sie pani.

I z p'olki bierze mi Szumanna.

To!

Tr"aumerei!

?

Wla'snie.

A potem ironicznie sie u'smiecha.

Jak pani rzeczywi'scie malo zna to, co pani mieni ludzkiem zwierzeciem.

Szczyce sie tem.

Niema czem. Pruderja jest nudna i kalectwem dla osoby, pruderja dotknietej.

Gralam Tr"aumerei.

I wiesz, co?

Chcac dowie's'c, ze nie jestem kaleka, zaczelam plona'c na zimno w niemozliwy spos'ob. Chwilami ogarnial mnie wstyd, bo zdawalo mi sie, ze to jaki's krzyk pozadania wyrywa mi sie z piersi.

Gdy przestalam gra'c, Halski odezwal sie z cienia:

Jak na poczatek nie 'zle.

Sadzilam, iz znajde go nawp'ol szalonym; pohamowalam sw'oj gniew i odezwalam sie obojetnie:

Gram to pierwszy raz

Nie wierze! odparl lecz w to wierze, ze pani gra Szumana tak po raz pierwszy.


*


Wiec, widzisz, gram zn'ow Szumana.

I to dla Alego.

Ach! Nie aniol'ow to 'spiew!

Drgala tam raczej brzeczaca moneta uzywania w milo'sci. Nie interes pieniezny, lecz raczej korzy's'c zmyslowa.

I tem byla silniej podana, ze na zimno.

Bo aktor ten wzruszy do lez, kt'ory sam nie placze.

Pamietaj o tem, Helu, bo i w malze'nstwie ta wiadomostka przyda'c Ci sie moze.

Dluga chwile bylo cicho. Juz lekalam sie pomylki. Czyzby nadwrazliwo's'c dziecieca Alego zawiodla? Sforsowalam nute. Tr"aumerei zawylo, jak to pienienie sie u piersi Przybyszewskiego. I powoli, z kata wypelza'c zaczela ku mnie przeksztalcajaca romantyczno's'c

Poslyszalam kr'otki dech

Pierwsze wrazenie?

Wstret.

Przemoglam go. Gralam dalej. Przegielam sie rozkosznie. Z jednego ramienia strzasnelam koronki. Odkrylo sie. Czulam, ze ma cudowny ton ko'sci sloniowej, zar'ozowionej lekko cieniem abazuru. I wszystko zaczynalo przybiera'c jaka's przesycona r'ozami barwe Co's z lubiezno'sci wyrafinowanej XVIII. wieku. My'sl wszakze o tem, ze ten kawaler, pelzajacy ku mnie, ma na sobie garnitur pepita, psula mi zludzenie. Wreszcie byl przy mnie, na kleczkach, jak przystalo.

'Sliczne, male raczki dziecka dotknely sie brzegu mej sukni.

Wstrzymalam dech, lecz gralam dalej.

Ali sie pochylil.

I ucalowal kraj mej szaty.

Ale ja wiedzialam, ze przyjdzie to inne i gralam jeszcze chwile morendo, wreszcie Szuman ustapil miejsca zywej melodji.

Melodji mego ciala!

Ach, Helu! Czyz opisa'c ci moge, jak wezowo wykrecilam sie na taburecie, jak przegielam sie plecami na klawiature, jak 'slicznie jakby portret Reynoldt'a rozkrzyzowalam rece i podalam naprz'od piersi.

Cieniuchna tkanina mu'slinu ledwo kryla me ksztalty; skrzyzowalam nogi i siedzialam tak, czujac sama wielki czar mej piekno'sci i kobiecego uroku. Twarz moja wszakze byla ciagle zimna i tylko oczom staralam sie nada'c wyraz wyczekujacej na kraju lasu sarny. Przyslonilam je rzesami i czekalam.

Niedlugo.

Ali rozpoczal zn'ow swoja monotonna litanie milosna, ale glos mu drzal i delikatna cera mienila sie przebiegajacemi pod sk'ora plomieniami. Widzialam to wybornie z pod moich rzes. Wreszcie umilkl. Przez dluga chwile pozwolilam gra'c za mnie milczeniu. Goracy wicher owiewal nas oboje. Wreszcie czulam, iz co's powiedzie'c musze, bo wzrok Alego, utkwiony balwochwalczo we mnie, przechodzil w zyz.

Wiec nic nie znalazlam odpowiedniejszego, jak:

Ach! Ali!

I wyciagnelam sie bardzo grzesznym gestem haremowej odaliski. On zaczynal przypomina'c sobie, ze ma dwadzie'scia trzy lat i ze milo's'c sklada sie jak r'oza z kilku listk'ow. Bajka, kt'ora mi w tej chwili 'spiewal, czysta byla krystalicznie i bosko, ale glos, ale ruch rak, wciaz majacych co's do czynienia z walansjenkami mej roby

I powoli te rece sentymentalnego pazia, te rece, Helu, posunely sie od st'op moich do kolan, jakby kwiaty jakie's oplataly mnie slodko i nie'smialo. Zaczelam wtedy traci'c powoli maske chlodu i w kaciki ust wlozylam troszeczke u'smiechu, bardzo zachecajacego i wabiacego. Ale zarazem oczy utkwilam w sufit. Niby w jaki's sen, w jaka's ekstaze, niby, ze nie wiem, co sie dookola mnie dzieje.

Bajka o kr'olewnie i srebrnych orlach snula sie dalej, ale coraz bardziej cichym i drzacym glosem.

Wreszcie raczki Alego posunely sie ku g'orze. Objal mnie milo'snie i czulam, jak drzy caly. Padl mi twarza na kolana i poczulam goraco jego ust, cisnacych sie do mnie. Nie bylo mi to odrazajace, ale bylo mi to obojetne. Blyskawicznie spu'scilam oczy i objelam sytuacje.

Wydala mi sie 'smieszna.

Nic wiecej, tylko 'smieszna.

I porwal mnie gniew, zlo's'c na siebie i na to rozmazane dziecko, cisnace mi sie do kolan.

Jednym gestem pchnelam go od siebie.

Co to? Co to? krzyknelam.

W tem pchnieciu, w tym krzyku byla moja, wzbierajaca sie przez caly dzie'n, nienawi's'c i gniew.

Jak pan 'smie? Jak pan 'smie?

Podni'osl ku mnie twarzyczke.

Byl szkaradny. Wlosy opadly mu na czolo. Nos mu sie zaczerwienil, oczy, te oczy truwera, opiewajacego r'oze rozkwitle na piersiach damy, zaszly jaka's brzydka, biala mgla

I mialam do niego straszna uraze nie za to, ze mnie pozadal

Ale za to, ze nie umial by'c wtedy pieknym.

Och! Gdyby pod reka gitara

Wiec tylko wolalam zaciekle i jakim's ochryplym glosem:

Precz! Precz!

Podni'osl sie z kleczek jak pijany.

W tej chwili oprzytomnialam. Pomy'slalam, ze ta w'scieklo's'c jest po prostu nie moja.

Ze ona jest prawdziwa, nie udana.

Ze ja naprawde nienawidze w tej chwili objawienia sie przedemna tej strony milo'sci.

I zleklam sie.

Czuje, ze trace wyzszo's'c.

Wiec schronilam sie ku drzwiom sypialni i stamtad, upozowawszy sie dobrze na tle r'ozowego o'swietlenia, rzucilam juz rozwleczonymi milym glosem:

Do jutra!

Ali stal obalwanialy na 'srodku i tepo patrzyl na mnie. Zauwazylam, ze mu z kacika ust blyszczala 'slina.

To dopelnilo miary.

Jeszcze slodziej powt'orzylam:

Do jutra!

I zniklam, zamykajac drzwi od sypialni.

Wszakze nie na klucz.

Z kim innym zrobilabym to coup de ma^ittre to zgrzytniecie klucza, te niby trwoge przed nim, przed soba.

Ale przed tem obalamuconem tak predko dzieckiem nie warto!

W kilka minut poslyszalam, jak Ali wychodzil. Ja tymczasem badalam siebie przed lustrem.

Bylam bardzo en forme. Oczy me 'slicznie blyszczaly, tak, jakby Ali nie odszedl z kwitkiem. To jest, przypuszczam, zeby tak blyszczaly bo wla'sciwie nie wiem, czy Slowem, bylam zachwycajaca.

I czujac to, czy zapragnelam, aby mnie kto's calowal, czy chcialam kogo's calowa'c?

Nie wiem!

Nie wiem!

Podnioslam moje obnazone ramie, z kt'orego splywaly fale mu'slinu i koronek.

I ucalowalam je.

Ja!

Tak.

Ale jak! Wpilam swe usta w pachnace cialo. Wgryzlam sie w nie do nieprzytomno'sci.

Stuk bramy na dole obudzil mnie.

To Ali wychodzil.

Czy wiesz, ten halas przywi'odl mnie do r'ownowagi. Jednym susem bylam w salonie u otwartego okna. Wezbrala we mnie wesolo's'c zlego stworzenia, kt'ore sie napilo mlodej krwi.

Chcialam jeszcze zobaczy'c Alego, jak bedzie oglupialy wl'okl sie pod murami dom'ow.

A moze zacznie chodzi'c pod oknami i smetnie zn'ow spoziera'c.

Och, gitara!

Przegielam sie wp'ol, p'olnaga i mimowoli zgoraczkowana. Ali stal na trotuarze, jakby sie wahal, co pocza'c.

Rozkoszne zadowolenie triumfujacej kobieco'sci przenikalo mnie cala.

Co zrobi? Co zrobi? Juz go ogarnia fala ideal'ow Och! 'Swieta Klara, 'swiety Franciszek aniolowie cala katarynka

Czulam moje zeby, biale, blyskajace w przestrze'n, cialo przegiete jak pantery, opatrujacej ofiare

Dobrze mi bylo.

Nagle Ali odwr'ocil sie i zaczal szybko i's'c w strone przeciwna, jak ta, w kt'orej mieszkal. Byli'smy bowiem prawie sasiadami. Niedaleko na rogu ulicy byla stacja dorozek i ta stanowila rozpacz mojego zycia. Ku niej to pedzi, jakby gnany Ali. Widze go w tej zgnilej studni ulicznej, bijacej ku mnie zatrutemi letniemi wyziewami. I w migocie latarni zdaje mi sie, ze na plecy, na ramiona chlopca, wskoczyla jaka's zjawa, chuda, straszna, kt'ora widze jedynie z tylu. Co's z tych Mors Ropsa, czarne po'nczochy, spadajaca bielizna z wychudlych ramion.

Popedza go, bije pietami, odzianemi w wykrzywione lakierki, w jego piersi.

A on sie spieszy spieszy

Dopadl do dorozek.

Wskoczyl w jedna.

Mignela mi para siwych koni w ciemno'sci. Ali, stojac juz w dorozce, co's m'owil do fiakra, poczem padl na poduszki, wo'znica zacial konie i szalonym pedem ruszyl w ciemno's'c

W ciemno's'c, w zaduch, w pieklo rozwartej szeroko paszczy miasta.

Ze stopni dorozki zeskoczylo widmo Ropsa i zwr'ocilo ku mnie swa twarz trupia o wyszczerzonych zebach.

I wybuchnal 'smiech

Ja nie wiem, kto sie 'smial, Helu, ja nie wiem, kto

Ja? Czy ta na dole

Czy moze my obie?

Twoja

Rena


List jedynasty | Kobieta bez skazy | List trzynasty