home | login | register | DMCA | contacts | help |      
mobile | donate | ÂĹŃĹËĘŔ

A B C D E F G H I J K L M N O P Q R S T U V W X Y Z
Ŕ Á Â Ă Ä Ĺ Ć Ç Č É Ę Ë Ě Í Î Ď Đ Ń Ň Ó Ô Ő Ö × Ř Ů Ý Ţ ß


my bookshelf | genres | recommend | rating of books | rating of authors | reviews | new | ôîđóě | collections | ÷čňŕëęč | ŕâňîđŕě | add
fantasy
space fantasy
fantasy is horrors
heroic
prose
  military
  child
  russian
detective
  action
  child
  ironical
  historical
  political
western
adventure
adventure (child)
child's stories
love
religion
antique
Scientific literature
biography
business
home pets
animals
art
history
computers
linguistics
mathematics
religion
home_garden
sport
technique
publicism
philosophy
chemistry
close

đĺęëŕěŕ - advertisement



@7

ON: Ko'nczyl sie ostatni dzie'n jego pobytu w Nowym Orleanie. Jutro mial lecie'c do Nowego Jorku.

Tam jeszcze tylko jedna noc i p'oltora dnia. Poza tym w Nowym Jorku czas biegnie znacznie szybciej – my'slal, czekajac w znakomitym nastroju na poranna kawe przy stoliku ustawionym na tarasie hotelu przy basenie.

Po Nowym Jorku byl Paryz, a w Paryza ona. To, co czul, my'slac te­raz o niej, to byla taka delikatna melancholia tesknoty polaczona z na­pieciem i niecierpliwo'scia dziecka czekajacego na koniec wigilijnej ko­lacji, aby wreszcie rozpakowa'c te prezenty pod choinka. Trzeba jeszcze tylko przetrzyma'c jako's te kolacje i potem juz...

Dzisiaj zrobil bez wyrzut'ow sumienia, a wla'sciwie nawet z praw­dziwa satysfakcja, dwie rzeczy, kt'ore w zadnym razie nie przystoja od­powiedzialnemu «pracownikowi nauki».

Po pierwsze, okolo poludnia, jeszcze przed lunchem, wymknal sie niepostrzezenie z zaciemnionej sali, w kt'orej odbywala sie jego sesja, aby pobiec do sasiedniego budynku centrum kongresowego. Koniecz­nie chcial wyslucha'c wykladu mlodego biochemika z instytutu badaw­czego w La Jolla kolo San Diego. Natknal sie na abstrakt jego wykladu przypadkowo, studiujac podczas 'sniadania materialy z konferencji. Na­tychmiast zwr'ocil jego uwage. To, co twierdzil ten mlody czlowiek o bardzo filmowo brzmiacym nazwisku Janda, bylo rewelacja. Ogla­szal bowiem, ze on i jego instytut sa na najlepszej drodze do opracowa­nia szczepionki zapobiegajacej uzaleznieniu sie ludzi od kokainy!

Nie m'ogl sobie Janda wybra'c lepszego miejsca, aby poinformowa'c 'swiat o swoim odkryciu – pomy'slal.

Poza tym to, co powiedzial ten mlody naukowiec, bylo tak genialnie piekne w swojej prostocie, ze dostawal gesiej sk'orki, sluchajac go w tej wypelnionej po brzegi sali. Ludzie czuli, ze tak naprawde jest to naj­wazniejszy wyklad tego kongresu.

Nie m'ogl sie doczeka'c, aby to jej opowiedzie'c lub opisa'c. Ona dzie­lila jego entuzjazm i fascynacje madro'scia jak nikt nigdy dotad. Poza tym nie wstydzila sie swojej niewiedzy, co przy jej ciekawo'sci i upar­tym dazeniu, aby wszystko zrozumie'c, powodowalo, ze i on – zmuszo­ny do wyja'snie'n – na wiele rzeczy patrzyl z innej perspektywy.

Kokaina jest zbyt mala molekula, aby detektory ukladu immunolo­gicznego czlowieka mogly ja zarejestrowa'c i przechwyci'c jako intruza. Niezarejestrowana dostaje sie bez przeszk'od do kom'orek ukladu ner­wowego. Uklad immunologiczny, «niepoinformowany» o ataku, nie wysyla zadnych antycial, kt'ore moglyby z nia walczy'c. Gdyby jednak «podwiesi'c» kokaine do wystarczajaco duzych protein – i to bylo tym genialnym pomyslem Jandy i jego grupy – uklad immunologiczny roz­poznalby te hybryde jako wroga i zniszczyl antycialami, zanim kokaina dostalaby sie do m'ozgu. Janda twierdzil, ze udalo mu sie, na razie tylko u szczur'ow, dokona'c tego i zmusi'c ich system immunologiczny do wy­tworzenia przeciwcial, kt'ore niszczyly przyklejona do duzych protein kokaine, zanim dotarla do receptor'ow na neuronach w m'ozgu. Takie antyciala wytwarzane sa jako reakcja organizmu na np. obecno's'c szcze­pionki. Janda wstrzykiwal opracowane przez jego instytut szczepionki szczurom – oczywi'scie nie powiedzial, co bylo substancja czynna ta­kiej szczepionki – aby potem poda'c im kokaine. Kokaina nie docierala do receptor'ow na neuronach w m'ozgu szczur'ow w eksperymencie, w efekcie czego nie zagryzaly sie nawzajem. To byl najlepszy dow'od, ze szczepionka dziala, bowiem szczury na kokainie przeistaczaja sie w bestie. Nie tylko szczury zreszta. Psy do walki czesto takze podnieca sie kokaina.

Janda twierdzil, ze opracowanie takiej szczepionki dla ludzi to kwe­stia kr'otkiego czasu.

Nie m'ogl w tym momencie nie my'sle'c o firnie. A takze o sobie i wlasnej przygodzie z kokaina. Wtedy, kilkana'scie lat temu, w innej dzielnicy tego miasta, gdy mial juz kokaine w sobie, czasami zastana­wial sie nad mechanizmem jej dzialania. To, co wymy'slil ten mlody chemik, szczeg'olnie receptory na kom'orkach nerwowych – neuronach – w m'ozgu, tez przychodzilo mu czasami do glowy. Te receptory na neuronach – to jak dziurka od klucza do m'ozgu. Gdy klucz nie pasuje, nic nie przedostanie sie do 'srodka. Chyba ze jest tak male jak molekula kokainy, kt'ora przepchnie sie bez klopotu przez kazda dziurke. Juz wtedy w Tulane poznal dokladnie ten mechanizm. Ale nigdy nie przyszloby mu do glowy, aby zwiekszy'c rozmiary klucza na tyle, aby nie paso­wal do tej dziurki. Sprytny Janda pomy'slal o tym.

Poza tym, gdy na tej sali padlo sformulowanie «receptory na neuro­nach», przypomniala mu sie wyjatkowo smutna historia mlodej dokto­rantki, Candace Pert, z Georgetown University w Waszyngtonie. Jim takze znal te historie. Od dnia, w kt'orym mu ja opowiedzial, Jim za­wsze pil jedna kolejke za «Candace Pert, kobiete, kt'ora dokladnie wie­dziala, co sie dzieje za blona 'sluzowa».

To Candace Pert, badajac w latach siedemdziesiatych mechanizm dzialania morfiny, tak bardzo zasluzonej w walce z cierpieniem, jeszcze na studiach odkryla, ze na powierzchni neuron'ow sa miejsca, kt'ore ksztaltem i wielko'scia pasuja do molekuly morfiny. Jak klucz do zam­ka. To przez te miejsca morfina przedostaje sie do kom'orek. I wla'snie w ten spos'ob u'smierza b'ol.

Skad niby neuron mialby mie'c na sobie klucz do jakiej's morfiny? Dlaczego organizm przygotowal sobie dziurke od klucza, kt'orego ist­nienia jednak nie m'ogl przewidzie'c? A moze istnieja substancje podob­ne pod wzgledem struktury i dzialania do morfiny, wytwarzane we­wnatrz organizmu? Sa. Oczywi'scie, ze sa. Tak jak morfina lagodza b'ol, wplywaja na nastr'oj, wywoluja uczucie przyjemno'sci, a czasami nawet euforie. Nazywaja sie endorfmy, «wewnetrzne morfiny». Ujmujac to obrazowo, mozna powiedzie'c, ze orgazm to nic innego jak zatapianie m'ozgu endorfinami. Tak samo zreszta jak lek skaza'nca tuz przed egze­kucja na krze'sle elektrycznym. Wbrew pozorom w obu przypadkach sklad chemiczny substancji w m'ozgu jest identyczny.

Malo kto wie, ze to od odkrycia Candace Pert rozpoczela sie fascy­nujaca i trwajaca nieprzerwanie do dzi's historia molekul emocji. Wla­'snie jej odkrycie pozwolilo zacza'c my'sle'c o tym, ze ludzie to mieszani­na nukleotyd'ow, pamieci, pragnie'n i protein. Gdyby nie receptory na neuronach, z pewno'scia nie byloby poezji.

Na pomysl takich receptor'ow na neuronach Candace Pert, atrakcyj­na brunetka z uniwersytetu w Waszyngtonie, wpadla jeszcze w 1972 roku. Dalsza historia jej odkrycia to najlepszy dow'od, jak pr'ozny, za­wistny, okrutny i pelen intryg moze by'c 'swiat nauki. Znal to z wlasne­go do'swiadczenia, wiec historia Candace nie byla dla niego szokiem.

Gdy Pert byla tuz przed swoim odkryciem, szef projektu, utytulo­wany profesor, informowany regularnie o postepach prac, polecil jej bezwarunkowo zako'nczy'c badania, twierdzac, ze sa «bezcelowe i prowadza w 'slepa uliczke». Ten sam profesor jednak wkr'otce z dwoma nie mniej utytulowanymi kolegami zostal nominowany do prestizowej ameryka'nskiej nagrody Laskera – prowadzacej prosta droga do Nobla – wla'snie za badania nad receptorami neuron'ow. Jej badania! Komitet nagrody Laskera calkowicie pominal jej wklad, nie wymieniajac nawet nazwiska.

Jak wspomina sama Pert, mogla przej's'c nad tym do porzadku i zy'c z tym ponizeniem w milczeniu, «wiedzac i tak swoje», albo protesto­wa'c. Nie przeszla nad tym do porzadku. Zbyt dobrze pamietala przypa­dek innej kobiety, kt'ora obrabowano z jej wiedzy, uznania i zaslug. I zbyt dobrze pamietala, czym sie to sko'nczylo.

On tez znal w szczeg'olach tragiczny przypadek Rosalind Franklin. Jak m'ogl nie zna'c. Przeciez to jego genetyczno-biochemiczne poletko.

Rosalind Franklin, absolwentka slynnego Cambridge, uzywajac wte­dy, na poczatku lat pie'cdziesiatych, bardzo nowej techniki krystalografii rentgenowskiej odkryla, ze DNA to podw'ojna spirala przypominajaca drabine i ze ramiona tej drabiny to fosforany. Dyrektor jej instytutu, John Randall, zaprezentowal wyniki bada'n, a takze nieopublikowane jeszcze przemy'slenia swojej mlodej wsp'olpracowniczki na malym kole­ze'nskim seminarium, w kt'orym uczestniczyly trzy osoby, w tym James Watson i Francis Crick. Kr'otko po tym, w marcu 1953 roku Watson i Crick opublikowali slynny artykul, opisujacy poprawnie strukture po­dw'ojnej helisy DNA.

Tamtego marca rozpoczela sie wsp'olczesna genetyka. 'Swiat onie­mial z zachwytu. Ale nie caly. Gdy Watson i Crick udzielali wywia­d'ow, przechodzili z duma do historii i rezerwowali sobie miejsce w en­cyklopediach, Rosalind Franklin cierpiala w milczeniu. Nigdy nie zaprotestowala i nigdy tez nikomu publicznie nie opowiedziala o tym, co czuje.

W 1958 roku, zawsze zdrowa, bez zadnych genetycznych predys­pozycji, Franklin zachorowala na raka i po kilku tygodniach umarla.

Miala trzydzie'sci siedem lat.

W 1962 roku Watson i Crick odebrali w Sztokholmie Nagrode Nobla.

Molekuly emocji? Peptydowe receptory smutku otworzyly droge do mutacji kom'orek rakowych? Wedlug Pert, a teraz juz takze i wedlug wiekszo'sci immunolog'ow, smutek i b'ol moga zabi'c tak samo jak wirusy.

Candace Pert nie przeszla wiec nad rabunkiem jej dorobku do po­rzadku dziennego. Zaprotestowala. Utytulowany profesor nie dostal Nagrody Nobla i popadl w zapomnienie. Ona za's stala sie autorytetem.

My'slal o tym, sluchajac wykladu Jandy, i zastanawial sie, czy Janda wie, ze bez Candace Pert nie byloby go tutaj, przed ta wypelniona po brzegi sala.

Opr'ocz ucieczki na wyklad o szczepionce przeciwko kokainie zrobil rzecz znacznie gorsza w tym ostatnim dniu kongresu w Nowym Orle­anie: zrezygnowal, wykrecajac sie choroba, z oficjalnego rautu ko'ncza­cego kongres. Nie mial ochoty po raz kolejny slucha'c wszystkich tych samych od lat przem'owie'n o tym, kto sie zasluzyl i kto to docenia lub jak «owocne bylo to spotkanie» i, «jakie nowe wyzwania stoja przed na­mi». 'Swiatowy kongres genetyk'ow w Nowym Orleanie nie r'oznil sie pod tym wzgledem od gminnego zjazdu k'olek rolniczych w Nowej Wsi. Nie chcial tez spedzi'c wieczoru, dotrzymujac towarzystwa szacow­nym i bezgranicznie znudzonym zonom profesor'ow, kt'orzy podobnie jak ich zony juz dawno nie maja nic do powiedzenia i jedynie jezdza z kongresu na kongres, obcinajac w ten spos'ob kupony od swojej daw­no juz poz'olklej 'swietno'sci i slawy.

Chcial pozegna'c Nowy Orlean na sw'oj spos'ob. Kolacje zjadl w ma­lej restauracji o nazwie Evelyn's Place na rogu Charters Street i Iberville. Dla bywalc'ow w tym mie'scie prawdziwy rarytas miejscowej lo­kalnej kuchni. Znany tylko wtajemniczonym. Poza tym jest tam caly czas Happy Hour. Zamawiajac jedna tequille, dostaje sie trzy, nie pla­cac za dwie pozostale. Doskonale wplywa to na atmosfere tego raczej obskurnego wnetrza. Po pierwszej kolejce przestaje sie to zauwaza'c. Po drugiej zaczyna by'c pieknie. Czasami w Evelyn's Place zdarzalo sie co's, co nie zdarzalo sie nigdzie indziej w Nowym Orleanie. Evelyn 'sciagala – przewaznie przed Mardi Gras – swoja mlodsza siostre, kt'ora jako jedyna, jak m'owi Evelyn, «wyrwala sie z getta, bo ma m'ozg i nie lubi kuchni». Studentka konserwatorium muzycznego w Detroit, stu­diujaca w klasie skrzypiec, niezwykle zdolna, nagradzana w r'oznych konkursach w obu Amerykach. Gdy przyjezdzala do zadymionego klu­bu swojej siostry, zapominala o salach koncertowych i Detroit. Plotla warkocze jak rastamanka i grala jazz i bluesa. Na skrzypcach! Slucha­jac, mialo sie wrazenie, jak gdyby Marvin Gaye 'spiewal bluesa.

Evelyn zreszta, do kt'orej nalezy to miejsce, to tez zjawisko. Potezna Murzynka o u'smiechu aniola, grajaca «po godzinach» na perkusji w jazzowym zespole dixielandowym. «W godzinach» musiala gotowa'c dla swoich go'sci. «Musiala» to zle slowo. Evelyn uwazala bowiem – wie to, gdyz przysluchiwal sie rozmowom Jima i Evelyn, gdy przycho­dzili tu razem przed laty – ze od sztuki gotowania lepszy jest tylko «dobry jazz i dlugi seks». Poza tym Evelyn za kazdym razem powtarzala, ze 'swiat nabral sensu, odkad zaistnial jazz, i przezyl trzy rewolucje: kopernika'nska, einsteinowska oraz wynalezienie gumbos, pikantnej kreolskiej zupy ro'slinnej z egzotycznego warzywa o nazwie okra, serwowa­nej do czerwonej fasoli z przyprawami cajun. Nigdzie nie przyrzadzaja w Nowym Orleanie takich gumbos i takiej czerwonej fasoli jak w Evelyn's Place wla'snie. Pod wiecz'or, gdy restauracja pulsuje zyciem i wi­bruje 'smiechem, mozna czasami nam'owi'c Evelyn na solo na bebnach. Zaklada wtedy biale rekawiczki do lokci, poprawia makijaz, siada na obrotowym krze'sle przy wej'sciu do kuchni i gra. Tak dlugo, az kto's za­cznie ja blaga'c, aby przestala. Czesto, gdy Evelyn grala, Jim wychodzil na podw'orze za restauracja. Nie przepadal za jazzem. Pamieta, jak go kiedy's rozbawil, m'owiac, ze «jazz to zemsta Murzyn'ow na bialych za niewolnictwo». Mimo to regularnie przychodzili w to miejsce.

Od tamtych dni nic specjalnie sie tutaj nie zmienilo poza tym, ze Evelyn jest teraz jakie's 15 kg grubsza.


ONA: Obudzil ja szmer w okolicach drzwi. Przez otwarte okno do­chodzily glosy dzieci bawiacych sie w ogrodzie. Byl sloneczny dzie'n. Drzala z zimna. Zauwazyla, ze spala nago, niczym nie przykryta, podczas gdy klimatyzacja pracowala cala noc. Koldra lezala na podlo­dze przy oknie. Wstala i podeszla do drzwi. W szczelinie pod nimi tkwila oliwkowa koperta. Schylila sie i podniosla. U'smiechnela sie, przytulila koperte do siebie i szybko wr'ocila do l'ozka. Wydobywala kartke z wydrukowanym e-mailem od niego, gdy zadzwonil telefon. Asia.

– Jak cie znam, to lezysz jeszcze w l'ozku. Oczywi'scie nie zapo­mniala's, ze dzisiaj jest dzie'n Renoira, prawda? – zapytala dziwnie zmienionym glosem.

Oczywi'scie, ze zapomniala. Ale nie zdradzila sie i sluchala Asi w milczeniu.

– Teraz wsta'n, id'z do stacji Ecole Militaire i pojed'z do Solferino; przesiadke masz na Concorde. Gdy wysiadziesz i wyjdziesz na g'ore, zobaczysz przed soba hale starego dworca. Tam jest Muzeum d'0rsay. Zapamietala's? Stacja Solferino. Stoje tutaj w kolejce po bilety od piatej rano. Poznalam w tym czasie faceta z Wenezueli, dziewczyne z Birmy i czterech Czech'ow, kt'orzy stoja zaraz za mna. Czesi przyszli ze skrzynka piwa. Zaczeli otwiera'c butelki okolo si'odmej rano. Najpierw nie moglam na to patrze'c. Brr... Piwo przed 'sniadaniem. Ale tak od okolo 'osmej, bez 'sniadania, pije razem z nimi. Pewnie poznala's to po moim glosie? O Boze, jak cudownie. Renoir w calej hali dworca w Pa­ryzu, a ja po pieciu piwach o dziewiatej rano. Chcialabym utrwali'c ten stan. Ale nie bierz aparatu. I tak nie wolno fotografowa'c. Tylko przy­jed'z koniecznie, chcialabym to widzie'c takze twoimi oczami. Bedzie­my mialy co wspomina'c do ko'nca wieku. Pr'obowalam zlapa'c Alicje. Kilka razy dzwonilam do jej pokoju. Dopiero ten recepcjonista Polak zdradzil mi, ze jej nie ma. Od wczoraj po kolacji. Przystanek Solferino, pamietaj. Musisz natychmiast przyjecha'c. Teraz wracam do Czech'ow. – Zanim odlozyla sluchawke, powiedziala jeszcze: – I prosze cie. Nie zatrzymuj sie pod zadnym pozorem w tej Internet Cafe przy Militaire. Ostatnio pobiegla's tam na pie'c minut, a zostala's dwie godziny. Napi­szesz do niego, ktokolwiek to jest, p'o'zniej, gdy wr'ocimy z tej wystawy. Obiecujesz? Prosze!

Pomy'slala, po raz kolejny, ze Asia jest wyjatkowa. W zasadzie nie chcialaby, aby Jakub poznal Asie. W jakim's stopniu niebezpiecznie pa­sowali do siebie.

Pobiegla do lazienki. Szybko wziela prysznic. Wlozyla kr'otkie, bia­le, obcisle spodnie i czerwony podkoszulek odkrywajacy brzuch. Nie wlozyla stanika. Zapowiadal sie upal nie mniejszy niz poprzedniego dnia. Do torebki wrzucila po prostu zawarto's'c kosmetyczki.

Makijaz zrobie, jadac metrem – pomy'slala.

Recepcjonista nie m'ogl oderwa'c wzroku od jej piersi, gdy zbiegala, z mokrymi jeszcze wlosami, po schodach do restauracji na 'sniadanie. Opu'scil recepcje i przyszedl za nia do sali restauracyjnej. W takim ma­lym hotelu jak ten recepcjonista byl takze kelnerem. Przynajmniej w trakcie 'sniada'n.

Stal z ol'owkiem i papierowym bloczkiem w reku i przyjmowal od niej zam'owienie. Zam'owila kawe i croissainta z miodem. Gdy odszedl, zostawila wszystko i pobiegla na g'ore do pokoju. Zabrala ze stolika nocnego sw'oj przeno'sny odtwarzacz plyt kompaktowych, znalazla w walizce ostatnia plyte Van Morrisona i wr'ocila do stolika w restaura­cji. Kawa czekala juz na nia. Obok filizanki z kawa lezalo naj'swiezsze wydanie «International Herald Tribune».

Recepcjonisty nie bylo. Odsunela po'spiesznie gazete, aby nie wi­dzie'c nawet nagl'owk'ow.

Nie zepsuje sobie nastroju informacjami o 'swiecie – pomy'slala.

Zalozyla sluchawki. Wybrala «Have I told lately that I love You», sw'oj ulubiony kawalek Morrisona.

Nie tylko Asia moze by'c przygotowana wewnetrznie do Renoira – pomy'slala.

Ona tez. Muzyke juz ma. Teraz zadba o chemie.

Pojawil sie recepcjonista z parujacym od ciepla croissaintem. Wyla­czyla muzyke i zdjela sluchawki. Zauwazyla, ze on nadal zerka na jej piersi.

– Czy m'oglby pan przynie's'c jeszcze jedna kawe? A je'sli tak, to czy m'oglby pan wla'c do tej kawy kieliszek irlandzkiej whisky? U'smiechnal sie i zapytal:

– Dwadzie'scia pie'c, pie'cdziesiat czy sto mililitr'ow? Przy stu bedzie miala pani kawe w whisky, a nie odwrotnie.

– A jak pan my'sli, po jakiej ilo'sci bedzie mi jeszcze lepiej?

– Po dwudziestu pieciu mililitrach whisky w kawie i stu szampana w kieliszku z truskawka. Szampan na m'oj rachunek. Renoir tez pil szampana. I czesto do 'sniadania. Niech pani dzisiaj w Orsay zwr'oci uwage, ile butelek stoi na stolach na jego slynnym obrazie «'Sniadanie wio'slarzy».

– No tak. Wie pan o mnie wszystko. Czyta pan i pisze moje e-maile, wie pan, ze potrzebuje Internetu, a teraz jeszcze pan wie, ze za chwile ide spotka'c Renoira. Skad, je'sli mozna wiedzie'c?

– E-maile mam od pani lub dla pani, Internetu potrzebuje od kilku miesiecy jak tlenu, wiec uog'olnilem to takze na pania, bo pasuje pani do modelu, a Renoir? Wiem od pani kolezanki. Zanim polaczylem jej roz­mowe z pani pokojem, opowiedziala mi prawie wszystko o tej wystawie w d'Orsay, a potem straszyla mnie, ze je'sli pani nie podniesie sluchaw­ki, to moze pani zaslabla w pokoju i powinienem natychmiast tam p'oj's'c. Ona jest taka slodka, gdy klamie. Moze jej to pani powiedzie'c.

To rzeklszy, odszedl do baru. Za chwile przyni'osl filizanke kawy, kieliszek z plywajaca w musujacym szampanie truskawka i krysztalowa miseczke truskawek posypanych wi'orkami kokosowymi. Postawil to przed nia i powiedzial:

– Ma pani przed soba cudowny dzie'n. Widzialem te wystawe przed dwoma dniami. Renoir to jedyny impresjonista, kt'ory malowal wylacz­nie dla i przyjemno'sci, wiec bedzie pani wyjatkowo przyjemnie w d'Orsay. Gdybym nie musial dzisiaj pracowa'c, zapytalbym pania, czy m'ogl­bym jej towarzyszy'c. Ale dzisiaj nie patrzylbym wcale na obrazy.

Zanim odszedl, zblizyl sie do krzesla, na kt'orym siedziala, i popra­wiajac stokrotki w malym porcelanowym wazoniku stojacym przy kie­liszku z szampanem na jej stoliku, powiedzial:

– Poza tym wyglada pani prze'slicznie w tych mokrych wlosach i bez makijazu.

Jak to dobrze, ze on to m'owi – pomy'slala z wdzieczno'scia.

Chciala przeciez «prze'slicznie wyglada'c» i chciala, aby 'swiat to wi­dzial. Szczeg'olnie teraz, tutaj, w Paryzu, przez najblizsze dni. To be­dzie kosztowa'c majatek, ale zam'owila sobie jeszcze w Warszawie, oczywi'scie przez Internet, termin u fryzjera w Paryzu. Tylko kilka ulic od ich hotelu. Na dzie'n przed jego przylotem.

Zjadla croissainta. Kawa przyjemnie smakowala goryczka whisky. Po wypiciu szampana palcami wyjela truskawke i wlozyla powoli do ust. Czula, ze dzieki tej drugiej kawie i szampanowi jej postrzeganie 'swiata zaczyna zbliza'c sie do postrzegania Asi. To doskonale – pomy­'slala. Maja przeciez mie'c wsp'olne wspomnienia z tej wystawy na resz­te ko'nczacego sie wieku.

O Boze, jak bardzo chcialaby teraz dotkna'c jego ust. Tylko dotkna'c – pomy'slala. – Znowu sie zaczyna. Po co ja pilam ten alkohol?!

Wstala szybko od stolika, zalozyla sluchawki i przesunela suwak glo'sno'sci odtwarzacza. Potrzebowala teraz glo'snej muzyki i to koniecz­nie Van Morrisona. Przechodzac przez restauracje w kierunku wyj'scia, podniosla reke i nie odwracajac glowy kiwnela palcami na pozegnanie. Przypuszczala, ze recepcjonista obserwuje ja. W drzwiach wyj'scio­wych niespodziewanie odwr'ocila sie. Miala racje! Patrzyl za nia.


ON: Po kolacji rozpoczal wedr'owke po klubach, pubach i restaura­cjach Dzielnicy Francuskiej Nowego Orleanu. Tak jak wtedy. Ale nie bylo tak jak przed laty. Teraz musial doszukiwa'c sie tej rado'sci i bez­troski. Wtedy czul ja nieustannie.

Mijajac tak jak wtedy neon przy wej'sciu do jednego z klub'ow noc­nych, przystanal i otworzyl butelke piwa, kt'ore grzalo sie od rozgrzane­go ciala w tylnej kieszeni spodni.

Zycie to pozadanie. Cala reszta to tylko szczeg'ol – migotalo z krzy­kliwego neonu.

Pomy'slal, ze to miasto mozna by dokladnie zdefiniowa'c tym tek­stem z neonu. Tutaj faktycznie ludzie przyjezdzaja, aby chociaz przez kilka dni zaja'c sie swoim pozadaniem. Nawet gdy tego sobie wprost tak do ko'nca nie u'swiadamiaja.

Cala reszta to szczeg'ol – pomy'slal, u'smiechajac sie do siebie.

Do hotelu wracal radosny i podniecony. Wyszedl okolo pierwszej z klimatyzowanego bluesowego klubu Razoo na rogu Bourbone i Vanessa i wpadl prosto w parna, duszaca noc w Nowym Orleanie. Bylo, mimo nocy, okolo 30 stopni ciepla przy wilgotno'sci powietrza siegaja­cej 93 procent. Ulica tetnila zyciem. Kolorowy tlum turyst'ow przekrzy­kujacych sie we wszystkich mozliwych jezykach sunal jak procesja Bourbone Street, zatrzymujac sie przy wej'sciach do klub'ow i restaura­cji, przez kt'orych drzwi wydobywala sie muzyka.

'Swiat sie zmienia, ale na szcze'scie nie Bourbone Street. Niezmiennie tak samo zwariowana – pomy'slal. Pewnie dlatego zawsze tylu tu ludzi.

Przeszedl dwie przecznice, skrecil w Conti Street i znalazl sie na Dauphine Street. Wkr'otce stal przed hotelem, dwukondygnacyjnym bu­dynkiem w kolonialnym stylu poro'snietym winoro'sla i ozdobionym kil­koma wielkimi ameryka'nskimi flagami, kt'ore o'swietlal reflektor usta­wiony na tarasie domu po drugiej stronie ulicy. Gwiazdy na flagach migotaly niebieskimi zar'oweczkami. U'smiechnal sie do siebie, my'slac po raz kolejny, ze Amerykanie sa czasami tak zabawni i rozbrajajaco kiczowaci w swoim patriotyzmie.

Minal recepcje w klimatyzowanym holu, wzial klucz od zaspanego portiera i juz chcial i's'c do pokoju, gdy nagle uslyszal muzyke dobiega­jaca z patio w poludniowej cze'sci hotelu. Przez chwile wahal sie, czy tam p'oj's'c. Wcze'snie rano lecial do Nowego Jorku. Wyobrazal sobie to cierpienie, gdy zadzwoni budzik. Mimo to pomy'slal, ze p'ojdzie na naj­bardziej juz dzisiaj ostatniego drinka i wyslucha tego bluesa. Tylko na chwile. Zawr'ocil w polowie pietra i poszedl na patio.

Bylo to typowe podw'orze bogatszych kolonialnych dom'ow w Dziel­nicy Francuskiej, z mala kamienna fontanna po'srodku eliptycznego ba­senu pokrytego gesto bialymi liliami, kt'ore mogly wyrosna'c tak ogrom­ne tylko w tym klimacie. Pod 'sciana budynku stal niewielki bar, o'swietlony tylko lampami imitujacymi 'swiece, a wok'ol niego kilka sto­lik'ow z okraglymi blatami z bialego marmuru i niewielkie metalowe krzeselka z fantazyjnie wygietymi oparciami. Rozlozysta palma swoja korona zaslaniala lampe majaca o'swietli'c maly parkiet taneczny znajdu­jacy sie za fontanna. Po stronie baru stal bialy fortepian. Mlody Murzyn w czarnym smokingu i bialej koszuli ozdobionej czarna mucha akompa­niowal starszej grubej Murzynce ubranej w blyszczaca suknie do ziemi. Mimo ciemno'sci miala ogromne sloneczne okulary. 'Spiewala bluesa.

Obok fortepianu znajdowaly sie bebny perkusji, przy kt'orych nikt nie siedzial, ale tuz obok na fotelu z nieskazitelnie bialej sk'ory siedzial mlody bialy mezczyzna, kt'ory trzymal gitare na kolanach i popijal drinka.

Nad patio ko'nczyl sie bluesowy standard «Bring it home to me». Na chwile zapadla cisza. Jakub podszedl do baru, zam'owil whisky z woda sodowa i lodem i usiadl przy stoliku stojacym najblizej fortepianu. Na­gle gitarzysta wstal, dal znak wokalistce, kt'ora wyjela mikrofon ze sto­jaka. Zaczal gra'c. Jakub od razu poznal, co to jest.

Zdal sobie nagle sprawe, ze dotad slyszal to wylacznie w wykonaniu wokalist'ow, a teraz, w wykonaniu tej Murzynki, bylo to niesamowite. Zupelnie inne, porywajace.

Saczyl powoli whisky, sluchal i mimowolnie zaczal porusza'c sie w rytm muzyki. Nagle na ten maly parkiet wyszla biala dziewczyna w brazowej sp'odnicy do ziemi i czarnej bluzce niezakrywajacej brzu­cha. Miala czarne buty na wysokim obcasie, czarne wlosy do ramion. W lewej dloni trzymala duza krysztalowa szklanke wypelniona do po­lowy.

Zauwazyl ja juz wcze'sniej, kiedy zamawial drinka przy barze. Zwr'ocila jego uwage alabastrowa biela zupelnie nieopalonej sk'ory na brzuchu i twarzy oraz ogromnymi wargami, odcinajacymi sie czerwie­nia od twarzy. Siedziala zamy'slona, nic nie m'owiac, przy sasiednim stoliku w towarzystwie ubranego mimo upalu w szary garnitur mlode­go mezczyzny z telefonem kom'orkowym w dloni. Zajmowali stolik ra­zem z inna para. Ta druga dziewczyna miala spadajace na ramiona blond wlosy z kosmykami splecionymi kolorowymi wl'oczkami. Byla ubrana w kr'otkie spodnie, kt'ore odslanialy niesamowicie dlugie, opalo­ne nogi. Czarny podkoszulek na waskich tasiemkach, napiety przez jej duze piersi, ko'nczyl sie wysoko nad pepkiem. Jej partner byl wysokim, szczuplym szatynem ubranym w sportowy bialy podkoszulek odslania­jacy imponujace mie'snie i niebiesko-czerwony tatuaz na prawym ra­mieniu. Trzymali sie za rece, szeptali co's sobie do ucha i co rusz wybu­chali 'smiechem. Wygladali na Europejczyk'ow; wida'c bylo, ze ta czw'orka jest razem.

Dziewczyna na parkiecie zaczela powoli sie porusza'c. Miala za­mkniete oczy i caly czas trzymala szklanke.

«Rock me baby, rock me all night long...»

Blues stawal sie coraz bardziej rytmiczny. Nagle podeszla do Jaku­ba, spojrzala mu w oczy, u'smiechnela sie i nie pytajac o przyzwolenie, postawila swoja szklanke obok jego szklanki, lekko przy tym dotykajac palcami nadgarstka jego lewej reki. Wr'ocila na parkiet.

«Rock me baby, and I want you to rock me sl'ow, I want you to rock me baby till I want no more...»

Jej biodra unosily sie, opadaly, krazyly i falowaly. Czasami wzmac­niala ich ruchy, opuszczajac na nie dlonie i wypychajac do przodu. Otwierala przy tym lekko usta i wysuwala delikatnie jezyk.

«Rock me baby, like you roli the wagon wheel, I want you to rock me, baby, you don't know how it makes me feel...»

Zn'ow zblizyla sie do jego stolika, stanela dokladnie naprzeciwko. Nie ruszajac sie z miejsca, rytmicznie poruszala tylko biodrami. Prawa dlo'n polozyla na swojej lewej piersi, tak jak ameryka'nscy marines, gdy sluchaja hymnu, a palce lewej podniosla do warg. Widzial wyra'znie, jak serdeczny palec powoli wsuwa sie i wysuwa z ust.

Nagle poczul sie zawstydzony i odruchowo uciekl wzrokiem w bok. Zauwazyl, ze blondynka przesiadla sie na kolana wytatuowanego part­nera; oboje poruszali sie w takt muzyki. Ona rozlozyla dlugie nogi, opu'scila je wzdluz jego i tarla go po'sladkami, ta'nczac z nim na siedza­co bluesa. On obejmowal ja na wysoko'sci, gdzie ko'nczyl sie kr'otki podkoszulek, dotykajac krawedziami dloni jej nagich piersi, wystaja­cych wyra'znie spod podkoszulka. Tylko mezczyzna w szarym garnitu­rze nie zwracal na nikogo innego uwagi, zajety rozmowa.

«Want you to rock me baby till I want no more...»

Patrzyl na te ta'nczaca dziewczyne zafascynowany. Nie przypuszczal, ze mozna tak pieknie zata'nczy'c bluesa. Rozejrzal sie dookola. Wszyscy patrzyli na nia. Z r'owna ciekawo'scia i podziwem kobiety i mezczy'zni.

Kobiety z reguly nienawidza tych, kt'ore tania i prostacka seksualno­'scia przyciagaja uwage mezczyzn. Sadza, ze ta tanio's'c i prostactwo prowadza do inflacji tego wsp'olnego dla wszystkich kobiet argumentu w relacjach z mezczyznami. Z drugiej strony sa niezwykle zgodne w podziwie, gdy ta seksualno's'c osiaga prawdziwy kunszt. Tej ta'nczacej z taka fantazja dziewczynie nie mozna bylo tego kunsztu odm'owi'c. Na­wet gdy sie jej zazdro'scilo tej uwagi i tych fantazji, kt'ore wzbudzala, mozna ja bylo tylko podziwia'c.

Przypuszczal, ze mezczy'zni obecni na patio nie my'sleli o tym, czy ja podziwia'c, czy nie. Przypuszczal, ze nie my'sleli w og'ole. Co najwy­zej fantazjowali. I to gl'ownie na jeden temat.

Nagle i on zaczal my'sle'c o seksie.

Z jednym jedynym wyjatkiem – gdy «uwodzil» ja wirtualnie w noc­nym barze tego hotelu w Warszawie – rozmowy z nia nigdy nie doty­czyly bezpo'srednio seksu. Byla mezatka – dlatego nie potrafil poruszy'c tego tematu bez poczucia winy i wewnetrznego niepokoju. Nie chcial wpa's'c w pulapke banalnego malze'nskiego tr'ojkata. W Internecie, gdzie nie do'swiadczal takich pokus blisko'sci, jak zapach perfum, cieplo dloni czy wibracja glosu, bylo to o wiele latwiejsze do zrealizowania. Latwiej bylo utrzyma'c znajomo's'c na poziomie przepelnionej sympatia przyja'z­ni z elementami dwuznacznego flirtu. Ona nie musiala nic deklarowa'c, zachowujac, przynajmniej formalnie, status wirtualnej przyjaci'olki, «nie robiacej przeciez nic zlego». On nie mial formalnie powodu by'c rozcza­rowanym brakiem wylaczno'sci, gdy opowiadajac o zdarzeniach ze swo­jego zycia, uzywala liczby mnogiej. Trwali w ukladzie skonstruowanym tak, aby m'oc demonstrowa'c gotowo's'c do deklaracji, ale zadnych nie czyni'c. Dla spokoju sumienia.

Jednak fizyczno's'c ich zwiazku przejawiala sie w prawie kazdej roz­mowie na ICQ i w prawie kazdym e-mailu. W dwuznacznych opisach zdarze'n lub sytuacji przemycali swoje bardzo jednoznaczne pragnienia i tesknoty. Byl pewien, ze w trakcie ich spotka'n na Internecie bylo wie­cej czulych dotknie'c niz podczas spotka'n wielu tzw. normalnych par w majowe wieczory na lawce w parku. Opowiadali o seksie, nie nazy­wajac go nigdy po imieniu.

Teraz w Paryzu mialo to wszystko przej's'c – wreszcie – do historii. Z jednej strony my'sl o spotkaniu, do kt'orego mialo doj's'c, byla elektry­zujaca jak poczatek erotycznego snu, z drugiej rodzila u niego uczucie napiecia i niepokoju. W Paryzu za brama lotniska fantazja mogla mina'c sie z rzeczywisto'scia. To, co bylo miedzy nimi, wyroslo na gruncie fa­scynacji slowem i wyrazona tekstem my'sla. Dlatego bylo pewnie tak sil­ne, intensywne i caly czas: przez brak szansy prawdziwego spelnienia.

Odczuwal jej atrakcyjno's'c, nie widzac jej. Byl niejednokrotnie pod­niecony do erekcji, czytajac jej teksty. Erotyka to zawsze tw'or wyobra'z­ni, jednak dla wiekszo'sci ludzi wyobra'zni zainspirowanej jaka's ciele­sno'scia. W jego wypadku jej zmyslowo's'c byla troche jak erotyczne wiersze z tomiku poezji. Na dodatek ten tomik ciagle jeszcze kto's pisal.

Zawsze lubil erotyki. Lubil je takze umie'c na pamie'c. Do kilkudzie­sieciu polskich, kt'ore umial recytowa'c od czas'ow szkoly 'sredniej, dolo­zyl kilka Rilkego. Po niemiecku! Ale to dopiero ostatnio, gdy zaczal «czu'c» niemiecki, a nawet 'sni'c po niemiecku. Przedtem wydawalo mu sie, ze niemiecki o wiele bardziej nadaje sie do koszar niz do poezji. To pewnie taki polski historyczny balast.

My'slal o tym, pijac kolejne szklaneczki whisky i patrzac na te ta'n­czaca dziewczyne na patio w Dauphine Hotel w Nowym Orleanie. Tro­che mylila mu sie erotyka z seksem. To pewnie przez ten alkohol, te dziewczyne i muzyke.

– Tak, to gl'ownie przez te muzyke! – pomy'slal. Od kilkunastu lat muzyka, niekoniecznie blues, kojarzyla mu sie z seksem. Nauczyla go tego pewna kobieta bardzo dawno temu.

To bylo jeszcze nawet przed Nowym Orleanem. Dostal stypendium ministerialne na badania w ramach wsp'olnego projektu jego wroclaw­skiej uczelni z uniwersytetem w Dublinie w Irlandii.

Byla szara, deszczowa i zimna wiosna w Dublinie, gdy przyjechal. Pracowal w laboratorium komputerowym Wydzialu Genetyki we wschodniej cze'sci campusu, rozlokowanego prawie w samym centrum Dublina. Mieszkal w go'scinnym pokoju na terenie campusu, kt'ory przy­pominal mu monstrualny labirynt polaczonych z soba budynk'ow z czer­wonej cegly. M'owiono mu, ze z jego pokoju mozna przej's'c korytarzami do laboratorium komputerowego, nie wychodzac na zewnatrz. Kiedy's wieczorem pr'obowal to zrobi'c, ale gdy wyladowal w 'smierdzacym wil­gocia i naftalina, zastawionym metalowymi stolami z nagimi zwlokami prosektorium wydzialu medycznego, postanowil da'c sobie spok'oj.

Przez pierwszy miesiac pracowal bez wytchnienia. Wpadl w eufo­ryczny trans. Na trzy miesiace dzieki pieniadzom ONZ zostawil to swo­je «muzeum» w Polsce, gdzie o dostep do kserografu trzeba bylo pisa'c podanie do dziekana, i dostal sie do 'swiata, w kt'orym kserografy staly w holu uniwersyteckiej stol'owki. Czy mozna bylo nie wpa's'c w euforie?

Przemieszczal sie w zasadzie ustalona trasa, prowadzaca od jego biura w centrum komputerowym, przez stol'owke, w kt'orej w po'spie­chu zjadal lunch, do jego pokoju, gdzie okolo 2 w nocy kladl sie, wy­czerpany i podniecony minionym dniem, aby wsta'c juz przed 7 rano. Dopiero po miesiacu zauwazyl, ze zdarzaja mu sie coraz cze'sciej chwi­le, gdy odczuwa dokuczliwa samotno's'c. Potrzebowal wyj's'c z tego zamknietego i totalnie zdominowanego praca cyklu zycia w Dublinie.

Kt'orego's przedluzonego weekendu wybral sie pociagiem na poludniowo-zachodnie wybrzeze wyspy, do niewielkiego miasta Limerick, lezacego nad wrzynajaca sie gleboko w lad zatoka przypominajaca sze­roki norweski fiord. Spedzil caly dzie'n, wedrujac wybrzezem, zatrzy­mywal sie tylko w malych irlandzkich pubach, wypijal guinnessa i przysluchiwal sie rozmowom miejscowych, pr'obujac co's zrozumie'c. Z reguly nie rozumial nic i nawet kolejne szklanki guinnessa nie mogly tego zmieni'c. Irlandczycy nie tylko m'owia inaczej. Irlandczycy sa po prostu inni. Go'scinni, uparci, skrywajacy swoja wrazliwo's'c pod maska u'smiechu. W swym sposobie postrzegania 'swiata bardzo polscy.

Podr'oz zaplanowal tak, aby zach'od slo'nca obserwowa'c, siedzac na najdalej wysunietym punkcie u podn'oza slynnych Cliffs of Moher. Po­strzepionej, pokrytej plamami zielonej trawy ponaddwustumetrowej 'sciany skalnej, opadajacej pionowo w d'ol. Slo'nce zachodzilo w takt rozbijajacych sie na skalach fal oceanu. Pamieta, ze nagle zrobilo sie mu wtedy tam, na tej skale, bardzo smutno. Patrzyl na tulace sie pary zapatrzone w klif, na rodzic'ow trzymajacych za rece swoje dzieci, na grupy przyjaci'ol popijajacych piwo i glo'sno wymieniajacych wrazenia i nagle poczul, ze tak naprawde jest bardzo opuszczony i nikomu niepo­trzebny.

P'o'znym wieczorem wracal pociagiem do Dublina. Opr'ocz niego w przedziale siedziala elegancko ubrana stara kobieta. Zajmowala sie­dzenie pod oknem. W czarnej sukni do ziemi, sznurowanych czarnych butach i okularach opuszczonych nisko na nos i kapeluszu przykrywa­jacym spiety srebrnymi szpikulcami kok z siwych wlos'ow wygladala jak pasazerka pociagu z XIX wieku. Byla dostojna, niedostepna i na sw'oj spos'ob piekna. U'smiechnela sie, gdy spytal, czy moze zaja'c miej­sce w jej przedziale. Po kilkunastu minutach wyjal z plecaka «Play­boya», kt'orego kupil w dworcowym kiosku w Limerick. Po chwili po­czul sie zmeczony czytaniem i odlozyl pismo. Zamierzal spa'c. W tym momencie staruszka zapytala, czy moglaby przejrze'c «ten zurnal». Zdziwil sie tym pytaniem. Mimo ze cenil «Playboya» – mial niezla ko­lekcje we wszystkich jezykach, w jakich sie ukazywal – jako interesu­jace, robione z klasa czasopismo, ta staruszka nie pasowala mu jako's do niego. Podal jej bez komentarza. Staruszka kartkowala egzemplarz nie­spiesznie, zatrzymujac sie od czasu do czasu i czytajac fragmenty.

Zapadla cisza. Spogladal przez okno. Czul, jak zmeczenie tego pel­nego wraze'n dnia mija. Pomy'slal, ze po przyje'zdzie do Dublina z przy­jemno'scia usiadzie przed komputerem. Po p'olgodzinie dojezdzali do Port Laoise, malej miejscowo'sci mniej wiecej w polowie drogi miedzy Limerick i Dublinem. Staruszka wstala i zaczela przygotowywa'c sie do wyj'scia. Gdy pociag zatrzymywal sie, powiedziala spokojnie, oddajac mu egzemplarz «Playboya»:

– Wie pan, nawet fuck nie znaczy juz dzisiaj tego, co kiedy's. Szko­da w zasadzie.

Zamykajac drzwi przedzialu, u'smiechnela sie do niego.

Za'smial sie do siebie zaskoczony i rozbawiony tym komentarzem.

Miala zupelna racje z tym fuck – pomy'slal po chwili.

Dopiero co w Dublinie jaki's idiota krytyk teatralny zachwycal sie inscenizacja «Fausta» Goethego, w kt'orej Faust sp'olkuje, szprycuje sie heroina i ma seks oralny i analny z Gretchen, a na ko'ncu ta'nczy z jej trapem.

Jakim cudem fuck moze dzisiaj znaczy'c to co kiedy's, je'sli na film, w kt'orym gl'owna, szesnastoletnia na dodatek, bohaterka uklada sobie fryzure sperma wyejakulowana przez jej niewiele starszego kolege, wpuszcza sie w Londynie dwunastolatk'ow.

Tak, staruszka miala absolutna racje, stare, poczciwe fuck nie zna­czy juz tego, co kiedy's...

Poza tym, gdy wysiadla, do niego wr'ocilo uczucie swoistego zalu... Juz nigdy nie spotka tej staruszki. Zaistniala w jego zyciu na kilka chwil i juz nigdy nie powr'oci. A przeciez chcialby spotka'c ja jeszcze raz. Ludzie poruszaja sie po wytyczonych przez los albo przeznaczenie – obojetnie jak to nazwa'c – trasach. Na mgnienie oka krzyzuja sie one z naszymi i ida dalej. Bardziej niz rzadko i tylko nieliczni zostaja na dluzej i chca i's'c naszymi trasami. Zdarzaja, sie jednak i tacy, kt'orzy za­istnieja wystarczajaco dlugo, aby chcialo sie ich zatrzyma'c. Ale oni ida dalej. Jak ta staruszka, kt'ora przed chwila wysiadla, albo jak ostatnio ta 'sliczna dziewczyna, kt'orej zachwycony przypatrywal sie, stojac w ko­lejce w banku. Jemu jest zawsze smutno, gdy co's takiego sie zdarza. Ciekaw byl, czy inni tez odczuwaja taki smutek.

W Port Laoise do jego przedzialu wszedl dobrze zbudowany, u'smiechniety mezczyzna mniej wiecej w jego wieku. Od razu zauwa­zyl, ze m'owi z akcentem i po kilku minutach rozmowy przyjrzal mu sie uwazniej. Co's go tknelo i zaryzykowal nagle to pytanie:

– Czy m'owi pan po polsku?

Ten u'smiechnal sie tylko i natychmiast odpowiedzial:

– Oczywi'scie... jasne... to przeciez pan! Widzialem kiedy's pana w stol'owce uniwersyteckiej.

Okazalo sie, ze ma na imie Zbyszek, jest tutaj od roku na studiach doktoranckich i przyjechal z Warszawy. Natychmiast przeszli na ty. Okazalo sie, ze jest informatykiem i zajmuje sie pisaniem software'u do projektowania tranzystor'ow duzej mocy. Zatopili sie w rozmowie o komputerach, elektronice i swoich planach, gdy nagle trzeba bylo wy­siada'c w Dublinie.

Tak zaczela sie ich przyja'z'n, kt'ora tak nagle i tak bezsensownie dwa miesiace p'o'zniej sie sko'nczyla.

Od tego spotkania w pociagu zaczal czesto bywa'c u niego. Prak­tycznie spotykali sie kazdego dnia. Polubili sie i z przyjemno'scia spedzali czas razem. Kt'orego's wieczoru wybrali sie do pubu nieopodal je­go laboratorium. W pewnym momencie Zbyszek wstal od baru i poca­lunkiem powital u'smiechnieta dziewczyne. Wymienili kilka zda'n po angielsku i zwracajac sie do niego, Zbyszek przedstawil ja:

– Pozw'ol, ze przedstawie ci moja przyjaci'olke Jennifer7. – Jennifer jest Angielka i studiuje tutaj ekonomie. – U'smiechnal sie i dodal: – Mnie lubi pewnie tylko dlatego, ze Szopen tez byl Polakiem.

Nigdy dotad nie spotkal kobiety, kt'ora mialaby tak dlugie rzesy. Musialy by'c prawdziwe. Zaden makijaz nie wydluzylby ich az tak bar­dzo. Czasami wydawalo mu sie, ze slycha'c, gdy zamyka oczy. Na po­czatku, zanim sie przyzwyczail do ich widoku, trudno bylo nie koncen­trujac sie patrzy'c jej w oczy. Przy tych rzesach, ciemnych, niemalze czarnych wlosach do ramion, wyra'znie blekitne oczy zupelnie nie paso­waly do twarzy. Poza tym wygladaly zawsze jak lekko zalzawione. Ko­mu's, kto jej nie znal, moglo sie wydawa'c, ze placze. 'Slicznie wyglada­la, gdy 'smiala sie serdecznie i te lzy ciagle blyszczaly w oczach.

Byla ubrana w czarne obcisle spodnie i takiz kaszmirowy sweterek z glebokim dekoltem w szpic. Jej szyje obejmowaly ogromne, oczywi­'scie takze czarne, pokryte sk'ora sluchawki walkmana, przymocowane­go do paska spodni opietych na szerokich biodrach. Byla szczupla, co przy jej niskim wzro'scie sprawialo wrazenie, ze jest bardzo delikatna. Niemal krucha. Dlatego te szerokie biodra i nieproporcjonalnie duze, ciezkie piersi wypychajace sweterek przykuwaly uwage. Jennifer wie­dziala o tym, ze jej piersi musza «niepokoi'c» mezczyzn. Prawie zawsze nosila obcisle rzeczy.

Podala mu dlo'n, podsuwajac pod usta. Patrzac mu w oczy, powie­dziala szeptem:

– Pocaluj. Uwielbiam, jak wy, Polacy, calujecie dlonie kobiet na powitanie.

Jej dlo'n pachniala ja'sminem z odrobina wanilii. To bylo elektryzu­jace: ten szept, ten zapach. I te biodra. Poza tym uwielbial duze i ciez­kie piersi kruchych kobiet.

Przedstawil sie. Zapytala go, jaki jest inicjal jego drugiego imienia, i gdy dowiedziala sie, ze «L», powiedziala co's, czego wtedy zupelnie nie zrozumial:

– JL, jak Joni i Lingam. Masz inicjaly tantry. To obiecuje rozkosz.

I gdy on zastanawial sie, co ona mogla mie'c na my'sli z ta tantra, za­pytala go, czy moze odwr'oci'c i polaczy'c inicjaly i nazywa'c go Eljot. U'smiechnal sie zdziwiony, ale przystal na to, sadzac, ze to oryginalne.

Tak poznal Jennifer z wyspy Wight.

Odtad spotykal ja bardzo czesto. Prawie zawsze ubrana na czarno i prawie zawsze z ogromnymi sluchawkami walkmana na szyi. Bo Jen­nifer ponad wszystko, moze z wyjatkiem seksu, kochala muzyke i w kazdej wolnej chwili jej sluchala. Jak sie p'o'zniej okazalo, muzyki sluchala takze w chwilach, kt'ore normalnie nie spos'ob okre'sli'c jako «wolne».

Ponadto Jennifer sluchala wylacznie muzyki powaznej. Wiedziala wszystko o Bachu, potrafila opowiedzie'c miesiac po miesiacu zycie Mozarta, nucac przy tym fragmenty jego menuet'ow, koncert'ow lub oper, znala libretta prawie wszystkich oper, kt'orych on nawet nie znal z tytul'ow. Byla jedyna znana mu cudzoziemka, kt'ora potrafila wypo­wiedzie'c i napisa'c nazwisko Szopena tak, jak robia to Polacy, przez «Sz». Pytala go o Szopena i gdy zorientowala sie, ze nie moze jej po­wiedzie'c nic ponad to, co sama wiedziala, byla rozczarowana. Po pew­nym czasie nie m'ogl nie zauwazy'c, ze coraz cze'sciej Jennifer jest wsze­dzie tam, gdzie on bywal.

Bylo co's elektryzujacego w jej osobie. Byla niezwykle – sama twierdzila, ze «odpychajaco» – inteligentna. To odsuwalo od niej wielu mezczyzn, kt'orych przyciagnela swoim wygladem i prowokacyjna sek­sualno'scia, a kt'orzy po kilku minutach rozmowy wiedzieli, ze niespe­cjalnie maja che'c na «az taki» intelektualny wysilek, aby zaciagna'c ja do l'ozka. Wiekszo's'c i tak nie mialaby zadnych szans, a ci, kt'orzy je mieli, robili duzy blad rezygnujac, bowiem Jennifer stanowila najlepsza nagrode za ten wysilek.

Byla zagadkowa. Frapowala go. Od pierwszej chwili. Umiala slu­cha'c, byla bezpo'srednia, miala fotograficzna pamie'c. Bywala senty­mentalna, nie'smiala i zawstydzona, aby za chwile by'c wyuzdana do granic wulgarno'sci. W ciagu paru sekund mogla przej's'c od analitycznej rozmowy o zasadach funkcjonowania gieldy w Londynie – jako go'scia z «represjonowanej i komunistycznej» Polski zawsze go to interesowa­lo – do prowadzonej szeptem rozmowy o tym, dlaczego placze, slucha­jac «Aidy» Verdiego. Potrafila takze prawdziwie plaka'c przy stoliku w restauracji, gdy juz mu to opowiedziala. Pamieta, jak kelnerzy pa­trzyli na niego z nienawi'scia, podejrzewajac, ze zrobil jej jaka's potwor­na krzywde.

Byla niedostepna. Podobala mu sie, ale nie na tyle, by chcial zanie­dba'c swoja genetyke i «zainwestowa'c» czas, aby zdobywa'c ja i spraw­dza'c, jak bardzo niedostepna byla naprawde. Pogodzil sie z tym, ze Jennifer bedzie wywolywala w nim wibracje i chowana gleboko pokuse, aby jednak spr'obowa'c, a on po prostu oprze sie temu. Dla nauki i Pol­ski – 'smial sie w duchu.

Tego dnia mial imieniny. Chociaz nie wszystkie kalendarze wymie­niaja imie Jakub tego dnia, obchodzil swoje imieniny wla'snie 30 kwiet­nia. Tak jak chciala jego matka. Poniewaz byl 'srodek tygodnia, zapro­sil wszystkich na przyjecie do siebie w najblizsza sobote. Zblizala sie p'olnoc, a on ciagle jeszcze pracowal w swoim biurze. Nagle uslyszal ci­chutkie pukanie.

Jennifer.

Zupelnie inna. Bez sluchawek na szyi i ubrana nie na czarno!

Miala na sobie obcisle jasnofioletowe spodnie zwezane do dolu i jasnor'ozowa rozpinana koszulowa bluzke wpuszczona w spodnie. Nie wlozyla stanika, co przy jej piersiach wyra'znie bylo wida'c przez mate­rial bluzki. Wlosy miala upiete w kok zwiazany fantazyjnie jedwabna chusteczka w kolorze spodni. Zalzawione, blyszczace oczy zaznaczyla lekko fioletowym kolorem i podkre'slila wargi szminka w tym samym kolorze. Kontury warg obrysowala innym ciemniejszym odcieniem fio­letu, co dawalo wrazenie, ze jej usta sa wyjatkowo duze. Patrzyl na nia jak oczarowany, nie mogac ukry'c zdziwienia.

– My'slisz, ze Szopen tez obchodzil swoje imieniny? Nigdzie nie moglam sie tego dowiedzie'c. Chcialam zdazy'c przed p'olnoca z zycze­niami. Zdazylam. Jest dopiero za osiem dwunasta.

Zblizyla sie do niego, podniosla na palce i musnela jego usta swoimi wargami. Przytulila sie do niego. Postanowil, ze zapyta ja, jaka to firma tak genialnie miesza ja'smin z wanilia w jej perfumach. Pachniala do­kladnie tak samo jak pierwszego dnia, gdy ja poznal.

Widzac, ze stoi, nie wiedzac, co zrobi'c z rekami, odsunela sie i pa­trzac mu w oczy, podala malego z'oltego pluszowego tygrysa, kt'ory mial na brzuchu wyszyty czarna nicia napis po angielsku Get physical. Powiedziala:

– To imieninowy prezent dla ciebie. A teraz przesta'n juz wreszcie pracowa'c. Zapraszam na drinka do mnie. Obiecuje, ze nie bede ci robi'c egzaminu z Szopena.

U'smiechnal sie, zaskoczony, my'slac caly czas, czy Get physical na pewno znaczy, ze maja zacza'c dotyka'c. Chcial, aby to wla'snie znaczy­lo. Wygladala dzi's niezwykle. Kobieco, tajemniczo, tak bardzo inaczej niz zwykle. Ten zapach, ten glos, te biodra. I ten tygrysek. Postanowil, ze zacznie sie od teraz uczy'c angielskich idiom'ow.

Chcial i's'c z nia natychmiast, ale przypomnial sobie, ze musi za­mkna'c program, kt'ory uruchomil, gdy ona zapukala do drzwi jego biu­ra, i wylaczy'c komputer. Pocalowal wewnetrzna strone jej prawej dlo­ni i wr'ocil do swojego biurka. Gdy wprowadzal komendy z klawiatury, nagle poczul, ze stanela za nim, dotknela jego glowy swoimi piersiami, nachylila sie nad nim i zaczela delikatnie oddycha'c za jego uszami. Za­trzymal dlonie na klawiaturze. Nie wiedzial, co zrobi'c. To znaczy wie­dzial, ale nie m'ogl sie zdecydowa'c, jak zacza'c. Sytuacja byla dziwna. On siedzial nieruchomo, jak sparalizowany, z dlo'nmi na klawiaturze, a ona stala za nim i calowala jego wlosy. W pewnym momencie odsu­nela sie na chwile. Nie poruszyl sie. Uslyszal szelest tkaniny i za chwi­le r'ozowa koszula przykryla jego dlonie znieruchomiale na klawiaturze komputera. Odwr'ocil powoli krzeslo obrotowe, na kt'orym siedzial. Od­sunela sie, aby zrobi'c mu miejsce. Jej piersi znalazly sie dokladnie na wysoko'sci jego oczu. Weszla miedzy jego rozsuniete kolana i powoli podsunela piersi do ust. Byly wieksze, niz sobie wyobrazal. Zaczal je delikatnie ssa'c.

W pewnym momencie wstal i przytulil ja do siebie. Drzal. Zawsze drzal w takich momentach. Tak jak inni ludzie drza z zimna. Nieraz az szczekal zebami. Wstydzil sie troche tego, ale nie umial sie opanowa'c. Wepchnal sw'oj jezyk w jej szeroko otwarte usta. Calowal ja przez chwile. Nagle odsunela sie od niego, u'smiechnela sie, podniosla swoja bluzke, narzucila na siebie, nie zapinajac guzik'ow, wziela go za reke i wyprowadzila na korytarz.

– Chod'zmy juz do mnie – wyszeptala.

Prawie biegla, ciagnac go poprzez o'swietlone tylko zielonymi lam­pami oznakowa'n wyj's'c awaryjnych korytarze jego instytutu. Musiala czu'c, ze on drzy caly czas. W pewnym momencie zwolnila, wziela go za obie rece i wciagnela do ciemnej sali wykladowej. Calujac caly czas, pchala go tak dlugo, az oparla o 'sciane przy drzwiach wej'sciowych. Uklekla przed nim. Trzymal obie dlonie na jej glowie, gdy ona to robi­la. Oparty o 'sciane poddawal sie jej ruchom, przyciskajac i zwalniajac plecami znajdujacy sie za nim wylacznik 'swiatla. Kolumny jarzeni'o­wek podwieszonych do sufitu ogromnej sali z halasem zapalaly sie i ga­sly na przemian. W momentach, gdy rozblyskalo 'swiatlo, widzial ja kleczaca przed nim. Ten widok potegowal jeszcze bardziej jego pod­niecenie. Ale juz nie drzal. Bylo mu cudownie.

To nie moglo jednak trwa'c dlugo. Nie byl na to w og'ole przygoto­wany. Poza tym niepokoily go – nie umial nie my'sle'c o tym – dwie rzeczy. To, ze za chwile, tak bardzo przedwcze'snie, bo chcial, aby to trwalo znacznie dluzej, bedzie ejakulowal, a takze to, ze nie wie, czy wolno mu przekroczy'c az tak odlegla granice intymno'sci i ejakulowa'c w jej ustach. Nie uzgodnili przeciez tego!

Jennifer wiedziala, ze to nadchodzi. Zlapala go obiema dlo'nmi za biodra i nie pozwolila sie wycofa'c. Krzyknal. Podni'osl jej dlo'n do swo­ich ust i zaczal delikatnie gry'z'c i calowa'c. Ona ciagle kleczala przed nim. Trwali tak przez jaki's czas. Nic nie m'owiac. W pewnym momencie ona wstala, objela go, polozyla glowe na jego ramieniu i wyszeptala:

– Eljot, juz nie masz imienin. Ale to nic. Ciagle chce, zeby's przy­szedl do mnie. Teraz nawet bardziej niz wczoraj przed kilkoma minuta­mi. Chce, aby'smy teraz zrobili co's dla mnie. Zrobimy, prawda?

Odsunela sie, zapiela jeden guzik swojej bluzki, wziela go za reke i ciagnac za soba, wybiegla z sali. Biegl za nia z zamknietymi oczyma przez ciemny labirynt korytarzy i my'slal, ze pierwsze, co zrobi, to zapa­li papierosa. Wciagnie gleboko dym, zamknie oczy i pomy'sli, jak bylo cudownie. Bez papierosa «zaraz po» seks jest jak «niedoko'nczony». Po­za tym ten papieros bedzie szczeg'olny, poniewaz bedzie to takze papie­ros na «zaraz przed». Po chwili staneli przed drzwiami jej pokoju we wschodniej cze'sci campusu. Nie zapalili 'swiatla. Nie mial juz ochoty na papierosa. Chcial jak najszybciej by'c w niej.

Zasneli, wyczerpani, gdy zaczynalo 'swita'c.

W laboratorium pojawil sie tego dnia dopiero okolo poludnia. Se­kretarka wykrzyknela z rado'sci, gdy go zobaczyla.

– Szukamy pana od kilku godzin. – powiedziala. – Chcieli'smy na­wet zawiadomi'c policje. Odkad pan przyjechal z Polski, byl pan tutaj zawsze przed si'odma rano. Zaraz zadzwonie do profesora, ze sie pan odnalazl. Tak bardzo martwili'smy sie o pana. Jak to dobrze, ze nic sie panu nie stalo – dodala z wyra'zna ulga.

Bylo mu troche nieswojo, ze narobil az takiego zamieszania. Nie m'ogl jednak przewidzie'c scenariusza tej nocy. Poza tym – pomy'slal, u'smiechajac sie do siebie – stalo sie przeciez. I to az sze's'c niezapo­mnianych razy, nie liczac zdarzenia w sali wykladowej.

Nad zdarzeniem w sali wykladowej nie przeszedl tak zupelnie do porzadku dziennego. Nad ranem, gdy lezac w jej l'ozku przytuleni do siebie palili papierosy, pili zielona herbate z sokiem grejpfrutowym i lo­dem – Jennifer uwazala, ze zielona herbata «oczyszcza nie tylko cialo, ale i dusze» – i sluchali nokturn'ow Szopena, zapytal ja wprost o zdarze­nie w sali wykladowej. Jej odpowiedzi nigdy nie zapomni. Wydostala sie z jego obje'c, usiadla po turecku na po'scieli przed nim – na wprost jego oczu bylo dokladnie rozwarcie jej ud – zmienila szept na normal­ny glos i powiedziala:

– Martwisz sie, co sie stalo z twoja sperma? Eljot, popatrz na to tak. Sperma sklada sie leukocyt'ow, fruktozy, elektrolit'ow, kwasu cytryno­wego, weglowodan'ow i aminokwas'ow. Ma tylko od pieciu do czter­dziestu kalorii i nie powoduje pr'ochnicy. Ma zawsze stala temperature twojego ciala. Poza tym jest zawsze 'swieza, bo stara obumiera. Jest w zasadzie bez smaku... Gdyby's pil sok ananasowy i nie palil tyle, by­laby slodka. Poza tym z powodu tych pie'cdziesieciu do trzystu milio­n'ow plemnik'ow, kt'ore zawiera, uwazana jest za eliksir zycia. Przynaj­mniej w kulturach Wschodu. To wyszlo od Hindus'ow. Wiem to nie tylko z ksiazek. M'oj ostatni nauczyciel muzyki, jeszcze na Wyspie, za­nim przyjechalam tutaj, do Dublina, byl Hindusem. Oni z seksu zrobili sztuke. Ta sztuka to tantra. Dla tantry milo's'c fizyczna to sakrament. W tantrze nie kopuluje sie. W tantrze Lingam, czyli 'swietliste berlo al­bo po angielsku penis, wypelnia Joni, czyli 'swieta przestrze'n kobiety, czyli po angielsku wagine. Twoje inicjaly, «JL», to inicjaly tantry. Juz przez samo to obiecywale's od poczatku rozkosz.

U'smiechnela sie, pochylila nad nim i zaczela calowa'c jego oczy. Po chwili opowiadala dalej:

– Czy wiesz, ze symbolem hinduskiego boga Sziwy jest 'sliczny, zy­lasty, pulsujacy penis i ze na wiekszo'sci obraz'ow Sziwa medytuje z piekna ostrokatna erekcja? Poza tym tak cenil swoja sperme jako 'zr'o­dlo nie'smiertelno'sci, ze wedlug wierze'n Hindus'ow, potrafil przez setki lat doprowadza'c do bezgranicznej ekstazy swoja zone Parvati nigdy, ani razu, przy tym nie ejakulujac. To gl'ownie dlatego mniej boscy hin­duscy jogini po akcie plciowym natychmiast wysysaja swoja sperme z pochwy partnerki. Uwazaja, ze w ten spos'ob ratuja swoja witalno's'c.

I przekornie chichoczac cicho, dodala:

– Szkoda, ze nie jeste's hinduskim joginem. Mam takie przeczucie, ze to wysysanie zaraz po, je'sli dobrze zrobione, jest pelne wraze'n i po­prawia takze witalno's'c hinduskich kobiet. Czytalam takze, ze prawdzi­wi nauczyciele sztuki kochania starochi'nskiej dynastii Tang tez czcili sperme jako substancje boska. Niekt'orzy z nich potrafili rzekomo pod koniec zycia, po latach cierpliwych 'cwicze'n, mie'c tak zwana ejakulacje wsteczna, to znaczy wydziela'c sperme do wnetrza swego ciala. To pisal jaki's francuski historyk. Troche mu nie wierze.

Powiedziawszy to, dotknela palcami jego warg i dodala:

– Widzisz wiec, Eljot, jaki kultowy tw'or polknelam w tej sali wykla­dowej. Ale nie wszyscy sa zdania, ze trzeba czci'c sperme. Zupelnie ina­czej traktuja swoja sperme prawdziwi arty'sci. Touluse-Lautrec – musisz go przeciez zna'c – o kt'orym ucza dzieci w szkolach nawet katolickich, gdy byl za malo pijany, aby nie wpa's'c w delirium tremens, sprzedawal swoja sperme prostytutkom, w'sr'od kt'orych sie schronil pod koniec swo­jego kr'otkiego zycia. Radzil im, aby zapladnialy sie nia same, aby uro­dzi'c takiego geniusza, za jakiego on sam sie uwazal. Poniewaz prostytut­ki z natury sa wrazliwe na ludzka biede, a takze poniewaz zachwycil je swoim malarskim talentem – bo soba nie zdolalby zachwyci'c nikogo, byl bowiem zdeformowanym choroba syfilitykiem o odrazajacym wygladzie – kupowaly od niego te sperme. Aby sie dlugo nie meczyl i mial na w'od­ke. Ekscentryczny Salvador Dali z kolei nie ukrywal, ze w czasie swoich natchnie'n, szczeg'olnie gdy wydawalo mu sie, ze znowu jest zakochany, czesto onanizowal sie, kierujac sw'oj wytrysk do naczy'n z farbami, kt'ory­mi malowal. Uwazal, ze kolory nabieraja w ten spos'ob miekko'sci i wy­jatkowego nasycenia. A poza tym obraz pachnie wtedy zupelnie inaczej. Tak m'owil Dali. Ale obdarzony genialnym talentem Dali to takze genial­ny klamca. Klamal tak, jak o 'swiecie klamia jego obrazy.

Ten nieoczekiwany wyklad wydawal sie sko'nczony. Znowu sie po­lozyla, odwr'ocona do niego plecami, przysunela tak blisko, jak tylko mogla, i biorac jego prawa dlo'n, polozyla ja na swoich piersiach. Przez minute lezeli w milczeniu. Nie mogla nie zauwazy'c, ze znowu on ma erekcje. Zamruczala cicho z zadowolenia i powiedziala:

– Poza tym wy, mezczy'zni, uwielbiacie, gdy wam sie to robi, prawda? I nie czekajac na jego odpowied'z, dodala, chichoczac:

– Jestem pewna, ze gdyby'scie byli wystarczajaco wygimnastyko­wani, braliby'scie go sobie sami do ust codziennie. Prawda?

Roze'smial sie glo'sno po tej ostatniej uwadze, odwr'ocil ja twarza do siebie i zanim zaczal calowa'c, wyszeptal: – Od dzisiaj mniej pale i bede jadl gl'ownie ananasy.

Od tej pamietnej nocy wracal ze swojego laboratorium do pokoju Jennifer prawie codziennie. Cze's'c pokoi studenckich, podobnie jak je­go tzw. go'scinny, byla malymi kawalerkami z wlasna kuchnia i wlasna lazienka.

«Male» byly wedlug Jennifer. Jego pok'oj go'scinny byl o wiele wiekszy niz cale mieszkanie jego rodzic'ow w Polsce.

Oczywi'scie, pokoje takie jak ten, w kt'orym mieszkala Jennifer, by­ly zdecydowanie drozsze niz te normalne. Nie mialo to jednak dla niej zadnego znaczenia. Chociaz nigdy nie rozmawiali na ten temat, Jennifer miala wszystko, tylko nie problemy finansowe. Kiedy's mimocho­dem zagadnal Zbyszka na temat finans'ow Jennifer. Wiedzial tylko tyle, ze jej ojciec jest wla'scicielem sieci prom'ow laczacych wyspe Wight, lezaca w poblizu Konwalii na kanale La Manche, z Portsmouth i Southampton. Kiedy's odwazyl sie i zagadnal ja o rodzic'ow. Odpowie­dziala ze smutkiem w glosie:

– M'oj ojciec jest Amerykaninem, pochodzi z tej cze'sci Connecticut, gdzie mezczy'zni nawet idac pracowa'c do ogrodu, wkladaja krawat, a matka, Angielka, pochodzi z takiej rodziny, w kt'orej matki przed no­ca po'slubna radza c'orkom, aby zamknely oczy i my'slaly o Anglii. To, ze dali mi, jezeli to naprawde oni, zycie, graniczy z cudem. Nigdy nie widzialam, aby m'oj ojciec pocalowal lub dotknal matke. Ojciec mial by'c bogaty, a matka miala by'c dama. Jestem prawdopodobnie na 'swie­cie dlatego, ze trzeba mie'c dziedziczke. Nie jest to romantyczny po­w'od, ale ma swoje zalety. Jezeli juz nie moge mie'c ich milo'sci, to niech chociaz bedzie przyjemnie.

Zako'nczyla stanowczo:

– Nie pytaj wiecej o nich. Prosze.

Nigdy nie rozmawiala z nim o pieniadzach. Po prostuje miala. Sam zestaw hi-fi byl drozszy niz jej maly srebrzysty kabriolet suzuki, kt'ory parkowal przed budynkiem akademika i kt'orym zabierala go czasami na przejazdzki. Nic dziwnego: kilkumetrowe kable do kolumn glo'sni­kowych jej zestawu byly stopem zlota. Z przewaga zlota.

Pok'oj Jennifer mozna bylo znale'z'c po omacku. Zastanawial sie cze­sto, jak to znosili jej sasiedzi. Z pokoju nieustannie wydobywala sie glo'sna muzyka. Nawet je'sli byl to Bach, Mozart, Czajkowski czy Brahms, on nie wytrzymalby tego dlugo. Oni jako's tolerowali. Moze do tego trzeba by'c Anglikiem. Jak sie okazalo, w pokojach obok miesz­kali sami Anglicy.

Czasami byl u niej w pokoju na tyle wcze'snie, ze jedli razem kola­cje i rozmawiali. Jego angielski poprawial sie nieustannie. Podobnie zreszta jak znajomo's'c muzyki klasycznej. Po kilku tygodniach byl na tyle dobry, ze odr'oznial muzyke Bacha od muzyki Beethovena, a nawet opery Rossiniego od oper Prokofiewa.

Poza tym 'swiat muzyki klasycznej i muzyk'ow, kt'ory odkrywala przed nim Jennifer, byl jak pelna napiecia opowie's'c o wszystkich grze­chach tego 'swiata. Jemu wydawalo sie wcze'sniej, ze naprawde grze­szy'c w muzyce mogli tylko Mick Jagger lub nieustannie odurzony wszystkim, co dalo sie wessa'c, polkna'c lub wstrzykna'c, perkusista Keith Richards. Nic bardziej mylnego! To wcale nie zaczelo sie od rock'n'rolla. Historia grzechu w muzyce okazala sie starsza niz opery Monteverdiego, a ten komponowal prawie 300 lat temu. Gl'ownymi grzechami byly pija'nstwo i cudzol'ostwo. Od zawsze. A je'sli nie od za­wsze, to przynajmniej odkad opera z palac'ow przeniosla sie do teatr'ow i zaczeto sprzedawa'c na nia bilety, i trzeba bylo czym's zainteresowa'c motloch. Wiekszo's'c wielkich kompozytor'ow tamtych czas'ow byla uza­lezniona nie tylko od muzyki, ale takze od w'odki, swojej bezgranicznej pr'ozno'sci i nie swoich kobiet.

Beethoven na przyklad zmarl na marsko's'c watroby. Pil, bo byl zbyt wrazliwy, nieustannie biedny i na dodatek gluchl. W 1818 – w tym sa­mym roku o'smioletni Szopen zagral sw'oj pierwszy publiczny koncert – ogluchl zupelnie, a mimo to komponowal nadal. Gdy dowiedzial sie, ze ma marsko's'c watroby, przestal pi'c koniaki i przeszedl na wino re'nskie, uwazajac, ze ma ono niezwykle wla'sciwo'sci lecznicze. U Beethovena bylo to jednak genetyczne. Alkoholizm, za co odpowiada najmniejszy z chromosom'ow, chromosom 21, jest przeciez bardzo dziedziczny. Matka urodzila go jako 'osme dziecko – troje z nich bylo gluchych, dwoje niewidomych, a jedno psychicznie chore. Gdy zaszla w ciaze po raz 'osmy, miala juz syfilis i byla alkoholiczka. Pila ze smutku, tak jak Ludwig zreszta. Jennifer opowiadala mu to z takim przejeciem, jak gdyby m'owila o alkoholizmie wlasnego ojca. Jak to dobrze, ze wtedy nie bylo jeszcze feministek walczacych o prawa kobiet do aborcji! Z pewno'scia doradzilyby matce Beethovena aborcje i ludzko's'c nie mia­laby VII Symfonii!!!

– Wyobrazasz sobie 'swiat bez VII Symfonii??? – pytala go podnie­cona.

On sobie to doskonale wyobrazal. 'Swiat bez pierwszej, a takze od drugiej po sz'osta nie m'owiac juz o 'osmej, tez sobie bez klopot'ow wy­obrazal. Ale wolal jej nie prowokowa'c. Ona tymczasem kontynuowala:

– A ta symfonia jest przeciez tak monumentalnie wazna dla ludzko­'sci jak piramidy, mur chi'nski, m'ozg Einsteina, pierwszy tranzystor czy odkrycie tego twojego DNA. Jest na tyle genialna, ze jako cyfrowy za­pis, obok fotografii czlowieka i rysunku systemu slonecznego, poleciala w kosmos jedna z ameryka'nskich sond, kt'ora ma opu'sci'c za kilka lat nasz uklad planetarny i potencjalnie by'c przejeta przez obce cywiliza­cje. A przede wszystkim jest po prostu piekna. Wiesz, ze dla tej jednej symfonii w Paryzu i Wiedniu wybudowano wieksze sale koncertowe?!

Jennifer znala jeszcze inne pikantne historie z zepsutego 'swiata pro­minentnych kompozytor'ow ubieglego wieku. Jak na przyklad te o Brahmsie, obok Beethovena najczestszym bywalcu list przeboj'ow w tamtych czasach.

Brahms, podobnie jak Beethoven, pil o wiele za duzo. Nigdy jednak nie pil koniaku, tylko zawsze wino. Ale za to nieustannie cudzolozyl. Miedzy innymi z zona swojego dobrego przyjaciela i muzycznego pro­motora. Jego cudzol'ostwo przeszlo do historii gl'ownie przez fakt, ze sy­pial z Clara Wieck, zona Roberta Schumanna, innego wielkiego kompo­zytora XIX wieku. 'Swiat mu nigdy tego nie przebaczyl. Nie przez to, ze sypial. To bylo nawet uroczo pasujace do artysty. Gl'ownie przez okolicz­no'sci, w jakich do tego doszlo. Gdy w 1854 Schumann zostal zabrany do szpitala psychiatrycznego po nieudanej pr'obie samob'ojstwa, Brahms przeni'osl sie na stale do Dusseldorfu, gdzie mieli dom Schumannowie, aby «pociesza'c» zone niedoszlego samob'ojcy, piekna Clare. Z pocieszyciela stal sie kochankiem i mieszkal z nia nawet przez dwa lata. To wte­dy skomponowal sw'oj prawdziwy przeb'oj, I Koncert fortepianowy d-moll. Byl na li'scie przeboj'ow sal koncertowych Europy przez caly dlu­gi rok. Gdy Schumann zmarl w domu wariat'ow, w 1856, Brahms opu'scil Clare i wyjechal z Dusseldorfu. Zaraz potem zaczal pi'c. Czasami pil tak­ze z Wagnerem, innym znanym kompozytorem, kt'orego nienawidzil, a kt'ory caly czas mu zazdro'scil nie slawy, ale powodzenia u kobiet.

A tak w og'ole to 'swiatek kompozytor'ow pokroju Brahmsa i Liszta to 'swiat zawi'sci, zazdro'sci, pr'ozno'sci i intryg. Tylko jednego spo'sr'od siebie wielbili i bezwarunkowo podziwiali wszyscy. Gral go Mozart i Beethoven. Na nim muzyki uczyl sie Szopen.

Ten kompozytor zawsze byl en vogue – tak przedtem, jak i teraz. To Bach. Totalny evergreen. Gdyby wtedy bylo MTV, to puszczaliby clipy z muzyka Bacha tak, jak teraz puszczaja Pink Floyd lub Genesis.

– Eljot, ty powiniene's go w zasadzie lubi'c najbardziej ze wszyst­kich – m'owila z przejeciem Jennifer. – Jego muzyka to matematyczna precyzja. Tak jak te twoje programy. A mimo to podziwiali go i chlod­ni racjonali'sci, i sentymentalni romantycy. Poza tym nikogo tak jak Ba­cha nie kochaja jazzmani. W Bachu jest drive i swing. Nawet w Pasji wg 'sw. Jana i Mszy h-moll jest swing. Poza tym Bach jest jak B'og. Ba­cha nie mozna lubi'c lub nie. W Bacha sie wierzy albo nie. Bach byl z pewno'scia zaplanowany w momencie tworzenia wszech'swiata. Ba­cha mozna zagra'c na kazdym instrumencie i to zawsze bedzie brzmialo jak Bach. Nawet na gitarze elektrycznej lub na organkach.

Wszystkiego tego dowiadywal sie w trakcie kolacji u Jennifer. Otwierala butelke wina, kt'ora przynosil, recytowala libretta oper lub opowiadala fascynujace historie ze 'swiata muzyki, kladla plyte na tale­rzu gramofonu, siadala mu na kolanach w wygodnym fotelu i sluchali w milczeniu. On czasami zapalal papierosa, a czasami, gdy Jennifer go o to poprosila, cygaro, kt'ore kupowala dla niego w specjalnym sklepie w Dublinie. Czasami palili razem. Jennifer lubila cygara. Polubila jesz­cze bardziej, gdy zauwazyla, jak dziala na niego widok cygara w jej ustach, szczeg'olnie po kilku kieliszkach wina.

Bylo im dobrze. Gdyby dzisiaj mial jako's nazwa'c ten czas w Dublinie z Jennifer, to powiedzialby, ze byli jak szcze'sliwa para zaraz po 'slubie. Nigdy jednak nie nazywali sie para i nigdy tez nie rozmawiali o swojej przyszlo'sci. Po prostu spedzali czas razem. Nie kochal jej. Tylko ja bar­dzo lubil. I bardzo pozadal. Moze dlatego bylo im ze soba tak dobrze.

Malze'nstwa nie powinny by'c zawierane w tym stanie chorobowym, jakim jest tak zwane zakochanie. To powinno by'c prawnie zakazane. Je'sli nie przez caly rok, to przynajmniej od marca do maja, kiedy ten stan staje sie z powodu zakl'ocenia mechanizmu wydzielania hormon'ow powszechny i objawy szczeg'olnie nasilone. Powinno sie najpierw i's'c na odwyk, porzadnie sie odtru'c i potem dopiero powr'oci'c do my'sli o malze'nstwie. W stanie, w jakim sa zakochani ludzie, dopamina prze­lewa sie im przez kanaly rozsadnego my'slenia i zatapia m'ozg. Szcze­g'olnie lewa p'olkule. To udowodniono najpierw na szczurach, potem na szympansach, a ostatnio na ludziach. Gdyby zakochanie trwalo /byt dlugo, ludzie umieraliby z wyczerpania, arytmii lub tachykardii serca, glodu albo syndromu odstawienia snu. Ci, co by jednak nie umarli, w najlepszym wypadku sko'nczyliby w szpitalu wariat'ow.

Z Jennifer mial swoja dopamine calkowicie pod kontrola, a mimo to mieli mn'ostwo niezapomnianych przezy'c. Ich zwiazek, kt'orego nigdy potem, z zadna inna kobieta nie udalo mu sie skopiowa'c, byl dowodem zwyciestwa czystej, spirytualnie przenoszonej my'sli nad ta wyrazana w chemii jakich's hormon'ow lub neuroprzeka'znik'ow.

Poniewaz muzyka byla az taka pasja Jennifer, z poczucia przyja'zni zmuszal sie, przynajmniej na poczatku, aby uczestniczy'c we wsp'olnym sluchaniu i wykrzesa'c w sobie cho'c odrobine entuzjazmu. Tak bylo przez pierwsze dwa tygodnie. Potem sam zaczal zauwaza'c, ze po ca­lym dniu analizowania program'ow do transkrypcji gen'ow, zajmowania sie nukleosomami i histonami, dobre nagrania muzyki Bizeta, Ravela czy Wagnera uspokajaja go i przyjemnie wyciszaja. Zupelnie odwr'otnie bylo z Jennifer. Ona kazdy koncert przezywala jak sw'oj wlasny 'slub. Byla wzruszona i zawsze bardzo podniecona. To byla wspaniala konstelacja dla nich obojga. Szli wtedy do l'ozka albo kochali sie na fo­telu lub na podlodze. Przy jej podnieceniu i jego spokoju nic nie zdarza­lo sie przedwcze'snie. Dzieki muzyce szczytowali niemal jednocze'snie.

Ponadto zauwazyl, ze najlepiej bylo im po operach Pucciniego. Dla­tego «Turandot», «Tosca», «Madame Butterfly» to dla niego nie tylko tytuly oper, ale takze zapisy w intymnej historii jego zycia. Dwie opery Pucciniego szczeg'olnie utkwily mu w pamieci.

«Tosca» byla dla Jennifer spektaklem, kt'ory mozna nazwa'c poli­tycznym horrorem lub, jak ja sama nazywala, «operowa relacja z celi tortur». Uwazala, ze gdyby byla komponowana dzisiaj, to na pewno w Hollywood i na pewno nazywalaby sie jak film ze Schwarzeneggerem – «Umieraj powoli». Jennifer miala kilka plyt z nagraniami «Toski», kazda z inna wykonawczynia roli tytulowej. Chociaz on znal jedy­nie nazwisko Marii Callas, ona tlumaczyla mu, ze naprawde bosko 'spiewa niejaka Renata Tebaldi. Nie widzial zadnej r'oznicy, natomiast Jennifer byla Tebaldi zachwycona.

– Ona tak 'spiewa, jakby byla tutaj, w tym pokoju, i patrzyla nam w oczy. Nie czujesz tego? – pytala.

Nie czul. Zreszta, nie chcial czu'c obecno'sci nikogo innego w tym pokoju opr'ocz Jennifer. Gdyby ta Tebaldi teraz tu weszla, natychmiast by j a wyprosil.

Zawsze gdy dochodzili do momentu, kiedy Tosca widzi, ze jej ko­chanek Cavaradossi zostal naprawde rozstrzelany przez pluton egzeku­cyjny, Jennifer zaczynala drze'c. W chwile p'o'zniej, gdy Tosca z rozpa­czy rzuca sie w przepa's'c, Jennifer tulila sie do niego jak dziecko, kt'ore przestraszylo sie burzy. Kilka minut p'o'zniej w l'ozku byla wyjatkowo czula, delikatna i milczaca. To milczenie bylo niecodzienne. Normal­nie, co bardzo lubil, Jennifer byla wyjatkowo glo'sna.

Z kolei «Cyganeria» Pucciniego wprowadzala Jennifer w stan pra­wie ekstatyczny. Sluchala tej plyty szczeg'olnie czesto. Do kolacji ubie­rala sie w'owczas wyjatkowo uroczy'scie, wyciagala szampana, rezygnu­jac z jego wina, obok talerzyka z deserem kladla najlepsze kuba'nskie cygaro i potem, juz po kolacji, na fotel do niego przychodzila juz bez bielizny. Po «Cyganerii» nigdy nie zdazyli dobrna'c do l'ozka. Potem, juz po wszystkim, uwielbiala m'owi'c o tej operze. Kiedy's powiedziala mu, ze marzy tym, aby dopisa'c druga cze's'c «Cyganerii». Taka «Cyga­nerie» II. To mogla wymy'sli'c tylko Jennifer. Poza tym uwazala, ze gdy mezczyzna spotyka kobiete, moze zdarzy'c sie wszystko. I «Cyganeria» jest najlepszym dowodem, ze to prawda.

W te dni, w kt'ore pracowal do p'o'zna i nie spedzali z soba wieczoru, Jennifer zostawiala otwarte drzwi do pokoju. Szedl prosto pod prysznic do lazienki i nagi wchodzil do jej l'ozka. Uwielbiala, gdy budzil ja, cho­wajac sie pod koldre i calujac powoli cialo, ladowal glowa i ustami miedzy jej udami.

Czas z Jennifer byl jak telenowela, kt'ora oglada sie chetnie codzien­nie wieczorem i w kt'orej nie ma smutku i nudy, dominuja seks i dobra muzyka. Poza tym dbal o nia jak o swoja kobiete. Kupowal kwiaty, ma­sowal opuchniete stopy, gdy wracala z aerobiku, znosil jej wybuchy zlo'sci bez powodu, gdy miala swoje ciezkie dni przed okresem, uszczelnial cieknace krany, calowal dlonie na pozegnanie, gdy wycho­dzil rano do biura, je'zdzil z nia do Dublina i godzinami chodzil bez slo­wa protestu za nia po sklepach, pil z nia zielona herbate i rozmawial o muzyce, uczyl sie z nia do jej egzamin'ow, dzwonil do niej i pytal, czy zjadla lunch. Poza tym, chociaz nie udalo mu sie ograniczy'c palenia, regularnie jadl ananasy lub pil sok ananasowy.

I chociaz nie obiecywali ani nie wymagali od siebie wierno'sci, nie wyobrazali sobie, ze mogloby by'c inaczej. Pamieta, ze tylko raz Jenni­fer nawiazala do tego. I to nie wprost. Kt'orego's weekendu poleciala przez Londyn do domu na wyspe Wight.

Tesknil za nia. Odczuwal autentyczny, pelen melancholii smutek zwiazany z jej nieobecno'scia i oddaleniem. Dwa dni p'o'zniej znalazl kartke pocztowa w swojej skrzynce. Opr'ocz pieciolinii z kilkunastoma nutami, kt'ore zawsze, i zawsze inne, dolaczala do swoich wszystkich list'ow lub kartek, bylo na niej napisane:


Eljot, chce, zeby's wiedzial (cho'c naprawde nie wiem, do czego mo­ze Ci sie przyda'c ta wiedza), ze jeste's jedynym mezczyzna, kt'ory mnie dotyka.

Takze w moich my'slach.

Moze nie tyle chce, zeby's to wiedzial, ile po prostu chce Ci to powie­dzie'c.

Jennifer


Wtedy po raz pierwszy zrozumial, ze to, co jest miedzy nimi, to nie jest zadna telenowela dla Jennifer. Po powrocie nigdy wiecej nie wr'oci­la do tego wyznania i nigdy nie skomentowala tej kartki pocztowej.

Przy Jennifer poznawal nowe opery najr'ozniejszych kompozytor'ow, odr'oznial coraz wiecej symfonii, palil coraz lepsze cygara, m'owil coraz lepiej po angielsku i przezywal coraz to bardziej wyszukane fantazje seksualne. Przestawal by'c przy niej czymkolwiek zdziwiony. Az do te­go poranka na trzy tygodnie przed jego powrotem do Polski.

Zblizal sie koniec jego pobytu w Dublinie. Byl tak zapracowany, ze bardzo rzadko udawalo mu sie zje's'c kolacje z Jennifer. Nieraz bylo tak p'o'zno, ze w og'ole nie szedl do jej pokoju. Wracal do siebie i wyczerpa­ny zasypial w ubraniu. Tej nocy jednak poszedl do niej. Tym razem nie musial, chociaz lubil to bardzo, budzi'c jej pocalunkami. Nie spala, gdy w'sliznal sie pod jej koldre. Byla naga. Czekala na niego.

Oboje czuli, ze to sie ko'nczy. Kochali sie teraz inaczej. Bez tej dzi­ko'sci, powoli, tak troche z namyslem. Tak jakby chcieli wszystko do­kladnie i 'swiadomie przezy'c, zapamieta'c jak najwiecej i na jak najdlu­zej. Tych wspomnie'n mialo wystarczy'c na dlugo. Moze nawet na cale zycie. Jennifer przezywala tez inaczej swoje orgazmy. Zdarzalo sie, ze plakala w chwile po tym. Gdy pytal ja, dlaczego, nie odpowiadala, tyl­ko tulila sie do niego z calych sil.

Nazajutrz obudzil sie, majac uczucie ciezaru przygniatajacego jego cialo. W pierwszej chwili my'slal, ze to sen. Otworzyl powoli oczy. Jen­nifer, zupelnie naga, siedziala w rozkroku na nim, dlo'nmi pocierala i szczypala brodawki swoich piersi, glowe miala odchylona do tylu i unosila sie rytmicznie. Oddychala ciezko i glo'sno wzdychala. Byl w niej!

Gdy na chwile wyprostowala glowe, zobaczyl, ze ma zalozone na uszy swoje ogromne czarne sluchawki. Sluchala muzyki. Przez chwile nie zdradzal sie, ze ja widzi. Przymknal oczy i obserwowal ja. Unoszac sie, przy'spieszala lub zwalniala, oddychala wolniej lub szybciej, czasa­mi wydawala z siebie jeki. Byl to niezwykly widok. Jej ciezkie piersi podnosily sie i opadaly. Miala lekko rozsuniete wargi, kt'ore od czasu do czasu zwilzala jezykiem. W pewnej chwili musiala poczu'c, ze jego erekcja stala sie bardziej intensywna. Otworzyla oczy i spojrzala na nie­go. U'smiechnela sie. Przylozyla palec do ust, nakazujac mu milczenie. Wychylila sie – caly czas unoszac sie w g'ore i opadajac – aby ze swo­jej poduszki podnie's'c druga pare sluchawek. Wziela jego dlonie ze swoich piersi i objela nimi sluchawki. Podni'osl glowe i zalozyl je.

Filozof Colline 'spiewal wla'snie slynna arie Yecchia zimarra. Rudol­fowi wydaje sie, ze Mimi usypia, odchodzi wiec, aby zasloni'c okno. Jen­nifer nie tylko podnosi sie i opada. Teraz takze intensywnie przesuwa swoje po'sladki w poziomie, zataczajac biodrami nieduze k'olka. Bierze palce Jakuba do ust i gryzie. Gdy Rudolf odwraca sie do Schaunarda, Collina i Mussety, widzi z ich spojrze'n, ze Mimi nie zyje. Jennifer glo'sno placze. Zaciska uda. Rudolf podchodzi do Mimi. Jennifer odwraca sie na­gle plecami do Jakuba, caly czas podnoszac sie i opadajac. Jakub opiera dlonie na biodrach Jennifer, dociskajac ja regularnie do siebie. Rudolf kleczy przed l'ozkiem Mimi. Jennifer, krzyczac, zrzuca sluchawki.

«Cyganeria» Pucciniego sko'nczyla sie. Jennifer wychylila sie gwal­townie do przodu i wbila paznokcie obu rak w jego uda. Gdy podniosla sie, zobaczyl na swoich nogach po trzy okolo dziesieciocentymetrowej dlugo'sci glebokie linie zaczynajace wypelnia'c sie krwia.

Blizny, kt'ore pozostaly po «Cyganerii» «nad ranem», byly na tyle glebokie, ze zawi'ozl je potem do Polski. Poza tym, jeszcze w Dublinie, wprowadzaly go w zaklopotanie, gdy rozbieral sie na cotygodniowy trening squasha ze Zbyszkiem. Od momentu, gdy zaczal bywa'c u Jen­nifer, Zbyszek unikal go. Pod koniec jego pobytu w Dublinie spotykali sie wylacznie na squashu.

To, ze chodzi o Jennifer, okazalo sie dopiero na dzie'n przed wyjaz­dem, podczas przyjecia pozegnalnego, kt'ore zorganizowal. Zaprosil kil­ku znajomych z instytutu, Zbyszka i oczywi'scie Jennifer, kt'ora przypro­wadzila swoja kolezanke, Madelaine z Francji, studiujaca z nia na roku.

Nastr'oj tego wieczoru byl trudny do uchwycenia. Smutek rozstania mieszal sie z rado'scia, ze w ko'ncu wraca do Polski. Poza tym byl nie­zwykle podniecony tym, co zrobi z materialami naukowymi, kt'ore tutaj zebral. Jedno wiedzial na pewno: bedzie bardzo tesknil za Jennifer.

Jennifer kupila na ten wiecz'or biala sukienke w duze ciemnozielone kwiaty. Zaskoczyla wszystkich. To byl pierwszy raz, gdy ktokolwiek widzial Jennifer w sukience, a studiowala w Dublinie juz cztery lata. Wygladala niezwykle. Bardzo lubil, gdy miala wlosy upiete w kok od­slaniajacy szyje. Weszla troche sp'o'zniona, palac ogromne cygaro i wszyscy oczywi'scie zauwazyli, ze pod sukienka, lekko przezroczysta, nie ma stanika, ale ma czarne, wysoko wyciete majtki. Byla juz lekko pi­jana. Pod pacha przyniosla kilka plyt gramofonowych. Gdy kto's zarto­bliwie zagadnal ja o te niepasujace do sukienki majtki, odpowiedziala:

– Dzisiaj jest pierwszy dzie'n zaloby po Jakubie. Jutro wloze czarny stanik i zdejme majtki.

Przyjecie nabieralo tempa. Francuzka wyra'znie zainteresowala sie Zbyszkiem, kt'ory demonstracyjnie calowal ja w ta'ncu, szczeg'olnie gdy patrzyla na to Jennifer. Gdy nie ta'nczyli, siedzieli przy stole pelnym butelek, w kt'orych odbijaly sie plomyki 'swiec. Udalo mu sie przekona'c Jennifer, aby zrezygnowala z «katowania» wszystkich operami, kt'ore przyniosla. Siedzieli i rozmawiali przy stole. Jennifer dotykala go od czasu do czasu, milczaco przysluchiwala sie rozmowie i wybierala cie­ply wosk, kt'ory splywal do 'swiecznik'ow stojacych na stole.

W pewnym momencie rozlegl sie glo'sny chichot. Jennifer przy swo­im kieliszku z martini postawila ugnieciony z wosku, kt'ory caly czas zbierala ze wszystkich 'swiecznik'ow na stole, normalnych rozmiar'ow penis w erekcji.

Gdy 'smiech ucichl, wziela woskowy penis do prawej dloni i wkla­dajac go we wglebienie miedzy piersiami, powiedziala rozmarzonym glosem:

– Tak zupelnie nie'swiadomie ulepilo mi sie w dloniach to cudo. Je­'sli nie 'swiadomo's'c, to pewnie odpowiada za to pod'swiadomo's'c. Teraz juz wiecie, czym sie moja pod'swiadomo's'c zajmuje.

Przytulila sie przy tym do niego. Zbyszek gwaltownie i demonstra­cyjnie odszedl od stolu. Wida'c bylo, ze jest w'sciekly. Na dodatek Fran­cuzka calkowicie go zignorowala i pozostala przy stole. Jennifer wyda­wala sie nie zauwaza'c tego wszystkiego. Milczala. W pewnym momencie wziela go za reke pod stolem i powiedziala:

– Chod'z. Wr'ocimy do naszego pierwszego dnia w ten nasz ostatni dzie'n.

Wyprowadzila go z pokoju i zaczela biec korytarzami w kierunku je­go instytutu. Gdy byli przed drzwiami tej sali wykladowej, kt'ora tak do­brze pamietal od dnia swoich imienin, zatrzymala sie i tak jak wtedy wciagnela go do sali. Gdy tak jak wtedy kleczala przed nim i tak jak wtedy zapalali z hukiem i gasili baterie jarzeni'owek, pomy'slal, ze to jed­nak nie deja vu. To byla teraz jego Jennifer. Gdy p'o'zniej stali przytule­ni do siebie, placzac oboje w tej ciemnej sali wykladowej, wyszeptala:

– Jakub, kocham cie tak bardzo, ze nie moge sobie wyobrazi'c jutra.

Z zamy'slenia wyrwalo go potrzasanie za ramie. Blues sie sko'nczyl. Ta'nczaca dziewczyna siedziala przed nim.

– Pan pije mojego drinka i to z tego miejsca, w kt'orym na kieliszku odcisnelam swoja szminke. To nie byla Jennifer.

– Przepraszam. Zamy'slilem sie. Bardzo mi przykro. Zaraz odkupie pani tego drinka. To przez nieuwage. Jestem taki roztargniony. Niech pani mi wybaczy.

– Nic sie nie stalo. Nie musi mnie pan przeprasza'c. To bylo niezwy­kle, m'oc obserwowa'c pana. Siedzial pan z zamknietymi oczami i ssal ten kieliszek.

Wyjela mu go z dloni i odeszla w kierunku baru, przy kt'orym orkie­stra pakowala instrumenty.

– 'Slicznie pani ta'nczyla. Czy pani moze jest z wyspy Wight? – krzyknal za nia.

– Nie! – odpowiedziala, znikajac w drzwiach prowadzacych do ho­telu. Wstal i podazyl za nia.


ONA:

Paryz, 16 lipca 1996

Lubie Cie. Bardzo. A jeszcze bardziej sie ciesze, ze moge Cie lubi'c. Cho­ciaz to tylko prawie cala prawda (nie chce na razie posuna'c sie zbyt daleko). Nie bierz mnie dzisiaj zbyt powaznie.

Odbywa sie we mnie z pewno'scia jaka's reakcja biochemiczna. Przyjelam do krwiobiegu cudowny plyn pod nazwa brandy Ani, koniak ormia'nski, podob­no jedyny trunek, kt'ory spozywal Churchill. Wiem juz, dlaczego wybral akurat ten. Nie rozumiem tylko, dlaczego ciagle mial taka depresje. To pewnie wina tej ciaglej mgly w Londynie.

Jestem teraz generalnie wdzieczna 'swiatu za to, ze jest i ze ja jestem. Lubie ten stan. Tym bardziej ze za 52 godziny i 36 minut powiniene's ladowa'c w Pary­zu. Poza tym jestem dzisiaj troche wyuzdana, l to na pewno nie przez Renoira. Gl'ownie przez Asie. To ona nam'owila mnie, zeby z d'0rsay pojecha'c prosto do Muzeum Erotyki w poblizu placu Pigalle. Najpierw nastroil mnie impresjoni­sta, potem podniecono mnie wszystkimi gatunkami sztuki. Takiego muzeum nie ma nigdzie. Zgadnij, co pamietam bardziej: Renoira czy erotyke?

Czy to 'zle, ze erotyke? Asia m'owi, ze nie, bo czasami trzeba sie czu'c sexy. Zapytalam ja, co robi, aby czu'c sie sexy, gdy nie jest akurat w Paryzu. Wiesz, co mi odpowiedziala intelektualnie nadwrazliwa Joanna Magdalena? Odpowie­dziala mi dokladnie tak:

«Wkladam obcisla sukienke i nie wkladam majtek».

Kto by pomy'slal, ze to takie proste.

Wiesz, co zauwazylam u Asi, zwiedzajac z nia to muzeum? Byla zafascyno­wana kobieco'scia we wszelakim wydaniu. Wedlug mnie Asie ostatnio pociaga­ja kobiety. Z tego, co czasami opowiada, wynika, ze zaden mezczyzna tak na­prawde nie dorasta do jej wyobraze'n. Wiem od niej samej, ze potrafi rozkoszowa'c sie seksem, ale wiem takze, ze nie potrzebuje do tego mezczyzn.

Gdy wyszly'smy z tego muzeum, chcialam by'c sama. Bardzo chcialam. Najle­piej w moim pokoju w hotelu. Moze Ci kiedy's opowiem, dlaczego akurat wla'snie tam. Mialam zbyt wysoki poziom oksytocyny, aby znie's'c kogokolwiek, opr'ocz Ciebie, w poblizu. Jako wielbiciela teorii hormon'ow informuje Cie o tym tylko tak przy okazji, l to tylko «do akt», jak Ty to nazywasz. Moze Ci sie przyda do bada'n.

Asie poprosilam, aby zostawila mnie sama. W og'ole nie protestowala. Jak ja znam, tez chciala zosta'c sama. Poszlam do Cafe de Flore. Gl'ownie po to, aby napisa'c e-mail do Ciebie. Jeszcze nigdy nie pisalam do Ciebie nic na pa­pierze. Pomy'slalam, ze w Cafe de Flore moglabym spr'obowa'c. Tu pisali Camus, Sartre i Prevert. Spr'obowalam. Niezwykle uczucie. Normalny list, kt'ory m'oglby mie'c zapach i plame z rozlanego wina albo odcisk warg na drugiej stronie. Internet tego nie zastapi. Trudno ssa'c e-mail, a mialam ochote ssa'c te serwetke, na kt'orej pisalam do Ciebie tam w Cafe de Flore. Poza tym niebez­piecznie jest pisa'c e-maile do Ciebie, lezac nago w wannie. Ostatnio jest to mo­je najwieksze marzenie. Pisa'c do Ciebie e-mail w wannie. Mie'c wino we krwi, by'c przykryta piana o zapachu bergamoty, cyprysu i mandarynki i sluchajac, czu'c wibracje glosu Morrisona. To mozna robi'c tylko pod napieciem. Ale na pewno nie pradu. Dlatego nie mozna wzia'c Internetu do wanny, ale mimo to i tak go uwielbiam.

Polowa tego tekstu powstala tam. W Caf's de Flore. Druga zupelnie nieda­leko. W innej, jeszcze bardziej kultowej kawiarni Paryza, w Les Deux Magots. Nie wiem, co ci wszyscy intelektuali'sci widzieli w tej kawiarni. Kawa jest okrop­na. Goraca czekolada smakuje jak zurek w barze w Plocku. To dobry zurek, ale okropny jako czekolada. Jedynie wnetrze 'sliczne i wino dziala. Ale wino dziala na mnie od kilku dni wszedzie. Tam dopisalam kilka linijek tego tekstu, kt'ory te­raz przepisuje w malym pokoiku za recepcja tego hotelu w Paryzu. Jest prawie p'olnoc. Recepcjonista zabawia Asie i Alicje, a mnie pozwolil rozgo'sci'c sie na dysku swojego komputera. Jestem w zwiazku z tym troche rozwiazla i my'sle, czy ten recepcjonista zauwazy, ze Asia naprawde nie ma dzisiaj majtek pod ta obcisla sukienka. Mnie pokazala, ze nie ma. Poza tym czuje sie bezpieczna, bo wiem, ze nikt, opr'ocz Ciebie, tego nie przeczyta. Wy'sle to i zniszcze. Gl'ow­nie dlatego, ze chce by'c wyuzdana i rozwiazla tylko dla Ciebie.

Tesknie za Toba.

Czuje sie, jakby to nazwa'c, «latwopalna». Dzisiaj w tym muzeum erotyki za­uwazylam bardzo charakterystyczna prawidlowo's'c. Bylo tam mn'ostwo obra­z'ow i rze'zb czarownic. To bylo dziwne i charakterystyczne w tym muzeum. Ko­niecznie tam id'z, gdy bedziesz mial minimum 90 wolnych minut nastepnym razem w Paryzu. A wiec zauwazylam tam mn'ostwo nagich czarownic. One wla­'snie byly «latwopalne». Na przyklad wtedy, gdy palono je zywcem na stosach, l chociaz to bylo dawno, wydawalo mi sie, ze czarownice to szczerze m'owiac tylko bezlito'snie karane niewinne kobiety. Karane przez mezczyzn, kt'orzy nie mogli wybaczy'c zdrady swoim zonom, wiec, odreagowujac, skazywali na stos obce kobiety, z kt'orymi czesto sami zdradzali swoje zony, nazywajac je cza­rownicami. Wiesz, co zauwazylam na tych obrazach i na tych rze'zbach? Te czarownice u'smiechaly sie plonac.

Zdradliwe, potepione kobiety czesto najpierw kamienowane, a potem palo­ne, 'smialy sie rado'snie, plonac...

Zrobilo mi sie teraz smutno, bo pomy'slalam o tych czarownicach w kon­tek'scie. Gdyby's m'ogl slysze'c m'oj glos w Internecie, uslyszalby's teraz wiersz, kt'ory wzrusza mnie nieustannie od kilku tygodni. Przeczytalam go kiedy's, nie wiem gdzie dokladnie, w Warszawie. Przypomnial mi sie, gdy ogladalam plona­ce roze'smiane czarownice w muzeum w poblizu placu Pigalle w Paryzu:

'Snisz nas Boze razem

Na brzegach talerzy gdy nakladam obiad

I na rabku wystyglej malze'nskiej po'scieli

We wglebieniach zmarszczek wok'ol oczu

A ty 'snisz nas uparcie razem

I splatasz nam dlonie

Tak ze nie mozemy uciec od siebie

A je'sli nie

To nie w'od'z nas na pokuszenie

Niech oplacze mnie

Domowy makaron na niedziele

Daj zasna'c

I zbaw nas –

Kazde osobno

Amen 

Napisala go pewnie jaka's wsp'olczesna czarownica. Nie moge przypo­mnie'c sobie nawet jej nazwiska. Podziwiam ja, nawet taka bezimienna. Ten wiersz mnie wzrusza i zasmuca. Wiem, ze Ciebie tez. Nie wiem, dlaczego go zapamietalam. Wcale nie uwazam, ze Dekalog to najlepszy przewodnik w zy­ciu. Powiem Ci, jakie jest moje 11. przykazanie, gdy juz tu bedziesz.

PS My'slisz, ze proces czekania wydluza samo czekanie. Ja nie my'sle. Ja juz jestem pewna.


Przyle'c wreszcie.


ďđĺäűäóůŕ˙ ăëŕâŕ | S@motnosc w sieci | cëĺäóţůŕ˙ ăëŕâŕ