home | login | register | DMCA | contacts | help |      
mobile | donate | ÂĹŃĹËĘŔ

A B C D E F G H I J K L M N O P Q R S T U V W X Y Z
Ŕ Á Â Ă Ä Ĺ Ć Ç Č É Ę Ë Ě Í Î Ď Đ Ń Ň Ó Ô Ő Ö × Ř Ů Ý Ţ ß


my bookshelf | genres | recommend | rating of books | rating of authors | reviews | new | ôîđóě | collections | ÷čňŕëęč | ŕâňîđŕě | add
fantasy
space fantasy
fantasy is horrors
heroic
prose
  military
  child
  russian
detective
  action
  child
  ironical
  historical
  political
western
adventure
adventure (child)
child's stories
love
religion
antique
Scientific literature
biography
business
home pets
animals
art
history
computers
linguistics
mathematics
religion
home_garden
sport
technique
publicism
philosophy
chemistry
close

đĺęëŕěŕ - advertisement



@6

ON: Cieszyl sie, ze udalo mu sie zarezerwowa'c pok'oj wla'snie w tym hotelu. To byl jego hotel w Nowym Orleanie.

Wczoraj, kiedy wysiadl z taks'owki, kt'ora przywiozla go tutaj z lot­niska, i po tylu latach stanal ponownie ze swoja walizka przed dobrze mu znanymi 'snieznobialymi rozsuwanymi drzwiami z blyszczacymi mosieznymi klamkami, serce zabilo mu szybciej. Ten hotel w pewnym sensie symbolizowal wszystko, co tak bardzo zmienilo jego zycie i jego samego.

To tutaj kilkana'scie lat temu, robiac doktorat na uniwersytecie Tulane, urywal sie, najcze'sciej dopiero w nocy, od swoich komputer'ow, ksiazek, naukowych czasopism i tych drazacych my'sli, pomysl'ow, pla­n'ow, kt'ore nieustannie klebily sie w jego glowie. Wraz z innymi, tak jak on bezgranicznie nawiedzonymi mlodymi naukowcami z jego gru­py, przywolywali w nocy taks'owki i jechali do tego hotelu, aby przy marmurowych bialych stolikach stojacych na patio napi'c sie piwa lub wina i sluchajac porywajacego murzy'nskiego bluesa, dyskutowa'c w podnieceniu na temat wszystkiego, co dotyczy sekwencjonowania gen'ow lub fantazjowa'c na temat tego, co zrobia, gdy przeloza te geny na odpowiadajace im bialka, a te z kolei na ludzkie emocje, zachowania lub my'sli. Nazywali to fantazyjnie, odpowiednio do miejsca i sytuacji, «DNA breaks», co jedni z nich tlumaczyli jako «nocne przerwy alkoho­lowe w Dauphine», a inni «przerywaniem DNA».

Byli wtedy rozkrzyczana, hala'sliwa grupa mlodych ludzi przekona­nych o swojej nieomylno'sci, o niezwyklo'sci i wyjatkowo'sci tego, co robia, i absolutnie pewnych, ze to oni wla'snie wyznaczaja nowe hory­zonty w nauce. Jednakze najlepiej pamieta z tamtych dni w Nowym Or­leanie entuzjazm graniczacy z drapiezno'scia. Gdyby m'ogl cofna'c czas i by'c tutaj znowu, to wiedzac to, co wie teraz, najpilniej uczylby sie na pamie'c, jak wiersza, wla'snie tego entuzjazmu. Byli wtedy jak mlode lwy. Przekonani, ze 'swiat bedzie ich, byli wtedy tak blisko gwiazd na tym kawalku nocnego nieba nad tarasem hotelu Dauphine New Orleans. Wiec wczoraj, gdy stanal znowu przed tym hotelem, mimo ze by­lo wczesne popoludnie i jasno 'swiecilo slo'nce, nagle poczul, ze znowu jest blizej tych gwiazd. To nic, ze teraz nie 'swiecily juz tak jasno jak przed laty.

Gwiazdy sie przeciez wypalaja.

Zanim wszedl do recepcji przez dobrze mu znana brame, zatrzymal sie na chwile. Pomy'slal, ze gdyby mial jej opowiedzie'c, co czul, gdy tutaj wchodzil – a wiedzial przeciez, ze ona na pewno go o to zapyta – odpowie jej, ze odczuwal na przemian smutek i dume. Dume, bo przy­jechal do tego miasta, gdzie kiedy's zaczynal jako zupelnie nieznany mlody stypendysta z Polski o nazwisku, kt'ore malo kto potrafil wym'o­wi'c, zaproszony jako niekwestionowany autorytet na najwazniejszy 'swiatowy kongres z jego dziedziny, aby wyglosi'c wyklad, kt'orego chca poslucha'c wszyscy inni wazni w jego dziedzinie. A smutek, bo zdal so­bie nagle sprawe, ze przy tym wszystkim, co osiagnal, przy tym calym uznaniu i podziwie nigdy juz nie bedzie tak podniecony, tak dumny z siebie i tak spelniony jak wtedy, kilkana'scie lat temu, gdy badajac se­kwencje gen'ow pewnej bakterii powodujacej tyfus wierzyl, ze zaglada w karty samemu Stw'orcy.

Ten Dauphine New Orleans, ze swoja prostota i przytulno'scia, w sa­mym centrum starego Nowego Orleanu, mial atmosfere, kt'orej nigdy nie mial i mie'c nie bedzie wyniosly Hilton, do kt'orego chcieli go wsa­dzi'c organizatorzy kongresu. Wczoraj, gdy po przyje'zdzie odbieral klucz do swojego pokoju od u'smiechnietej i wyjatkowo milej recepcjo­nistki, zastanawial sie, jak moga wyglada'c pokoje w tym hotelu. Nigdy przeciez tutaj nie nocowal. Co najwyzej spedzal noce i tylko na tarasie. Wiec gdy otworzyl swoje drzwi z numerem 409 na trzecim pietrze, za­niem'owil. Apartament byl wiekszy niz jego cale mieszkanie w Mona­chium, mial sypialnie, pok'oj go'scinny i cze's'c biurowa z telefonem, komputerem i faksem. W cze'sci go'scinnej, na p'olce obok telewizora stal srebrny pojemnik, z kt'orego wystawala butelka szampana owinieta bialym recznikiem, a obok staly dwa kieliszki. Wchodzac do sypialni, natychmiast zauwazyl, ze pod oknem na czarnym marmurowym stoliku stoi okragla szklana waza z liliami. Pamietal dobrze te lilie. Zadzwonil do recepcji, aby zapyta'c, czy nie nastapila jaka's pomylka, bo przeciez on jeszcze z Monachium w Internecie rezerwowal zwykly jednoosobo­wy pok'oj. Recepcjonistka, kt'ora wydawala mu klucze, u'smiechnela sie tylko i powiedziala:

– Poznalam pana natychmiast, gdy pan wszedl. To pan kilkana'scie lat temu zbieral na operacje tej malej z Poland lub Holland. Juz nie pa­mietam dokladnie, skad. Ale to pan ja uratowal, prawda? Moja mala miala wtedy tez osiem lat, dokladnie tak jak ona. Gdy wtedy czytalam o tym w gazecie, to dostawalam gesiej sk'orki, my'slac o tym, jak matka tej malej musi pana uwielbia'c. Tak sobie pomy'slalam, ze spodoba sie panu ten apartament. To nasz najlepszy. Tam mieszkal zawsze sam John Lee Hooker, gdy przyjezdzal tu gra'c w Preservation Hali. Zna go pan?

Odkladajac sluchawke, zastanawial sie, jak to mozliwe, ze kto's jesz­cze pamieta, co czul, gdy czytal co's w gazetach kilkana'scie lat temu. Moze gdy on bedzie kiedy's mial c'orke, zrozumie, ze to jednak jest mozliwe.

Ale to bylo wczoraj. Dzisiaj juz nie mial zadnych watpliwo'sci, ze ta recepcjonistka nie byla wyjatkiem.

Pamie'c to funkcja emocji.

Emocje, i to absolutnie niezwykle, zaczely sie juz rano. Zszedl na 'sniadanie na taras przy basenie, przerabiany kazdego poranka na mala sale restauracyjna. Przy muzyce Mozarta plynacej z glo'snik'ow pil nie­smaczna ameryka'nska kawe, czekal na swoje tosty i jednocze'snie sprawdzal poczte komputerowa na serwerze w Monachium. Pomyslo­wy wla'sciciel hotelu, idac z duchem czasu, kazdy stolik w sali 'sniada­niowej wyposazyl w podw'ojne gniazdko telefoniczne. Jednocze'snie dwie osoby, korzystajac ze swoich laptop'ow, mogly polaczy'c sie z Internetem. Wspanialy, prosty w swojej istocie pomysl. Czy moze by'c co's bardziej milego niz poranny e-mail obok porannej gazety? Tej pa­pierowej, lezacej obok filizanki na kawe, i tej ulubionej elektronicznej gdzie's w Japonii, Australii, Niemczech lub Polsce.

Otworzyl e-mail od niej i nagle wykrzyknal z rado'sci. Wszyscy je­dzacy 'sniadanie przy sasiednich stolikach spojrzeli na niego zdziwieni, ale po chwili wr'ocili do swoich gazet lub do poczty komputerowej.

Czytal ten fragment kolejny raz, aby sie upewni'c.

Gdy bedziesz tamtedy przechodzil, zwolnij troche. Bede tam stala i czeka­la na Ciebie.


Ta wiadomo's'c byla oszalamiajaca. Piekna. Nieprawdopodobna. Podniecajaca. Ona przyjezdza do Paryza! Bedzie czekala na niego na lotnisku! Musi natychmiast skontaktowa'c sie z TWA i przesuna'c sw'oj odlot z Paryza do Monachium. Tosty byly gotowe. Posmarowal je dze­mem malinowym i wywolal przegladarke stron WWW. Wszedl na strone internetowa linii lotniczej TWA. Podal swoje haslo i numer rezerwacji lotu z Nowego Jorku do Monachium przez Paryz. Bez klopot'ow prze­sunal sw'oj lot do Monachium z Paryza o jeden dzie'n. Przyleci do Pary­za okolo 'osmej rano 18 lipca w czwartek i wyleci do Monachium wie­czorem w piatek. Beda mieli dla siebie caly dzie'n. I cala noc. Ona i tak wracala do Warszawy autobusem w piatek wieczorem, wiec przedluza­nie pobytu w Paryzu o nastepne dni nie mialo sensu. Mial szczelnie wy­pelniony plan tego, co musi zrobi'c w Monachium w ten pierwszy week­end po powrocie z Nowego Orleanu.

Napisal do niej e-mail i jeszcze przed ko'ncem 'sniadania wyslal. Pi­sal, ze jest nieprawdopodobnie szcze'sliwy, ze nie moze uwierzy'c, ze juz czeka i ze bedzie mu trudno wytrzyma'c ze swoja niecierpliwo'scia tu i w Nowym Jorku. Poza tym zegnal ja z czulo'scia przed ta podr'oza do Paryza. Po raz pierwszy od czasu, gdy sie znali, wyjezdzala. Nigdy przedtem nie mial okazji jej zegna'c.

Zegnal ja tak, jak gdyby naprawde mieli sie od siebie oddali'c. Po raz kolejny zastanawial sie, jak dalece przenie'sli sie w ten wirtualny 'swiat i jak dalece umieli juz w nim zy'c tak samo jak w tym realnym. Ludzie pragna czasami sie rozstawa'c, zeby m'oc teskni'c, czeka'c i cie­szy'c sie powrotem. Ich zwiazek, kt'orego nie zdefiniowali, a nawet jeszcze nie nazwali, nie byl inny. Tez chcieli tego samego. Nie zauwa­zali lub udawali, ze nie zauwazaja, ze caly czas zyja w takim rozstaniu i nie ma to wiele wsp'olnego z fizycznym, mierzonym odleglo'scia od­daleniem. To, czy sa od siebie 1000 czy 10 000 kilometr'ow, nie gralo w ich wypadku absolutnie zadnej roli. Oni nie oddalali sie w tym nor­malnym sensie. Oni zmieniali co najwyzej wsp'olrzedne geograficzne komputera, kt'ory ma ich polaczy'c, lub zmieniali program, kt'ory wy'sle ich e-maile, ale nie oddalali sie w tym sensie, jak oddalaja sie rozstaja­cy sie ludzie. Ich oddalenie bylo tylko dwustanowe, tak jak zreszta wszystko w informatycznym 'swiecie. Albo byli przy sobie na wycia­gniecie reki, albo byli w Internecie. Na «wyciagniecie reki» byli tylko raz w zyciu: wtedy w pociagu z Berlina do Poznania, gdy jeszcze nie znali nawet swoich imion, nie zamienili ze soba ani slowa i tylko cza­sami spotykaly sie 'zrenice ich zaciekawionych oczu. A w Internecie?

W Internecie wszystko jest r'ownie daleko lub r'ownie blisko, co w efekcie na jedno wychodzi.

A oni tak jak wszyscy tez potrzebowali rozsta'n, ale w odr'oznieniu od wszystkich wcale nie cieszyli sie na powr'ot. Rozstawali sie, aby sie wreszcie spotka'c. W czwartek, 18 lipca, rano. Na lotnisku w Paryzu. Jak pisala, znal ten e-mail juz na pamie'c:

Obok tej malej kwiaciarni przylegajacej do kiosku z gazetami.

Dni w Nowym Orleanie staly sie nagle strasznie dlugie. W dniu, w kt'orym ona jechala autobusem do Paryza, on wyglaszal referat w trak­cie tego kongresu tutaj, w Nowym Orleanie. Jego wyklad byl pierwszym w porannej sesji. Przyszedl p'ol godziny wcze'sniej, aby zainstalowa'c laptop i polaczy'c go z rzutnikiem obraz'ow z komputera na ogromny ekran na 'srodkowej 'scianie. Zanim zainstalowal wszystko, wielkie audytorium bylo juz prawie pelne. Przysuwajac do siebie puszke z ameryka'nska cola light, kt'ora przyni'osl ze soba, nagle spostrzegl, ze na pokrytym zielonym suknem stole przylegajacym do pulpitu prelegenta znajduje sie wtyczka telefonu oznakowana fosforyzujacym tekstem na plastikowej etykiecie jako «dostep» do Internetu. Do rozpoczecia jego wykladu nie pozostalo wiecej niz pie'c minut, a on czul, ze nie my'sli juz wcale o tym wykladzie. Ona przeciez powinna by'c dzisiaj juz w Paryzu! Biorac pod uwage r'ozni­ce czasu pomiedzy Paryzem i Nowym Orleanem, na pewno napisala do niego. Chcialby to wiedzie'c na pewno. Wla'snie teraz! Tylko wiedzie'c, czy napisala. Potem przeczytalby, co. Nie patrzac na przygladajacych mu sie uwaznie zebranych, szybko polaczyl karte modemu swojego laptopa z wtyczka na stole i juz zaczynal uruchamia'c sw'oj program pocztowy, gdy nagle podszedl do niego prowadzacy sesje profesor z Berkeley.

Jednak nie zdazyl...

Profesor poprosil go o dokladna transkrypcje jego nazwiska. Wielo­krotnie powt'orzyl je w jego obecno'sci. Brzmialo to wprawdzie jak znieksztalcony glos automatycznej sekretarki, ale m'ogl pozna'c, ze cho­dzi o niego. Gdy kilka minut p'o'zniej ten sam profesor przedstawial go wypelnionej sali jako pierwszego m'owce, i tak pomylil jego imie z na­zwiskiem, wywolujac burze 'smiechu. To bylo jak komplement. Odr'oz­niali jego imie od nazwiska! To rzadkie na tym poletku pr'ozno'sci, ja­kim byl naukowy 'swiatek.

Przedluzyl sw'oj wyklad o kwadrans. Ten przywilej przyslugiwal tylko nielicznym. W normalnych sytuacjach prowadzacy sesje bez skrupul'ow przerywal w polowie zdania referentowi po uplywie ustalo­nego czasu i wywolywal nastepnego. Kiedy's dziwil sie tym manierom, ale kiedy sam w Monachium organizowal kongres i zglosilo sie ponad dwa tysiace referent'ow, zrozumial, ze to jedyna metoda.

W zasadzie prezentacje zako'nczyl w czasie. Nie moglo by'c inaczej. 'Cwiczyl to wielokrotnie ze stoperem w hotelu. Dokladnie czterdzie'sci minut, lacznie z tymi kilkoma anegdotami, kt'ore zawsze wplatal w swoje wyklady. Zauwazyl, ze ze wszystkich wyklad'ow, kt'orych slu­chal, najlepiej zapamietywal te, kt'ore wyr'oznialy sie dobrymi anegdo­tami. Byl pewien, ze inni reaguja podobnie. Reszte czasu, dokladnie pie'c minut, kt'ore mu pozostaly, przeznaczyl na pytania z sali. Nie pa­mieta juz dzisiaj dokladnie, jak do tego doszlo, ale bezsensownie wpla­tal sie w ostra wymiane zda'n z pewnym arogantem z uniwersytetu w Tybindze. Sala obserwowala te polemike z rosnacym napieciem. W pewnym momencie, aby udowodni'c swoja racje, potrzebowal arku­sza z danymi statystycznymi. Byl pewien, ze ma go na dysku swojego laptopa i ze tym argumentem zako'nczy bezsensowny sp'or.

Arkusza nie bylo!

Musial zapomnie'c skopiowa'c go z komputera w biurze w Mona­chium na laptop, kt'ory zabieral do Nowego Orleanu. Niemiec zauwazyl to natychmiast i wida'c bylo, ze triumfuje.

I wtedy przyszedl mu do glowy ten niesamowity pomysl. Przeciez jego komputer w Monachium jest caly czas wlaczony. Je'sli jest wla­czony, to jest takze online w Internecie. Je'sli jest w Internecie, to jego program ICQ w Monachium jest aktywny. A na tym laptopie przed nim tez ma przeciez ICQ i tez moze by'c aktywne, bo przeciez podla­czony jest do Internetu. Podlaczyl sie dzieki temu, ze jest juz prawie uzalezniony od coli light, dzieki tej wtyczce na stole i jego tesknocie za nia.

Sala zareagowala szmerem podniecenia, gdy powiedzial, ze przez «nieuwage» pozostawil ten arkusz w swoim biurze w Niemczech, ale za chwile odzyska go ze swojego dysku w komputerze na biurku w Mo­nachium. Na oczach wszystkich obecnych – mogli obserwowa'c, co ro­bi, na ogromnym ekranie za jego plecami – wystartowal ICQ i urucho­mil opcje pozwalajaca na dostep, po wprowadzeniu zabezpieczajacego hasla, do wybranych fragment'ow dysku na komputerze w jego biurze. Arkusz musial tam by'c, gdyz na tydzie'n przed kongresem w Nowym Orleanie udostepnil go w ten sam spos'ob koledze na uniwersytecie w Warszawie. Po kilku minutach arkusz «'sciagnal sie» na jego laptop i m'ogl go wy'swietli'c na ekranie tutaj, w audytorium centrum kongreso­wego w Nowym Orleanie.

W pewnym momencie odni'osl wrazenie, ze dla wiekszo'sci na tej sali ten niefortunny arkusz, genetyka i caly ten naukowy sp'or sa teraz zupel­nie nieistotne. Wazne bylo to, ze mogli by'c 'swiadkiem czego's absolutnie niezwyklego, czego's, co mozna nazwa'c gwaltownym «skurczeniem sie» 'swiata. Nagle odleglo's'c geograficzna przestala mie'c jakiekolwiek zna­czenie.

The small planet, mala planeta...

Dla wielu na tej sali zupelnie nieoczekiwanie ten reklamowy slogan nabral innego, prawdziwego znaczenia.

Dla niego 'swiat skurczyl sie juz dawno, dlatego nie zrobilo to na nim specjalnego wrazenia. Jedyne, co go w tym wszystkim podniecilo, a czego z pewno'scia absolutnie nikt na tej ogromnej, pelnej sali w og'o­le nie zauwazyl, byl malutki, z'olty, mrugajacy prostokacik na dole okna z programem ICQ, kt'ory musial wystartowa'c, aby 'sciagna'c ten nieszczesny arkusz z danymi. Ten mrugajacy znaczek m'ogl oznacza'c tylko jedno: ona jest juz w Paryzu i pr'obowala sie z nim skontaktowa'c, wysylajac wiadomo's'c! Bez «skurczenia sie» tego 'swiata nigdy nie wiedzialby tego. U'smiechnal sie, i mylili sie ci wszyscy, kt'orzy obserwujac go my'sleli, ze u'smiecha sie do siebie w uczuciu «nauko­wego triumfu». U'smiechal sie do «aroganta z Tybingi». Byl mu wdzieczny.

Zaraz po wykladzie zignorowal wszystkie zaproszenia na lunch, wymknal sie z centrum kongresowego w Hiltonie i taks'owka pojechal na Layola Street. Jadac St. Charles Avenue, zastanawial sie, jak opisa'c ten stan «powrotu do przeszlo'sci». Czy inni czuja to samo? Rodzaj za­lu, ze to juz tak dawno, ze juz sie nigdy nie powt'orzy, ale takze niezwy­kla ciekawo's'c. Jak powr'ot do ksiazki, kt'ora sie kiedy's czytalo z zapar­tym tchem i wypiekami na twarzy.

Pod numerem 18 stala jedna 'sciana, podparta resztkami drewnia­nych pali utrzymujacych kiedy's cala konstrukcje tego domu. Reszta le­zala na czarnym gruzowisku. Rumowisko otaczal drut kolczasty, ukry­ty w ogromnych, kwitnacych bialo pokrzywach, kt'ore porastaly to, co kiedy's moglo by'c ogrodem. Obszedl kwadrat wyznaczony przez drut przybity do zmurszalych palik'ow, nie znajdujac wej'scia. Dopiero na kra'ncu poludniowej strony dostrzegl w polowie przykryta pokrzywami tablice informujaca, ze «posiadlo's'c» jest na sprzedaz. Data na tablicy wskazywala stycze'n. Teraz byl lipiec.

Kilkana'scie lat temu wla'scicielem tego domu byla stewardesa PanAmu, kt'ora przeniosla sie tutaj z Bostonu po tym, jak jej maz pod­cial sobie zyly, dowiedziawszy sie, ze prawdziwym ojcem jego jedena­stoletniego syna jest maz jego siostry. Za polise na zycie meza stewar­desa kupila ten dom i w ciagu jednej nocy przeniosla sie tutaj z synem, nie pozostawiajac nikomu adresu. Gdy nie mogla juz lata'c, bo wyrzuco­no ja z PanAmu za kradzieze alkoholu z kontyngent'ow wolnoclowych dla pasazer'ow, zaczela wynajmowa'c pokoje. Wynajmowala je wylacz­nie mezczyznom. I wylacznie bialym.

Znalazl jej adres w Student Union zaraz po przyje'zdzie z Polski na staz w Tulane University. Poniewaz byl to jedyny adres, pod kt'ory mozna bylo dojecha'c taks'owka za mniej niz 6 dolar'ow, a tylko tyle mu zostalo, zaczal szuka'c od niego. Drzwi otworzyla mu anorektycznie chuda kobieta o porysowanej bruzdami zmarszczek twarzy i dlugich, rzadkich, bialosiwych wlosach siegajacych ramion. Na szyi miala brudnoz'olta, poplamiona krwia opaske ortopedyczna. Byla ubrana w fiole­towy wytarty szlafrok przewiazany splecionym sznurem, jakiego nor­malnie uzywa sie do podwiazywania ciezkich zaslon okiennych. Szlafrok mial ogromne naszyte kieszenie z brezentu. Z jednej z nich wystawala butelka johnnie walkera.

Miala na imie Robin. M'owila cichym, spokojnym glosem. Wynaje­la mu pok'oj, bo byl bialy, obiecal, ze bedzie uczyl fizyki jej syna, kopal od czasu do czasu jej ogr'od i wywozil kontenery ze 'smieciami w ponie­dzialki przed si'odma rano oraz dlatego, ze na pytanie, czy pali, nie skla­mal i powiedzial, ze pali. Ona palila nieustannie i wszyscy mezczy'zni w jej domu palili. Potem zauwazyl, ze gdy nie miala papierosa w ustach, to m'owila glo'sno do siebie, gl'ownie ublizajac sobie samej.

Jego pok'oj byl tuz obok pokoju Jima.

Dzisiaj przyszedl go odszuka'c.

Stracil z nim kontakt mniej wiecej trzy lata po powrocie do Polski. Po prostu listy wysylane do niego zaczely wraca'c.

Wla'snie wychylal sie, aby zeskroba'c zielony mech przykrywajacy numer telefonu agencji nieruchomo'sci na tablicy informacyjnej lezacej w pokrzywach, gdy uslyszal za soba piskliwy kobiecy glos:

– W tym domu nawet szczury nie chcialy mieszka'c. Niech pan tego nie kupuje. Poza tym ten numer telefonu i tak jest nieaktualny. Ta agen­cja przeniosla sie do Dallas. Juz dwa lata temu.

Odwr'ocil sie i zobaczyl elegancko ubrana staruszke, oslaniajaca sie z'oltym parasolem od slo'nca. Wok'ol niej nerwowo biegal miniaturowy bialy pudel z czerwona wstazeczka przypieta do czubka lba, w szero­kiej sk'orzanej obrozy ze zloceniami. Pudel warczal caly czas, ale bal sie zblizy'c.

– Skad pani to wie? – zapytal.

– Mieszkam niedaleko stad, w Garden District, i przychodze tutaj codziennie z moja Maggie – wskazala na bialego pudla – na spacery. Poza tym Robin, ostatnia wla'scicielka tej ruiny, byla moja przyjaci'olka. To ja znalazlam jej ten dom tutaj.

– Znala pani moze Jima McManusa? Wysokiego, bardzo chudego mezczyzne, z ogromna blizna na policzku. Wynajmowal pok'oj u Robin kilkana'scie lat temu.

– On wcale nie nazywal sie McManus. Przynajmniej nie caly czas. Na jego grobie jest nazwisko jego matki, Alvarez-Vargas – odpowie­dziala, patrzac mu prosto w oczy.

Nie starajac sie ukry'c drzenia glosu, zapytal:

– Na jego grobie? Jest pani pewna? To znaczy czy... on... Od kie­dy nie zyje?

– Tak, jestem pewna. Bylam z Robin na jego pogrzebie. Ma piekny gr'ob. Zaraz przy wej'sciu do City of Dead na cmentarzu St. Louis. Po prawej stronie, za kaplica. Malo kto ma taki. I kwiaty tez ma 'swieze. Codziennie. Ale na pogrzebie nikogo nie bylo. Tylko Robin, grabarz i ja. Nie wiedzial pan?! Przeciez pan byl jego najlepszym przyjacielem – powiedziala.

– Nie. Nie wiedzialem. Pani mnie zna?

– Oczywi'scie. To pan uczyl fizyki P.J., syna Robin. To m'oj chrze­'sniak.

– Dlaczego... To znaczy, jak umarl Jim?

– Znale'zli go na 'smietniku w Dzielnicy Francuskiej. Mial trzydzie­'sci trzy rany klute nozem. Dokladnie tyle, ile mial lat. I nie mial lewej dloni. Kto's mu ja odcial. Zaraz nad nadgarstkiem. Ale zegarka mu nie ukradli.

M'owila jednostajnym, spokojnym glosem, caly czas u'smiechajac sie do niego i co chwile przerywajac, aby uspokoi'c pudla, kt'ory wciaz warczal, chowajac sie za jej nogami.

– Ale teraz musze juz i's'c. Maggie sie pana boi. Do widzenia. Przyciagnela smycz z psem do siebie i zaczela odchodzi'c. Nagle od­wr'ocila sie i dodala:

– P.J. bardzo, bardzo pana lubil. Mieszka teraz w Bostonie ze swo­im wujkiem... to znaczy ze swoim ojcem. Przeni'osl sie tam pie'c lat temu, gdy Robin zamkneli w klinice. Przyjezdza tutaj ja czasami odwie­dzi'c. Powiem mu, ze pan tutaj byl. Na pewno sie ucieszy.

Stal tam oniemialy i patrzyl, jak powoli oddala sie, ciagnieta przez bialego pudla poszczekujacego z rado'sci.

Ile smutku i b'olu mozna opowiedzie'c w ciagu niespelna dw'och mi­nut? – my'slal.

Nagle poczul sie bardzo zmeczony. Polozyl na trawie notatki, kt'o­rych uzywal w trakcie wykladu, i usiadl na nich, opierajac sie o pochy­lony slupek, do kt'orego przybity byl drut otaczajacy posiadlo's'c.

Jim nie zyje.

Umarl tak samo niezwykle, jak sie urodzil. Tylko zyl jeszcze bar­dziej niezwykle.

Staruszka z pudlem nie miala powodu, aby m'owi'c mu nieprawde. Po­za tym Jim mial faktycznie dwa nazwiska. I to drugie rzeczywi'scie brzmialo Alvarez-Vargas. Wie to na pewno, bo Jim sam mu to kiedy's po­wiedzial. Tego pamietnego wieczoru. Wtedy, na parowcu na Missisipi...

Zbierali jeszcze ciagle pieniadze na operacje dla Ani. W niedziele rano on tradycyjnie kwestowal na Jackson Square pod katedra, a Jim na nabrzezu Missisipi, skad tlumy turyst'ow ruszaly na przejazdzki pa­rowcami po rzece lub dalej, na bagniska przy Zatoce, aby oglada'c aliga­tory. Pamieta, jak sam byl zaskoczony, kiedy Kim powiedziala mu, ze nigdzie na 'swiecie nie ma tak wielu aligator'ow w jednym skupisku, jak na bagniskach u uj'scia Missisipi do Zatoki Meksyka'nskiej. Tej niedzie­li Kim zaprosila ich na kr'otka popoludniowa przejazdzke parowcem na bagniska. Po powrocie, p'o'znym wieczorem, mieli i's'c razem do nowej restauracji, odkrytej przez nia w Dzielnicy Francuskiej. Zapowiadal sie mily wiecz'or.

Jim byl juz lekko pijany, gdy wchodzili na statek. Poznal to natych­miast po czulo'sci, z jaka wital sie z Kim, oraz po jego krzykliwym glo­sie i rozbieganych oczach. Gdy tylko znale'zli sie na pokladzie, wycia­gnal ich natychmiast na rufe, za szalupy ratunkowe, oddzielone la'ncuchami od reszty pokladu. Gdy usiedli na rozgrzanych metalowych plytach pokladu, ukryci bezpiecznie za brudnozielonym brezentem przykrywajacym szalupy, Jim wyciagnal z kieszeni swojej koszuli trzy skrety z marihuany. Nie pytajac ich nawet, czy chca, wsadzil je wszyst­kie do ust i podpalil.

– Zebralem dzisiaj ogromna kase dla malej na nabrzezu. Chcialem to jako's uczci'c, wiec «skosilem troche trawy» dla nas – zaczal i podajac mu skreta, kontynuowal: – Jakub, pamietaj, aby's to inhalowal, a nie pa­lil jak marlboro pod prysznicem. Masz ten dym trzyma'c w plucach i w zoladku najdluzej jak mozesz. To ma cie spenetrowa'c do ko'sci.

Marihuana dzialala na niego niezwykle. Juz po kilku minutach zapa­dal w stan radosnego i przyjemnego odretwienia. Nabieral dystansu do wszystkiego. Byl calkowicie odprezony, jak po udanej sesji autogennego treningu, i umial 'smia'c sie praktycznie ze wszystkiego. Z przelatuja­cego ptaka, dzwonka u drzwi lub gwizdzacego czajnika w kuchni. Kie­dy's, palac w swoim biurze, wyjatkowo w zupelnej samotno'sci – marihuana jest jak alkohol, czlowiek woli zatruwa'c sie nia w towarzy­stwie – przezyl stan, w kt'orym wydawalo mu sie, ze nie musi oddycha'c. Trudne do opisania, niezwykle uczucie! Rodzaj euforycznej lekko'sci. Jak gdyby kto's zdjal mu nagle plecak wypelniony po brzegi olowiem, kt'ory ni'osl od Krakowa do Gda'nska, a byl juz pod Toruniem. Po tym zdarzeniu zaczal podejrzewa'c, ze to moze by'c niebezpieczna ro'slina. Ponadto po raz pierwszy w zyciu zdal sobie sprawe, jakim wysilkiem moze by'c najzwyklejsze oddychanie. Drugi raz zrozumial to, gdy umie­rala jego matka.

On i Jim siedzieli oparci o szalupe, Kim lezala z glowa na udach Jima. Rozpiela bluzke i wystawila dekolt do slo'nca. Miala z'olty, koron­kowy stanik, dokladnie takiego samego koloru jak ogromne sloneczni­ki na brazowej sp'odnicy do ziemi, z rozcieciem z lewej strony. Przesunela ja wzdluz swoich bioder tak, aby rozciecie bylo z przodu, i podciagnela ja wysoko do g'ory. Jim mial zamkniete oczy i ssal powo­li swojego jointa, przyklejonego do dolnej wargi. Prawa dlonia gladzil rozpuszczone wlosy Kim i jej usta, podczas gdy lewa wepchnal pomie­dzy odsloniete i rozsuniete szeroko uda Kim, delikatnie przesuwajac palce z g'ory na d'ol wzdluz satynowych majteczek w kolorze sp'odnicy. Czasami, gdy jego maly palec dotykal jej ust, Kim rozchylala wargi i ssala go delikatnie.

Wsluchujac sie w drgania wywolane czerpakami ogromnego kola napedzajacego parowiec, w milczeniu patrzyl na przesuwajacy sie po­woli lesisty brzeg Missisipi i my'slal o seksie z Kim. W tym momencie Jim zblizyl twarz do niego i podal nowego jointa, kt'ory tym razem we­drowal z ust do ust. Spojrzal mu w oczy i nagle powiedzial:

– Wiesz, Jim, gdyby moja matka zyla, mialaby dzisiaj urodziny. Kiedy ma urodziny twoja matka?

– Nie wiem dokladnie – odpowiedzial zaskoczony, odwracajac gwaltownie glowe.

– Jak to nie wiesz? Nie wiesz, kiedy urodzila sie twoja matka?

– Ona sama tego dokladnie nie wie – odpowiedzial zniecierpliwio­nym i podniesionym glosem.

Kim otworzyla szeroko oczy. Wziela lewa dlo'n Jima ze swojego podbrzusza, przysunela ja do ust, pocalowala czule i wyszeptala:

– Opowiedz mu o swojej matce.

Jim wyszarpnal dlo'n. Wyciagnal papierosa, zapalil i zaciagnal sie gleboko. Nagle wstal i nie m'owiac nic, odszedl.

– Nie chcialem go urazi'c – powiedzial do Kim.

– Nie urazile's go. Zapytale's po prostu o co's, o czym on chce zapo­mnie'c. Udaje, ze zapomnial. Przede mna tez udaje. A ja przed nim uda­je, ze tez zapomnialam. Ale ty jeste's nowy i nie znasz regul tej gry. Nie martw sie, on zaraz wr'oci. Na pewno wsysa w siebie teraz kokaine w toalecie na dziobie.

Kilka minut siedzieli w milczeniu, patrzac na metna, zielona wode Missisipi. W pewnym momencie uslyszeli glos Jima. Stanal nad nimi i oparl sie o reling. W prawej dloni trzymal do polowy opr'ozniona bu­telke czerwonego wina.

– Chcialem kupi'c whisky, ale barman na tym kajaku ma licencje tylko na piwo i wino – zaczal. – Jakubku, wr'ocilem, aby opowiedzie'c ci kr'otka intymna historie Stan'ow Zjednoczonych. Sluchaj tego uwaznie, bo tego nie ma w zadnych ksiazkach w tym zaklamanym kraju.

W czerwcu tysiac dziewie'cset trzydziestego czwartego wla'sciciel najwiekszej drukarni w ekskluzywnej dzielnicy Georgetown w Wa­szyngtonie zapytal swojego jedynego, w'owczas czterdziestopie­cioletniego syna, dlaczego nie ma jeszcze dzieci. Wla'sciciel mial praw­dziwe imperium i martwil sie o swoich spadkobierc'ow, szczeg'olnie dlatego, ze wlasnego syna traktowal jako najwieksze niepowodzenie swojego zycia. Zreszta slusznie. Syn nie uko'nczyl zadnej szkoly, kt'ora zaczal. A zaczal dokladnie czterna'scie r'oznych szk'ol, nie liczac kr'ot­kiego pobytu w internacie w Szwajcarii, z kt'orego zostal wydalony juz po trzech tygodniach.

Od kilkunastu lat nie robil nic, co mozna by nazwa'c pozytecznym, i jedyna jego pasja byly gra w golfa oraz kobiety. W tej kolejno'sci. Wy­chodzil zreszta z zalozenia, ze golf i seks maja bardzo duzo wsp'olnego. Nie potrzeba by'c w tym szczeg'olnie dobrym, aby czerpa'c przyjemno's'c.

W wieku trzydziestu dziewieciu lat ozenil sie w akcie absolutnego poslusze'nstwa woli ojca z c'orka wysokiego urzednika Departamentu Stanu, urzedujacego w pobliskim Bialym Domu. Urzednik ten, zaniepokojony staropanie'nstwem swojej jedynaczki, zagwarantowal «hono­rem» i odpowiednia umowa, dla pewno'sci, ze w przypadku doj'scia do skutku tego malze'nstwa wszystko, co mozna drukowa'c w Bialym Do­mu, bedzie drukowane w drukarni jego przyszlego ziecia.

Oczywi'scie wiesz, Jakubku, ile papier'ow trzeba drukowa'c w Bia­lym Domu i jakie pieniadze to moglo oznacza'c, prawda? Tym bardziej ze w tym czasie prezydentem byl niejaki Franklin Delano Roosevelt. Prawdziwy ameryka'nski prezydent: powiazany z politykami spedzaja­cymi urlop z rodzina na Sycylii, konsultujacy sie z astrologami przed kazda wazniejsza decyzja, najwazniejszy mezczyzna w zyciu co naj­mniej trzech kobiet – dw'och prowadzonych r'ownolegle kochanek i jed­nej prowadzacej sie nienagannie zony. Caly czas na rauszu od tych o'smiu do dziesieciu martini, kt'ore wypijal przez caly dzie'n. Mimo ze palil jednego papierosa za drugim, Roosevelt slynal z tego, ze mial bar­dzo erotyczny glos, kt'ory zjednal mu nawet nic nie rozumiejace po an­gielsku meksyka'nskie sluzace w poludniowych stanach. Byl to poza tym prezydent, kt'ory chcial mie'c wszystko pod kontrola, co doprowa­dzilo do niespotykanej dotad biurokracji.

Oczywi'scie wiesz, Jakubku, ze dla wla'sciciela drukarni nie ma nic piekniejszego niz dobrze funkcjonujaca biurokracja.

C'orka zapobiegliwego i skorumpowanego urzednika Departamentu Stanu byla wyjatkowo posluszna ojcu, madra, pelna ciepla, wrazliwa i inteligentna kobieta. Umiala recytowa'c z pamieci wiersze Edgara Poe, czytala rozprawy francuskich i niemieckich filozof'ow i grala na forte­pianie. Byla jednakze bardzo przecietnej urody.

Poza tym byla kulawa. Od urodzenia.

Syn wla'sciciela drukarni nigdy jej nie pozadal i spal z nia tylko je­den jedyny raz.

Zdarzylo sie to trzy lata po 'slubie. Byl wtedy calkowicie zamroczony alkoholem po urodzinowym przyjeciu swojego te'scia. Dla niej byl to zu­pelnie pierwszy raz, z kt'orego zapamietala przera'zliwy b'ol w okolicach rozrywanego odbytu, uderzenia glowa o metalowa noge l'ozka, pod kt'o­re nie udalo jej sie skry'c, oraz ohydny smr'od jego moczu, kt'ory przedo­stal sie takze do sk'orzanej protezy jej nogi i miesiacami przypominal jej o tym nieopisanym b'olu i ponizeniu, kt'orego doznala tamtego wieczoru.

Poza tym, opr'ocz tego, ze pozostala dziewica, przynajmniej biolo­gicznie, wtedy wla'snie zarazil ja kila.

Od tego dnia nie je'zdzili juz nigdy razem na przyjecia i od tego cza­su bylo wiadomo, ze nie beda mie'c dzieci. A musisz wiedzie'c, ze Florey i Chain pomogli penicylina wszystkim wenerykom dopiero od ty­siac dziewie'cset czterdziestego trzeciego roku. Ty to przeciez wiesz, Ja­kub, prawda? – zapytal, patrzac mu w oczy, i nie czekajac na odpo­wied'z, opowiadal dalej:

– Pragnienie wnuka ze strony dziadka bylo r'ownie duze, jak wielki byl lek wydziedziczenia i p'oj'scia w nielaske syna. Obiecal wiec ojcu, ze zrobi wszystko, aby zapewni'c sobie potomka. Odwolal wszystkie za­planowane na wakacje turnieje golfowe i eleganckim parowcem wraz ze swoja kulawa malzonka poplynal z Filadelfii na Grenade. Grenade wybral nie dlatego, ze r'oznila sie specjalnie od innych wysp karaib­skich, na kt'orych grywal w golfa, ale dlatego, ze zarzadca regionu wo­k'ol Grenville – drugiego najwiekszego miasta na tej wyspie – byl syn angielskiego dostawcy papieru do ich drukarni. Grenada, poza niepo­wtarzalnie pieknymi plazami, tanim rumem i wyjatkowa bieda, slynela takze z niezwykle liberalnego prawa adopcyjnego. We wsiach wok'ol Grenville mozna bylo adoptowa'c dziecko bez zbednych formalno'sci. Wystarczylo m'owi'c po angielsku, by'c bialym i zaplaci'c od trzystu do o'smiuset dolar'ow, w zalezno'sci od tego, jak bardzo biedni byli miej­scowi oferujacy dzieci do adopcji lub jak bardzo biale bylo dziecko. Im bielsze, tym drozsze oczywi'scie.

Dziewczynki jednakze byly zawsze tak samo tanie, niezaleznie od karnacji sk'ory, i kosztowaly trzysta dolar'ow.

Jedyny problem wiazal sie z uzyskaniem oficjalnego prawa wywo­zu dziecka poza wyspe. Wla'snie ten problem rozwiazal syn dostawcy papieru, uzyskujac przy okazji zlecenia na papier dla ojca na co naj­mniej pie'c lat.

Kim, kochanie, czy moglaby's i's'c do baru na dzi'ob? Ty znasz prze­ciez to opowiadanie. Widzisz, ze wino sie sko'nczylo – zwr'ocil sie do Kim, pokazujac pusta butelke. – Zanim wr'ocisz, bede juz przy epilogu.

Kim podniosla sie, spojrzala smutno na niego, poprawila potargane wlosy i bez slowa odeszla. Jirn opowiadal dalej:

– Do adopcji byly wystawione bli'zniaki, Juan i Juanita Alvarez-Vargas. Si'odme i 'osme dziecko sluzacej zarzadcy regionu Grenville. Adopcja byla niezwykla okazja, bowiem, chociaz nikt tego nie m'owil oficjalnie, wszyscy wiedzieli, ze ojcem bli'zniak'ow nie jest wcale ojciec pozostalej sz'ostki. Nie m'ogl by'c ich ojcem, gdyz od dw'och lat siedzial w wiezieniu w St. George's, stolicy tej wyspy. Ojcem byl pewien bar­dzo bialy Szkot, kt'ory na zaproszenie rodziny zarzadcy spedzal kr'otki urlop w Grenville. Szkot o imperialnych manierach – Grenada do tysiac dziewie'cset siedemdziesiatego czwartego roku byla kolonia brytyj­ska – uwazal, ze moze nie tylko wypija'c rum z piwnic gospodarza, ale r'owniez swobodnie uzywa'c jego personelu. I stad ta niezwykla okazja. Dzieci byly wyjatkowo biale i mialy jedynie sluszne, imperialne geny.

Mimo wyjatkowo niskiej ceny oraz blaga'n matki bli'zniak'ow, jak r'owniez pr'o'sb kulawej zony, zaadoptowali oczywi'scie tylko chlopca. W akcie adopcyjnym obok jego prawdziwego nazwiska i imienia znala­zlo sie ich nazwisko oraz imie zmienione na William. Dokladnie tak mial na imie jego dziadek. W ko'ncu dla niego to robili. Jedynym, cze­go brakowalo w akcie, byla data urodzenia. Roztargniony urzednik ma­gistratu w Grenville po prostu zapomnial wypelni'c te rubryke.

Zauwazyli to dopiero w drodze powrotnej na parowcu wiozacym ich do Filadelfii. Aby unikna'c klopot'ow w urzedzie imigracyjnym, oj­ciec Williama, nie m'owiac nic nikomu, sam wpisal date urodzenia. Wy­bral dzie'n i miesiac urodzin swojego ojca.

Czy moze by'c co's bardziej wzruszajacego dla dziadka niz wnuk o jego imieniu, obchodzacy z nim w tym samym dniu urodziny?

Urzednik zapomnial o dacie urodzenia, ale nie zapomnial podpia'c jako zalacznika rachunku za adoptowane dziecko na sume czterystu osiemdziesieciu dolar'ow.

Do rozliczenia przy podatkach.

Prawie dokladnie osiemna'scie lat p'o'zniej William szukal w starych dokumentach rodzinnych swojego aktu urodzenia, aby dolaczy'c go do podania o przyjecie na wydzial pedagogiczny Columbia University w Nowym Jorku. Aktu urodzenia nie znalazl, ale znalazl poz'olkly akt adopcyjny z dolaczonym do niego rachunkiem z pieczatka «rozliczo­no» urzedu finansowego Dystryktu Columbia.

William byl zamknietym w sobie, milczacym chlopcem, marzacym o tym, aby zosta'c nauczycielem. Poza tym od szesnastego roku zycia trenowal futbol ameryka'nski i – w tajemnicy przed ojcem – boks. Jego najwiekszym pragnieniem bylo sta'c sie tak silnym, aby m'oc przeciw­stawi'c sie ojcu, gdy w wybuchach chamskiej agresji wyzywal sie na matce. Nienawidzil go r'ownie mocno, jak mocno i bezgranicznie ub'o­stwial swoja matke.

Tego wieczoru, w dniu, gdy znalazl dokumenty, matka opowiedzia­la mu o wszystkim.

Kleczal przed nia i plakal, sluchajac, ale na ko'ncu u'smiechnal sie i powiedzial: «Nie wyobrazasz sobie nawet, jaka to ulga wiedzie'c, ze taki kawal ostatniego g'owna, jakim jest ten facet, kt'ory mnie kupil za czterysta osiemdziesiat dolar'ow, nie jest moim prawdziwym ojcem. Ktokolwiek nim jest, nie moze by'c gorszy od niego».

Jak my'slisz, Jakubku, skad ja to wszystko wiem w takich szczeg'olach?

Poza tym Kim moglaby juz wreszcie wr'oci'c z tym winem, bo trze'z­wieje i robi mi sie cholernie smutno. A naprawde smutno dopiero bedzie.

Ano, wiem to dokladnie od mojej matki, Juanity Alvarez-Vargas, kt'orej nie adoptowano, bo byla dziewczynka.

Sze's'c miesiecy p'o'zniej William odbieral siostre z liniowca, kt'ory przyplynal z Grenady do Nowego Jorku. Chociaz nigdy przedtem jej nie widzial, nie mial watpliwo'sci, ze to ona, gdy zobaczyl wystraszona drobna dziewczyne o ciemnogranatowych 'zrenicach, dokladnie takich jak jego, schodzaca niepewnie z trapu. Byla przeciez jego mlodsza bli'zniaczka. Mlodsza o dziesie'c minut. To wiedzieli oboje na pewno. Nato­miast ich daty urodzenia oficjalnie r'oznily sie o miesiace. Dlatego zad­ne z nich nie bylo do ko'nca pewne, kiedy sie urodzilo.

Kupil jej bilet za wszystkie oszczedno'sci, jakie mial, a ublagany przez niego dziadek, emerytowany pracownik Departamentu Stanu, za­latwil jej* prace sprzataczki w swojej dawnej firmie. Brali tam chetnie do sprzatania wszystkich, kt'orzy byli tani, nie znali angielskiego, wiec nie mogli niczego waznego podslucha'c i poza tym byli «gwarantowa­ni». W czasach Trumana, zimnej wojny i polowa'n na czerwone czarow­nice urzadzonych przez McCarthy'ego bylo to szczeg'olnie wazne. Oszczedzalo drogiego i dlugotrwalego «prze'swietlania». Poleconej przez zasluzonego «kolege» Juanity oczywi'scie nie sprawdzano i w ten spos'ob, mimo braku zgody na prace i wizy w paszporcie, w lutym pie'c­dziesiatego drugiego zaczela sprzata'c sekretariat zastepcy rzecznika prasowego szefa Departamentu Stanu. Jednej z najbardziej chronionych instytucji w USA.

Przerwal, bo w tym momencie pojawila sie Kim. Przyniosla bawel­niana torbe, z kt'orej wyjela butelke whisky i nic nie m'owiac, podala Jimowi. Nie komentujac tego w pierwszym momencie, odkrecil po'spiesznie metalowa zakretke i zaczal pi'c lapczywie prosto z butelki.

– Opowiesz mi potem, male'nka, jak to zrobila's, ze ten barman az tak zaryzykowal i sprzedal ci to? – zapytal, odejmujac butelke od ust.

– Nie sprzedal, tylko dal. I nie opowiem. Musialabym m'owi'c bar­dzo 'zle o mojej matce. Wystarczy, ze ty m'owisz 'zle o swojej.

– Jeszcze nic zlego nie powiedzialem! Poza tym tak mi sie wla'snie wydawalo, ze ten barman jest podobny do masazysty twojej mamusi – za'smial sie zgry'zliwie.

Odstawil butelke i wr'ocil do opowie'sci.

– Zastepca rzecznika byl zgorzknialym pracowitym urzednikiem, kt'ory doszedl do swojego stanowiska gl'ownie dlatego, ze nigdy nie protestowal, zawsze mial czas, aby zosta'c po godzinach w biurze, i byl gotowy na kazda podlo's'c, aby tylko nie zarzucono mu braku lojalno'sci. Takiej tez lojalno'sci wymagal od swoich podwladnych. Dlatego pierw­sza rzecza, kt'ora sprawdzil, byla lojalno's'c Juanity Alvarez-Vargas, no­wej mlodej sprzataczki. Bedac z Grenady, nie ma sie istotnej dla Ame­rykanina przeszlo'sci, wiec jedyne, co odkryl, to ze Juanita nie ma jeszcze osiemnastu lat i ze pracuje nielegalnie.

W swoim przestepczym spisku wyciera szmatami obsikana deske klozetowa jego wykwintnej osobistej toalety i z premedytacja, nie ma­jac na to pozwolenia, kleczy codziennie na kolanach, skrobiac z dywa­nu cierpliwie wszystkie tluste plamy po musztardzie, kt'ora mu codzien­nie kapie na podloge z jego ulubionych hot dog'ow.

W akcie ogromnej laski postanowil da'c jej ostatnia szanse «odku­pienia».

Przyszlo mu to do glowy pewnego 'srodowego wieczoru.

Regularnie od trzech lat w 'srody wieczorami jadal kolacje ze swoim szefem i jego zona. Poniewaz powszechnie znana ekskluzywna wa­szyngto'nska restauracja «Old Ebbitt Grill» znajdowala sie blisko jego firmy, nie jechal taks'owka od razu do domu, tylko wracal do biura, aby napi'c sie martini z oliwka. Zaczal to robi'c po trzeciej kolacji, kiedy za­uwazyl, ze my'slac o ustach mlodej – trzeciej – zony swojego szefa, po­ci sie i jest podniecony.

Wla'snie w tym podnieceniu wr'ocil kiedy's do opustoszalego biura, przygotowal sobie kieliszek ulubionego martini extra dry z oliwka, po­stawil go na stoliku na listy przy oknie od strony ulicy, nastawil plyte z ulubionym trzecim koncertem fortepianowym C-dur Haydna, otwo­rzyl ogromna okiennice, opu'scil spodnie oraz poplamione z'oltym mo­czem majtki i stal w uniesieniu ekshibicjonisty, wierzac, ze 'swiat patrzy w podziwie i zachwycie na jego molekularnie maly czlonek w p'olerekcji. Kiedy mu p'olerekcja, wbrew woli, znikala, przywolywal ja, my'slac o tym, jak bardzo szczerze i gleboko nienawidzi swojego szefa, kt'ory mial wszystko, czego on nie mial: wieksze biuro, u'scisk reki samego prezydenta i trzecia juz zone. Kazda byla mlodsza od poprzedniej.

On, biedak, mial jedna jedyna zone, kt'ora byla sze's'c lat starsza od niego i odkad przestal z nia sypia'c, utyla tak, ze nie pokazalby sie z nia – ze wstydu – nawet u piekarza na rogu. W swojej nienawi'sci do szefa m'scil sie na nim, wyobrazajac sobie, ze ta jego nowa mloda zona w uniesieniu wywolanym widokiem jego mesko'sci i muzyka Haydna kleczy przed nim i bierze do ust to, co on z taka duma pokazywal 'swia­tu przez okno od ulicy.

Jego zona nigdy nie wzielaby tego do ust. Kiedy's dal jej do zrozu­mienia, ze tego pragnie. Zareagowala takim obrzydzeniem, jak gdyby zaproponowal jej polkniecie karalucha.

Pewnego razu w 'srode, gdy podniecony jak zwykle wr'ocil do biura, zastal tam jeszcze swoja nowa, «nielojalna» sprzataczke, skrobiaca cier­pliwie na kolanach plamy z dywanu po jego musztardzie.

Jim przerwal opowiadanie. Odwr'ocil sie nerwowo. Znalazl butelke z whisky i lapczywie sie napil. Zapalil papierosa i cofnal sie nieco. Te­raz nie bylo wida'c jego twarzy, zaslonietej cieniem wysiegnika szalupy. Jego glos, kiedy podjal opowie's'c, byl zmieniony.

– I wtedy przyszlo mu do glowy, ze moze zrobi'c co's dla uratowania godno'sci Juanity Alvarez-Vargas.

Przygotowal sobie martini. Wlaczyl Haydna. Otworzyl okno od uli­cy. Wr'ocil do maszyny do pisania, wyciagnal wystajacy z niej arkusz papieru i napisal na nim drukowanymi literami: «Visa –> Grenada». Wr'ocil do kleczacej sprzataczki, polozyl przed nia ten arkusz papieru i nic nie m'owiac, odszedl do okna.

Po minucie wylacznikiem nad stolikiem na listy wylaczyl 'swiatlo w calym biurze. Opu'scil spodnie i czekal, czujac, ze dzisiaj ma znacz­nie lepsza p'olerekcje.

Odwr'ocil sie plecami do okna. Dzisiaj 'swiat, kt'ory mial zaniem'o­wi'c z zachwytu, mie'scil sie caly w jego biurze.

Doskonale zrozumiala, o co mu chodzi. Wiedziala, ze kiedy's to i tak wyjdzie na jaw. Nie miala watpliwo'sci, ze nie wolno jej wr'oci'c na Gre­nade. Juz raz przegrala, bo byla kobieta. Teraz moze co's wygra'c, bo jest kobieta. Zreszta, co za r'oznica. Kiedy's i tak musialaby to zrobi'c ja­kiemu's tury'scie.

Nie podnoszac sie z kolan, zamoczyla dlo'n gleboko w wiadrze z plynem do prania dywan'ow. Lubila ten zapach. Przetarla tym plynem usta i nos i nie wstajac z kolan, podpelzla do niego. Wziela to do ust. Zamknela oczy. Skupila sie na muzyce. Nie my'slala o tym, co robi.

My'slala o tym, ze przed tygodniem William zabral ja na sushi do japo'nskiej restauracji. To bylo wstretne. Ta sushi. Teraz wrazenie mia­la podobne: jakby zlizywala resztki po sushi z brudnego, zapchanego wlosami odplywu wanny w czyjej's 'smierdzacej moczem lazience.

Po mniej niz minucie bylo po wszystkim. Zerwala sie z kolan i po­biegla do jego toalety. Najpierw plula, potem wymiotowala; my'slala przy tym, ze to nie jest az taka zn'ow wysoka cena za przyszlo's'c. Na statku z Grenady tez caly czas wymiotowala. I toaleta tam nie byla taka ladna jak ta tutaj.

Sze's'c tygodni p'o'zniej, takze w 'srode, Truman oglosil, ze nie bedzie kandydowal na nastepna kadencje.

To byl jeden z najszcze'sliwszych dni w zyciu zastepcy rzecznika pra­sowego Departamentu Stanu. Nastepne wybory m'ogl wygra'c tylko Eisenhower. Po tym wszystkim, co dziennikarzom na republika'nskiego Eisenhowera powiedzial jego szef, bylo oczywiste, ze w Departamencie Stanu zmieni sie rzecznik. Tej 'srody, wracajac taks'owka z kolacji, triumfowal. Nowym rzecznikiem m'ogl by'c tylko ON: Fitzgerald Douglas McManus Jr.

Gdy wszedl rozpromieniony do biura, Juanita jak co dzie'n skrobala plamy po jego musztardzie na dywanie. Nie nastawil tego dnia Haydna. Nie przygotowal takze martini extra dry z oliwka. I nie podszedl do okna, aby po raz kolejny oczarowa'c 'swiat widokiem swojego pracia. Byl zbyt podniecony, aby pamieta'c o tym wszystkim. Tej wyjatkowej 'srody podszedl wprost do niej. Podni'osl ja z kolan i zawl'okl do swoje­go biurka. Odsunawszy maszyne do pisania, odwr'ocil ja plecami do sie­bie i dyszac, o'sliniony, podni'osl jej sp'odnice i zdarl bielizne.

Po raz pierwszy od o'smiu lat mial pelna erekcje. Dzieki Eisenhowerowi.

Dokladnie dwie'scie siedemdziesiat osiem dni p'o'zniej, czternastego wrze'snia tysiac dziewie'cset pie'cdziesiatego trzeciego roku w eksklu­zywnej klinice przy Uniwersytecie Georgetown urodzilem sieja, James Fitzgerald McManus, z domu Alvarez-Vargas.

W tej samej klinice z godno'scia poronila swoje pierwsze dziecko Jacquline Bouvier, powszechnie znana jako Kennedy, aby p'o'zniej uro­dzi'c tamze Kennedy'ego Juniora. Tego jeszcze ladniejszego niz tatu's.

Zamilkl na chwile i siegnal po butelke.

– To byl bardzo niefortunny dzie'n na urodzenie nie'slubnego dziec­ka – opowiadal dalej. – Tego dnia Ameryka wstrzasnal drugi raport Kinseya.

Nie wiem, Jakubku, czy u was w Polsce encyklopedie opisuja cala te ameryka'nska inkwizycje nad pewnym skromnym i dociekliwym ba­daczem owad'ow o nazwisku Alfred Charles Kinsey. Dobrze, ze pie­przenie to nie praca nad bomba wodorowa, bo McCarthy juz by go ugo­towal, tak jak zrobil to z Oppenheimerem.

Kinsey, zamiast bada'c bzykanie pewnego gatunku os z rodziny Cynipidae, co lubil najbardziej, na zlecenie rektora Indiana University za­czal bada'c zycie seksualne Amerykan'ow. Napisal o tym dwa tluste ra­porty. Ja urodzilem sie w dniu opublikowania tego drugiego. O zyciu seksualnym kobiet.

Wszystkie gazety w Waszyngtonie od samego rana w kobylastych nagl'owkach lamentowaly nad upadkiem moralnym i zepsuciem obywa­telek, cytujac jednocze'snie faryzejskie oburzenie polityk'ow, pedago­g'ow i ksiezy, zgodnym ch'orem potepiajacych Kinseya. Puryta'nska Ameryka, kt'ora dopiero co zlizala rany po szoku pierwszego raportu, musiala sie znowu dowiedzie'c, ze ponad polowa ameryka'nskich reli­gijnych kobiet powyzej trzydziestego roku zycia masturbuje sie regu­larnie i z upodobaniem, co trzecia Amerykanka wyobraza sobie z przy­jemno'scia pozamalze'nskie kontakty seksualne, a co czwarta marzy przynajmniej raz o seksie z wiecej niz jednym mezczyzna jednocze'snie, a takze tego, ze od raportu sprzed pieciu lat liczba dzieci urodzonych z kontakt'ow pozamalze'nskich wzrosla dwudziestokrotnie.

Prawdziwi Amerykanie byli wstrza'snieci i przeklinali wolno's'c slo­wa, kt'ora pozwolila Kinseyowi opublikowa'c takie kalumnie. Ci naj­prawdziwsi, przewaznie bardzo katoliccy, Amerykanie nie mogli pozo­sta'c bezczynni. Poniewaz trudno przylapa'c na goracym uczynku masturbujaca sie Amerykanke, a jeszcze trudniej my'slaca o seksie z hy­draulikiem i listonoszem naraz, kilku z nich tego samego dnia postano­wilo w nocy wlama'c sie do kliniki polozniczej w Georgetown. Wyraza­jac swoje oburzenie i solidarno's'c z wszystkimi uczciwymi kobietami tego kraju, na drzwiach sal, w kt'orych lezaly matki nie'slubnych dzieci, krwia przyniesiona w wiadrze z rze'zni napisali wolami slowo «kurwa». Ale nie ten, w gruncie rzeczy groteskowy, gest byl najgorszy. W swoim akcie nienawi'sci do Kinseya i prawdy, kt'ora 'smial objawi'c, wdarli sie do sali, w kt'orej lezaly noworodki, i po zerwaniu opasek z imionami z przegub'ow raczek wszystkich urodzonych tego dnia dzieci poprzenosili poczete w grzechu niemowleta z l'ozka do l'ozka.

Wyobrazasz sobie, Jakubku, co sie dzialo w tej klinice nastepnego dnia rano?

Ja jednak mialem duzo szcze'scia. Moja matka, nie mogac pogodzi'c sie z faktem, ze odebrano mnie jej po urodzeniu, wkradla sie wieczo­rem do sali noworodk'ow i wziela mnie do siebie. Niecale p'ol godziny p'o'zniej do kliniki wpadli oburzeni na Kinseya katolicy z wiadrami krwi.

Czek za szpital wystawil ojciec, ale pod warunkiem, ze dziecko be­dzie nosilo jego nazwisko. Dlatego nazywam sie jeszcze ciagle McManus. To byl ostatni czek i ostatnia rzecz, kt'ora dla mnie zrobil. Dokladnie sze's'c dni po opuszczeniu kliniki moja matka wyjechala do swojego brata do Nowego Jorku.

Nigdy nie poznalem ojca. Nigdy tez nie chcialem.

Wyszedl z cienia przy relingu. Mial czerwone od pocierania dlo'nmi oczy. Usiadl obok Kim, wzial jej dlo'n, zblizyl do swoich ust i zaczal delikatnie calowa'c. Nawet nie pr'obowal wyciera'c lez, kt'ore zbieraly sie w zaglebieniu tej ogromnej blizny na jego policzku. Nagle powiedzial cichym glosem:

– Dlatego nie wiem dokladnie, Jakubku, kiedy ma urodziny moja matka.

Chociaz siedzial wtedy milczacy, a raczej oniemialy, jaki's we­wnetrzny glos krzyczal w nim z calych sil: «Jak to, kurwa, jest, ze nie­kt'orzy maja takiego pecha, ze sa ponizani juz przed urodzeniem?».

To bylo tak dawno, a pamieta kazdy szczeg'ol, kazde slowo, a naj­bardziej te w'scieklo's'c Jima na ko'ncu.

Otworzyl oczy, podni'osl sie i zebral pogniecione kartki, na kt'orych siedzial. Wlozyl je do sk'orzanej akt'owki z wytloczonym logo kongresu, kt'ora dostal od organizator'ow. Szkoda, ze tak jak wtedy na Missisipi nie mial teraz jointa albo chociaz tej butelki z whisky. Zaraz rozgonilby ten cholerny smutek.

Rozejrzal sie i poszedl w kierunku St. Charles Avenue. Po kilku mi­nutach siedzial w taks'owce, kt'ora wiozla go na jedyny w swoim rodza­ju cmentarz na 'swiecie: do City of Dead, czyli Miasta Umarlych w No­wym Orleanie.


ONA: Autobus do Paryza ruszal z parkingu przy Dworcu Central­nym. Alicja i Asia juz byly, gdy wysiadala z samochodu, kt'orym przy­wi'ozl ja maz. Zatrzymal sie raptem przy wje'zdzie na parking i po pro­stu wysadzil ja. Jak taks'owkarz. Szczerze m'owiac, bylo jej to obojetne. Po tym, co zrobil jej ostatniej nocy, nie chciala absolutnie zadnej czulo­'sci przy pozegnaniu. Ale m'oglby pom'oc jej wydoby'c te ciezka walizke z bagaznika. Nie odwr'ocila nawet glowy, gdy odjezdzal z piskiem opon. Zreszta, on zawsze odjezdzal z piskiem opon. On z piskiem opon odjechalby zaprzegiem renifer'ow. Ten model tak po prostu mial. Ale to bylo teraz zupelnie niewazne.

Jechala do Jakuba! Do Paryza!

W zasadzie najmniej istotne bylo, dokad jedzie. Pojechalaby nawet do Ulan Bator. Asia zauwazyla ja i natychmiast ruszyla w jej kierunku, aby pom'oc przeciagna'c walizke do kierowcy, kt'ory ladowal bagaze do luk'ow. Alicja zdazyla juz «odcia'c sie od 'swiata»: rozmawiala z mlo­dym mezczyzna ze sluchawkami na uszach.

– Ostatnim razem, gdy jechaly'smy do Francji, on tez przywi'ozl cie pod Centralny. Pamietasz? – powiedziala Asia, kiedy ciagnely razem walizke przez wyboje rozmieklego od upalu asfaltu.

I dodala zgry'zliwie: – Ale wtedy byl jeszcze got'ow nosi'c cie na re­kach. Teraz nie chce nosi'c nawet twojej walizki. Ala ma racje. Faceci sa jak niekt'ore radioaktywne pierwiastki: maja bardzo kr'otki czas polo­wicznego rozpadu. Potem juz promieniuja 'sladowo. I przewaznie tylko w innych laboratoriach. Chociaz niekoniecznie. Wystarczy, ze laborantka jest obca i mlodsza.

Pu'scila walizke i wyprostowala sie z westchnieniem.

– Powiesz mi, co sie stalo, ze jeste's taka w'sciekla na niego? – zapy­tala nagle, patrzac jej w oczy.

– Nie chce o tym m'owi'c. A dzisiaj szczeg'olnie nie – odparla. Asia nachylila sie i wyszeptala:

– Mam plan na kazda minute. Wiesz, ze w tym czasie, gdy my tam jeste'smy, w d'Orsay jest wystawa prawie wszystkiego, co namalowal Renoir? Nie mogla's wybra'c lepszego terminu. Jestem prawie tak pod­niecona, jak wtedy, gdy jechaly'smy do Nimes. Miala's ol'snienie z tym Paryzem.

Faktycznie, nie mogla wybra'c lepszego terminu. Chociaz to nie Re­noir, kt'orego notabene mogla oglada'c w niesko'nczono's'c, ale zupelnie inny mezczyzna zdecydowal o tym, kiedy bedzie w Paryzu. Asia o tym – jak dotad – nie wiedziala.

A jeszcze dziesie'c dni temu nie pomy'slalaby, ze to jest w og'ole mozliwe. Pewnego dnia napisal do niej e-mail:


Monachium, 28 czerwca

Lece na kongres do Nowego Orleanu. Do mojego Nowego Orleanu. Wra­cam przez Nowy Jork i linia lotnicza TWA chce mnie wysla'c stamtad do Mona­chium albo przez Londyn, albo przez Paryz.

Przez co Ty dalaby's sie wysla'c?

Jakub


Zaskakiwal ja tymi naglymi informacjami o swoich podr'ozach. 'Swiat przy nim wydawal sie jej o wiele mniejszy. Boston, San Franci­sco, Londyn, Genewa, Berlin, znowu San Francisco. A teraz Nowy Or­lean. Wiedziala, co oznacza dla niego to miasto.

Kilka dni p'o'zniej, wracajac Krakowskim Przedmie'sciem do domu, na wystawie jednego z biur podr'ozy zauwazyla plakat reklamujacy kil­kudniowa wycieczke do Paryza. Normalnie zignorowalaby to, ale aku­rat tamtego dnia Paryz natychmiast skojarzyl sie jej z Jakubem. Spraw­dziwszy, ze data pobytu w Paryzu obejmuje dokladnie dzie'n, w kt'orym on m'ogl tam wyladowa'c, weszla, troche juz podniecona, do opustosza­lego, przyjemnie w tym upale klimatyzowanego biura. Mlody chlopak, najprawdopodobniej praktykant, wstal gwaltownie od biurka, gdy we­szla, i usiadl dopiero kiedy podal jej szklanke zimnej wody mineralnej. Gdy przekornie i bez wiekszej nadziei poprosila o plasterek cytryny – pila wode mineralna prawie zawsze z cytryna – u'smiechnal sie i poda­jac jej kolorowy prospekt ich biura, poszedl na zaplecze. Po chwili wr'o­cil z porcelanowym talerzykiem, na kt'orym lezaly plasterki obranej cy­tryny przeklute miniaturkami francuskich i polskich flag naciagnietych na plastikowe szpikulce. U'smiechnal sie do niej. Mial ogromne brazo­we oczy, wyjatkowo dlugie, delikatne dlonie i pachnial droga woda po goleniu. Ze zdumieniem zauwazyla, ze odkad zna Jakuba, mezczy'zni, z kt'orymi sie styka, znowu maja kolor oczu, pachna w odr'oznialny spo­s'ob i, co najbardziej ja ostatnio poruszalo, maja interesujace lub abso­lutnie niegodne uwagi po'sladki. Biorac plasterek cytryny, wskazala na francuska flage na szpikulcu i zapytala cicho:

– Skad pan wiedzial, ze chcialabym pojecha'c do Paryza?

Po sprawdzeniu w komputerze upewnil ja, ze maja jeszcze kilka wol­nych miejsc w autokarze, ale tylko dwa w hotelu w Paryzu. Zapytala go, czy moze zadzwoni'c. Wybrala numer telefonu kom'orkowego Alicji.

– Ala, nie planuj nic na niedziele czternastego lipca. Jedziesz ze mna do Paryza. Sama m'owila's, ze od dzieci'nstwa marzyla's o tym, aby zobaczy'c Paryz.

Przez kr'otka chwile panowalo milczenie. Slyszala w tle, ze Alicja z kim's rozmawia.

– Genialnie, ze m'owisz mi to juz dzisiaj. Niedziela jest przeciez do­piero za trzy dni. Oczywi'scie, ze pojade, ale pod jednym warunkiem: Asia pojedzie z nami. Jest tutaj ze mna.

U'smiechnela sie. Tylko Ala i Asia mogly tak zareagowa'c. Szczerze m'owiac, wyobrazala sobie czasami 'swiat bez mezczyzn, ale 'swiata bez tych dw'och przyjaci'olek nie mogla sobie w zaden spos'ob wyobrazi'c. Byly w jej zyciu «od zawsze». I chociaz, a moze dlatego, ze az tak sie r'oznily od siebie i od niej, czula, ze jej zycie bez nich byloby jak 'swiat pozbawiony jednego wymiaru. Plaskie.

Alicja...

Zablakana polowa serca poszukujaca nieustannie drugiej cze'sci. Atrakcyjna szatynka o oczach, kt'orych kolor zmienial sie ostatnio z ko­lorem kupowanych szkiel kontaktowych. Wla'scicielka 'swietnych pier­si, eksponowanych lub skrywanych w zalezno'sci od wskaza'n elektro­nicznej wagi w jej lazience. Gdy byla bezgranicznie nieszcze'sliwa z powodu swojej samotno'sci, jej sp'odniczki stawaly sie kr'otsze, maki­jaze wyra'zniejsze, a ona sama chudla w zastraszajacym tempie – za­wsze jej tego zazdro'scila – ale mimo to jej piersi sterczaly kuszaco spod coraz bardziej obcislych bluzek i sweterk'ow. Gdy byla akurat z kim's, tyla z u'smiechem na ustach i przykrywala swoje coraz bardziej obszer­ne, ale szcze'sliwe, bo dotykane przez mezczyzne cialo, obszernymi ciemnymi swetrami, kt'ore sama robila na drutach.

Marzyla o wielkiej milo'sci, jak dziecko marzy o prezentach pod choinka. Szukala jej wszedzie i zachlannie. Juz na pierwszej randce my'slala, w jakiej sukni p'ojdzie do 'slubu, a na drugiej, gdy on my'slal gl'ownie, czy p'ojda do niej, czy do niego po tej kolacji, ona zastanawia­la sie, czy on na pewno bedzie dobrym ojcem ich dziecka. Prawie wszyscy jej mezczy'zni wprowadzali sie juz w drugim tygodniu znajo­mo'sci, ale tylko jeden wytrzymal dluzej niz dwa miesiace. Na swoim kolorowym wyobrazeniu «tego jedynego» konsekwentnie zapominala zostawi'c troche miejsca na szaro's'c. Mezczy'zni, opr'ocz tej ogromnej za­lety, ze zdecydowali sie by'c z nia, miewali jeszcze zwykle ludzkie sla­bo'sci: chrapali w nocy, ejakulowali o wiele za wcze'snie, siusiali na sto­jaco, opryskujac moczem jej sterylnie czysta lazienke, zostawiali zabrudzony zlew po goleniu lub myciu zeb'ow i na og'ol wcale nie mie­li ochoty na wyrafinowany seks tylko dlatego, ze ona spedzila cale po­poludnie w kuchni, przygotowujac kolacje przy 'swiecach.

Gdyby ona byla mezczyzna, ozenilaby sie z Alicja natychmiast. Dwa razy. Ten drugi raz nawet w ko'sciele. Alicja byla bowiem, wedlug niej, absolutnie gl'owna nagroda w loterii dla heteroseksualnych kawa­ler'ow, rozwiedzionych lub chcacych sie rozwie's'c. Byla przygotowana do malze'nstwa jak niemieccy alpini'sci do wej'scia na Mount Everest. Oni maja nawet spisany testament potwierdzony przez notariusza. Ali­cja nie miala jeszcze testamentu, w kt'orym wszystko oczywi'scie przekazywalaby «swojemu ukochanemu mezowi», ale polowa jej szafki w lazience stala caly czas pusta, czekajac na jego pedzle do golenia, no­zyki do golarki, wody kolo'nskie i prezerwatywy.

Poza tym, ze byla absolwentka najlepszego kursu gotowania w War­szawie, jeszcze na dodatek kiedy's spontanicznie przez tydzie'n uczyla sie od zaprzyja'znionego barmana miesza'c najlepsze drinki. Wszystko dla «niego». Ale szczerze m'owiac, Alicja nie do ko'nca wierzyla, ze dro­ga do serca mezczyzny prowadzi przez zoladek. Uwazala, ze mozna p'oj's'c na skr'oty. I dlatego wydala majatek, aby kupi'c ostatnie, «koniecz­nie oryginalne», dwutomowe wydanie Kamasutry, czytala angielski «Cosmopolitan», bo polskiego jeszcze wtedy nie bylo, dzieki czemu wiedziala na przyklad, jak to jest «po grecku», a takze dlaczego on «be­dzie jeczal» z rozkoszy, gdy zanim we'zmie sie «go» do ust, najpierw «possie sie kostki lodu razem z cukierkami mietowymi». Ponadto ostat­nio z prawdziwie zolnierska dyscyplina 'cwiczyla mie'snie pochwy.

Ale nawet to niespecjalnie pomagalo. Wiedziala dokladnie, bo Ali­cja jej o tym w najdrobniejszych szczeg'olach opowiadala, rozczarowa­na swoimi mezczyznami, przewaznie juz po pierwszym tygodniu. Stwierdzala po raz kolejny, ze faceci to w og'ole dziwne stworzenia. Bo­ja sie dentysty, wypadania wlos'ow i tego, ze ich telefon kom'orkowy nie bedzie mial zasiegu. Uwazala, nie bez racji, ze w tym calym leku «haczy» im sie prostata. Czasami, przewaznie tak po trzecim tygodniu wsp'olnego zamieszkiwania, bala sie, ze nagle ten jej «jedyny i wyma­rzony», gdy ona przytuli sie do niego goracymi piersiami spod zdjetej wla'snie koszulki nocnej, powie: «Kochanie, daj mi dzisiaj spok'oj. Nie widzisz, ze mam okres?». Bo Alicja chciala mie'c plomienie co noc. Za­pominala, ze plomienie co noc maja tylko strazacy.

W takich momentach wla'snie Alicja przylapywala sie na mrozacej krew w zylach my'sli, ze tak naprawde to ten facet lezacy obok w l'ozku za­kl'oca jej to, co ona lubi najbardziej: harmonijna, wypielegnowana i ustabilizowana samotno's'c. Te samotno's'c z zawsze czysta lazienka, naczyniami zawsze prawidlowo ustawionymi w zmywarce, termoforem kladzionym i bez skrepowania na podbrzuszu w pierwszym dniu okresu i jej ulubiony – i mi sobotami przed telewizorem lub z ksiazka i muzyka Kenny'ego G w tle zamiast tych makabrycznie nudnych, zadymionych papierosami do granic brydzowych wieczor'ow albo idiotycznych, pelnych wulgarno'sci spotka'n przy w'odce z jego kolegami z wojska, technikum lub biura.

Ale tak my'slala tylko kr'otka chwile i z poczuciem ogromnej winy. Przeciez samotno's'c to najgorszy rodzaj cierpienia! Czyz Stw'orca nie powolal 'swiata do istnienia dlatego wla'snie, ze czul sie samotny? Niech juz chrapie, zostawia brudne skarpety na 'srodku pokoju i pali w sypial­ni. Niech tylko bedzie.

Wszyscy ci «jej mezczy'zni» nie umieli – albo nie chcieli – z nia rozmawia'c. Mieszkali z nia, jedli z nia kolacje i 'sniadania, mieli z nia superseks – bo ona robila bez wahania wszystko, czego oni sobie zy­czyli i o czym przeczytala w nowoczesnych gazetach dla panienek po­szukujacych wielokrotnego orgazmu z Mr. Ten Wla'sciwy – ale to nie znaczylo, ze chca akurat z nia sie zestarze'c. A ona gl'ownie o tym chciala rozmawia'c i oczekiwala z ich strony zdecydowanych deklara­cji. Tych, kt'orych dotychczas spotykala, nie interesowaly za bardzo rozmowy o 'slubach, kupnie «na sp'olke» wiekszego mieszkania i kolo­rze tapet w dziecinnym pokoju, gdyby «to byla dziewczynka». Dlatego wyprowadzali sie od niej przewaznie przed uplywem drugiego mie­siaca.

Tak robili jednak tylko ci, kt'orzy w og'ole mogli sie do niej wprowa­dzi'c. Byli tez liczni tacy, kt'orzy wprowadzi'c sie nie mogli. Ci, chociaz cze'sciej niz tamci m'owili jej wszystkie romantyczne rzeczy, o kt'orych marzyla, byli najgorsi. Mieli zony, czesto dzieci, kt'orym «nie wolno zrobi'c krzywdy», a takze biografie pelne kryzys'ow wewnetrznych. Ich na tapety do dziecinnego nie mozna bylo nam'owi'c w og'ole, a przy tym Alicja miala trudno'sci z dostrzezeniem r'oznicy miedzy mezczyznami, kt'orzy maja dopiero zamiar opu'sci'c swoja zone, a tymi, kt'orzy juz to zrobili. Gdy w ko'ncu te r'oznice dostrzegala, bylo juz za p'o'zno, aby zro­bi'c unik i nie przyja'c kolejnego ciosu.

Kazde rozstanie z kolejnym «mezczyzna zycia» bylo dla Alicji jak zderzenie z ciezar'owka. Gdy juz poskladala sie na tyle, aby m'oc my'sle'c o przyszlo'sci, zaczynala znowu sie rozglada'c. Znowu chudla i jej pier­si wysuwaly sie znowu do przodu. Tego tez jej zazdro'scila. Gdy ona chudla, to wla'snie jej piersi zmniejszaly sie najbardziej. Czasami miala wrazenie, ze wylacznie piersi jej sie zmniejszaja.

Obecnie piersi Alicji, ledwie przykryte obcislymi wydekoltowany­mi bluzkami, dobrymi na ten lipcowy upal, znowu komunikowaly 'swiatu, ze ona szuka. Pewnie dlatego tak szybko zdecydowala sie na Paryz. To byl bardzo szcze'sliwy zbieg okoliczno'sci. Gdyby Alicja by­la akurat z kim's, nigdy nie wyjechalaby z Warszawy. Ale na szcze'scie, takze dla siebie, byla sama. Wiec zdecydowala sie pojecha'c. I na doda­tek wyciagnela jeszcze Asie.

Asia...

Absolwentka matematyki, zachwycajaca sie analiza matematyczna na r'owni z poezja Wojaczka. Brunetka o dlugich wlosach i niezwykle zgrabnych nogach, pokazywanych ostatnio z niebywala odwaga spod coraz kr'otszych sp'odniczek.

Zdyscyplinowana zona faceta z niezliczonymi kompleksami i men­talno'scia kaprala w kompanii karnej. Faceta, kt'ory cze'sciej i z wiek­szym uczuciem dotykal karoserii i opon trzyletniego malucha niz ciala wlasnej zony. Wychodzac za maz, byla pewna, ze kocha tego mezczy­zne. Zreszta, byla wtedy taka mloda. Nie miala jeszcze osiemnastu lat, gdy pojawil sie w ich miasteczku i w jej zyciu. Spokojny, czysto ubra­ny, nie klal i nie pil. To, ze nie pil, ujelo ja w nim najbardziej. Kiedy by­la dorastajaca dziewczyna, nie wstydzila sie przera'zliwie chudych i krzywych n'og lub biednych, wy'smiewanych przez kolezanki z klasy sukienek, kt'ore ich matka nieustannie przerabiala i farbowala. Wstydzi­la sie tylko pijanego ojca, lezacego czesto na lawce przy wej'sciu do ich bloku. Tak bylo zawsze. Ojciec zawsze pil, matka zawsze plakala, ona zawsze sie wstydzila. Jej przyszly maz wyzwolil ja z tego wstydu. Nie pil i zabral ja do Warszawy. Jak mogla go za to nie kocha'c?

Cicha, troche wylekniona, zamknieta w sobie poszukiwaczka wzru­sze'n i uniesie'n. Martwil ja kazdy dzie'n bez «przezy'c». Gdy udalo sie jej w ko'ncu «wyrwa'c chwile dla siebie» w zagonionym zyciu przepelnio­nym praca i o wiele za wcze'snie urodzona ukochana c'oreczka Domini­ka, odwiedzala galerie, muzea i filharmonie, a takze sluchala wyklad'ow z kosmologii, genetyki i psychologii. Wracala z tych «chwil dla siebie» podniecona tym, co przezyla, ale takze wystraszona i z poczuciem wi­ny wobec meza, kt'ory tylko w akcie niezwyklej laski i tylko raz w mie­siacu godzil sie samodzielnie «przez maksimum dwie godziny» zaopie­kowa'c c'oreczka i kt'ory nie m'ogl zrozumie'c, o co «tak naprawde.» chodzi jego «nawiedzonej» zonie.

Zawiodla go. Zawiodla go calkowicie. Miala tylko go kocha'c, wy­chowa'c mu c'orke i nauczy'c sie robi'c dzemy na zime. Ona tymczasem sko'nczyla matematyke i kupowala dzemy w spozywczym na rogu. Ale nie to bylo najgorsze. Ona nie kochala juz swojego meza. Jak mogla, niewdzieczna?! Wzial ja do Warszawy «z tego zadupia, gdzie nie bylo nawet tramwaj'ow», niemalze nauczyl «je's'c nozem i widelcem», a ora teraz «odgrywa wrazliwa pania magister».

Zupelnie niedawno, w trakcie jej przyjecia urodzinowego, zamkne­ly sie w lazience i Asia opowiedziala jej to, czego nigdy przedtem nie m'owila przy Alicji.

Nie wiedziala dokladnie, kiedy przestala kocha'c swojego meza. Moze wtedy, gdy mimo jej pr'o'sb, wyjechal na narty do Szczyrku i zo­stawil ja na tydzie'n sama w si'odmym miesiacu ciazy, gdy miala pla­mienia. Wstydzila sie zadzwoni'c do swoich rodzic'ow. Sama pojechala w koszuli nocnej ich samochodem do szpitala. Pamietala do dzisiaj – drzala, opowiadajac o tym – jak ciepla struzka krwi plynela po jej udach i wsiakala w 'swiezo wyprana przez jej meza tapicerke malucha. A ona nie wiedziala, czego boi sie bardziej: tego, ze utraci swoje dziec­ko, czy tego, co on powie, gdy zobaczy te plamy z krwi na siedzeniu.

A moze wtedy, gdy wr'ocila skonana z pracy, po nieprzespanej nocy, i na korytarzu, zaraz przy wej'sciu do windy, znalazla lezacego na zim­nym lastryko, w kaluzy moczu i drzacego w konwulsjach ich czarnego labradora.

Kto's z sasiad'ow, nie godzac sie z tym, ze mieli psa w domu, podal mu zatrute jedzenie. Postanowila go uratowa'c. Opiekowala sie nim. Leczyla. Kochala tego psa. Zreszta, od powrotu z Nmies kilka lat wcze'sniej kocha­la absolutnie wszystkie psy. Podawala mu leki kupione za wlasne, oszcze­dzone w tajemnicy przed mezem, pieniadze. A ostatnie dni nie spala, aby sprzata'c jego wymiociny, zmienia'c pled wilgotny od moczu i podawa'c an­tybiotyki, kt'ore przepisal weterynarz. Maz uwazal, ze to byl wylacznie jej pies i po prostu, gdy kt'orego's dnia wr'ocil przed nia z pracy, wyrzucil go na klatke schodowa, bo «nie m'ogl juz wiecej wytrzyma'c tego cholernego smrodu». Po raz pierwszy dostala ataku histerii. Sluchala swoich prze­kle'nstw, wykrzykiwanych nienaturalnie piskliwym glosem, dziwiac sie, ze w og'ole zna takie slowa. Wtedy tez, po tym wydarzeniu, jej maz za­uwazyl, ze istnieje granica, poza kt'ora jego z reguly spokojna i podporzad­kowana zona staje sie nieobliczalna i gotowa na wszystko.

Pies zdechl dwa dni p'o'zniej. W nocy. Przestal nagle charcze'c. Wie­dziala, ze to koniec. Plakala, siedzac na podlodze oparta o lod'owke w kuchni. Postanowila nie m'owi'c nic mezowi. Rano zadzwonila po oj­ca. Pojechali na dzialke rodzic'ow w Aninie i zakopali go na ko'ncu alei. Zaraz przy klombie, na kt'orym wiosna wyrastaja stokrotki. Czasami, gdy teraz przyjezdza na dzialke do dziadk'ow ze swoja c'oreczka, idzie tam w tajemnicy przed wszystkimi i siada na trawie. My'sli o nim, pa­trzac na to miejsce, gdzie go zakopali. Kiedy's jej c'oreczka podeszla bezszelestnie do klombu i przylapala ja, gdy plakala. Nie powiedziala jej wtedy o psie. Byloby jej smutno.

A moze wtedy, gdy pewnego dnia on wr'ocil wcze'sniej z pracy i przylapal ja placzaca nad ksiazka w sypialni, podczas gdy ich c'oreczka w kuchni rozsypala make i wylala na nia zawarto's'c nocnika. W za­sadzie nic takiego sie nie stalo. Po prostu zapomniala o 'swiecie, zato­piona w lekturze. Patrzyla na niego, przerazona, przez lzy, gdy wyzy­wal ja z piana na ustach od najgorszych, i zastanawiala sie, gdzie jest ten mezczyzna, kt'ory przed laty potrafil ja wzruszy'c tak jak ta ksiazka.

Po tym zdarzeniu postanowil ja ukara'c. Przestal z nia sypia'c. Nie dlatego, ze tego nie potrzebowal. Potrzebowal. Czasami, ladujac pralke, znajdowala reczniki ze stwardnialymi plamami jego wyschnietej sper­my lub biale plamy na jego bieli'znie.

On z nia nie sypial za kare.

Za to, ze byla madrzejsza, wrazliwsza, czytala ksiazki i potrafila nad nimi plaka'c.

Tak naprawde to juz nie byla zadna kara. To tez powiedziala wtedy, gdy zamknely sie w lazience. Seks z mezem przestal by'c fascynujacy gdy zauwazyla, ze w zasadzie nie jest mu potrzebna. Do tego, ze kocha sie z nia milczac, przyzwyczaila sie po roku. Chciala go slysze'c. Chcia­la, by szeptal jej imie, m'owil jej do ucha czulo'sci albo byl cho'cby tylko wulgarny. Tego tez czasami chciala. Ale on nie m'owil nic. Nigdy. Kie­dy's ona zaczela szepta'c czule do niego. Wyszedl z niej, odepchnal na druga strone l'ozka i powiedzial, ze ma «by'c cicho, bo on nie moze sie skupi'c».

To jego milczenie, gdy przesuwal sie nad nia z zagryzionymi warga­mi jak czeladnik stolarski na egzaminie na majstra nachylony nad de­ska, kt'ora musial dokladnie przepilowa'c! To trwalo zawsze tak kr'otko, ze ona nawet nie zaczynala by'c wilgotna. Ko'nczyl zadowolony z siebie, zsuwal sie z niej i szedl do lazienki, skad potem juz do niej nie wracal, Bral piwo z lod'owki, wlaczal telewizor i ogladal do p'o'zna, najcze'sciej ten idiotyczny boks w EuroSport, podczas gdy ona lezala twarza od­wr'ocona do odrapanego zeliwnego kaloryfera i zastanawiala sie, czy on czulby to samo, gdyby wkladal sw'oj penis w otw'or ich nowego odku­rzacza. Ale tak my'slala dopiero od niedawna. Jeszcze kilka miesiecy wcze'sniej plakala cicho, tlumiac odglos lkania – aby on nie uslyszal – poduszka wilgotna od jego potu.

Gdy Asia jej o tym opowiadala, ona natychmiast skojarzyla to z tym, co stalo sie kilka miesiecy wcze'sniej podczas jednego ze spo­tka'n w pubie, na kt'orym byl, wyjatkowo, takze maz Asi. Rzadko z nia przychodzil, bo na tle inteligentnej zony wypadal zawsze jak miernota niemajaca nic do powiedzenia. Zreszta, nie musial nawet «wypada'c» – byl absolutnym miernota i naprawde nigdy nic nie m'owil.

Tego wieczoru Asia, po kilku drinkach, z blyszczacymi oczyma i rozrzuconymi w nieladzie dlugimi czarnymi wlosami, bez skrepowa­nia adorowana przez mlodego aktora, kt'orego przyprowadzil aktualny narzeczony Alicji, zaczela opowiada'c dowcipy. Wszyscy wysluchiwa­li jej z uwaga. Asia zawsze opowiadala najlepsze dowcipy. W pewnym momencie zapytala:

– Czy kto's wie, jak dlugo przecietnie trwa seks miedzy malzonkami w Warszawie?

Nikt oczywi'scie nie wiedzial tak dokladnie, jak Asia.

– Okolo dwudziestu trzech minut. Obejmuje to oczywi'scie rozbie­ranie sie, gre wstepna, samo pozycie, a takze wiadomo'sci Panoramy o p'olnocy.

Gdy juz wszyscy sko'nczyli sie 'smia'c, dodala:

– W niekt'orych domach zamiast Panoramy jest podsumowanie dnia na EuroSport. To trwa dokladnie dwadzie'scia minut, o pie'c minut dlu­zej niz Panorama.

Zapadla cisza. Wszyscy przy stoliku w tym klubie, opr'ocz tego mlo­dego aktora, wiedzieli, ze maz Asi oglada prawie wylacznie EuroSport. Zerkali ukradkiem na niego. Mial nienawi's'c w oczach i zaci'sniete usta. Po chwili wstal i odszedl bez slowa, nie zegnajac sie z nikim. Asia nie ruszyla sie z miejsca. Zostala z nimi do ko'nca wieczoru. Mlody aktor nie tracil czasu. Natychmiast przysunal swoje krzeslo do niej i wszyst­kie nastepne dowcipy Asia opowiadala juz tylko jemu.

Tej samej nocy po powrocie z pubu, nie mogac zasna'c, pokonala lek i pod jakim's pretekstem zadzwonila do Asi, aby upewni'c sie, ze wszyst­ko jest w porzadku. Bala sie o nia. Wiedziala, ze jej maz potrafi by'c nieobliczalny. Asi jeszcze nie bylo.

Dwa miesiace p'o'zniej Asia przyslala jej e-mail i przyznala sie, ze jeszcze tej nocy, gdy ten aktor odprowadzal ja do taks'owki przez opu­stoszaly park, «na skr'oty», nagle przytulila sie do niego i zaczela go calowa'c. Chciala go tylko calowa'c. Nic wiecej. Tylko to.

Pamieta, ze czula rodzaj podniecenia i zazdro'sci, gdy czytala dalej ten e-mail:

Wzial mnie za reke. Znikneli'smy z gl'ownej alei tego i tak opustoszalego parku za ogromnym drzewem przy stawie. Zdjal marynarke, polozyl na mokrej od rosy trawie. Uni'osl mnie lekko i postawil na marynarce. Zdjal mi sp'odnice i rajstopy. Gdy juz stalam od potowy w d'ol naga, uklakl przede mna i zaczal ca­lowa'c moje stopy. Calowal moje stopy tak, jak nikt nigdy dotad nie calowal mo­ich ust. Wyobrazasz to sobie?!?!?!?

W pewnym momencie odnalazl po omacku moje buty. Podni'osl mnie deli­katnie i wepchnal w nie. Bylam znowu o 8 cm wyzsza. Bardzo to nam sie p'o'z­niej przydalo...

Ale to bylo p'o'zniej. Przedtem byl we mnie dwoma palcami. Obydwoma i w obu miejscach naraz. No, wiesz...

Bylo cudownie. M'owil do mnie caly czas. Nawet nie pamietam, co. Zreszta niewazne.

M'owil.

Nigdy wiecej sie z nim nie spotkalam.

Ale do tego parku przychodze. Najcze'sciej gdy jest mi smutno albo gdy przeczytam jaka's wazna ksiazke.

Gdy wr'ocilam wtedy nad ranem do domu, m'oj maz uderzyl mnie tylko je­den raz. Kiedy mala zaczela plaka'c, obudzona jego krzykiem, wyjelam walizke z kom'orki i zaczelam pakowa'c.

Nie wiem, dlaczego najpierw spakowalam rzeczy malej, a potem moje ksiazki. Gdy wychodzilam z mieszkania, on kleczal przed drzwiami i lkal. Zosta­lam. W gruncie rzeczy to dobry czlowiek. Zmienil sie. Nie oglada juz EuroSportu.

Asia


Pamieta, ze sko'nczyla czyta'c ten e-mail i wiedziala, ze to «nie ogla­da juz EuroSportu» to akt kapitulacji. Caly smutek i rozpacz tego aktu mogla wyrazi'c takim jednym kr'otkim zdaniem tylko Asia. Mimo wszystko ta kapitulacja to i tak zwyciestwo Asi. Nie jest juz szeregow­cem w kompanii karnej swojego meza.

Szeregowcy nie jezdza przeciez na przepustki do Paryza!

Z zamy'slenia wyrwal ja ten mlody praktykant, pytajac z u'smie­chem:

– To mam zarezerwowa'c te dwa miejsca?

– Nie – odpowiedziala stanowczym glosem. – Pojade, gdy bedzie pan mial trzy miejsca.

Nic nie m'owiac, odwr'ocil sie do ogromnego regalu z segregatorami, Siegnal po jeden i patrzac jej w oczy, powiedzial:

– Oni, to znaczy ten hotel, maja strone na WWW. Moge sprawdzi'c, czy co's sie zmienilo. Ma pani czas, aby zaczeka'c? – zapytal, napelnia­jac jej szklanke woda mineralna i wkladajac bez pytania nastepny pla­sterek cytryny.

– Oczywi'scie, ze mam. Czy moge przysia's'c sie do pana? Chciala­bym widzie'c, jak pan to robi.

Odkad znala Jakuba, wszystko wiazace sie z Internetem kojarzylo sie jej automatycznie z czym's absolutnie godnym uwagi, interesujacym i bardzo tajemniczym.

Nie czekajac na jego zgode, przysunela swoje krzeslo tak, aby wi­dzie'c monitor komputera. Dotykala ramieniem poreczy jego krzesla i zastanawiala sie, co pomy'slalby o niej, gdyby nagle zapytala, jakiej wody kolo'nskiej uzywa.

Wystukal adres strony internetowej hotelu: WWW.relais-bosauet.com.

– Wie pani, ze ten hotel jest na Polach Marsowych i ze moglaby pa­ni zamieszka'c prawie przy wiezy Eiffla?

– Teraz wiem. Ale to jest mi zupelnie obojetne. Bardzo chce by'c w Paryzu siedemnastego lipca. Ja moge spa'c nawet na trawniku pod wieza Eiffla. Je'sli wszystko sie uda, nie bede w og'ole spa'c. Gl'ownie chodzi o to, aby moje przyjaci'olki mialy l'ozka w tym hotelu. Je'sli do­stana i lazienke, bedzie pan prawdziwym skarbem.

Patrzyla na monitor jego komputera, podczas gdy on nawigowal po stronach WWW hotelu pokazujacych wystr'oj pokoi, oferowane przez ho­tel uslugi, a takze mapy z jego polozeniem. Faktycznie. Trudno bylo sobie wyobrazi'c hotel, kt'ory m'oglby by'c blizej wiezy Eiffla. Na ekranie ukazal sie grafik wolnych pokoi.

– Zalezy pani na pokoju jednoosobowym, czy moze pani ewentual­nie spa'c z kolezankami? – zapytal, patrzac na jej prawa dlo'n z obracz­ka na palcu.

Nagle, gdy on tak wprost ja o to zapytal, zdala sobie sprawe, ze oczy­wi'scie zalezy jej, aby mie'c pok'oj jednoosobowy. Niezaleznie jak bardzo niemoralnie moze sie to komu's kojarzy'c, jej zdecydowanie na tym bar­dzo zalezy! Oczywi'scie, ze chcialaby by'c z nim sama, gdy tylko on poko­na swoja nie'smialo's'c i odwazy sie przyj's'c z nia do jej hotelu. Nie wie­dziala jeszcze dokladnie, co mogloby oznacza'c by'c z nim «sam na sam» w hotelu w Paryzu, bardzo blisko wiezy Eiffla, ale czula, ze musialoby to by'c bardzo przyjemne. Dlatego gdy tylko praktykant poruszyl ten temat, natychmiast pomy'slala, ze wla'snie zaczal sie jej okres i w zwiazku z tym z absolutna pewno'scia nie bedzie miala okresu miedzy 16 i 20 lipca.

Nie bede miala okresu i pok'oj bedzie jednoosobowy – pomy'slala.

Wyciagnela dlo'n po szklanke z woda, zgarnela wlosy znad czola i nie podnoszac oczu, powiedziala:

– Skoro juz wiemy, ze nie musze spa'c na trawniku pod ta wieza, za­lezy mi na tym, aby nie zakl'oca'c snu moich najlepszych kolezanek, gdybym postanowila, na przyklad, naprawde nie spa'c, aby nie traci'c czasu w tym cudownym mie'scie, albo...

Nie doko'nczyla, bo on wpadl jej w slowo, m'owiac:

– Zarezerwowalem pani pok'oj od strony ogrodu. Strona od tarasu jest zaraz nad restauracja w podw'orzu. Francuzi sa bardzo hala'sliwi, gdy wypija za duzo wina. Tego nie chcialaby pani z pewno'scia, praw­da? Bedzie pani mogla «nie zakl'oca'c snu» nikomu, kto nie bedzie sobie tego akurat zyczyl.

Popatrzyl na nia z u'smiechem.

– Czy moze pani zostawi'c zaliczke takze w imieniu kolezanek? Wyjazd jest za kilka dni i wolalbym mie'c odrobine pewno'sci, ze nie zmienia panie zdania. Tym bardziej ze hotel zdazyl juz potwierdzi'c re­zerwacje pokoi dla pa'n. Niech pani sama zobaczy. – Odwr'ocil ekran monitora w jej strone i palcem wskazal na tekst e-mailu faktycznie po­twierdzajacy ich rezerwacje.

Zdziwila sie troche, ze potwierdzenie nadeszlo tak szybko i po pol­sku, ale zignorowala to i powiedziala:

– Ja nie zmienie zdania, nawet gdyby wieze Eiffla przeniesiono w inne miejsce. Wazne, zeby hotelu nie ruszali. Gl'ownie ze wzgledu na ten ogr'od. Za kolezanki tez recze. Czy wystarczy panu poreczenie moja karta kredytowa Visa?

Wychodzac z tego biura, czula, ze fala goraca, kt'ora ogarnela cale jej cialo, wcale nie jest skutkiem wyjatkowego upalu tego lata. Bylo jej tak goraco, bo zdala sobie sprawe, ze decyzja sprzed chwili zmienila radykalnie, na razie tylko wobec siebie, status znajomo'sci z Jakubem, Wirtualno's'c, bezpieczne oddalenie, niefrasobliwa kokieterie, te niespo­dziewane, ale w gruncie rzeczy niezobowiazujace wyznania oraz in­tymno'sci wtracane w teksty wystukiwane na klawiaturze ich kompute­r'ow moga niebawem sta'c sie wspomnieniem niebanalnego flirtu z poczatku autentycznego zwiazku.

Niebezpiecznego zwiazku.

I chociaz zabrzmialo to patetycznie i gro'znie, jak tytul jakiego's tele­wizyjnego reportazu, wiedziala, ze to wla'sciwa nazwa. Ten zwiazek niebezpiecznie dryfowal w jednym kierunku. Mimo to, chwile p'o'zniej, czekajac obok biura na taks'owke, szepnela rozpromieniona do siebie:

– A co tam...

Postanowila koniecznie zapyta'c Alicje i Asie, czy ich dotychczaso­we decyzje typu «A co tam...» byly zawsze wla'sciwymi decyzjami. Jej byly. Jak dotad wszystkie. Bez wyjatku.

Siedziala w taks'owce i my'sli klebily sie w jej glowie. Co powinna przeczyta'c o Paryzu przed wyjazdem? Pewnie i tak nic nie przeczyta. Ale Asia jak zwykle bedzie wiedziala wszystko. Co powinna zabra'c z soba? Czy zdazy p'oj's'c do kosmetyczki i fryzjera? Czy powinna kupi'c nowa bielizne? A propos bielizny... Kiedy ostatnio woskowala nogi? Jak bedzie pachnial na jego sk'orze ten zapach, kt'ory tak wiele razy wa­chala w perfumerii? A propos jego sk'ory. Ile mozna by schudna'c przez tych kilka dni do jego przylotu, gdyby sie jadlo wylacznie szparagi? Ostatnio czytala, ze nie do's'c, ze nia maja zadnych kalorii, to jeszcze do tego genialnie odwadniaja. Z drugiej strony lepiej nie przesadza'c z tymi szparagami. I tak przy wszelkich dietach najbardziej zmniejszaja sie jej piersi. Wiedziala na pewno, ze nie chcialaby mie'c mniejszych piersi w Paryzu, niz ma teraz. Wrecz przeciwnie. Chcialaby, aby jej piersi w Paryzu byly tak duze jak nigdy dotad.

Przez chwile zastanawiala sie takze, jak o tej podr'ozy powie mezo­wi. Tymczasem jednak jechala taks'owka z powrotem do swojego biura, aby przede wszystkim powiedzie'c o tym jemu, Jakubowi.

Dochodzi siedemnasta w Warszawie – my'slala. – W Nowym Orleanie jest okolo si'odmej rano. On wchodzi na Internet po 'sniadaniu. Je'sli ten taks'owkarz przedrze sie z Krakowskiego Przedmie'scia pod moja firme w p'ol godziny, to powinnam zdazy'c nim Jakub przeczyta e-mail z informacja o moim przyje'zdzie, zanim opu'sci hotel, aby poje­cha'c do centrum kongresowego. Bedzie mial caly dzie'n, aby o tym pomy'sle'c.

U'smiechnela sie. Ale to znowu ja – pomy'slala. – Ja go sobie znala­zlam, ja wciagnelam go w moje zycie, ja teraz jade do niego.

Jednak nie czula sie ani troche niezrecznie. Jakub w tym wszystkim, co pisal do niej lub robil dla niej, cho'c potrafil bardzo czesto przekra­cza'c – trzeba przyzna'c, ze z niespotykana gracja – granice intymno'sci, zawsze udowadnial, czasami nawet z przesada, jak bardzo ja szanuje. Dlatego fakt, ze to ona jedzie do niego, a nie on do niej, w zaden spos'ob nie m'oglby by'c przez niego niewla'sciwie zinterpretowany. Poza tym nie spotkali sie dotychczas tylko dlatego, ze to on nie chcial kompliko­wa'c jej zycia.

Poza tym – my'slala – ten caly plan z Paryzem, przypadkowo's'c jego tam pobytu, przypadkowo's'c tej jej spontanicznej, «z biegu» organizacji, wszystko to powodowalo, ze spotkanie – je'sli dojdzie do skutku – be­dzie po prostu rezultatem niebywalej konstelacji wydarze'n, kt'orych dy­namice oni sie tylko poddaja.

Wyjela lusterko i poprawiajac makijaz, zastanawiala sie nad tym, W momencie gdy przyszla jej do glowy ta «konstelacja wydarze'n», mu­siala, po prostu musiala za'smia'c sie glo'sno do odbicia swojej twarzy.

Od kiedy to potrafie wymy'sla'c takie bzdury, uzywajac tak bardzo naukowego jezyka? – pomy'slala.

Taks'owkarz akurat zatrzymal samoch'od przed wej'sciem do budyn­ku jej firmy i najwidoczniej 'zle interpretujac ten 'smiech, postanowil spr'obowa'c szcze'scia. Odwracajac twarz do niej, zapytal:

– Male'nka, chcialaby's, abym cie zawi'ozl na koniec 'swiata? Wyla­czylbym licznik. Chcialaby's?

Patrzyl na nia, u'smiechajac sie oble'snie i odgarniajac resztki tlu­stych wlos'ow z czola. Zdazyla zauwazy'c, gdy mruzyl oczy w u'smie­chu, ze ma dwie duze kropki wytatuowane na 'srodku powiek. Postano­wila nie komentowa'c pytania, zanim wysiadzie z taks'owki. Nic nie m'owiac, odliczyla sume wskazywana przez taksometr. Podala pienia­dze i stojac juz bezpiecznie na ulicy, powiedziala:

– Nie. Nie chcialabym. Dla mnie koniec 'swiata jest troche dalej niz pana domek na dzialce w kierunku na Plock, Pultusk albo Skierniewice.

Zatrzasnela drzwi i szybko odeszla, aby nie slysze'c jego komentarzy.

W takich sytuacjach jak ta zastanawiala sie, jak to mozliwe, by Ja­kub i na przyklad taki taks'owkarz nalezeli do tego samego gatunku.

Kt'ory jest mutantem: Jakub czy ten taks'owkarz? Postanowila zapy­ta'c kiedy's o to Jakuba. Jest w ko'ncu znanym genetykiem. Powinien to wiedzie'c.

Wbiegla do biura. Slyszala odkurzacz sprzataczki w pokoju na ko'n­cu korytarza. Rzucila torebke na krzeslo pod oknem, zdjela buty, przy­cisnela fioletowy guzik wlaczajacy jej komputer, wyjela sluchawke te­lefonu z muszli ladowarki akumulator'ow i idac do kuchni, wystukala numer Alicji.

– Ala, mozesz sie pakowa'c. Jedziemy w niedziele rano. Spotkamy sie jutro tam gdzie zawsze, podam wam wszystkie szczeg'oly. Boze, jak sie ciesze. Ala, wiesz, ze on tam bedzie? Jeden caly dzie'n. I jedna cala noc. Teraz musze ko'nczy'c. Zadzwo'n do Asi.

Wyjela wode mineralna z lod'owki, rozerwala srebrzysty woreczek z kwaskiem cytrynowym i wlala zawarto's'c do szklanki. Wr'ocila do swojego biurka. Polaczyla sie przez modem z Internetem. Uruchomila przegladarke stron WWW. Znalazla adres strony lotniska Charles'a de Gaulle'a w Paryzu. Po kr'otkich poszukiwaniach wy'swietlila na ekranie kolorowy szkic, wyjatkowo dokladny, fragmentu terminalu, na kt'ory przylatywaly samoloty linii TWA. On mial przeciez przylecie'c TWA z Nowego Jorku. Przez chwile analizowala go w skupieniu. W pewnym momencie u'smiechnela sie szeroko.

Drukarka na biurku pod oknem wysuwala jeszcze ciagle arkusze wydruku schematu lotniska, podczas gdy ona uruchomila program pocztowy. Zaczela pisa'c podniecona:

Warszawa, 11 lipca

Jakubku, chociaz to prawie niemozliwe w naszym przypadku, po raz pierw­szy czuje w jaki's niewytlumaczalny i magiczny spos'ob, ze jeste's bardzo dale­ko. Przeczytalam prawie wszystko o Nowym Orleanie i nawet bylam na stronie WWW tego Twojego Dauphine New Orleans. Nic nie pomoglo. Tesknie za Toba bardziej i inaczej. Tak jakby to, ze jeste's w Nowym Orleanie, r'oznilo sie od tego, gdy jeste's w Monachium. Ale juz niedlugo wr'ocisz. Jeszcze tylko tydzie'n.

W czwartek 18 lipca rano wyladujesz na lotnisku w Paryzu. Wyjdziesz bra­ma obok tej wielkiej 'swietlnej reklamy Air France i skrecisz w lewo, przecho­dzac obok stanowisk TWA, a potem obok malej kwiaciarni przylegajacej do kio­sku z gazetami. Gdy bedziesz tamtedy przechodzil, zwolnij troche.

Bede tam stala i czekala na Ciebie.

Bede w zielonej sukience i bede miala z pewno'scia zielone oczy. Zawsze sa tego koloru, gdy jestem szcze'sliwa.


Wystukala jego adres i wyslala. Telefonicznie zam'owila taks'owke. Wylaczyla komputer. Sprzataczka ciagle jeszcze byla w biurze, gdy wychodzila. Tak dziwnie wzruszona. Troche smutna.

Dlaczego on sie tak cholernie sp'o'znil. Zjawil sie w moim zyciu za p'o'zno – my'slala. – O jedna obietnice za p'o'zno.

Maz przyjal wiadomo's'c o wyje'zdzie do Paryza z zupelnie nieocze­kiwanym przez nia spokojem. Miala nawet wrazenie, ze sie ucieszyl, ze przez tydzie'n zostanie sam. To bylo jak uklucie igla. Powinien jed­nak, chociaz przez chwile, protestowa'c. A potem da'c sie przekona'c, ze «jej sie to nalezy», ze «od trzech lat nigdzie nie wyjezdzali» i ze to prze­ciez «niebywala okazja, ta oferta z biura podr'ozy», i ze w og'ole one za­wsze z Asia i Alicja chcialy mie'c taki «babski» wyjazd. Nic takiego nie mialo miejsca. Nie protestowal. Wysluchal jej w milczeniu, siedzac wpatrzony w ekran komputera, gdzie zmienialy sie schematy projektu, nad kt'orym ostatnio pracowal, powiedzial kr'otko: «okay» i wr'ocil do swojej pracy.

Wiedziala, ze ten chl'od, tak wyra'zny ostatnio miedzy nimi, istnial juz «przed Jakubem». Bardzo dlugo przed. I wtedy byl nawet bardziej dotkliwy niz teraz. Moze dlatego to cieplo, kt'ore przyni'osl ze soba Ja­kub, dzialalo na nia tak, ze byla gotowa do takich szale'nstw jak ta eska­pada do Paryza. Mimo to obojetno's'c meza, chociaz tak wygodna w tej sytuacji, zabolala ja.

Moze to tak jest – my'slala – ze kobieta, je'sli ma taka szanse, chcia­laby by'c najwazniejsza w zyciu jak najwiekszej liczby mezczyzn. Ale do czasu. Kobieta moze kocha'c jednocze'snie dw'och mezczyzn dop'oty, dop'oki jeden z nich sie nie zorientuje. To wiedziala z cala pewno'scia.

Nie miala natomiast pewno'sci, czy jeszcze ciagle kocha swojego meza.

O tym, co czuje do Jakuba, wolala nie my'sle'c. To wszystko moze sie zmieni'c, gdy on zaistnieje naprawde. Gdy bedzie mozna go zoba­czy'c, dotkna'c, uslysze'c jego glos. W rozprawach ze swoim sumieniem to «zmieni'c sie» mialo oznacza'c, ze ona w jaki's spos'ob opamieta sie, stykajac sie z prawdziwym Jakubem. Spotka go, uzna, ze jest normalny, i moze nawet uroczy, ale na pewno nie bedzie to jak ten «szal» na obra­zie Podkowi'nskiego, kt'ory ostatnio przypomniala sobie, gdy Asia wy­ciagnela ja w niedziele rano do galerii.

Wolala nie my'sle'c teraz, co by bylo, gdyby to «zmieni'c sie» mialo oznacza'c co's wrecz przeciwnego.

Wtajemnicze we wszystko Asie – pomy'slala. Beda mialy mn'ostwo czasu, aby to om'owi'c w drodze do Paryza.

Teraz jednak, juz w tym autobusie, patrzac na siedzaca naprzeciwko Asie zatopiona w lekturze najnowszej ksiazki Gretkowskiej, zastana­wiala sie, czy ten pomysl z wtajemniczeniem ma sens. Co moze jej po­wiedzie'c kochajaca poezje matematyczka, pogodzona z losem zona biologicznego ojca swojej c'orki? Albo udowodni, ze to r'ownanie nie ma absolutnie zadnych rozwiaza'n i trzeba je zignorowa'c jako nieistot­ne, albo powie, ze Jakub to jedyne mozliwe rozwiazanie. Do obydwu odpowiedzi nie byla – jeszcze – przygotowana.

Przez chwile patrzyla na Asie. Czytala te ksiazke cala soba! Wzdy­chala, u'smiechala sie, krecila glowa, zamykala oczy i przez chwile my­'slala, aby zaraz wr'oci'c do czytania. Ona zawsze i wszystko tak przezy­wala. Taki syndrom postepujacej nadwrazliwo'sci. Pierwszy raz zauwazyla to wtedy, gdy spedzily razem miesiac w Nimes.

To bylo kilka lat temu. Obie jeszcze wtedy studiowaly. Ko'nczyl sie sierpie'n. 'Swietowaly jej urodziny. Asia podeszla do niej w kuchni, gdy tak jako's zostaly same, i powiedziala:

– Kolo Nimes na poludniu Francji sa ogromne winnice. M'oj kolega z roku zbiera tam winogrona od kilku lat. Piekne miejsce i nie'zle placa. Pojechalaby's ze mna? Tylko musisz sie dzisiaj zdecydowa'c. On czeka na odpowied'z.

Tydzie'n p'o'zniej jechaly pociagiem do Berlina. Z Berlina do Nimes postanowily przejecha'c autostopem. Oczywi'scie nie powiedziala tego rodzicom. Nigdy by jej nie pu'scili. Ale nie wahala sie ani sekundy, gdy Asia jej to zaproponowala. Byly we dwie. Co moglo sie im sta'c?! Ni­gdy tej decyzji nie zalowala. To byla wyjatkowa przygoda. Wszystko ukladalo sie znakomicie. Az do Lyonu. Tam opu'scilo je szcze'scie.

Z Berlina na autostrade w kierunku na poludnie wywi'ozl je kole­jarz, kt'orego zaczepila Asia, pytajac o droge. M'owil tylko po niemiec­ku, francuskiego nie znal nawet z widzenia i rozumial jedynie strzepy angielskiego. Mimo to u'smiechal sie do Asi, tlumaczac jej cierpliwie po raz n-ty, jak przejecha'c przez caly Berlin z dworca ZOO na auto­strade Berliner Ring. Za kazdym razem m'owil wolniej, wierzac, ze gdy m'owi powoli, latwiej im zrozumie'c. Nie umial ukry'c, ze Asia mu sie podoba. W pewnym momencie wyciagnal z kieszeni walkie-talkie i powiedzial co's szybko po niemiecku. Chwycil Asie za reke i popro­wadzil szybko tunelem w kierunku miasta. Ona biegla za nimi. Godzi­ne p'o'zniej wysadzil je na stacji benzynowej przy autostradzie do Frankfurtu nad Menem. Zaczekal, az znajda godna zaufania okazje do Frankfurtu, a zegnajac sie, ukradkiem wcisnal Asi kartke z adresem i numerem telefonu.

Do Frankfurtu jechaly z Amerykaninem, zolnierzem stacjonujacym w jednostce specjalnej wojsk ameryka'nskich w poblizu Frankfurtu, kt'o­ry – rzadki wyjatek – doskonale m'owil po francusku. Ku jego ogromne­mu rozbawieniu Asia rozmawiala z nim po francusku, a ona po angiel­sku. Nie widziala mezczyzny, kt'ory mialby taki 'sliczny u'smiech.

Znal Nimes. Zawsze sie tam zatrzymywal w drodze na C'ote d'Azur, gdzie co roku spedzal wakacje ze swoimi dzie'cmi. Uderzylo ja bardzo, gdy powiedzial, ze ma czworo dzieci i ze wychowuje je sam, bo jego zona, kt'ora tez byla zolnierzem, zginela w zamachu na amery­ka'nska ambasade w Tel Awiwie. Zrobilo sie wtedy tak cicho w tym samochodzie.

Cisze przerwala Asia, proszac zolnierza, aby zatrzymal sie na na­stepnym parkingu. Wysiadla i poszla do budki telefonicznej. Gdy wr'o­cila do samochodu, powiedziala po polsku:

– Sluchaj, ten kolejarz z Berlina zdazyl nauczy'c sie po polsku! Gdy zrobilo sie tak smutno, poczulam, ze musze do niego zadzwoni'c i jesz­cze raz podziekowa'c. Zrobil dla nas genialna rzecz, wywozac na auto­strade. Wyobra'z sobie, ze prawie zaniem'owil, gdy mnie uslyszal. A na ko'ncu powiedzial tak 'smiesznie, jak dziecko: «Dziekuje pani».

We Frankfurcie zolnierz wysadzil je przy biurze studenckim, kt'ore koordynowalo tanie wyjazdy prywatnymi samochodami do wiekszych miast w Europie. Za niewielkie pieniadze mozna bylo zosta'c pasaze­rem w samochodzie jadacym na przyklad do Lyonu. W pewnym mo­mencie Amerykanin przeladowal ich plecaki do czarnego bmw stoja­cego przed biurem, powiedzial co's do kierowcy po niemiecku i poleci) im sie przesia's'c do bmw. Nie zdazyly sie z nim nawet pozegna'c, gdy kierowca bmw ruszyl gwaltownie. Patrzyla na tego ameryka'nskiego zolnierza i my'slala o jego zonie, kt'ora zginela w Tel Awiwie.

Do Lyonu dotarli nad ranem, ale utkwili w gigantycznym korku, kt'ory rozladowal sie dopiero po poludniu. Upal dochodzil do 35 stopni. Kierow­ca klal bez przerwy. One mu wt'orowaly. Potem, z nud'ow, nauczyly go kla'c po polsku. Gdy wysiadaly na rogatkach Lyonu, byly z siebie dumne. Kierowca, mlody niemiecki blondynek w eleganckim garniturze od naj­lepszych krawc'ow, klal w skupieniu w swoim klimatyzowanym i deka­dencko wyposazonym bmw jak najprawdziwszy zul spod budki z piwem na Woli. I na dodatek w przerwach, gdy w og'ole nic nie ruszalo sie na au­tostradzie, robil notatki transkrypcji wszystkiego, czego go nauczyly. Ta­ki pilny! A moze Niemcy juz tak maja, ze do wszystkiego robia notatki.

Zaczelo sie robi'c p'o'zno. Nastepnego dnia rano mialy sie zameldo­wa'c na farmie w poblizu Nimes, aby podja'c prace. Za Lyonem p'o'znym popoludniem ciezar'owka hiszpa'nska zabrala je dalej. Kierowca mial post'oj w Nimes!

Gdy Asia zobaczyla drogowskazy na Avignon, zapytala kierowcy, czy to ten «Avignon z mostem». Gdy ten potwierdzil, nie uzgadniajac nawet z nia tego, zaczela go prosi'c, aby zjechal z autostrady do tego miasta i je wysadzil.

– Nie wybaczylabym sobie, gdybym przejezdzajac tuz obok, nie zo­baczyla tego mostu. Ty tez nie wybaczylaby's sobie, prawda? – powie­dziala. – Zobaczymy tylko ten most, zjemy co's i pojedziemy pociagiem dalej. Zg'od'z sie – m'owila w ten sw'oj nieznoszacy sprzeciwu spos'ob.

Oczywi'scie, chciala zobaczy'c ten most. Poza tym juz dawno nie by­la tak glodna jak wtedy. Od Frankfurtu nic nie jadly.

Most byl normalny. Zupelnie nie pasowal do swojej slawy. Drama­tyczne bylo w nim jedynie to, ze ko'nczyl sie niespodziewanie i nie docieral na druga strone rzeki. To moglo pobudza'c fantazje. Ale tylko tych, kt'orzy nie znali prawdziwej historii jego zniszczenia. Asia znala ja w szczeg'olach i na fantazje nie zostalo juz miejsca.

Przeszly na sam koniec, tak daleko, jak sie tylko dalo, i dolaczyly do turyst'ow, kt'orzy juz tam byli. Usiadly na swoich plecakach, rozpiely bluzki i zaczely sie opala'c.

Gdy wr'ocily jaki's czas p'o'zniej na dworzec, okazalo sie, ze nie ma juz zadnych polacze'n do odleglego o 100 km Nimes. Wr'ocily pod most i rozbily namiot, kt'ory Asia «dla pewno'sci» d'zwigala ze soba. Chociaz bylo to nielegalne, spedzily noc pod mostem w Avignon – ukryly sie z namiotem za ciezar'owka stojaca na parkingu.

Do farmy dotarly o p'ol dnia za p'o'zno. Praca przy zbiorze winogron zostala juz rozdzielona. Mlody Algierczyk pelniacy role personalnego rozkladal tylko rece i udawal zmartwienie. Pamieta, ze miala lzy w oczach, przeklinala Avignon, Asie Demarczyk, kt'ora 'spiewala o tym idiotycznym mo'scie, i tego Algierczyka, kt'ory nic nie m'ogl zrobi'c. W pewnym momencie do probierni wina, w kt'orej urzedowal Algier­czyk, wszedl ogromny mezczyzna. Byl ubrany w bialy podkoszulek po­plamiony krwia i sk'orzany fartuch wiszacy na jego szyi na postrzepio­nych rzemieniach i przewiazany na biodrach szerokim pasem. Mimo upalu mial na nogach kalosze. Tez czerwone od krwi. Wygladal maka­brycznie. Algierczyk powital go jak dobrego znajomego, nie zwracajac najmniejszej uwagi na jego wyglad. Gdy olbrzym podszedl do chlo­dziarki i odwr'ocil sie do nich plecami, aby wyciagna'c skrzynke z woda mineralna, zobaczyly, ze podkoszulek ma na plecach wyblakly czarny napis Uniwersytet Warszawski. W pewnym momencie Algierczyk za­czal mu co's opowiada'c, wskazujac na nie. Po chwili olbrzym podszedl do nich i czerwieniac sie jak maly chlopiec, powiedzial po polsku:

– Obok jest jeszcze jedna farma. Oni tam uprawiaja kalafiory. Po­trzebuja akurat ludzi do pracy. Nie placa tak duzo jak przy zbiorze wi­nogron, ale mozna tam pracowa'c dluzej niz dwa tygodnie. Je'sli chcecie, on zadzwoni i zapyta, czy was przyjma.

Chcialy. Nawet bardzo.

Od nastepnego dnia wstawaly o piatej rano i jechaly z rodzina wla­'sciciela farmy na pole. Praca polegala na oslanianiu kalafior'ow od slo'n­ca. Zaklada sie kilkaset r'oznokolorowych cieniutkich gumek na lewa reke od nadgarstka do ramienia i podchodzi sie do wegetujacego kala­fiora – nie wyobrazala sobie, ze moga by'c az tak duze – zbiera sie jego li'scie razem i owija nimi kwiat, a na koniec 'sciska gumka. Oslania to kalafior od slo'nca, dzieki czemu nie brunatnieje i mozna go korzystnie sprzeda'c.

O piatej rano kalafiory sa mokre od przera'zliwie zimnej rosy. Pole, kt'ore sie im trafilo, mialo 6 km dlugo'sci. Idzie sie wiec 6 km, nachyla nad kazdym kalafiorem po drodze, obejmuje sie go jak dziecko i zakla­da te gumke. Po objeciu kilku kalafior'ow jest sie dokumentnie mokrym i drzy z zimna. W poludnie zreszta tez jest sie mokrym. Tym razem od potu; przed upalem nie ma sie gdzie ukry'c, bo na polach kalafiorowych nie ma drzew. Gdy dojdzie sie do ko'nca pola, trzeba zawr'oci'c. Z po­wrotem jest tez 6 km. Wie sie o tym najlepiej, gdy obejmuje sie pierw­szy kalafior pierwszego kilometra.

Po pierwszym dniu nienawidzila wszystkie kalafiory we wszech­'swiecie i tego, kto je przywi'ozl do Europy. Po drugim miala granatowa od siniak'ow cala lewa reke, 'sciskana przez dziesie'c godzin ciasnymi gumkami. W trzecim dniu dostaly wyplate za pierwsze trzy i nienawi's'c do kalafior'ow wyra'znie opadla, a i reka juz nie byla taka granatowa.

Tego dnia postanowily odwiedzi'c olbrzyma w podkoszulku Uni­wersytetu Warszawskiego. Wiedzialy tylko tyle, ze mial na imie An­drzej, ale mimo to nie mialy watpliwo'sci, ze go odnajda. Przypuszcza­ly, ze raczej rzadko we francuskich winnicach pracuja tak olbrzymi ludzie jak ich Andrzej i jeszcze rzadziej sa przy tym z Polski.

Za zarobione pieniadze kupily kilka puszek piwa i na skr'oty, przez pola kalafiorowe, poszly do znanej sobie probierni wina. Byly w do­skonalych humorach. W polowie drogi otworzyly piwo i popijajac, zar­towaly i 'smialy sie rozbawione. Pole kalafiorowe sko'nczylo sie i z bocznej drogi wyjechal nagle kto's na rowerze. Zapytaly o Andrzeja. Wygladalo na to, ze kazdy go tutaj znal. Dowiedzialy sie, ze pracuje przy budynkach gospodarczych, kilkaset metr'ow za probiernia. Gdy zblizaly sie do nich, slyszaly glo'sne ryczenie kr'ow.

Po chwili przechodzily, wstrzymujac oddech z powodu strasznego smrodu, wzdluz dlugiej, otynkowanej na bialo obory. Minawszy ja, z puszkami piwa w dloniach, u'smiechniete i rozbawione wyszly na co's w rodzaju podw'orza gospodarczego.

Tego, co zobaczyly, nie zapomni do ko'nca zycia.

Od wr'ot obory w kierunku pola prowadzil rodzaj waskiego koryta­rza, wyznaczonego przez konstrukcje z brazowych od rdzy stalowych pret'ow. W wielu miejscach prety oderwaly sie od spaw'ow i wygiely do wnetrza korytarza. Tuz przy wrotach stal na ulozonym z belek podwyz­szeniu mlody mezczyzna z butelka piwa w jednej dloni i dluga elektroda, podobna do tych, jakich uzywaja spawacze, w drugiej. Wpychajac elektrode pomiedzy pretami ogrodzenia, wbijal ja w karki kr'ow, wyga­nianych przez kogo's ze stajni. Przerazone i razone pradem krowy zry­waly sie do panicznej ucieczki, raniac sie dotkliwie o wystajace prety. Na ko'ncu korytarz skrecal gwaltownie, zwezajac sie przy tym wydat­nie. Krowy, aby przecisna'c sie przez to zwezenie, musialy zwolni'c. Mi­jaly to zwezenie i wychodzily na wybetonowany okragly placyk. W je­go centrum stal Andrzej, ubrany w znany juz im sk'orzany fartuch. Na rekach mial dlugie do lokci czarne rekawice. W prawej rece trzymal du­zy mlot, z tych, kt'orych uzywa sie do wbijania pali w ziemie lub do roz­bijania gruzu. Gdy krowa wydostawala sie na betonowy placyk za prze­wezeniem, Andrzej jednym poteznym uderzeniem mlota miedzy oczy rozbijal jej czaszke. Krowa wydawala wtedy charczacy odglos i prze­wracala sie na beton. Z uszu, a czasami, gdy Andrzej nie trafil doklad­nie, takze z rozbitych pustych oczodol'ow, wyplywala krew zmieszana z plynem i zelatyna ze zmiazdzonych galek ocznych. Na placyk wyjez­dzal w'ozek akumulatorowy, podobny do tych, kt'orych uzywa sie do przewozenia palet, wysuwal ogromne stalowe widly pokryte resztkami przyklejonej krwia sier'sci, podnosil jeszcze drgajaca w konwulsjach krowe i wi'ozl do pobliskiego budynku. Na plac wchodzila nastepna krowa.

Pamieta, ze gwaltownie odwr'ocila glowe, oszolomiona ohyda tego okrucie'nstwa, i zaczela ucieka'c. Asi nie bylo juz przy niej; biegnac, ka­tem oka zauwazyla, ze kleczy w wysokiej trawie i wymiotuje. W tamtej chwili bylo jej to zupelnie obojetne. Chciala tylko jak najszybciej zna­le'z'c sie jak najdalej od tego miejsca. Zatrzymala sie dopiero na polu z kalafiorami. Usiadla w bru'zdzie miedzy dwoma rzedami kalafior'ow i z obrzydzeniem my'slala o niesko'nczonym okrucie'nstwie ludzi.

Z zamy'slenia wyrwal ja dopiero krzyk Asi, kt'ora przestraszyla sie, gdy wracajac, zobaczyla ja siedzaca po'sr'od kalafior'ow.

Podeszla i usiadla obok. Milczaly razem przez jaki's czas. W pew­nym momencie podniosla sie i otrzepujac piach ze spodni, powiedziala z nienawi'scia:

– Jezeli to z reinkarnacja jest prawda, to zycze temu skurwielowi z mlotkiem, zeby w nastepnym zyciu byl krowa. I zeby przyszedl na 'swiat w okolicy Nimes.

Po tygodniu przyzwyczaily sie do kalafior'ow. Spedzaly na polu praktycznie cale dnie. Potem wracaly razem do malego domku gospo­darczego, kt'ory farmer przerobil na pokoje dla pracownik'ow. I znowu byly razem. Przygotowywaly kolacje i dalej rozmawialy. Byly jak mal­ze'nstwo pracujace w jednym biurze. Nie bylo tematu, kt'orego nie om'o­wily. Obie czuly, ze ich przyja'z'n poglebia sie z kazdym dniem. Mimo ze w wielu kwestiach r'oznily sie, szanowaly swoja odrebno's'c i wyslu­chiwaly z ciekawo'scia, co druga ma do powiedzenia.

Czas szybko mijal. Chodzily po polu i przez osiem, a czasami nawet wiecej godzin przytulaly do siebie te kalafiory. Opowiadaly sobie przy tym niezwykle historie, 'spiewaly i liczyly pieniadze, kt'ore zarobily.

To zdarzylo sie dokladnie na tydzie'n przed planowanym powrotem do Polski.

Byla wyjatkowo upalna sobota i tego dnia na polu stawila sie cala ro­dzina farmera. Kiedy wszyscy doro'sli pracowali, czteroletni Fran9ois, ra­dosny blondynek o twarzy dziewczynki, i jego o'smioletni brat Theodore – ulubieniec ojca – odpoczywali w cieniu drzewa przy drodze. Dzieci pil­nowala Brownie, golden retriever o zlocistej sier'sci. Nie odstepowala chlopc'ow na krok. Asia patrzyla na nia jak oczarowana. Asia, kt'ora ko­chala wszystkie zwierzeta, od pajak'ow do koni, uwazala, ze pies to jedy­ny przyjaciel, kt'orego mozna sobie kupi'c, a Brownie byla psem, kt'orego kupilaby za «wszystkie pieniadze, kt'ore ma i jeszcze mie'c bedzie».

Dzie'n pracy dobiegal ko'nca. Ustawili skrzynki z kalafiorami na przyczepie starego ciezarowego chevroleta i przygotowywali sie, aby ruszy'c do domu. Maly Theodore blagal rodzic'ow, by pozwolili mu je­cha'c przed nimi na dziecinnym rowerku.

Ziemia byla wyschnieta, popekana i pokryta jasnobrazowym pylem. Gdy ruszyli, chmura kurzu uniosla sie spod k'ol i nie bylo nic wida'c da­lej niz na metr. W pewnym momencie pojawila sie Brownie. Zachowy­wala sie dziwacznie. Szczekala przera'zliwie glo'sno, pr'obowala gry'z'c przednie opony chevroleta. Nagle doslownie rzucila sie pod prawe przednie kolo samochodu.

Chevrolet przejechal ja i zatrzymal sie.

Kurz opadl. Niecale dwa metry przed samochodem w glebokim dol­ku lezal Theodore i plakal rozpaczliwie, przygnieciony swoim rowe­rem. Dwie sekundy p'o'zniej chevrolet przejechalby po nim.

Asia siedziala z przodu miedzy skrzynkami kalafior'ow i widziala wszystko dokladnie. Zeskoczyla z naczepy, wczolgala sie pod chevroleta i wyciagnela Brownie spod samochodu.

Brownie nie zyla.

Theodore wstal i pojechal rowerem dalej, jak gdyby nic sie nie sta­lo. Asia kleczala przy Brownie i glaskala jej pysk. Drzala na my'sl, co staloby sie, gdyby nie ona. W ciszy, kt'ora zapadla, wszyscy musieli o tym my'sle'c. Ojciec Theodore'a takze. To on prowadzil chevroleta. Gdyby nie pies, przejechalby wlasnego syna. Spojrzala na niego. Byl blady jak 'sciana, pr'obowal trzesacymi sie palcami wyciagna'c papiero­sa z pudelka. Jego zona, siedzaca przy nim na miejscu pasazera, doty­kala caly czas rekami swojej twarzy i co's szeptala do siebie.

W pewnym momencie ojciec Theodore'a wysiadl z samochodu. Podszedl do Brownie, podni'osl ja z ziemi, dotknal ustami jej karku, przytulil mocno do siebie i niosac na rekach, poszedl przez pole w kie­runku domu. Nikt go nie zatrzymywal.

Nawet teraz, w autobusie do Paryza tyle lat p'o'zniej, gdy przypomi­nala sobie to zdarzenie, zastanawiala sie, czy Asia wtedy tez czula ten wstyd.

Wstyd bycia czlowiekiem.

Ona miala to uczucie. Bohaterstwo zwierzecia i okrucie'nstwo czlo­wieka spotkaly sie na polu w Nimes niemal oko w oko. Z tego miejsca, w kt'orym Brownie rzucila sie pod kola chevroleta, wida'c bylo wyra'znie zabudowania z krowami.

Kiedy's rozmawiala na ten temat na ICQ z Jakubem. On najpierw oczywi'scie wszystko sprowadzil jak zawsze do genetyki. Mapa gene­tyczna psa r'ozni sie od mapy czlowieka w bardzo niewielkim, statystycy powiedzieliby, ze w zaniedbywalnym, stopniu. Po prostu pewnej grupie ssak'ow dwunoznych znanych jako ludzie udalo sie zalapa'c w cyklu rozwoju na troche wiecej mutacji. U Darwina tez, na jego slyn­nym drzewie, gala'z, na kt'orej siedza psy, jest niewiele ponizej tej, na kt'orej z taka pycha rozlozyli sie obozem ludzie. Patrza z tej swojej naj­wyzszej galezi z pogarda na wszystko tam w dole. Sa tacy cholernie dumni z siebie. Przeciez to oni, a nie jaki's inny naczelny gatunek, wyewoluowali tak spektakularnie daleko, ze jako jedyni potrafia m'owi'c.

Wtedy w Nimes – i teraz zreszta tez – jednego byla absolutnie pew­na: gdyby 'swiat wybral inny scenariusz rozwoju, dajac na przyklad wszystkim te sama liczbe mutacji i gdyby takze psy mogly m'owi'c, to i tak nigdy nie znizylyby sie do tego, aby odezwa'c sie do ludzi.

W tej rozmowie o ludziach i psach opowiedziala oczywi'scie Jaku­bowi historie o Brownie. Ku jej dotkliwemu rozczarowaniu nie podzie­lal ani jej podziwu, ani wzruszenia, kt'ore w niej to wspomnienie wywo­luje do teraz. Uwazal, ze Brownie zrobila co zrobila nie z milo'sci ani z przywiazania do malego Theodore'a, ale z «poczucia obowiazku», na dodatek niemajacego nic wsp'olnego z poczuciem obowiazku odpowie­dzialnych, zdolnych do przewidywania przyszlo'sci ludzi. «Poczucie obowiazku Brownie» bylo wytresowane, tak jak czasami wytresowane jest «poczucie obowiazku» panicznie bojacych sie swojego szefa wy­leknionych podwladnych, gotowych zrobi'c wszystko, aby tylko ich nie zwolniono. Brownie w wyniku tresury bala sie «kary» za pozostawienie Theodore'a bez opieki, a jako pies pozbawiona kognitywnego przewi­dywania nie mogla wiedzie'c, co sie stanie, gdy przejedzie ja ciezar'ow­ka. Dlatego gdy wszystko inne zawiodlo, po prostu rzucila sie pod nia.

Pamieta, ze czytala to jego wyprute z emocji logiczne wyja'snienie i czula, jak to zdarzenie z Brownie odzierane jest na jej oczach z legen­dy. Pomy'slala, ze nawet je'sli ma racje, to m'ogl sobie darowa'c ten wy­w'od. Naukowiec sie znalazl! Co on moze wiedzie'c o Brownie opr'ocz tego, ze miala geny jak wszystkie inne psy? Tego, jak Brownie patrzyla na Theodore'a, nie odda zaden program sekwencjonujacy geny. Nigdy.

Kilka tygodni p'o'zniej zupelnie przypadkowo wr'ocili do zdarze'n z Nimes. Jakub potrafil tak poprowadzi'c ich rozmowy na ICQ, ze cze­sto pojawial sie w nich temat Boga. Ona nie wierzyla w Boga; jej kon­takt z Ko'sciolem sko'nczyl sie zaraz po chrzcie, kt'ory jej rodzice zainscenizowali gl'ownie po to, aby sasiedzi dali im spok'oj.

Na poczatku ich znajomo'sci to, ze Jakub przy swoim tak bardzo na­ukowym i bezwzglednie racjonalnym podej'sciu do 'swiata tak czesto powolywal sie na Boga, draznilo ja troche. W przypadku czlowieka, kt'ory, jak Jakub, podawal w watpliwo's'c praktycznie wszystkie aksjo­maty i powszechnie uznawane prawdy, ciazenie ku czemu's tak bardzo opartemu na wierze i w swej istocie na nieracjonalnym idealizmie, by­lo jak dysonans. Potem, wczytujac sie z uwaga w to, co pisal o religii, teologii i swojej wierze, zaczela 'ow dysonans minimalizowa'c. Zniknal zupelnie, gdy kt'orego's dnia przeczytala w e-mailu od niego:

Mimo ze wiem mniej wiecej, co dzialo sie przez pierwszych kilkadziesiat se­kund po Wielkim Poczatku i wiem, jak z plazmy kwark'ow i gluon'ow zaczal two­rzy'c sie ten nieozywiony wszech'swiat, ciagle nie moge oprze'c sie wrazeniu, ze caly ten projekt m'ogl powsta'c tylko w niesko'nczonym umy'sle jakiego's Kon­struktora. Nigdy nie slyszalem tez o zadnej konferencji naukowej, na kt'orej pre­zentowano by referaty o istnieniu lub nieistnieniu Boga. Takich konferencji nie organizowal nawet Stalin, a on nie wzdragal sie przeciez przed poprawianiem genetyki – na pewno slyszala's o nadwornym genetyku Stalina, Lysence – aby marksi'sci bro'n Boze nie dziedziczyli po arystokratycznych przodkach. Nie ma absolutnie zadnych powod'ow, poza psychologicznymi, kt'ore moglyby mi uniemozliwi'c wiare w Boga tylko dlatego, ze sa czarne dziury i obowiazuje strasznie madra teoria strun. Idea Stworzyciela jest jeszcze bardziej kuszaca, gdy od kwark'ow przejdziesz do zycia. Fakt, ze na tym odprysku materii, jakim jest Zie­mia, powstalo zycie, jest dowodem na to, ze zdarzenia nieprawdopodobne sie zdarzaja. Jeszcze bardziej nieprawdopodobne, z punktu widzenia modeli pro­babilistycznych, jest istnienie czlowieka, kt'ory, pomijajac nawet umysl, ma cialo bedace systemem o takiej zlozono'sci, ze istnienie Wielkiego Programisty na­suwa sie samoistnie. Niekt'orzy uwazaja, ze B'og uruchomil program i na tym sko'nczyla sie jego rola. Program wykonuje sie sam, bez jego udzialu i jego in­terwencji. Tak my'sla dei'sci. Czasami my'sle, ze maja racje, kiedy patrze na ca­le to zlo dookola.

A propos ciala. Opowiesz mi dzisiaj co's o Twoim ciele? Mozesz pomina'c 'sledzione i trzustke. Skup sie na piersiach, a potem przejd'z do ust. Nie m'ow mi nic o podbrzuszu. Nie jestem jeszcze na to przygotowany...


Taki takze byl Jakub! Potrafil od kwark'ow, gluon'ow i idei Stworzy­ciela przej's'c bez najmniejszego wahania do trywialnej erotyki. I na do­datek bylo to tak naturalne, ze nie umiala sie nawet oburza'c w przeko­nujacy spos'ob.

Pamieta, ze wtedy nie byla to «prowokacja walczacej ateistki». Za­pytala z czystej ciekawo'sci. Przypomniala jej sie pewnego dnia ta sce­na okrucie'nstwa przy zabijaniu kr'ow w Nimes. To zawsze budzilo w niej agresje. Opowiedziala mu ja w szczeg'olach. Byla znowu rozju­szona swoimi wspomnieniami. Wprowadzila sie przy tym w stan cy­nicznego sarkazmu i napisala nagle do niego:

ONA: Jak to jest, ze Ko'sci'ol chrze'scija'nski, bo nie tylko katolicki, akceptuje zabijanie zwierzat? Czy ich cierpienie nie ma zadnego znaczenia dla Boga?

Przeciez wszystkie zwierzeta stworzyl On sam. Poza tym zwierzeta nie mu­sza cierpie'c z powodu grzechu pierworodnego, bo go nie popelnily. To nie ich prapramatka zerwala Owoc z drzewa wiedzy, aby dostapi'c wiedzy i zazna'c odrobiny rozkoszy. Nie bylo zadnego konia i zadnej klaczy, kt'ore trzeba by przegania'c z raju. Zwierzat nie dotyczy, o czym wiesz lepiej niz ja, zadna zbio­rowa odpowiedzialno's'c – to najbardziej odpycha mnie od religii, ta bezsensow­na zbiorowa odpowiedzialno's'c – za zachowanie grzesznej kobiety, kt'ora na­m'owila na jablko slabego mezczyzne, kt'ory natychmiast poskarzyl sie Bogu. Zwierzeta nie musza ubiega'c sie o odkupienie.

Tak na marginesie. Jakubku, m'oglby's chociaz raz pochwali'c moja teolo­giczna erudycje. Jestem pewna, ze cho'c nie 'swiece pisanek na Wielkanoc, wiem wiecej o zmartwychwstaniu Chrystusa niz wielu ministrant'ow w ko'sciele na moim osiedlu. Pochwalisz?

A moze to cierpienie zwierzat jednak ma znaczenie? Moze tylko B'og jest tak zajety wymy'slaniem nowych form cierpienia grzesznych ludzi, ze na zara­dzenie cierpieniu bezgrzesznych zwierzat nie ma juz po prostu czasu i odklada to na p'o'zniej?

Nie pisz mi tylko, ze taka jest logika 'swiata. O tym, ze to nieprawda, wie na­wet moja gleboko i naprawde wierzaca sasiadka po podstaw'owce i dlatego za­pisala sie do Ligi Ochrony Zwierzat.

Pytam, bo ostatnio widzialam w telewizji reportaz z pewnej rze'zni na polu­dniu Polski. Kamera w szerokim ujeciu i ze wszelkimi szczeg'olami pokazala wi­szace za nogi w d'ol krowy z podcietymi gardlami, wykrwawiajace sie do wia­der. W tle trudno bylo nie zauwazy'c krzyza wiszacego na 'scianie nad brama prowadzaca do chlodni. Troche bylam zdziwiona tym krzyzem. Ale wytluma­czylam sobie, ze to musiala by'c rze'znia wyznaniowa.

Jak znam Ko'sci'ol, to oni pewnie maja i na te zwierzeta jakie's zgrabne wy­tlumaczenie. Jakubku, je'sli je znasz, to mi wytlumacz. Prosze.


ON: Nie, nie maja. Wytlumaczenie jest wyjatkowo niezgrabne i malo kogo przekonuje. Je'sli juz zdazyla's sie uspokoi'c po tym ataku dumy i triumfu, ze «tak wla'snie my'slala's», i obiecasz mi, ze postarasz sie przeczyta'c to bez uczucia wyzszo'sci, napisze Ci wszystko, co wiem na ten temat.


ONA: Nie mialam uczucia triumfu. Zwierzeta sa dla mnie o wiele wazniejsze niz chwilowa przewaga bezdusznego ateizmu nad milosiernym chrze'scija'n­stwem. Dlatego nie mam zadnych trudno'sci z obiecaniem Ci tego, o co pro­sisz. Jak wiec chrze'scijanie tlumacza przyzwolenie Boga na cierpienie zwie­rzat?


ON: Pokretnie i r'oznie, w zalezno'sci od nasilenia wiary. Niekt'orzy uwazaja, ze doznania, a wiec takze b'ol i cierpienie, odbywaja sie w duszy. Poniewaz zwie­rzeta wedlug nich nie maja duszy, nie moga cierpie'c. Jest to wyjatkowo nie­prawdopodobna teoria, wiec nawet Ko'sci'ol chce o niej zapomnie'c. Niekt'orzy genetycy natomiast przychylaja sie ku takiemu podej'sciu. Wiwisekcje szczu­r'ow, dla cel'ow naukowych oczywi'scie, sa w ramach tej teorii calkowicie uspra­wiedliwione.

Inne wytlumaczenie jest zdecydowanie bardziej logiczne. Cierpienie jest cierpieniem poprzez fakt jego trwania. Nawet jezeli Brownie miala doznania, to, wedlug tej teorii, nie miala 'swiadomo'sci. A tylko dzieki 'swiadomo'sci mozna przewidzie'c, ze cierpiac w danym momencie, prawdopodobnie bedzie sie cier­pialo za chwile. Nieu'swiadomione trwanie cierpienia powoduje, ze zwierzeta cierpia znacznie mniej. Obmy'slil to pewien angielski filozof o nazwisku Lewis. Nigdy nikomu nie powiedzial, jak zdobyl te informacje, tym bardziej ze z jego biografii wynika, ze ani na koniach nie je'zdzil, ani nawet psa nie mial.

Lewis tez nie wiedzial do ko'nca, dlaczego zwierzeta w og'ole musza cier­pie'c, chociaz nigdy nie zgrzeszyly. Zwalil wiec wszystko na diabla, kt'ory rzeko­mo podburzyl zwierzeta do wzajemnego pozerania sie. Czyli jednym slowem wszystko przez diabla. B'og tego nie chcial.

Inny Anglik o nazwisku Geach zrobil faktycznie z Boga Wielkiego Konstruk­tora bez sumienia. Uwazal bowiem, ze B'og, planujac caly ten zyjacy 'swiat, kt'o­ry mial podlega'c ewolucji, wcale nie martwil sie o zminimalizowanie cierpienia ani ludzi, ani tym bardziej zwierzat. Geacha nikt nie brat powaznie, bo jak tu pogodzi'c wizerunek niesko'nczenie dobrego ojca podzielajacego cierpienie ze wszystkim, co stworzyl, z proponowanym przez Geacha obrazem Boga jako bezwzglednego kierownika projektu pod nazwa «Ewolucja». To juz lepiej zosta'c przy diabelku Lewisa.


ONA: Tak uwazaja dwaj Anglicy, o kt'orych pierwszy raz slysze. A co Ty o tym my'slisz?


ON: Niepokoje sie tym. Nie umiem tego wyja'sni'c. Kazde cierpienie, kt'ore nie jest rytualem jakiego's odkupienia, nie stanowi kary za jakie's przewinienia, jest dla katolika niepokojace. A Brownie... Brownie jest dowodem, ze niepokoje sie slusznie. Zaparlo mi dech ze wzruszenia, gdy przeczytalem to, co napisala's o Brownie.

Nagle poczula, ze kto's delikatnie dotyka jej ramienia. Asia. 'Smiejac sie, powiedziala:

– Obud'z sie. M'owisz przez sen. Ten facet z rzedu za nami az sie wychylil, zeby zrozumie'c, co m'owisz.

Musiala sie zdrzemna'c. Czesto jej sie to ostatnio zdarzalo. Potrafila przechodzi'c z my'sli w sny, nie zauwazajac r'oznicy.

– Gdzie jeste'smy? – zapytala, przecierajac oczy.

– Mijamy Berlin – odpowiedziala Asia, podajac jej plastikowy ku­bek z goraca kawa z termosu. – Alicja z pewno'scia planuje juz przy­szlo's'c z tym mlodym ze sluchawkami na uszach. Od Warszawy siedza razem. Zdazyla polozy'c glowe na jego ramieniu. Przystojny facet. A propos facet'ow. Kto to jest Jakub? Co najmniej dwa razy wym'owila's to imie przez sen.


ON: Cmentarz City of Dead St. Louis, bo tak sie oficjalnie nazywa – chociaz wszyscy nazywaja go po prostu Dead City – jest jednym z naj­bardziej ponurych przyklad'ow ameryka'nskiego kiczu. Chociaz w infor­matorach o Nowym Orleanie wymieniany jest jako jedna z wazniejszych atrakcji tego miasta, on uwazal, ze cmentarz «tetniacy zyciem», jak napisal o nim jaki's nawiedzony grafoman w jednym z przewodni­k'ow, m'ogl powsta'c tylko w Ameryce.

Cmentarz przypomina miniaturowe miasto. Groby, a w zasadzie grobowce, wznosza sie nad powierzchnia ziemi i nieodparcie kojarza z miniaturowymi domami. Niekt'ore maja fasady z drzwiami, niekt'ore male ogr'odki z plotami i bramami, niekt'ore okazale fontanny, a jeszcze inne maja nawet male skrzynki pocztowe zawieszone na wej'sciu do domu-grobu lub przy bramie. Przed wiekszo'scia grobowc'ow stoja wy­sokie maszty, na kt'orych powiewaja flagi ameryka'nskie. Chociaz nie tylko ameryka'nskie. Przy wielu widzial, obok ameryka'nskiej lub kana­dyjskiej, wloska, gdzie indziej irlandzka, a takze polska.

Zaobserwowal tez ze zdziwieniem, ze prawie przy zadnym grobow­cu nie bylo 'swiec ani zniczy. Byly za to halogenowe reflektory wlacza­ne i wylaczane w zalezno'sci od pory dnia przez fotokom'orki i skiero­wane na frontony grobowc'ow.

To, co ogladal, przechodzac obok tych grobowc'ow, nie bylo wcale az takie oryginalne. Egipcjanie wpadli na ten pomysl juz kilka tysiecy lat temu i budowali piramidy, a dopiero bardzo niedawno Amerykanie zrobili z tego piramidalny Disney land. Idac powoli aleja tego cmenta­rza, zastanawial sie, czy za chwile zobaczy charakterystyczny budynek McDonalda lub automaty z coca-cola.

Mijajac kaplice, zwolnil. W cieniu drzewa pomara'nczowego, kilka­na'scie metr'ow za kaplica, pomiedzy dwoma ogromnymi grobowcami znajdowala sie mala plyta z czarnego marmuru, do kt'orej przymocowa­ny byl, takze marmurowy, wazon.

W wazonie stalo kilkana'scie bialych r'oz.

Na plycie odbijal sie w slo'ncu pozlacany napis:

Juan («Jim») Alvarez-Vargas

Opr'ocz nazwiska Jima na marmurowej plycie nie bylo zadnych in­nych informacji.

Nic. Absolutnie nic. Skromno's'c tego grobu w'sr'od ostentacyjnego przepychu nieodparcie przyciagala uwage. Chociaz plyta byla bardzo mala, wok'ol niej rozciagal sie nieproporcjonalnie duzy, 'swiezo przy­strzyzony trawnik.

Podszedl do grobu Jima, ukleknal i najpierw dotknal dlonia platk'ow r'oz w wazonie. Zaraz potem przeni'osl dlo'n na rozgrzana slo'ncem czar­na plyte. Odkad zmarli jego rodzice, bywal na cmentarzach bardzo cze­sto. Nie umial tego wyja'sni'c, ale wydawalo mu sie, ze dotykajac grobu, nawiazuje z nimi kontakt. Gdy rozmawial, a czesto to robil, ze zmarly­mi ojcem lub matka, zawsze kleczal i dotykal plyty ich grob'ow. Tutaj bylo tak samo.

Jim. Odnalazl go wreszcie.

Jim byl jednym z jego niewielu przyjaci'ol. Zmienil go, zmienil jego 'swiat, nauczyl przyja'zni, pr'obowal nauczy'c, ze najwazniejsze to nic nie udawa'c. Nigdy nie nauczyl go tego do ko'nca. Gl'ownie dlatego, ze on inaczej niz Jim pojmowal zycie. Zycie wedlug Jima skladalo sie jedynie z tych dni, kt'ore zawieraly w sobie wzruszenia. Inne sie nie liczyly i by­ly jak czas tracony w poczekalni dentysty, w kt'orej nie ma nawet gazet, cho'cby z przedwczoraj.

Szukal tych wzrusze'n wszedzie i za wszelka cene: w kobietach, kt'o­re potrafil najpierw czci'c i ub'ostwia'c, a potem bez skrupul'ow porzu­ca'c, gdy wzruszenia mijaly, w ksiazkach, kt'ore potrafil kupowa'c za ostatnie pieniadze nawet wtedy, gdy wiedzial, ze na papierosy juz mu potem nie wystarczy, w alkoholu, kt'orym przeganial swoje leki, i w narkotykach, kt'ore mialy «wydoby'c jego pod'swiadomo's'c na po­wierzchnie».

Pod'swiadomo's'c byla jego hobby. Wiedzial chyba o niej wiecej niz sam Freud. Podobnie zreszta jak Freud eksperymentowal z nia w naj­r'ozniejszy spos'ob. Mial faze, gdy medytowal, pomagajac sobie opium. Mial faze, gdy zadawal sobie z premedytacja b'ol – podczas fizycznego b'olu, paradoksalnie, w elekroencefalogramie m'ozgu pojawiaja sie ta­kie same fale jak podczas orgazmu – kaleczac sie lub tatuazami pokry­wajac swoje cialo. Do b'olu jako narkotyku posuwal sie wtedy, gdy nie mial pieniedzy na nic, co mozna wdycha'c, polyka'c lub wstrzykiwa'c. Gl'ownie jednak «wydobywal» swoja pod'swiadomo's'c na powierzchnie za pomoca przer'oznych substancji chemicznych. Magicznymi, psycho­delicznymi grzybami «uwalnial sw'oj umysl», gdy szedl oglada'c wysta­wy w galeriach i chcial dojrze'c wiecej niz inni. LSD, gdy naczytal sie artykul'ow o psychoanalizie i chcial koniecznie sam sie «zanalizowa'c», bez udzialu psychoterapeuty. Amfetamina, gdy «penetrowal sw'oj we­wnetrzny kosmos, nastrajal sie i odlaczal». Kokaina, gdy nie m'ogl sobie poradzi'c z porazkami i musial wydobywa'c sie z depresji, aby poczu'c, ze «ciagle jeszcze warto zmusza'c sie do oddychania». Tej substancji potrzebowal najcze'sciej.

W pewnym momencie, mimo ze zawsze sie tego wypieral, uzaleznil sie calkowicie od tych swoich «substancji». Gl'ownie psychicznie. Kie­dy's rozmawiali o kosmologii. Jim byl zafascynowany wszystkim zwiazanym z drazacym pytaniem, co bylo na poczatku. Potrafil godzinami dyskutowa'c o czarnych dziurach, teorii strun, kurczeniu lub ekspansji wszech'swiata, dylatacji czasu i ksiazkach Hawkinga, kt'ory byl dla nie­go kultowym pisarzem. Wla'snie tak. Pisarzem. Jak Faulkner, Camus i Miller, a nie naukowcem i fizykiem jak Einstein czy Pianek. Ponadto – wedlug Jima – swoje kalectwo i swoja deformacje przy «niezmierzalnej wprost madro'sci i inteligencji» byl «najwiekszym zwyciestwem Harvardu nad Hollywood».

– Sluchaj – m'owil – niekt'orzy nie umieja napisa'c porzadnie instruk­cji obslugi odkurzacza bez uzycia «przetwornika przepie'c wt'ornych», a ten facet umie opisa'c, jak powstal wszech'swiat, bez uzycia jednego r'ownania matematycznego. Czasami zastanawiam sie, czy Hawking aby nie byl «na chemii», piszac te kawalki o wszech'swiatach niemowlecych. Je'sli byl, to ja bym bardzo chcial wiedzie'c, na jakich strukturach.

Sam potrafil wymy'sla'c swoje teorie i zmienia'c je po nastepnych kil­ku butelkach piwa. Kiedy's, gdy doszli w jednej z rozm'ow do tego «punktu osobliwego» w czasoprzestrzeni, kt'ory tak w zasadzie, nie tyl­ko wedlug Hawkinga, pozwala wykluczy'c konieczno's'c poczatku wszech'swiata – po prostu nie musi by'c poczatku, aby byl 'srodek, bo w ko'ncu trudno cokolwiek zaklada'c – staral sie mu mozolnie i obrazo­wo wyja'snia'c istote tego punktu, nie wchodzac w zadne matematyczne zawilo'sci. W pewnym momencie Jim powiedzial:

– Nie tlumacz mi tego, czuje dokladnie, o co ci chodzi. Czasami umiem sie wstrzeli'c w taki «punkt osobliwy». Jeste's w szpagacie mie­dzy przyszlo'scia i przeszlo'scia. Jedna noga jest w przeszlo'sci, a druga w przyszlo'sci. Jeste's jednocze'snie w kilku przestrzeniach lub w jednej przestrzeni o wiecej niz o'smiu lub osiemnastu wymiarach. Nie masz uczucia, ze miedzy przeszlo'scia a przyszlo'scia jest jaka's tera'zniejszo's'c. Tera'zniejszo's'c jest zbedna. Mozesz r'ownie dobrze stana'c na lewej no­dze w przeszlo'sci lub prawej w przyszlo'sci. Rozgladasz sie po prostu po wszech'swiecie. Twoja linijka na biurku jest w latach 'swietlnych, a nie w centymetrach. Caly ten wszech'swiat, ale to dopiero na ko'ncu te­go «odlotu» i tez nie zawsze, jest wypelniony muzyka Morrisona, kt'ora gra orkiestra symfoniczna, i masz wrazenie, ze widzisz kazde zmarsz­czenie na m'ozgu Hawkinga. Takie punkty osobliwe mam przewaznie po czym's z zi'ol lub po grzybach. Zadna ciezka chemia.

Po czym dodal, 'smiejac sie tak szczerze, jak tylko on potrafil:

– Nie wiedzialem tylko, ze B'og tez byl na grzybach, gdy majstro­wal przy wszech'swiecie.

Jim narkotykami katalizowal swoja 'swiadomo's'c i pod'swiadomo's'c i robil to po to, zeby caly czas «czu'c». Gdy mu sie to nie udawalo, wpa­dal w faze. Znikajac, oddalal sie od bliskich mu ludzi i nie dajac sobie rady z samotno'scia, wpadal w te swoja czarna dziure depresji. Potrafil calymi dniami leze'c w l'ozku, nie otwiera'c oczu, nic nie m'owi'c i reago­wa'c tylko na b'ol.

Mimo to wolal by'c nieobecny calkowicie niz by'c tylko w cze'sci i bra­kujaca reszte udawa'c. Dlatego byl tak niezwykly dla ludzi, kt'orzy go zna­li. Je'sli znalazl sie w ich poblizu, byl dla nich calym soba. Albo nie bylo go w og'ole. Ale tylko dla wybranych. Pozostalych nie zauwazal. Stano­wili obojetna szara mase zuzywajaca jedynie tlen i wode. Wybranym byl ten, kto byl «dobry». A «dobry» byl ten, kto umial czasami az tak zaryzy­kowa'c, aby zatrzyma'c sie w wy'scigu szczur'ow i rozejrze'c dookola.

Nastepnego dnia po tym, gdy on wprowadzil sie do Robin, zaraz po przyje'zdzie do Nowego Orleanu, wieczorem kto's zapukal do drzwi je­go pokoju. Jim. Nerwowym glosem zapytal:

– Sluchaj, mam na imie Jim, mieszkam w pokoju obok i teraz bar­dzo potrzebuje dokladnie dolara sze's'cdziesiat pie'c, zeby kupi'c piwo w Seven-Eleven. M'oglby's mi pozyczy'c na dwa dni?

Stypendium mialo wplyna'c na jego konto dopiero za dwa dni, mial w kieszeni okolo dw'och dolar'ow za puszki po coli i piwie, kt'ore wy­szperal w koszu na 'smieci w kuchni Robin i sprzedal. Zamierzal kupi'c za nie rano chleb na 'sniadanie i oplaci'c przejazd autobusem do uniwer­sytetu. Pamieta, ze nie zastanawial sie ani chwili. Wyciagnal portfel, wysypal wszystko, co mial, i podal mu. Kwadrans p'o'zniej Jim zapukal ponownie i zapytal, czy mogliby to piwo wypi'c razem.

Tak zaczela sie ich znajomo's'c. Juz po kr'otkim czasie niemozliwe sie stalo pozostawa'c tylko znajomym Jima. Bo trudno by'c tylko znajo­mym kogo's, o kim sie wie, ze oddalby bez wahania wlasna nerke, gdy­by zaszla taka potrzeba.

Ich przyja'z'n nie miala jednego poczatku. Nigdy sie nie ko'nczac, rozpoczynala sie wielokrotnie. I zawsze inaczej. Od momentu jednak, gdy ratowali zycie Ani, Jim stal sie po prostu fragmentem jego biogra­fii. Jak data urodzenia, pierwsza szkola i imiona rodzic'ow.

– Przepraszam pana, czy m'oglby mi pan powiedzie'c, co ten Alvarez-Vargas mial takiego w sobie, ze wszyscy pielgrzymuja do jego gro­bu? – uslyszal nagle za soba.

Poderwal sie gwaltownie, zawstydzony troche, ze kto's przylapal go na tym, ze kleczy. Odwr'ocil sie i zobaczyl grubego starszego mezczyzne siedzacego za kierownica elektrycznego w'ozka przypominajacego aku­mulatorowe pojazdy uzywane na polach golfowych. Mial sk'orzany kowbojski kapelusz na glowie, telefon kom'orkowy przypiety do paska spodni i pager zapiety za kieszenia na piersiach brazowej koszuli. Byl opalony i nosil okulary przeciwsloneczne. Na przedniej plycie w'ozka widnial kolorowy napis z nazwa cmentarza. Zauwazyl, ze opr'ocz nume­ru telefonu i faksu napis zawiera takze adres strony WWW cmentarza.

Teraz juz nawet cmentarze sa online – pomy'slal, troche zaskoczony.

Mezczyzna musial by'c pracownikiem cmentarza.

– M'oglbym panu oczywi'scie opowiedzie'c, ale musialby pan wzia'c kilka dni wolnego, aby wyslucha'c calej historii – odpowiedzial znie­cierpliwionym glosem. – Dlaczego to pana interesuje?

– Z r'oznych powod'ow. Przepraszam, nie przedstawilem sie panu. Jestem administratorem tego cmentarza – powiedzial i przedstawil sie imieniem i nazwiskiem, – Z tym grobem, chociaz najmniejszy na tym cmentarzu, mamy same klopoty. Od poczatku. Najpierw trzy razy prze­kladali pogrzeb, bo FBI nie chcialo wyda'c ciala. Potem na pogrzebie nie bylo prawie nikogo, chociaz zarezerwowalem standardowo kilka li­muzyn. Mialem straszne koszty, bo nikt nie chcial mi za nie zaplaci'c. Przyszly tylko jakie's dwie babcie. Jedna wygladala, jakby wstala z jed­nego z moich grob'ow, tyle ze miala mniej makijazu, niz kladzie nor­malnie na zwloki m'oj pracownik. Caly czas palila. Nawet wtedy, gdy uklekla, aby sie pomodli'c. Druga uparla sie, zeby pozwoli'c jej i's'c za trumna z jej psem. Ten pies to byl maly pudel i mial czarna wstazke na czubku glowy. Panie, ludziom naprawde juz odbija.

Westchnal ciezko i podjal opowie's'c:

– Pogrzeb organizowala jaka's kancelaria adwokacka. Nigdy nie do­wiedzialem sie tak do ko'nca, kto za to placil. Wykupili taki kawal dzial­ki jak normalnie bierze sie na bardzo porzadny obiekt z fontanna i wie­loma extras. Juz sie cieszylem, ze zarobie pare groszy, a oni tutaj kazali polozy'c te marmurowa plytke wielko'sci wizyt'owki i posia'c trawe do­okola. Wyobraza sobie to pan? Panie, to jest marnotrawienie wsp'olne­go dobra. Gdyby tak kazdy robil i kupowal prawie ar parceli i sial trawe zamiast inwestowa'c w obiekty, to ten cmentarz mozna by zamkna'c, bo byloby tu tak smutno jak na pogrzebie i zywa dusza by tutaj nie zajrza­la. Ten cmentarz, panie, to jest zaraz po jazzie najlepsze, co moglo sie zdarzy'c temu miastu.

Zdjal okulary sloneczne i wylaczyl telefon kom'orkowy.

– Nie przeczytalem wszystkiego pisanego malymi literami w tym kontrakcie. Panie, to byl m'oj blad. Co za r'oznica, czy marmur jest z Wloch, czy z Meksyku? Zam'owilem w Meksyku, bo blizej. Po dw'och tygodniach naslali jakiego's eksperta i musialem wymienia'c plyte. Wa­zon tez. Straszne koszty. Ale to byl dopiero poczatek. On byl tutaj po­chowany jako McManus. Po trzech miesiacach kazali mi zmieni'c nazwi­sko na Alvarez-Vargas. Panie, slyszal pan kiedy's, zeby nieboszczykowi zmienia'c nazwisko po pogrzebie??? Nie chcialem zmienia'c, ale okazalo sie, ze oni to zapisali w kontrakcie. Zostaly 'slady po literach z poprzed­niego nazwiska. Szlifowanie nic nie pomoglo. Znowu musialem spro­wadza'c marmur z Wloch. Dobrze, ze chociaz wazon moglem zostawi'c. Ten wazon, panie, jest prawie tak samo drogi jak ta plyta. Zamilkl na chwile.

– Moge zapali'c? – zapytal, wyciagajac metalowe pudelko z cygara­mi. Wr'ocil do w'ozka i specjalna gilotynka odcial ustnik grubego cygara. – Pytam, panie, bo niekt'orzy nie chca, zeby pali'c przy ich grobach. Na­wet cygara im przeszkadzaja. Tak jakby to robilo tym nieboszczykom. Poza tym, panie, ja nie pale cygar ponizej dziesieciu dolar'ow sztuka. Pa­nie, to nie koniec. Potem byl o tym grobie caly artykul w «The Times-Picayune». Rodzina tego klienta, co lezy obok – ten po lewej – nie zauwa­zyla albo po prostu rzecz zignorowala i wylala betonowa podstawke pod reflektor trzydzie'sci centymetr'ow w glab trawnika przy grobie Alvareza. Trzydzie'sci centymetr'ow! Panie, co tu sie dzialo. Ta kancelaria adwo­kacka wystapila do sadu w trzy dni po tym, jak ich goryl, co to tutaj przychodzi z aparatem fotograficznym co trzy tygodnie, im to doni'osl. Zaskarzyli ich o wszystko, o co sie dalo. Takze o koszty za «cierpienie rodziny ich klienta». Klient to niby Alvarez, ten co tu lezy. Panie, on przeciez nie ma zadnej rodziny! M'owili mi kiedy's o jakiej's siostrze, ale nikt jej tutaj nie widzial. Gdy tylko wygrali ten proces, zaraz nastepnego dnia rano byla tutaj mala koparka. Ich wlasna. Nie wierzyli mi. Sami wywalili ten beton i posiali nowa trawe. Ci, co przegrali proces, musieli za wszystko placi'c. Dobrze im tak, szczerze m'owiac. Widzialem juz du­zo w tym miasteczku, ale oni zrobili z tego grobu plac zabaw.

Sluchal go z uwaga. W pewnym momencie zapytal:

– Kto zlecil panu dostarczanie tych r'oz do wazonu?

– Kancelaria. Mam z nimi kontrakt. Codziennie ma by'c jedena'scie bialych r'oz. Wyobrazasz pan sobie, jaka kase kto's utopil w tych kwia­tach? Od kilkunastu lat sa 'swieze r'oze na tym obiekcie. Najpierw sam przyjezdzalem tutaj codziennie. Taniej, niz zleci'c kwiaciarni. Ale potem zona zaczela mi robi'c problemy, gdy w soboty, w niedziele i nawet w 'Swieto Dziekczynienia musialem jecha'c, kupi'c i postawi'c te przekle­te r'oze. Zona od poczatku m'owila, ze za tym stoi jaka's kobieta. Odkad jej opowiedzialem o tych r'ozach i tym grobie, ona tu zawsze przychodzi. Przedtem czasami, od 'swieta, gdy przyjechala autem mnie odebra'c z cmentarza, to tylko do kaplicy zachodzila, a teraz za kazdym razem przychodzi zobaczy'c ten gr'ob. Panie, mnie to wszystko bardzo dziwi – 'sciszyl glos i rozejrzal sie dokola, jakby upewniajac sie, ze nikt ich nie slyszy – bo to byl, panie, 'cpun. Zwykly 'cpun. Wiem od mojego bratan­ka. On pracuje w dziale zab'ojstw w FBI. Jak go znale'zli podczas Mardi Gras – wie pan, to ten szalony tydzie'n u nas do tlustego wtorku, gdy ca­ly 'swiat zjezdza sie do Nowego Orleanu – na 'smietniku, to nie do's'c, ze byl podziurkowany sztyletem jak szwajcarski ser i nie mial prawej dlo­ni, to jeszcze kto's tym sztyletem, najpewniej przez przypadek, w zolad­ku otworzyl mu prezerwatywy wypelnione kokaina. Musial to polkna'c przed 'smiercia. Mial tego prawie kilo w zoladku. Umarl na gigantycz­nym haju. Bratanek mi m'owil, ze w 'sledztwie musieli przeslucha'c jaka's kobiete. Pono'c jest jakim's waznym prokuratorem w Luizjanie. On twier­dzi, ze to ona zleca to wszystko tej kancelarii. Widzialem tutaj raz, jeden jedyny raz, pewna kobiete. Obserwowalem ja dokladnie, bo zachowy­wala sie bardzo dziwnie. Stala na dr'ozce i nie podeszla do grobu. Pa­trzyla na plyte Alvareza. Stala ponad godzine i patrzyla na jego gr'ob. Ale to bylo tylko ten jeden jedyny raz. Tak mniej wiecej w rok po tym, jak wymienialem mu nazwisko. A pan, przepraszam, kim jest dla niego, je'sli mozna spyta'c?

Schylil sie wtedy, przyklakl, dotknal palcami swoich warg i opu'scil dlo'n na plyte grobu Jima. Wstal i patrzac w oczy temu grabarzowi, po­wiedzial:

– Ja? Nikim specjalnym. 'Cpali'smy razem. Tylko to.

Odwr'ocil sie i poszedl w kierunku bramy wyj'sciowej cmentarza.


ONA: Dokladnie w poludnie autobus stanal przed szklanymi prze­suwnymi drzwiami hotelu Relais Bosquet, calkowicie blokujac waska, jednokierunkowa Champ de Mars. Ignorujac w'sciekle trabienie kierow­c'ow stojacych w korku, kt'ory utworzyl sie za autobusem i r'osl z kazda chwila, kierowca wylaczyl silnik, otworzyl luki bagazowe, polecil wszystkim jak najszybciej przetransportowa'c bagaz do holu, a sam po­'spiesznie zniknal w hotelu.

Wyciagajac swoja ciezka walize, zdazyla sie spoci'c. W Paryzu tego dnia bylo 36 stopni Celsjusza i powietrze trwalo w bezruchu.

– Praktykant z biura podr'ozy mial racje, ten hotel jest naprawde w epicentrum Paryza – pomy'slala, wchodzac do klimatyzowanego ho­lu. Wiedziala to, poniewaz kierowca, szukajac tego hotelu, krazyl kilka­na'scie minut po jego okolicy. Pola Marsowe z wieza Eiffla byly wi­doczne golym okiem, do stacji metra przy Ecole Militaire bylo nie wiecej niz pie'c minut pieszo.

Tymczasem nie zamierzala nawet zbliza'c sie do recepcji. Niech naj­pierw ten caly tlum rozpierzchnie sie po pokojach.

Znalazla sk'orzana sofe naprzeciwko drzwi wej'sciowych. Usiadla wygodnie i oparla nogi na walizie, kt'ora postawila przed sofa. Obok przysiadla Alicja. Asia stala z innymi w kolejce do recepcji.

– Sluchaj. On jest cudowny. Przyjechal tutaj studiowa'c. Nie ma zo­ny ani nawet narzeczonej. M'owil mi po drodze wiersze po francusku. Poza tym jest taki opieku'nczy. Zobacz, nawet stoi w kolejce za mnie. Wcale nie jestem pewna, czy ja bede nocowa'c w tym hotelu. Zaprosil mnie na kolacje. Obiecal, ze powie mi jeszcze wiecej wierszy. Nie licz­cie wiec na mnie dzi's wieczorem.

To ostatnie zdanie Alicja wypowiedziala z odrobina dumy. Od tego momentu bylo oczywiste, ze Alicja znowu utyje. I to wcale nie przez te kolacje.

Po kilkunastu minutach, gdy przy recepcji nie bylo juz nikogo, wziela swoja torebke z dokumentami, podniosla sie z wygodnej sofy i podeszla do mlodego recepcjonisty.

– Mam zarezerwowany pok'oj jednoosobowy nad ogrodem – zacze­la po angielsku.

Recepcjonista podni'osl glowe znad ksiegi meldunkowej.

– Tak, wiem. To ja pani to rezerwowalem na zlecenie kogo's z War­szawy – odpowiedzial po polsku bez najmniejszego akcentu, u'smiecha­jac sie do niej.

Zaskoczona, przyjrzala sie mu uwazniej. Mial duze brazowe oczy i ciemne wlosy, spiete gumka w kitke z tylu glowy. Mial takze wyjatko­wo piekne, dlugie, szczuple i zadbane dlonie. Zwracala uwage na dlo­nie mezczyzn, odkad w og'ole zaczela zwraca'c na nich uwage. U mez­czyzn najpierw zauwazala dlonie, potem ich buty, a dopiero p'o'zniej cala reszte. Zauwazyla te dlonie, gdy spisywal dane z jej paszportu.

Gdy sko'nczyl, odwr'ocil sie do szafki na klucze za swoimi plecami i z przegr'odki z numerem jej pokoju wyjal klucz i oliwkowozielona ko­perte. Podajac ja, powiedzial:

– Jest juz e-mail dla pani.

Zarumienila sie, pr'obujac ukry'c rado's'c i podniecenie.

– Gdyby chciala pani co's wysla'c przez Internet, to prosze tekst zo­stawi'c w recepcji. Moja kolezanka lub ja chetnie wy'slemy to dla pani. To jest usluga bezplatna. Nasz adres mailowy znajdzie pani w materia­lach informacyjnych w pokoju.

I jak gdyby zgadujac jej my'sli, podni'osl sie z krzesla za lada recep­cji, podszedl do planu Paryza wiszacego na 'scianie obok tablicy oglo­szeniowej, zalozyl okulary i odwracajac sie do mapy, powiedzial:

– Gdyby to pania interesowalo, to w okolicy sa dwie kawiarnie internetowe. Jedna otwarta cala dobe na okraglo sto metr'ow od hotelu, obok apteki, zaraz przy wje'zdzie na nasza ulice. Ta jest bardzo droga. Musi pani liczy'c sie z wydatkiem okolo siedmiu dolar'ow za godzine w dzie'n i pieciu w nocy. Druga jest w podziemiach stacji metra Ecole Militaire i jest o polowe ta'nsza, ale czynna tylko w dzie'n i jest tam tyl­ko kilka komputer'ow, i same macintoshe firmy Apple.

Sluchala go i zastanawiala sie, skad wiedzial, ze chciala wla'snie o to zapyta'c. Schowala po'spiesznie oliwkowa koperte do torebki, podzieko­wala i poszla w kierunku windy. Gdy tylko drzwi zamknely sie i byla pewna, ze recepcjonista nie moze jej widzie'c, natychmiast wyciagnela koperte i nerwowo ja rozerwala. Oczywi'scie, e-mail od niego!

Nowy Orlean, 14 lipca

Nie moglem sobie dzisiaj przypomnie'c dokladnie czasu, gdy Ciebie nie by­lo. Masz magiczny wplyw na mnie i w zwiazku z tym wplywaj na mnie najlepiej, jak umiesz. Odkad nagle – przez Paryz – stalo sie to mozliwe, rozpaczliwie pra­gne sie z Toba zobaczy'c. Na razie nie moge sie z tym upora'c. Z tym oczekiwa­niem, l z tym napieciem. A najbardziej z tymi atakami czulo'sci. Czy mozna mie'c ataki czulo'sci? Pewnie odbieram temu cale piekno, nazywajac to w ten spos'ob. Powinienem by'c bardziej poetycki. Ale wtedy nie bylbym prawdziwy. To sa na­prawde ataki, jak astmy lub migotania przedsionk'ow serca. Gdy atak przyjdzie, gl'ownie slucham muzyki, pije lub czytam Twoje e-maile. Doszlo do tego, ze ro­bie wszystko jednocze'snie: slucham Van Morrisona, kt'orego tak lubisz, pije meksyka'nskie piwo Desperado z cytryna i dodatkowa wkladka z tequili oraz czytam jeden «mega» e-mail od Ciebie. Polaczylem sobie elektronicznie wszyst­kie listy z ostatnich 6 miesiecy i czytam je razem jako jeden ogromny list.

Czy wiesz, ze w ciagu tych 180 dni napisala's do mnie ponad 200 razy?!

To oznacza statystycznie wiecej niz jeden e-mail dziennie. Uzyla's w nich dokladnie 116 razy slowa «caluje» – chociaz tak naprawde nie wiem nawet, jak w rzeczywisto'sci wygladaja Twoje usta. Tak bardzo sie ciesze, ze nie musze Cie prosi'c o kolejna opowie's'c o nich. Niedlugo je zobacze.

Uzyla's 32 razy «dotyka'c» oraz 81 razy «pragne», ale tylko 8 razy «boje sie». Sprawdzilem to, uzywajac programu Word, wiec pomylka nie wchodzi w rachu­be. Policzylem wla'snie te slowa, o nich my'sle bowiem ostatnio cze'sciej. Wyszlo mi, ze ponad 10 razy cze'sciej pragniesz, niz sie boisz. Chociaz to tylko statystyka, poczulem sie uspokojony. Statystyka nie klamie. Klamia jedynie sta­tystycy.

CZY WIESZ MOZE, CO BEDZIE Z NAMI DALEJ????

To pewnie przez ten Paryz mam takie my'sli i stawiam az tak dramatyczne pytanie. Mam nieodparta potrzebe zdefiniowania tego zwiazku. Nazwania go, nadania mu pewnych ram i granic. Chce nagle wiedzie'c, od kt'orego punktu m'oj smutek ma sens, a rado's'c ma sw'oj pow'od. Chce takze wiedzie'c, do kt'ore­go punktu wolno mi doj's'c w moich nadziejach. W wyobra'zni i tak bylem juz we wszystkich punktach, nawet w tych najbardziej osobliwych.

Teraz juz jednak nie odwiedze na jawie zadnego punktu. Ide spa'c. Ciesze sie, ze juz za kilka sn'ow bedziesz zn'ow blizej.

Nawet na jawie jeste's przeciez juz blizej. Witaj w Paryzu! Tak bardzo chcial­bym juz lecie'c do Ciebie.

Uwazaj na siebie uwaznie. Szczeg'olnie teraz.

Jakub


Boze, co on pisze, przeciez to wla'snie ta statystyka klamie! – pomy­'slala. – Tak bardzo sie boje. Ale gl'ownie tego, ze pragne go za bardzo.

W tym momencie otworzyly sie drzwi windy. Ona stala tam ciagle z oliwkowa kartka w dloni i przyciskala ja do piersi, recepcjonista wpa­trywal sie w drzwi windy, 'smiejac sie na jej widok, rozbawiony komiczno'scia sytuacji, podczas gdy wchodzacy go's'c hotelowy pytal ja, na kt'ore pietro chce jecha'c. Nie byla pewna tak do ko'nca, na kt'ore. Za­pomniala. Spojrzala na klucz, aby sie upewni'c. Czula takie dziwne cie­plo w okolicach podbrzusza.

Wysiadla z windy naprzeciwko pokoju 1214. Wsunela karte magne­tyczna klucza w szczeline zamka i otworzyla drzwi. Wepchnela noga walizke przez pr'og. Poza waskim snopem 'swiatla, kt'ore padalo przez niedokladnie zasuniete zaslony na ogromne l'ozko, zajmujace centralna cze's'c pokoju, pok'oj byl zaciemniony. Podeszla do okna i odslonila ciezkie welurowe zaslony. Cieplo nie odchodzilo. Wzmagalo sie. Otworzyla okno.

Pok'oj, tak jak obiecywano jej jeszcze w Warszawie, byl rzeczywi­'scie nad ogrodem. Oddzielony od kamiennego podw'orza hotelu gestym zywoplotem ponaddwumetrowej wysoko'sci, byl jak plama zieleni, kt'o­ra zrobil nieopatrznie jaki's roztargniony malarz na piaskowym tle swojego pl'otna. Patrzyla na ten ogr'od, zwilzajac jezykiem wargi. W lewej cze'sci, oddzielonej od prawej wygrabiona pedantycznie alejka, znajdo­waly sie grzadki z truskawkami, porzeczki pod 'sciana i okragly klomb 2 r'ozami. Wiekszo's'c z nich byla purpurowego koloru. Uwielbiala pur­purowe r'oze. Miedzy klombem a aleja ciagnely sie grzadki fasoli, ziem­niak'ow i pas krzak'ow pomidor'ow chylacych sie do ziemi pod ciezarem owoc'ow. Grzadki fasoli w centrum Paryza! Prawa cze's'c byla poro'snie­ta trawa. Przypominal jej dzialke babci nad Bugiem. Tyle tylko, ze ta tutaj jest w samym centrum Paryza, kilkaset metr'ow od wiezy Eiffla.

Uniosla stopy jedna po drugiej i zrzucila buty. Poczula ulge. Rozsu­nela zamek sp'odnicy, odpiela guzik i pozwolila jej splyna'c powoli na podloge. Cofnela sie krok od okna i opadla na l'ozko przykryte ciezka narzuta w kwiaty. Pok'oj pachnial fiolkami, byl przyjemnie chlodny dzieki szemrzacej cicho i dyskretnie w tle klimatyzacji. Z zamknietymi oczami lezala na l'ozku, kt'ore w 'swietle od okna wygladalo jak mala scena na 'srodku pokoju. Dlo'nmi tulila do piersi oliwkowy arkusz z li­stem od niego. Odlozyla go na chwile obok. Usiadla i zdjela przez glo­we kawowy pulower, w kt'orym przyjechala. Odpiela powoli zapinki stanika i obiema dlo'nmi zsunela go sobie na brzuch. Potem przelozyla go do lewej dloni, a prawa wsunela w majtki i podnoszac nieznacznie po'sladki, zsunela je ponizej ud. Podniosla nogi do g'ory i zdjela majtki, po czym polozyla je wraz ze stanikiem na oliwkowym arkuszu. Wsune­la mala poduszeczke, kt'ora lezala obok jej glowy, pod po'sladki. Szero­ko rozlozyla nogi. Trzy palce prawej dloni wlozyla do ust i zwilzyla 'sli­na, po czym przeniosla do granicy wlos'ow lonowych. Po chwili oddychala bardzo szybko i glo'sno.


ďđĺäűäóůŕ˙ ăëŕâŕ | S@motnosc w sieci | cëĺäóţůŕ˙ ăëŕâŕ