home | login | register | DMCA | contacts | help |      
mobile | donate | ÂĹŃĹËĘŔ

A B C D E F G H I J K L M N O P Q R S T U V W X Y Z
Ŕ Á Â Ă Ä Ĺ Ć Ç Č É Ę Ë Ě Í Î Ď Đ Ń Ň Ó Ô Ő Ö × Ř Ů Ý Ţ ß


my bookshelf | genres | recommend | rating of books | rating of authors | reviews | new | ôîđóě | collections | ÷čňŕëęč | ŕâňîđŕě | add
fantasy
space fantasy
fantasy is horrors
heroic
prose
  military
  child
  russian
detective
  action
  child
  ironical
  historical
  political
western
adventure
adventure (child)
child's stories
love
religion
antique
Scientific literature
biography
business
home pets
animals
art
history
computers
linguistics
mathematics
religion
home_garden
sport
technique
publicism
philosophy
chemistry
close

đĺęëŕěŕ - advertisement



@5

JACEK, Centrum Komputerowe, Instytut Maxa Plancka, Hamburg:

Wla'snie wychodzil, gdy zadzwonil telefon.

Byla sobota, tuz przed p'olnoca, w pustym centrum komputerowym; mogla dzwoni'c tylko jego zona. Nie mial ochoty odbiera'c. Byl potwor­nie zmeczony, lzawily mu oczy od patrzenia w trzy monitory, czul ten znany wewnetrzny niepok'oj, kt'ory go nachodzil zawsze, gdy wypil wie­cej niz dziesie'c kaw i spalil dwie paczki papieros'ow. Byl w takim na­stroju, ze absolutnie nie mial ochoty wysluchiwa'c jej pretensji dwa razy, teraz przez telefon i potem w domu, gdy tylko wejdzie do mieszkania. Po raz kolejny dowie sie, ze «nigdy go nie ma w domu», ze «Ania zapo­mniala juz dawno, jak wyglada», ze «ma sie ozeni'c z tymi cholernymi komputerami» oraz ze «oni i tak nigdy tego nie docenia». On oczywi­'scie jej nie powie, ze musial tu przyj's'c, bo to wazny projekt, bo obiecal szefowi, bo oni tam w Kalifornii czekaja i nie musza wiedzie'c, ze padl im tu w Hamburgu Internet na dwie doby, przez co on byl odciety od 'swiata jak Eskimosi na dryfujacej krze i nie m'ogl zrobi'c tego wczoraj.

Nagle poczul ogromna w'scieklo's'c.

W zasadzie dlaczego nie mialbym jej tego w ko'ncu raz powiedzie'c? – pomy'slal.

On sobie tu zyly, a ona... Wr'ocil gwaltownie do telefonu, chcac jej to wszystko wykrzycze'c. Podni'osl sluchawke. To byl Jakub.

– Jacek, zdejmij mi ten e-mail z serwera w Poznaniu, prosze. To dla mnie wazne – powiedzial tym swoim cichym, zawsze troche smutnym i zachryplym glosem.

Je'sli dzwoni przed p'olnoca w sobote, po pieciu latach i zaraz po «dobry wiecz'or» m'owi takie zdanie, to musi to by'c dla niego bardzo wazne.

Nie pytal o nic, wzial tylko adres serwera, adresata tego e-maila i upewnil sie, do kiedy ma czas na jego «zdolowanie».

– Do poniedzialku, do sz'ostej rano – uslyszal, – Mozesz mi da'c wiadomo's'c na pager, gdy ci sie uda lub nie uda?

– Jakub, nawet nie watp w to, ze sie uda. Daj mi numer twojego pagera.

– Jak czuje sie Ania? – zapytal.

Gdy tylko uslyszal, ze doskonale i ze czesto pyta o niego, odlozyl sluchawke.

Zawsze pojawial sie tylko na chwile, burzyl wszystko i znikal.

Przewaznie na lata.

Wszystko wr'ocilo do niego jak dzienny sen, kt'ore mu sie ostatnio czesto zdarzaja po czerwonym winie.

Ale to nie sen.

Jakub byl niezwyklym kawalkiem jego przeszlo'sci.

Znali sie z technikum. Podziwial go od poczatku. Za ten jego m'ozg i te wytrwalo's'c. W zasadzie wszyscy go podziwiali, ale oczywi'scie nikt mu tego nigdy nie powiedzial. M'ozg nie byl w tej szkole wla'sciwym mie'sniem do podziwiania, przynajmniej otwarcie, a on innych mie'sni nie mial i na dodatek byl najmniejszy w szkole. Zawsze jaki's taki za­my'slony, troche smutny. I wciaz dostawal te listy od matki. Codziennie.

Juz cho'cby dlatego uwielbiali robi'c mu straszne 'swi'nstwa. Czasami podkradali te listy, otwierali i czytali na glos.

Co moze by'c w listach matki, kt'ora teskni?

Stal wtedy bezradny, taki bezgranicznie cierpiacy, nic nie m'owil, tylko zaciskal pie'sci i patrzyl na nich pelnym nienawi'sci i bezsilno'sci wzrokiem.

Nie m'ogl im nic zrobi'c. Bo nie mial zadnych mie'sni opr'ocz m'ozgu i oni to wiedzieli.

Ale po trzeciej klasie, po wakacjach, wr'ocil zupelnie zmieniony. Ur'osl ogromnie. Nagle byl tak samo duzy jak wszyscy inni.

Pamieta bardzo dokladnie to zdarzenie.

Kto's w trakcie niedzielnego obiadu w internatowej stol'owce glo'sno zakladal sie, czy matka Jakubka wziela pozyczke od poczty na te wszystkie znaczki. Wszyscy zaczeli sie 'smia'c. Jakub spokojnie wstal – mial iskierki w oczach i tak dziwnie sie u'smiechal – podszedl do tego, kt'ory to powiedzial, przeprosil wszystkich przy stole i walnal jego glo­wa z calej sily w talerz z rosolem. Pamieta jak dzisiaj, jak ta resztka ro­solu, co zostala w talerzu, robila sie powoli czerwona od krwi...

Wszyscy zamilkli i patrzyli, a on wyciagnal te glowe z rosolu i po­nizyl nieszcze'snika jeszcze bardziej, wycierajac mu pokrwawiona twarz serwetka, po czym wyszedl bez slowa.

To bylo piekne...

Nie pamieta, zeby ktokolwiek p'o'zniej komentowal jeszcze te listy.

Po tym incydencie Jakub nagle zaczal istnie'c. Gdy co's m'owil, slu­chali go jak wszystkich innych, gdy zapalali papierosy, on tez byl cze­stowany (co dotychczas nigdy sie nie zdarzalo), gdy szli na pota'nc'ow­ki do dziewczyn w liceum medycznym, zabierali go ze soba.

Chodzil z nimi, chociaz nigdy nie ta'nczyl. Siedzial zawsze w tym samym ciemnym kacie, nigdy nic nie m'owil i tylko patrzyl zamy­'slony.

Kiedy's jednak podczas jednej z pota'nc'owek stalo sie co's niezwyklego.

Jedna z nawiedzonych polonistek z liceum medycznego, chcac urozmaici'c karnawalowa zabawe (a tak naprawde rozdzieli'c te pary, kt'ore zaczely sie do siebie za bardzo tuli'c w ta'ncu), zorganizowala festiwal poetycki. Na podwyzszeniu przypominajacym scene recytowano wiersze. Mialo to atmosfere konkursu, kt'orego celem bylo wylonienie osoby, kt'ora wyrecytuje z pamieci najdluzszy tekst.

Pomysl perfidny, bo dla nich, chlopc'ow z technikum, poezja byla tak obca jak lod'owki Eskimosom. Nikt z nich nawet nie wyszedl na scene. Juz po kilku minutach bylo jasne, ze 'scigaja sie wylacznie chlop­cy z og'olniaka i gl'ownie po to, aby zaimponowa'c panienkom z liceum medycznego. Konkurs juz zamykano, trwal aplauz panienek dla recyta­tora, kt'ory schodzil triumfujaco ze sceny po wygloszeniu czternastominutowego fragmentu «Balladyny» Slowackiego, kiedy nagle pojawil sie Jakub. Poprosil o mikrofon i gdy wszyscy umilkli, przekornie uspra­wiedliwil sie, ze nie bedzie nawiazywal do lektur szkolnych i ze skupi sie wylacznie na... erotykach. Nie czekajac, az ucichnie szmer zdziwie­nia, cichym glosem zaczal recytowa'c.

Asnyk, Pawlikowska-Jasnorzewska, Jastrun, Przerwa-Tetmajer, Osiecka, Galczy'nski, Illakowicz'owna, Le'smian, Baczy'nski, Norwid, Staff, Czechowicz...

Bez przerwy, przez bite p'ol godziny, nie patrzac na widownie, sku­piony na jednym punkcie podlogi, wymienial nazwiska poet'ow, tytuly tomik'ow i recytowal wiersze!

Czasami gestykulowal delikatnie dlo'nmi, czasami zamy'slal sie na kilka sekund, jakby dajac sluchaczom czas na refleksje, zmiane nastro­ju lub po prostu odszukujac w pamieci tre's'c wiersza.

W pewnym momencie, w polowie wiersza Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, zszedl ze sceny i usiadl w swoim kacie. Kilkana'scie sekund trwala cisza, dziewczyny z liceum spogladaly na niego pelnym uwielbieniem wzrokiem, a ich, chlopc'ow z technikum, rozpierala duma. Ich maly Jakubek...

Poza tym Jakub byl normalny.

Pil z nimi w'odke, klal jak oni, i byl jednym z nich. Opr'ocz tego, ze mial ten m'ozg, codziennie te listy od matki i znal tyle wierszy na pa­mie'c, byl «z tej samej ksiazki».

Wszyscy wiedzieli, ze bedzie studiowal.

Nauczyciele sie go troche bali od momentu, kiedy przy calej klasie, i to podczas wizytacji, zrobil nauczycielowi fizyki wyklad na temat eks­pansji wszech'swiata, a gdy ten wypuszczony przez niego, przyznal sie, ze nie wie, kto to Hubble, nazwal go «prowincjonalnym ignorantem» i «przyuczonym do zawodu delegatem kuratorium». Pono'c starsi wizyta­torzy z tego wojew'odztwa opowiadaja sobie te historie do dzisiaj.

Zawiesili go w prawach ucznia na caly tydzie'n, a gdy przyjechal wezwany przez dyrekcje ojciec, nie pytajac nawet, o co chodzi, zrobil w gabinecie dyrektora taka awanture, ze musieli wola'c milicje.

Ojciec Jakuba nie mial innych autorytet'ow, tylko ten jeden jedyny.

Swojego Jakubka.

Byl z niego tak dumny, ze niemal unosil sie nad ziemia.

Nikt nie wie do dzisiaj, jak do tego doszlo, ale nastepnego dnia dy­rektor przeprosil oficjalnie Jakuba na apelu, a nauczyciel fizyki po dw'och tygodniach zmienil szkole.

Ich drogi rozeszly sie po szkole, on zostal w Gda'nsku, a Jakub sko'n­czyl studia matematyczne oraz, r'ownolegle, filozofie we Wroclawiu.

Czasami docieraly do niego skape informacje o nim: a to ze wygral og'olnopolska olimpiade jezyka angielskiego, a to ze studiuje dwa fa­kultety jednocze'snie, a to ze robi doktorat w USA.

Kto's kiedy's powiedzial mu, ze usunieto go ze studi'ow. Ale on w to nie uwierzyl.

Potem zachorowala ich c'orka i 'swiat sie zawalil.

Miala na imie Ania, dopiero osiem lat, byla jego najwieksza i jedy­na milo'scia, miala bialaczke i za kilka miesiecy musiala umrze'c.

Zaczal pi'c, zeby to przetrwa'c.

Plakal i pil, im wiecej pil, tym wiecej plakal. Ale nigdy nie plakal przy Ani.

Przestal wierzy'c w Boga.

Nie moglo by'c Boga. Bo je'sli byl, to znaczy, ze byl bad'z zly, bad'z bezsilny, bad'z zly i bezsilny jednocze'snie. W to nie m'ogl jednak nawet teraz uwierzy'c, wiec wykluczyl jego istnienie.

Wozili ja po wszystkich klinikach w Polsce. Ania miala aplazje, za­nik szpiku kostnego. Jedynym ratunkiem byl jego przeszczep, ale nikt tego w Polsce wtedy nie robil. Kiedy's, przez przypadek, gdy wyjatko­wo byl trze'zwy, dowiedzial sie, ze robia to w USA. Wiedzial, ze opera­cja kosztuje niewyobrazalny majatek, mimo to zaczal szuka'c. Dowie­dzial sie, ze Jakub jest na studiach doktoranckich w Nowym Orleanie i dotarl przez jego wroclawska uczelnie do jego numeru telefonu. Dwa tygodnie wahal sie, czy zadzwoni'c.

Kiedy's, pijany i odwazny, zam'owil rozmowe. Polaczenie dostal do­piero nastepnego dnia, gdy byl juz trze'zwy i nie pamietal w og'ole, ze poprzedniej nocy byl odwazny.

Przypomnial sobie jednak, ze chcial powiedzie'c Jakubowi o Ani.

Jakub sluchal uwaznie. Nagle poprosil go o wszystkie dane Ani, in­formacje o szpiku, o zaawansowaniu chemoterapii, o stanie wezl'ow chlonnych. Wydawal sie wiedzie'c o bialaczkach i przeszczepach szpiku wszystko.

Zdziwilo go to. Ale tylko na chwile. Przypomnial sobie, ze Jakub zawsze wiedzial prawie wszystko.

Pytal bez zadnych emocji. Nawet nie powiedzial, ze mu przykro z powodu Ani. Poprosil o jego numer telefonu, powiedzial, ze zadzwo­ni za dwa tygodnie, i bez pozegnania odlozyl sluchawke.

Nawet nie czekal na ten telefon.

W masie falszywych obietnic, o kt'ore sie potykali, i tanich nadziei, kt'ore im robiono, ta jedna wiecej nie miala zadnego znaczenia. Jakub po prostu byl w'owczas jedynym adresem w USA, kt'ory znal, i wyda­walo mu sie, ze przez sam fakt zwr'ocenia sie do niego zalatwil sobie spokojniejsze sumienie.

Bylo wczesne niedzielne popoludnie, gdy zadzwonil telefon.

Jakub.

Nigdy nie zapomni tej rozmowy.

– Pile's juz? – zapytal.

– Jeszcze nie... bo mam dzisiaj jecha'c do szpitala do Ani – odparl.

– To dobrze. Sluchaj teraz uwaznie. Wsiadziesz teraz w samoch'od i pojedziesz do Warszawy na lotnisko. O 20.30 laduje samolot LOT-u z Nowego Jorku, jest w nim czlowiek, kt'ory ma dla ciebie pisemne gwarancje przyjecia Ani do Tulane University Clinic w Nowym Orle­anie na operacje przeszczepu szpiku, przyrzeczenie wydania wizy dla Ani przez ambasade USA w Warszawie oraz numer rezerwacji na lot Ani do Nowego Jorku w piatek. Zarezerwowalem jej dwa miejsca w business class. Masz odebra'c to wszystko od niego i bilet w Locie w Warszawie w poniedzialek rano. We wtorek sprzedasz samoch'od, dasz lap'owke w biurze paszport'ow i zalatwisz, zeby ona miala paszport na 'srode. W czwartek odbierzesz wize w ambasadzie, a w piatek wsa­dzisz Anie do samolotu. Jaja przejme w Nowym Jorku i zabiore do sie­bie, do Nowego Orleanu. Jest dawca szpiku. Zalatwilem sfinansowanie tej operacji, wiec prosze, nie nawal. Zadzwonie we wtorek wieczorem – powiedzial i odlozyl sluchawke.

A on stal jak oslupialy i trzymal te sluchawke jeszcze bardzo dlugo i upewnial sie, czy wszystko pamieta, a lzy plynely mu po policzkach, chociaz wcale nie byl jeszcze pijany...

Wszystko bylo tak, jak Jakub m'owil. Tylko paszport zona wyplaka­la bez lap'owki.

Musieli jednak i tak sprzeda'c samoch'od. Na inna lap'owke: zeby za­latwi'c transport Ani helikopterem ze szpitala na lotnisko w Warszawie. W piatek rano stali na tarasie Okecia, trzymali sie za rece i patrzyli, jak startuje ten samolot.

Jakub zadzwonil z Nowego Jorku z wiadomo'scia, ze Ania dotarla szcze'sliwie i ze jest bardzo dzielna. Potem dzwonil juz codziennie.

Zona zupelnie zwariowala. Wziela urlop, zeby by'c blisko telefonu przez caly czas. Zakazala wszystkim do nich dzwoni'c, «bo blokuja li­nie». A gdy telefon milczal zbyt dlugo, co jaki's czas podnosila sluchaw­ke, zeby sie upewni'c, ze nie jest zepsuty. Praktycznie nie wychodzila z domu i nie spala, bo bala sie, ze nie uslyszy, gdy zadzwoni.

On pil bez przerwy.

Po pieciu tygodniach pojechali po Anie do Warszawy, Wiedzieli juz, ze bedzie zyla.

Gdy wr'ocili tego dnia wieczorem zmeczeni podr'oza i Ania spala znowu w swoim pokoju, poszli do niej, przyklekli przy jej l'ozeczku i objeci, patrzac na nia, plakali.

Wiedzial doskonale, ze oboje czuja w tej chwili dokladnie to samo: najczystsza, ogromna wdzieczno's'c bez granic. Wdzieczno's'c dla innego czlowieka.

Nagle pomy'slal, ze B'og jednak istnieje. Tylko nie bylo go przez ja­ki's czas.

Nie wyobrazal sobie, jak ogromnym ciezarem moze by'c niewyra­zalna wdzieczno's'c. Czekali tego wieczoru na telefon od niego, chcieli mu co's powiedzie'c. Cokolwiek, co zawiera w sobie podziekowanie.

Ale nie zadzwonil.

Nie zadzwonil ani tego wieczoru, ani przez nastepne dwa lata. Taki byl.

I wtedy, tego wieczoru, on pr'obowal zadzwoni'c do niego. Zam'owil rozmowe i powiedzial, ze zaplaci kazda sume za natychmiastowe pola­czenie. Powiedzieli, ze to USA, ze powinien zrozumie'c i ze polacza go, ale najpredzej za osiemna'scie godzin.

Tego wieczoru postanowili wyjecha'c z tego kraju.

I gdy go teraz pytaja, dlaczego wyjechal z Polski, to m'owi, ze wyje­chal, bo nie m'ogl wyrazi'c wdzieczno'sci, a oni sie 'smieja i mu nie wierza.

A to jest prawda, cala prawda.

Z zamy'slenia wyrwal go telefon. Tym razem to byla zona.

– Czy ty wiesz, do cholery, ze w mojej dzielnicy Hamburga jest juz niedziela? – zaczela. Nie dal jej sko'nczy'c.

– Dzwonil Jakub, potrzebuje mojej pomocy – powiedzial.

– Jakub...?

Minelo kilka sekund, zanim zapytala:

– Mam przyjecha'c ci pom'oc?

U'smiechnal sie, zdziwiony nagle tym pytaniem.

– Nie, nie mozesz mi pom'oc. Prosze, nie zamykaj drzwi na klucz, zebym nie obudzil Ani, gdy bede wracal.

– Oczywi'scie. Poza tym i tak nie zasne, zanim wr'ocisz. Jacek, pro­sze cie, pom'oz mu.

Oczywi'scie, ze pomoze! Zalatwi ten serwer tak, ze sie nie podniesie!

Nawet gdyby mial pojecha'c teraz do Poznania i rozwali'c go siekie­ra lub wyskroba'c ten jego e-mail zyletka z ich dysk'ow.

Wiedzial, ze nie bedzie musial nigdzie jecha'c. Poczul nagle to wy­zwanie. Tak jak wtedy, gdy zaraz po przyje'zdzie do Niemiec, jeszcze w trakcie studi'ow we Frankfurcie nad Menem zalatwiali z takimi jak on hakerami komputery IBM w Heidelbergu lub pr'obowali sie wlama'c do centrali Commerzbanku. Chichotal z duma, gdy nastepnego dnia czytal w prasie o «kolejnej nieudanej pr'obie wlamania do centralnego komputera do...» i tu wymieniano nazwe jakiej's powaznej instytucji. Wiedzial, ze wieczorem bedzie musial tlumaczy'c swojej narzeczonej, ze nieudana pr'oba oznacza, ze komputer jeszcze ciagle jest, a udana pr'oba oznaczaloby, ze sie spalil.

To bylo cool i dzialalo jak narkotyk. Z tamtych czas'ow pozostalo bardzo niewiele: kilka od'swiezanych kartkami na 'swieta przyja'zni, pa­re poz'olklych wycink'ow z gazet, wspomnienia.

Ale takze notes z haslami, kt'ore otwieraly mu dostep praktycznie do wszystkich komputer'ow w Niemczech.

Zrobil kolejna kawe i wlaczyl sw'oj komputer.

Najpierw zapoznal sie z serwerem w Poznaniu.

Natychmiast zauwazyl, ze jest chroniony przed atakami z zewnatrz poprzez firewall,rodzaj wyrafinowanego ochronnego programu, kt'ory pelni role swoistego elektronicznego straznika, i... ucieszyl sie. Nie czulby tego sukcesu, gdyby to bylo latwe.

Potem wyszukal w notesie hasla, kt'ore dali mu kiedy's koledzy, otwierajace dostep do craya na uniwersytecie w Monachium, Berlinie i Stuttgarcie. Nie ma szybszych komputer'ow niz cray. W tym bogatym kraju byly tylko cztery takie komputery lacznie z tym, na kt'orym praco­wal on tutaj, w Hamburgu.

Zalogowal sie jednocze'snie na trzech z nich.

Uruchomil na wszystkich jednocze'snie swoja perelke, program, kt'o­ry sam napisal, a kt'ory robil jedna wspaniala rzecz: pisal anonimy. Po prostu zamienial adres jego sesji w Berlinie, Monachium i tutaj w Ham­burgu na nieistniejacy. Nawet je'sli ich madry firewall w Poznaniu za­notuje, skad byl atak, to i tak dostana adres z nieistniejaca ulica w nie­istniejacym mie'scie i nieistniejacym kraju.

Minelo p'ol godziny, a on juz byl gotowy.

Zapalil papierosa, poszedl po piwo do lod'owki w kuchni, spojrzal na zegarek i w zasadzie juz chcial «odpali'c» jednocze'snie trzy progra­my: tutaj w Hamburgu, w Berlinie i Monachium. Wiedzial, ze takiego ataku nie wytrzymalby nawet serwer Pentagonu. Plan byl prosty. Za­atakuje stad, z Hamburga, wyko'nczy go z craya w Monachium, a po­prawi z Berlina.

Bo jest najblizej Poznania – za'smial sie w duchu.

W tej sekundzie zdal sobie sprawe, ze zalatwia caly komputer tylko po to, zeby zniszczy'c jeden jedyny mail. Nagle poczul nieodparta che'c dowie­dzenia sie, co moze w nim by'c. Musi, to by'c pewnie co's niesamowitego.

Postanowil, razem ze swoim sumieniem, ze dla dobra sprawy i dla dobra nauki ma prawo zapozna'c sie z tym mailem przed zniszczeniem.

Wstrzymal atak, uruchomil program, kt'orym zlamal haslo progra­mu pocztowego, i mail byl jego.

Lyknal piwa i zaczal czyta'c.

Czytal i czul, ze caly drzy.

Nie przeczuwal, ze przeczyta kiedykolwiek tak piekny tekst o milo­'sci, tesknocie, zagubieniu, zazdro'sci, niewierno'sci i karze za to...

Jakim niezwyklym, niepowtarzalnym zjawiskiem musi by'c ona, skoro Jakub napisal taki tekst.

Zazdro'scil mu.

Przypomniala mu sie znowu szkola. Zdarzenie z czas'ow, gdy Jakub ciagle byl jeszcze «maly».

Mieli napisa'c wypracowanie na temat «Pozegnania z Maria» Borowskiego. Zostalo pietna'scie minut do ko'nca lekcji, gdy nagle polo­nistce przypomnialo sie, ze nie sprawdzala jeszcze tych wypracowa'n. Wywolala Jakuba. Wszyscy odetchneli z ulga, a on zaczal czyta'c. Napi­sal tak pieknie, tak wzruszajaco o 'smierci, o cierpieniu, o trwaniu, o przemijaniu, o godno'sci czlowieka, ze polonistka plakala. Nie mogac sie powstrzyma'c, wyszla z klasy, zanim sko'nczyl, ale on, nie zwracajac na to uwagi, czytal dalej. Wszyscy sluchali w oslupieniu i takiej ciszy jak tamta nie bylo w tej klasie jeszcze nigdy przedtem.

I juz nigdy potem.

Nagle zadzwonil dzwonek na przerwe, ale nikt sie nie podni'osl. Ja­kub sko'nczyl czyta'c i usiadl cicho, podczas gdy wszyscy inni wycho­dzili z klasy na ko'nczaca sie przerwe i nikt nie chcial spojrze'c mu w oczy, bo kazdy wstydzil sie tej slabo'sci, kt'ora przed chwila okazal.

Bo on ciagle byl tym najmniejszym w szkole Jakubkiem.

Tylko on, Jacek, przysiadl sie na chwile do niego, poklepal po ra­mieniu i powiedzial:

– Nie martw sie, Jakub. To nie tylko ona. Ja tez plakalem.

Czas nadszedl.

Uruchomil najpierw program u siebie, potem w Monachium i na ko'ncu w Berlinie.

Odczekal kilka minut i spr'obowal polaczy'c sie z serwerem w Po­znaniu. U'smiechnal sie zadowolony.

Serwera w Poznaniu juz nie bylo.

To znaczy byl, ale tylko kupa krzemowego gruzu.

Wybral numer pagera Jakuba na stronie WWW, kt'ora pozwalala prze­syla'c wiadomo's'c na pager wprost z Internetu, i napisal:

Poznania juz nie ma. Ona z pewno'scia tego nigdy nie przeczyta. Jacek


Wyslal to i pomy'slal, ze Jakub jednak nie jest z tej samej ksiazki, i wylaczyl komputer, dopil piwo i poszedl powoli do windy.


ON: Siedzial od kilkunastu godzin w swoim biurze w Monachium. Cisze zakl'ocal tylko odglos uderzanej klawiatury jego komputera. Za­czynala sie niedziela.

Czekal.

Pr'obowal skupi'c sie na artykule, kt'ory wla'snie odszukal w Internecie. Wydawalo mu sie, ze to zdejmie z niego niepok'oj.

Niepok'oj jednak nie mijal. Przeradzal sie w strach.

Bal sie, ze utraci ja bezpowrotnie, gdy ona przeczyta ten e-mail, kt'o­ry do niej wyslal. Napisal go w samym centrum eksplozji zazdro'sci, zwatpienia i tesknoty.

Dotychczas 'swietnie udawal brak zazdro'sci lub maskowal jej obec­no's'c. Uczyl sie tego dlugo, a fakt, ze sie nie widywali, pomagal mu. Co's takiego jak wyraz twarzy, spojrzenie, nastr'oj, ton glosu, nerwowo's'c lub zniecierpliwienie nie przez nia odbierane. Emocje wyrazane jedynie tek­stem, a tak bylo w ich przypadku, dawaly sie latwiej kontrolowa'c.

Zastanawial sie czasami, czy wla'snie ta mozliwo's'c poslugiwania sie jedynie tekstem nie jest tym, co fascynuje w takich internetowych zwiazkach. Niekt'orzy wymy'slaja niezwykle przekonujace klamstwa, ale wiedza, ze nigdy ich nie wypowiedza, bowiem i tak przez drzenie glosu lub zaczerwienienie twarzy pozostana niewiarygodni. Najpewniej wiedza o tym takze autorzy anonim'ow.

Ona mogla odebra'c tylko to, co napisal, i najwyzej mogla to wzmocni'c swoja wyobra'znia. Nawet gdy czula wiecej, niz sobie zy­czyl, nie mogla odczu'c w jego slowach zazdro'sci.

To, ze nie mogla, bylo jego sukcesem i kosztowalo go bardzo wiele. Bo fakt, ze nie nalezala tylko do niego, doprowadzal go ostatnio do obledu. A my'slal jeszcze do niedawna, iz nie boli go my'sl, ze ona co wiecz'or idzie do l'ozka z innym mezczyzna. Wydawalo mu sie, ze ten facet bioracy ja jak swoja, gdy tylko ma na to ochote, jest jak fragment zyciorysu, kt'ory jej sie przytrafil, gdy jego, Jakuba, jeszcze nie bylo w jej zyciu. Ten mezczyzna przydarzyl sie jej po prostu przed wielkim meteorytem, kt'orym byl oczywi'scie on, Jakub.

Wierzyl, ze mezczyzna ten niebawem zniknie. Jak dinozaur.

Dinozaury tez wyginely dopiero w jaki's czas po uderzeniu takiego meteorytu lub komety, a nie od razu. Gl'ownie na skutek ciemno'sci, jaka zapadla nad Ziemia. Uderzenie spowodowalo, ze Ziemia spowita zostala chmura nieprzeniknionego dla promieni slonecznych pylu. Pyl zatrzymal wegetacje ro'slin, co spowodowalo wymarcie dinozaur'ow ro'slinozernych. Po nich wyginely te wszystkie dinozaury, kt'ore zzeraly inne dinozaury.

Tak wla'snie sobie tlumaczyl po drugiej butelce chianti, ze ten jej maz dinozaur wymrze, nawet gdyby sie zdrowo odzywial i jadl tylko warzywa. I opr'ocz tego, ze go po prostu nie bedzie, jeszcze przyczyni sie tym do og'olnego postepu.

Dinozaury tez byly zbednym balastem cywilizacji. Ich program ge­netyczny – jest prawie pewne, ze mutacje genowe u dinozaur'ow juz wiecej nie wystepowaly – spelnil sie do ko'nca, co grozilo, ze na tej pla­necie nigdy nie bedzie ludzi.

I Internetu tez nie bedzie.

Ale tak sie na szcze'scie nie stalo. Meteoryt uderzyl i dinozaury wygi­nely, ustepujac miejsca szczurom. Te superinteligentne stworzenia zyja­ce w norach i przyzwyczajone do ciemno'sci, kt'ora tak skutecznie wy­niszczyla dinozaury, wyszly na zewnatrz i zaczely szybko ewoluowa'c.

Czy on tez byl takim szczurem? Nie. On na pewno nie!

Zreszta teoria z meteorytem jest tylko jedna z wielu. Bywalo, ze sie z nia nie zgadzal. Wszystko zalezalo od tego, ile wina wypil.

Poza tym chcial mie'c przywilej znacznie wazniejszej wylaczno'sci.

Wylaczno'sci na jej my'sli.

Chcial, aby tylko o nim my'slala, gdy przezywa rado's'c, podejmuje decyzje, jest wzruszona lub rozmarzona. Zeby tylko o nim my'slala, gdy slucha muzyki, kt'ora ja fascynuje, gdy 'smieje sie do lez z dowcipu lub placze rozczulona w kinie. Chcial, aby o nim my'slala, gdy wybiera bie­lizne, szminke, perfumy lub odcie'n farby do wlos'ow. Zeby tylko o nim my'slala na ulicy, gdy odwraca onie'smielona glowe na widok calujacej sie pary. Chcial by'c jej jedyna my'sla rano, gdy sie budzi, i wieczorem, gdy zasypia.

Chociaz nie odwazyl sie jej o to zapyta'c, byl pewien, ze sie masturbuje.

Byla zbyt inteligentna, aby tego nie robi'c.

Tylko kobiety, kt'ore sie masturbuja, dobrze wiedza, co je podnieca i umieja o to poprosi'c. Ponadto akt masturbacji jest jedynie dodatkiem do prawdziwego aktu, kt'ory ma miejsce w m'ozgu. Podbrzusze jest tyl­ko scena, na kt'orej sie to rozgrywa. Byl pewien, ze ona masturbuje sie, my'slac o nim. Tak, to byla wla'snie ta wylaczno's'c: by'c w jej m'ozgu – i w jej palcach – w takim momencie.

Czy mozna by'c w og'ole blizej kobiety niz wtedy, gdy ona rozlado­wuje napiecie swoich fantazji, wiedzac, ze nic, absolutnie nic i przed nikim nie musi udawa'c?

Nawet je'sli to nie on caluje to podbrzusze, to i tak jest to jego scena.

Mimo to coraz cze'sciej czul, ze to mu nie wystarcza. Zauwazyl ostat­nio w rozmowach z nia na ICQ, a takze w jej e-mailach, ze znalazla sw'oj modus vivendi i nauczyla sie zy'c, wedlug niego przytulnie i wygodnie, miedzy dwoma mezczyznami: swoim mezem i nim. Kazdy z nich dostar­czal jej innego rodzaju dozna'n, ale w efekcie, rozzuchwalona tym faktem, ze on pokonal zazdro's'c lub jej nie okazuje, przestawala kry'c, ze ta sytu­acja jej nie przeszkadza, nie niepokoi, nie denerwuje lub nie frustruje.

M'ogl ja zapyta'c, czy tak jest w istocie. Nie robil jednak tego, bojac sie, ze to potwierdzi wprost. Wpadl we wlasna pulapke: meska duma w polaczeniu z wrazliwo'scia zaczynala by'c jak rana na stopie, kt'ora sie zaognia na skutek chodzenia. A chodzi'c musial.

Jednak, gdy w piatek przyslala mu fotografie z ostatniego przyjecia zorganizowanego przez firme meza i zobaczyl ja w jego objeciach, ca­ly ten model wylaczno'sci rozsypal sie jak domek z kart. Nagle zdal so­bie sprawe, ze to mezczyzna z fotografii bywa w niej palcami, jezykiem i penisem, ze to przy facecie z fotografii ona szepcze, jest wilgotna i moze nawet krzyczy z rozkoszy. Uderzyl sie ta my'sla w sam 'srodek rany i w b'olu po tym uderzeniu napisal list i wyslal.

Gdy b'ol minal, kipial ze wstydu. To, co zrobil, kl'ocilo sie przeciez z cala jego filozofia, kt'ora tak gorliwie jej wykladal i z kt'ora ona tak gor­liwie i tak bezskutecznie dyskutowala. Przeciez to nikt inny jak on prze­konywal ja caly czas, ze 'smieszy go na przyklad powszechne skojarze­nie milo'sci z banalnym i w gruncie rzeczy do's'c komicznym aktem, ze kto's komu's co's gdzie's wklada, ze gdy zastanowi'c sie nad tym glebiej, to trudno nie zauwazy'c, ze banalno's'c tego aktu wrecz obezwladnia. Prze­ciez nikt inny jak on przekonywal ja caly czas, ze odnajduje znacznie wiecej milo'sci w tym naglym przeplywie energii miedzy 'zrenicami.

I po tym wszystkim mialaby przeczyta'c ten lzawy mail o jeszcze jednym samcu, kt'ory ma psychosomatyczne b'ole serca i prostaty z za­zdro'sci?!

Nagle poczul wibracje. To byl pager w jego kieszeni. Wyjal go i przeczytal wiadomo's'c z Hamburga.

Udalo sie!

Ona nie przeczyta tego tekstu.

Przynajmniej dzisiaj go nie przeczyta.

Wiadomo's'c, ze Jacek wie o niej, nie zmartwila go specjalnie. Po pierwsze, byl pewien jego absolutnej dyskrecji, a po drugie, dobrze wiedzial, ze Jacek dotrze do tego tekstu w Poznaniu. I przeczyta przed zniszczeniem.

Jacek mial zawsze specyficzne i przewrotne poczucie uczciwo'sci i lojalno'sci. M'ogl mu przeciez nie m'owi'c, ze zna tre's'c tego listu. Dla Jacka przeczyta'c cudzy list bylo okay, ale nie powiedzie'c o tym bylo perfidne i zdradzieckie.

Wiec powiedzial.

Jacek...

Ich zycia spl'otl na zawsze i nierozerwalnie niezwykly dramat. Ostatnio my'slal czesto o tamtych zdarzeniach. Niekt'ore wzruszenia, kt'ore ona ostatnio w nim wywolywala, byly jak deja vu tego, co przezyl wiele lat temu w Nowym Orleanie. Pamieta ten nocny telefon, jakby to bylo wczoraj, a minelo przeciez kilkana'scie lat.

Dobiegal ko'nca 'osmy miesiac jego stazu naukowego w Tulane University w Nowym Orleanie. Od kilku tygodni znajdowal sie w stanie nieustannego umyslowego i emocjonalnego rauszu. Projekt, nad kt'o­rym pracowal i kt'ory stanowil material jego doktoratu, wszedl w decy­dujaca faze. Dwudziestu ludzi na kilku uniwersytetach w calych Sta­nach pisalo oddzielne moduly jednego unikatowego programu do sekwencjonowania DNA, co w efekcie mialo umozliwi'c skonstruowa­nie swoistej genetycznej mapy bakterii wywolujacej tyfus. Projekt byl brawurowy i skupil egzotycznych ludzi. Stanowili zesp'ol maniak'ow napedzanych ciekawo'scia, ambicja i checia przezycia naukowej przy­gody, jakie zdarzaja sie bardzo rzadko. Projekt, gdyby sie powi'odl, otworzylby droge do rozpoczecia prac nad opracowaniem mapy genomu czlowieka. Tego swoistego wzoru czlowieka zapisanego na znanej wszystkim skreconej w podw'ojna spirale drabinie DNA.

On byl jednym z tych, kt'orzy ten wz'or pr'obowali stworzy'c.

Drobny doktorant z Polski, z wyrobionym przez socjalistyczna rze­czywisto's'c i skrywanym troskliwie i gleboko przed 'swiatem komplek­sem naukowca z drugiej ligi, nagle znalazl sie w zespole, kt'ory zabieral go na absolutnie finalowy mecz superligi 'swiatowej. Trener byl noblista z Harvardu, pieniedzy mieli jak Eskimosi 'sniegu i wszyscy chcieli zagra'c mecz swojego zycia.

Dopiero co przyjechal z kraju, kt'ory ludzie z zespolu znali gl'ownie z dobrej w'odki i trudnego do wym'owienia nazwiska niezwykle wyga­danego elektryka.

Dali mu, nie m'owiac o tym ani slowa, trzy miesiace, aby pokazal, co umie. Obserwowali go.

Po tych trzech miesiacach pewnego dnia zadzwonil w jego biurze telefon i Janet, sekretarka, tym swoim seksownym glosem, kt'orego me­lodie pamieta do dzisiaj, zapowiedziala rozmowe z kierujacym projek­tem profesorem z Harvardu. Bezwiednie wstal z krzesla, gdy rozpocze­li rozmowe. Profesor przewrotnie zapytal go, czy «znalazlby czas» i czy «tematyka pokrywa sie z jego zainteresowaniami», bo je'sli tak, to «im zalezy». Pamieta tylko, ze tulil, roztrzesiony w swej rado'sci, sluchawke telefonu do ust, gdy sko'nczyli rozmawia'c, i wiedzial juz, ze «za kwa­drans w Internecie prze'sla mu haslo otwierajace dostep do program'ow sekwencjonowania DNA» i ze «pojutrze ma by'c w Nowym Jorku na posiedzeniu calej naszej grupy».

Dzisiaj wie, ze tamta kilkuminutowa rozmowa zmienila jego zycie.

Po tej rozmowie takze po raz pierwszy zarejestrowal u siebie pewna niezwykla prawidlowo's'c. Rado's'c i zadowolenie z siebie o pewnym, przekraczajacym warto's'c progowa nasileniu – a tak bylo wtedy po tej rozmowie – wywolywaly u niego ogromne podniecenie seksualne. Gdy sko'nczyl rozmowe z tym profesorem, byl nie tylko ekstremalnie szcze­'sliwy i ekstremalnie dumny z siebie, ale mial takze ekstremalna erekcje. Nie mialo to nic wsp'olnego z tym, ze od kilku miesiecy nie dotykal zadnej kobiety. Wprawdzie pamieta, ze po tych kilku miesiacach total­nego celibatu odwracal na ulicy glowe za wszystkim, co chodzilo i mia­lo piersi, ale w tym wypadku wykluczyl taka przyczyne. Wie to na pewno, p'o'zniej bowiem zdarzalo mu sie to nawet wtedy, gdy rado's'c i duma z siebie powyzej warto'sci progowej przytrafialy mu sie w kilka godzin po satysfakcjonujacym i wyczerpujacym seksie.

Przeczytal wszystko o mechanizmach erekcji u mezczyzn, wiedzial o inicjacji tego zjawiska przez zwiekszone stezenie tlenku azotu we krwi, czytal o inhibitorach enzymu PDE5, o wypelnianych i opr'oznia­nych cialach jamistych, o cyklicznych cGMP i tym podobnych szalenie powaznych, madrych i naukowych uzasadnieniach. M'ogl doskonale zrozumie'c, ze zdarza mu sie dzienna erekcja, gdy dluzej idzie po wyjat­kowo stromych schodach za Janet do ich instytutowej stol'owki w Bruff Commons na lunch i obserwuje jej nigdy nie skrepowane zadnymi majtkami po'sladki w sk'orzanych spodniach opietych do granic. Nie po­moglo mu to jednak zrozumie'c, dlaczego zdarza mu sie takze wtedy, gdy – mimo ze nie bylo, opr'ocz ukrytych gleboko w szufladzie pod pa­pierami kilku egzemplarzy «Playboya», absolutnie nic erogennego w jego pustym, dusznym biurze – gdy czyta publikacje bardzo waznych ludzi powolujacych sie na jego publikacje. Widocznie pragnienie po­dziwu i pragnienie kobiety wywoluja u niego identyczne reakcje. Gdy zastanowil sie nad tym, dziwil sie mniej. Historia tragedii wywolanych przez mezczyzn zdobywajacych upragnione kobiety byla r'ownie dluga i okrutna jak lista nieszcze's'c wywolanych przez tych zdobywajacych podziw za wszelka cene.

Zauwazyl takze, ze erekcja po napatrzeniu sie po'sladkom Janet i erekcja z pr'ozno'sci byly prawie takie same pod wzgledem intensyw­no'sci i sily wewnetrznego napiecia, kt'ore wywolywaly. Jedyna r'oznica polegala na tym, ze Janet mogla te swoja jeszcze nasili'c, m'owiac cokol­wiek w czasie lunchu. Bo Janet miala glos, kt'ory m'ogl podnie's'c steze­nie tlenku azotu we krwi tak, ze w zylach robily sie bable. Nie m'owila prawie nigdy madrych ani interesujacych rzeczy. Zreszta, to nie bylo istotne. Janet miala po prostu wprawia'c w drgania swoje struny gloso­we i wzmacnia'c je ruchem jezyka i warg, a najlepiej, aby przy tym jej wargi byly pogryzione na skutek wydarze'n minionej nocy lub inten­sywnie czerwone od szminki; Janet dbala o to, aby cho'c jeden z tych warunk'ow byl zawsze spelniony. Drgania nie musialy uklada'c sie w zadne sensowne slowa lub zdania. I chociaz Janet nalezala do tej gru­py kobiet, kt'ore silnik samochodowy z wtryskiem mylily z silnikiem z wytryskiem, on i tak uwielbial jej slucha'c.

Szczeg'olnie gdy m'owila o wytrysku tym swoim wilgotnym glosem.

Pamieta, ze wtedy, po tej rozmowie z profesorem, jego erekcja osia­gnela taka intensywno's'c, ze odczuwal autentyczny fizyczny b'ol. Pa­mieta tez, ze zamknal swoje biuro na klucz od 'srodka, zadzwonil do Ja­net pod byle pretekstem, aby tylko uslysze'c jej glos, i zaczal sie onanizowa'c. Janet opowiadala mu jaka's idiotyczna historie przez tele­fon, on lewa dlonia zakryl mikrofon sluchawki, aby nie mogla slysze'c, co sie z nim dzieje, a prawa robil to sobie. Gdy sko'nczyl, Janet ciagle jeszcze m'owila, a on zdal sobie z przerazeniem sprawe, ze ejakulowal, fantazjujac o mapie genomu pewnej bakterii powodujacej tyfus.

Czasami zastanawial sie, czy i ta perwersja byla uwarunkowana ja­ka's sekwencja gen'ow w podw'ojnej spirali.

Je'sli tak, to jego sekwencja i tak ulozyla sie nie'zle. Znal znacznie gorsze perwersje z tejze tematyki.

Kiedy's, zafascynowany powie'scia Prousta, postanowil dowiedzie'c sie czego's wiecej o nim samym. To, co przeczytal, bylo do's'c szokujace. Ten drobny, cherlawy, zawsze chory, kaszlacy, egzaltowany, chorobli­wie wrazliwy i wymagajacy zawsze kobiecej opieki syn arystokraty mimo niezwyklego wrazenia, jakie wywieral na kobietach, sam wyznal, ze onanizowal sie do's'c regularnie. Gl'ownie podpatrujac mlodych chlopc'ow, rozbierajacych sie przed p'oj'sciem do l'ozka. Czasami gdy i to nie dostarczalo mu satysfakcji, kazal sluzacemu wnosi'c do sypialni oslonieta jedwabna czarna apaszka klatke z dwoma szczurami. Jeden byl ogromny i wyglodzony, drugi maly i leniwy z przejedzenia. Proust, onanizujac sie, zdejmowal apaszke przykrywajaca klatke i gdy duzy glodny szczur pozeral malego... on ejakulowal. W pierwszym odruchu poczul obrzydzenie. Potem, po glebszym zastanowieniu, postanowil przeczyta'c wszystko, co Proust napisal. Odraza zniknela.

Jeszcze inna sekwencje musial nosi'c w sobie przystojny, kochany przez kobiety John Fitzgerald Kennedy, prezydent USA, kt'ory, umiera­jac tak spektakularnie w Dallas, stal sie nie'smiertelny. Z publikowa­nych wspomnie'n o nim wylania sie obraz seksoholika o wyrafinowa­nych preferencjach seksualnych. Kennedy szczeg'olnie upodobal sobie akty milosne w wannie, gl'ownie ze wzgledu na nieustanne b'ole krego­slupa. Kobiety, kt'ore kochaly sie z nim, zazwyczaj staly nachylone po­za wanna i calujac go, pie'scily jego cialo. Gdy zblizal sie finalny mo­ment – dla Kennedy'ego oczywi'scie – do lazienki wpadal ochroniarz i chwytajac kobiete za kark, przytapial ja w wannie. W momencie gdy ta resztkami sil, w konwulsjach, usilowala sie uwolni'c, Kennedy rze­komo z rozkosza ejakulowal.

Sekwencja gen'ow odpowiedzialna za te perwersje wydala mu sie zdecydowanie gorsza niz ta u Prousta.

Wtedy jednak nie interesowal go ani Proust, ani Kennedy, wtedy my'slal tylko o tym, co sie zdarzylo i co bedzie dalej. Nagle stal sie cze­'scia «naszej» grupy i od tego dnia sekwencjonowanie gen'ow pewnej bakterii stalo sie najwazniejsza sprawa jego zycia.

Majac taka mape, mozna by «przetlumaczy'c» ja na bialka sterujace procesami zyciowymi, znajac biochemie tych bialek mozna by wie­dzie'c na przyklad, jaki gen odpowiedzialny jest za wytwarzanie przez organizm ludzki dopaminy, kt'orej niedomiar prowadzi do choroby Parkinsona, a jej nadmiar jest rejestrowany (zazwyczaj przez bardzo kr'ot­ki okres) w przypadku stanu powszechnie opisywanego w literaturze nienaukowej jako stan zakochania. Nie do's'c, ze wyleczyliby ta wiedza tysiace nieuleczalnie chorych i ponizanych przez te chorobe ludzi, to na dodatek mogliby sie genetycznie zakochiwa'c.

Czasami, najcze'sciej dobrze po p'olnocy, zamawiali taks'owke, zo­stawiali na godzine tego swojego «tyfusa» i przenosili sie na patio z barem w hotelu Dauphine New Orleans w Dzielnicy Francuskiej, gdzie pijac piwo i sluchajac bluesa, snuli takie fantastyczne scenariusze, wie­rzac, ze to wla'snie oni sa tymi, kt'orzy rozpoczynaja sklada'c te gigan­tyczne puzzle z gen'ow. Na dodatek w swej bezczelno'sci byli przekona­ni, ze je zloza w calo's'c. Im wiecej mieli piwa we krwi i im wiecej bylo bluesa w powietrzu, tym glebiej w to wierzyli.

Z jego obecnej perspektywy, w czasach, kiedy o genetyce rozma­wia sie juz prawie przy kazdej budce z piwem, odkad obdarzyla 'swiat spektakularnym aktem sklonowania pewnej owcy, po tylu latach, kt'ore minely od tamtych dni, patrzy na tamten projekt i tamte badania z odro­bina drwiny i wyzszo'sci, ale takze z zaduma i podziwem dla entuzja­zmu, jaki wtedy w sobie nosil. To, co robili kilkana'scie lat temu w No­wym Orleanie, bylo wazne, ale to byla, w por'ownaniu z tym, co dzieje sie teraz, taka infantylna genetyka.

Ale taka jest juz chyba kolej rzeczy w nauce.

Teraz wie przeciez, ze to wcale nie jest jedna ukladanka.

Kto's rozsypal na stole wiecej niz sto tysiecy puzzli.

Tak jak wtedy, tak i teraz czasami zastanawial sie, czy to B'og. To troche wiedzy wtedy oddalilo go od Boga. Zauwazyl jednak, ze obec­nie, wiedzac i rozumiejac tak wiele wiecej, jest znacznie bardziej po­korny i bardziej sklonny uwierzy'c, ze to jednak B'og byl tym Wielkim Programista.

Tylko wersja Kennedy'ego i Prousta mu troche nie wyszla.

Wiedzial tez teraz doskonale, ze tych puzzli nie moglo zlozy'c w ca­lo's'c kilku napalonych informatyk'ow, genetyk'ow i biolog'ow moleku­larnych marzacych o slawie. Nawet gdyby, aby nie traci'c czasu, posta­nowili przesta'c oddycha'c, zatracajac sie w pracy. Ale wtedy w Nowym Orleanie tego jeszcze nie wiedzial.

Nikt tego jeszcze nie wiedzial.

Wtedy pracowal jak w amoku, do upadlego... doslownie.

Kiedy's zasnal przy komputerze i spadl z krzesla na porozrzucane na podlodze ksiazki. Poniewaz zaluzje w oknach jego biura byly caly czas opuszczone, nie rejestrowal pory dnia. U niego bylo zawsze jasno od burczacych jarzeni'owek podczepionych do sufitu w pokoju numer 4018 na trzecim pietrze budynku Percival Stern, gdzie mie'scilo sie ich labo­ratorium. Kiedy's w niedziele, gdy w jego lod'owce zostaly tylko przy­brudzone paski pochlaniacza zapach'ow i nic wiecej, um'owil sie z Jimem na wielkie zakupy w duzym supermarkecie na ko'ncu ulicy.

Um'owil sie na szesnasta i... zaspal.

A polozyl sie do l'ozka w sobote przed p'olnoca.

Nawet nie zastanawial sie, czy moze by'c inaczej. Pod'swiadomie czul, ze nie. Ten projekt byl jego zyciem. Wszystko musial mu podpo­rzadkowa'c.

«Nie przyjdziesz do laboratorium tylko wtedy, gdy jeste's naprawde bardzo chory. Chory naprawde jeste's dopiero wtedy, gdy dluzej niz kil­kana'scie godzin plujesz krwia».

Tak zdefiniowal to kr'otko i obrazowo hinduski programista, kt'ory dolaczyl do nich mniej wiecej w tym samym czasie co on.

Zastanawial sie, czy tylko on tak pracuje. Czasami pytal o to koleg'ow z grupy. Pamieta, jak jeden z nich, Janusz, drugi Polak w tym zespole, stypendysta Fundacji Ko'sciuszkowskiej, informatyk z Uniwersytetu To­ru'nskiego pracujacy w Queens College w Nowym Jorku, powiedzial mu:

«Stary, ja dopiero dzisiaj zauwazylem, ze moja mala Joasia jest juz w trzeciej klasie. A jutro odbiera 'swiadectwo i zaczyna wakacje».

Od kilku tygodni wstawal o wp'ol do piatej, zapalal papierosa, zbie­ral porozrzucana po calym pokoju odziez, nastawial kawe i cucil sie lo­dowatym prysznicem w lazience na parterze. Czesto zdarzalo mu sie dopiero pod prysznicem zauwazy'c, ze wszedl tam z papierosem. Ubie­rajac sie, lykal kawe, wrzucal do plecaka kartki z notatkami, kt'ore zro­bil ostatniej nocy, i wybiegal, aby wsia's'c do samochodu Jima, kt'ory czekal na niego juz od kilku minut.

Jim, odkad rozpoczal prace na budowie nieopodal jego uniwersyte­tu, podwozil go do Tulane. Codziennie czekal na niego, zawsze w naj­lepszym nastroju, zawsze u'smiechniety i 'swiezy jak wiosenna laka. Wywolywal w nim tym swoim stanem i nastrojem rodzaj rozdraznienia i niecheci. Jak mozna by'c tak radosnym o piatej rano, po tak kr'otkiej nocy i siedzac w takim samochodzie?

Jim mial buicka z lat sze's'cdziesiatych, bez klimatyzacji, co w No­wym Orleanie uchodzilo za dow'od albo wyjatkowej biedy, albo przy­nalezno'sci do jakiej's wyjatkowo masochistycznej sekty religijnej. Po­nadto tylne drzwi po stronie pasazera byly albo przywiazane grubym sznurem do zagl'owka siedzenia kierowcy, albo musialy by'c trzymane w trakcie jazdy przez pasazera.

Wsiadal do samochodu Jima z zamknietymi oczami, bral z popiel­niczki papierosa, kt'ory czekal na niego zapalony, i ruszali. Rozmawia'c zaczynali dopiero po pierwszych kilku milach, gdy Jakub sie budzil. Jim znal ten ceremonial i zachowywal sie jak wierny i lojalny prywatny kierowca brytyjskiej rodziny kr'olewskiej.

Rychlo zaczelo zdarza'c sie coraz cze'sciej, ze nie nocowal w domu, zostajac w biurze i pracujac z kr'otkimi przerwami przez cala noc.

Tamtej nocy, gdy zadzwonil Jacek, tak wla'snie bylo.

Dochodzila czwarta w nocy z soboty na niedziele.

Jim byl akurat u niego w biurze. W milczeniu nachylal sie nad elek­troniczna aptekarska waga, kt'ora ustawil obok jego komputera. Odwa­zal w najwiekszym skupieniu porcje kokainy, pakujac je we wcze'sniej przygotowane woreczki. Na biurku obok komputera lezaly rzedy folio­wych paczuszek z bialym proszkiem. Kazdy woreczek zawieral cztery «kreski».

Gdy sko'nczyl, na biurku lezala kokaina za 50 tysiecy dolar'ow.

Obszedl je dookola, bez slowa zgarniajac pakunki do obtluczonej i po­gietej walizeczki. Sko'nczyl, zakodowal zamek walizki, przeciagnal jedna z bransolet policyjnych kajdanek przez swoja lewa dlo'n i zamknal spe­cjalnym kluczem na przegubie. Druga bransoleta byla przyspawana do walizki. Podszedl do Jakuba i bez slowa polozyl klucz od kajdanek na kla­wiaturze jego komputera. Wychodzac, spojrzal mu w oczy i powiedzial:

– To naprawde ostatni raz. Nie gard'z mna. Przepraszam.

Jakub byl w'sciekly i rozgoryczony. W'sciekly na siebie, ze zgodzi! sie na to. I nie chodzilo mu nawet o to, ze ryzykowal absolutnie wszyst­ko, co osiagnal w swoim zyciu, ze stal sie po raz drugi 'swiadomie – bo przeciez nieprzymuszony wyrazil na to zgode – pomocnikiem faceta, kt'ory zaopatruje 'cpun'ow; najbardziej bolalo go to, ze Jim tak go roz­czarowal. Ze tak perfidnie wykorzystuje ich przyja'z'n.

Czul sie zdradzony.

Obiecal mu przeciez, ze tamten raz sprzed trzech miesiecy byl «na­prawde pierwszy i ostatni», «ze teraz tylko splaci dlugi i wyjdzie z tego kanalu» i ze «moze to zrobi'c tylko tutaj, bo przeciez nikt nie wpadnie na to, ze w Tulane na genetyce kroja mial», jak nazywal to swoje porcjo­wanie.

Dzisiaj, gdy Jim przed godzina zapukal do drzwi jego biura, nie przyszlo mu do glowy, ze znowu ma «towar». Stanal z ta walizka przy­kuta do lewego przegubu i z trudem ukrywajac drzenie glosu, powie­dzial:

– Jak tego nie pokroje dzisiejszej nocy u ciebie, to juz nigdy nie be­de m'ogl cie przywie'z'c do szkoly rano. Pozw'ol... blagam.

Pozwolil.

Przez caly czas stal odwr'ocony do niego plecami, kipial z w'scieklo­'sci i milczal. Nie chcial na to patrze'c.

Taka naiwna wiara dziecka, ze gdy sie zamknie oczy, to wcale nie jest ciemno.

Wr'ocil do biurka, dopiero gdy Jim zatrzasnal za soba drzwi.

Na klawiaturze jego komputera lezal klucz do kajdanek, kt'orymi Jim przykuwal sie dla pewno'sci do walizki z koksem i dwa male folio­we woreczki z bialym proszkiem.

Dla niego.

Ostatnim razem, gdy Jim pakowal u niego towar, tez spr'obowal ko­kainy.

W pewnym momencie, gdy jego biurko bylo w polowie pokryte fo­liowymi woreczkami, Jim odszedl od wagi, zdjal ze 'sciany stara foto­grafie w drewnianej ramie, zdmuchnal kurz ze szkla i zaczal je podgrzewa'c plomieniem zapalniczki. Wysypal zawarto's'c jednego woreczka na wysuszona szklana powierzchnie i podzielil bialy proszek na trzy r'owne paski o dlugo'sci okolo 8 cm. Nastepnie zapalil papierosa, wyjal z portfela oprawiona w drewienko polowe zyletki i zaczal po ko­lei szatkowa'c proszek w paskach. Trwalo to okolo pieciu minut. Potem wydobyl z kieszeni zmiety zielony banknot, zwinal go w rurke i we­pchnal jej koniec w nos. Nachylil sie nad jednym z pask'ow proszku i wciagnal caly. Drobne resztki, kt'ore zostaly na szkle, zebral zmoczo­nym 'slina kciukiem i rozprowadzil na dziaslach. Potem odwr'ocil sie do Jakuba, wyciagnal reke ze zwinieta jednodolar'owka i u'smiechajac sie do niego, powiedzial:

– Spr'obuj. Bedzie ci dobrze. Ja stawiam.

Cho'c obserwowal caly ten ceremonial Jima z nieukrywanym zdu­mieniem, nie wahal sie ani chwili. Podszedl do biurka, wetknal koniec rurki w nozdrze i jednym wdechem wciagnal cala kreske. Poczul na­tychmiast lekkie zimno i wyra'zne odretwienie w nosie. Wr'ocil na swo­je krzeslo przy monitorze, usiadl wygodnie i czekal. Ciekawo's'c mie­szala sie z niepokojem.

Po kilku minutach poczul wyra'znie, ze zmeczenie, spowodowane szesnastoma godzinami intensywnej pracy, mija. Mial uczucie 'swiezo­'sci, sily, energii. M'ogl zaczyna'c nastepnych szesna'scie godzin. A jesz­cze niedawno, zanim przyszedl Jim, padal ze zmeczenia i cucil sie smo­lista kawa i papierosami. Nagle byl rze'ski jak po porannym zimnym prysznicu po dlugiej, spokojnie przespanej nocy.

To bylo co's.

Odrobina proszku zawierajaca 25 polaczonych ze soba atom'ow oszukal swoje cialo i m'ozg. Nagle poczul sie takze silny, blyskotliwy i wyjatkowo bystry. Wydawalo mu sie, ze gdyby teraz zaczal progra­mowa'c, napisalby najlepszy program swojego zycia.

I wcale nie mial uczucia, ze nie jest soba. Jak najbardziej czul, ze to wla'snie on, ten sam Jakub, tyle tylko ze nabral niezwyklego znaczenia. Juz nie mial lek'ow i obaw, zadnych watpliwo'sci i rozterek.

Mial za to zawsze racje.

Przez kr'otka chwile delektowal sie tym uczuciem. Zaczynal rozu­mie'c, ze ludzie moga chcie'c fundowa'c sobie takie stany cze'sciej.

Szczeg'olnie slabi ludzie lub muszacy poczu'c sile albo przynajmniej zagra'c silnych. Wystarczy kilka gram'ow zwiazku chemicznego, spraw­na blona 'sluzowa i jest sie bardzo wazna, madra, silna, dowcipna, uro­cza, elokwentna, czarujaca, 'swiadoma swojej sily osoba, kt'ora zawsze chcialo sie by'c. Trwa to zazwyczaj g'ora kilkana'scie minut, kosztuje kil­kadziesiat dolar'ow, jest nielegalne, uzaleznia, uszkadza serce i m'ozg. Ponadto p'o'zniej ma sie gigantycznego kaca, kt'orego nie mialoby sie nawet po hektolitrze zywego zacieru.

Kokaina nie wywoluje zadnych halucynacji, kolorowych sn'ow i wrazenia unoszenia sie nad zroszona letnia rosa laka pelna motyli i na­gich nimf.

To nie ten zwiazek chemiczny.

Ten jest zbyt drogi, aby marnowa'c go na takie banalne stany, kt'ore na dobra sprawe moze zalatwi'c dobra muzyka, butelka wina lub zakochanie.

Z kokaina przezywa sie sny o potedze. Po kokainie ma sie lepsze ge­ny. I jest sie dzieckiem znacznie lepszego Boga. Tego nie zalatwi czlo­wiekowi zadne wino, zadna muzyka i zadna kobieta. Poza tym nic tak nie przeksztalca normalnego, spokojnego seksu w «wodorowa eksplozje», jak m'owil Jim. To bylo najbardziej niebezpieczne. Normalny seks w po­r'ownaniu z pokokainowym to jak «kocha'c sie z manekinem z domu to­warowego w Moskwie albo w Berlinie Wschodnim». Po czym's takim moga pozosta'c zbyt dobre wspomnienia i zbyt szara tera'zniejszo's'c. We­dlug Jima tylko po LSD moglo by'c lepiej. «Bo wtedy – m'owil – upra­wiasz seks wszystkimi kom'orkami, a samych neuron'ow masz miliardy».

Z niebezpiecze'nstwa tego wszystkiego zdal sobie sprawe tego wie­czoru, gdy Jim wyznal, ze «seks bez substancji napawa go panicznym lekiem». Przestawal by'c dla niego realizacja pragnienia, a stawal sie te­stem, «czy on jeszcze w og'ole moze».

«Bo widzisz, bez substancji to jest jak wpychanie 'slimaka w szcze­line automatu telefonicznego, kt'ory stal kilkana'scie godzin na mrozie» – m'owil.

Pamieta, ze gdy jeszcze trwal w tym stanie, Jim, kt'ory obserwowal go uwaznie przez caly czas, tym swoim tonem absolutnego znawcy po­wiedzial: «M'owilem, ze bedzie ci dobrze».

Bylo dobrze.

Zaczeli rozmawia'c.

Chociaz znali sie juz i przyja'znili przeszlo p'ol roku, nigdy dotad nie rozmawiali tak otwarcie i szczerze jak wtedy, po kokainie. Zawsze chcial go o to zapyta'c, ale nigdy dotad sie nie o'smielil. Teraz nie'smialo's'c nie istniala, wiec zapytal o Kimberley, o kt'orej Jim nigdy nie po­wiedzial «moja dziewczyna», «moja kobieta», «moja narzeczona», ale z kt'ora bywal, sypial i robil zakupy.

Kimberley, kt'ora tylko Jim tak nazywal, bo wszyscy inni zwracali sie do niej po prostu Kim, byla studentka Tulane University. Studiowa­la na ostatnim roku prawa; ostatnio czytal w uniwersyteckiej gazetce, ze byla absolutnie najlepsza studentka w historii tego wydzialu, a na wydziale bylo okolo 6 tysiecy student'ow. Wszyscy, kt'orzy ja znali, wiedzieli, ze to nie efekt pomocy ojca, znanego chirurga i jednocze'snie rektora Akademii Medycznej przy Tulane.

Ojciec Kim kochal ja bardzo, ale na sw'oj spos'ob, w po'spiechu, w tych nielicznych wolnych chwilach miedzy dyzurami w klinice, wy­kladami, kongresami, podr'ozami sluzbowymi i projektami, w kt'orych uczestniczyl. Kochal ja na tyle, aby jedynie dla niej trwa'c w bialym malze'nstwie z kobieta, kt'ora zdradzila go juz w trakcie podr'ozy po'slub­nej i najbardziej przywiazana byla do jego kart kredytowych oraz jego koleg'ow chirurg'ow plastycznych. Odkad jego brat, tez znany chirurg, popelnil samob'ojstwo, gdy wyszlo na jaw, ze handluje organami do transplantacji, zostala mu tylko Kim. Jego genialna Kim, z kt'orej byl dumny i dla kt'orej szczeg'olowo zaplanowal juz cala przyszlo's'c. W te­ra'zniejszo'sci, tymczasem nie majac dla niej czasu, uspokajal swoje su­mienie, kupujac jej drogie samochody.

Kim byla niezwykle inteligentna, zdolna, pracowita i wszystko za­wdzieczala sobie. Ojcu – poza samochodami – zawdzieczala co naj­wyzej swoje geny, i to tylko ich cze's'c. Dlatego ci sami, kt'orzy ja zna­li, z niedowierzaniem przyjmowali do wiadomo'sci, ze Kim jest «kobieta Jima». Tego Jima, kt'ory jest wprawdzie po czterech seme­strach Harvardu, ale takze po czterech latach wiezienia w Baton Rouge, gdzie odsiedzial wla'snie dwie trzecie swojej kary za handel narkotykami i wyszedl przedterminowo, i to pod wieloma warunkami, za dobre sprawowanie.

Facet ze zniszczona przeszlo'scia i tera'zniejszo'scia niszczejaca kaz­dego roboczego dnia w wykopach wielkich bud'ow za 6 dolar'ow za go­dzine. Przeszlo's'c byla tak druzgoczaca, ze napominanie o czterech semestrach architektury w Harvardzie nie robilo wrazenia na potencjal­nych pracodawcach Jima. Skutkiem tego zdolal ich przekona'c do siebie niewielu i to tylko tych, kt'orzy mieli do zaoferowania kopanie dol'ow pod wielkie budowy w Nowym Orleanie i okolicy.

Oczywi'scie frustrowalo go to, dreczylo i wpedzalo w depresje. Cza­sami bylo mu tak 'zle i beznadziejnie, ze kazdy poranek – poranki sa najgorsze dla ludzi dotknietych depresja – jawil mu sie kontynuacja eg­zekucji z poprzedniego dnia. Te depresje osiagaly taki poziom, ze mu­sial wydobywa'c sie z nich, chociaz wiedzial, co ryzykuje, takze za po­moca kokainy.

Z takim wla'snie mezczyzna sypiala dziewczyna z jednego z najlep­szych dom'ow w Nowym Orleanie, jedyna c'orka rektora Akademii Me­dycznej Tulane, nieprzecietnie inteligentna, przecietnie atrakcyjna przyszla adwokatka, kt'ora chciala sie specjalizowa'c, co dodawalo spe­cyficznego smaczku temu romansowi, w prawie dotyczacym handlu narkotykami. Wielu, kt'orzy ja znali, nie mie'scilo sie w glowie, ze ge­nialna Kim mogla zafascynowa'c sie takim sko'nczonym juz we wstep­nych eliminacjach 'cpunem, jakim w opinii wiekszo'sci byl Jim.

Ale ci, kt'orzy nie mogli tego poja'c, nie mieli po prostu wszystkich danych.

Nie wiedzieli na przyklad, ze Kim zamiast tych wszystkich zasra­nych, idiotycznych, kosztujacych majatek samochod'ow od ojca wolala­by jeden pocalunek na dobranoc.

Chociaz raz w tygodniu i chociaz we 'snie.

Bo cho'c on tego nie wiedzial, ona nigdy nie zasypiala, p'oki nie wr'o­cil do domu. Lezac w l'ozku, przytulona do ukochanego malego pluszo­wego misia koala, kt'orego kupil jej, gdy kiedy's zabral ja z soba do Sydney, czekala, az zaparkuje samoch'od, przejrzy poczte lezaca na stoliku w salonie, we'zmie prysznic w lazience dla go'sci na parterze, aby nie budzi'c zony, i cicho p'ojdzie do sypialni. Gdy przechodzil kolo drzwi jej pokoju, martwiala w nadziei, ze wejdzie do niej. Od dawna juz tego nie robil. Co wiecz'or czekala, ale on nie przychodzil i co wiecz'or ten mi's koala z uchem mokrym od jej lez stawal sie coraz bardziej obcy.

Kt'orej's nocy – znala juz wtedy Jima – gdy znowu czekala, a on zno­wu nie przyszedl, wstala z l'ozka, zeszla do kuchni i elektrycznym no­zem do krojenia chleba odciela glowe misiowi z Sydney.

Nawet nie plakala przy tym. Musiala tylko zwymiotowa'c.

Rano, gdy ojciec wstal i zszedl do kuchni, zeby przygotowa'c sobie poranna kawe, dwie cze'sci misia koala ciagle jeszcze lezaly przy ostrzu elektrycznego noza do krojenia chleba.

Jim nie dalby jej nawet pluszowego misia, bo nie robil prezent'ow nikomu, ale tez nie pozwolilby jej nigdy zasna'c, nie pocalowawszy na dobranoc. Poza tym potrafil przyj's'c do niej noca lub nad ranem i przy­nie's'c jej biale r'oze, bo nagle poczul, «ze dawno nie dal jej kwiat'ow». Byly zawsze biale i zawsze dostawala je noca. Zostawal wtedy u niej do 'switu i robil z nia wszystkie te cudowne rzeczy, kt'ore tylko on potrafil.

Dlatego odkad pokochala Jima, nie budzi sie juz w nocy z tego prze­razajacego snu, w kt'orym mi's koala z Sydney ma glowe jej ojca.

Zwiazek Jima z Kimberley kryl jeszcze jedna tajemnice. Wtedy, podczas tej niezwyklej rozmowy «przy dw'och kreskach», Jakub poznal cala prawde.

Jim i Kim zabierali go czasem na obiad do dobrych restauracji, cie­szac sie widokiem «komunistycznego mlodego naukowca» zachwyca­jacego sie dekadencja kolacji z homara i uczacego sie rozr'oznia'c fran­cuskie wina. Pewnego razu zauwazyl, ze po kazdej takiej nastrojowej kolacji Kim zostawiala ich samych przy stoliku na kr'ocej lub dluzej i wracala potem bardzo zmieniona. Miala rozmazany makijaz, czasami bylo wida'c, ze plakala, zawsze byla rozmarzona i bardzo milczaca. Przytulala sie do Jima tak erotycznie, ze nawet jemu robilo sie cieplo. Czasem trzeba bylo czeka'c na jej powr'ot nawet p'ol godziny. Jim kupo­wal wtedy jego ulubione meksyka'nskie piwo Corona lub palili dobre cygara, a czasami wychodzili na parking za budynkiem i palili mari­huane. Mimo ze to nie bylo normalne, Jim nigdy nie m'owil, dlaczego Kim wychodzi.

Teraz powiedzial.

Kim miala bulimie.

Wtedy, w polowie lat osiemdziesiatych, dla przybysza z Polski slo­wo «bulimia» kojarzylo sie z nazwa egzotycznego kwiatu i Jim musial mu dlugo tlumaczy'c, co oznacza naprawde. Kim po kazdej dobrej kola­cji musiala wyj's'c i tej kolacji po prostu sie pozby'c. Szla do toalety, sprawdzala jej wyglad i gdy stwierdzila, ze jest czysta i przytulna, robi­la to tam. Bo Kim mogla wymiotowa'c tylko w estetycznych, eksklu­zywnych toaletach. Ponadto robila to z najwieksza przyjemno'scia po wystawnych i dystyngowanych kolacjach z winem i 'swiecami. Je'sli to­aleta nie spelniala jej oczekiwa'n, brala taks'owke lub samoch'od z parkingu i jechala do siebie, do wykwintnej willi w Garden District przy Charles Avenue i robila to u siebie, we wlasnej lazience, po czym wra­cala do Jima.

Jim opowiadal mu, ze dla Kim to bardzo erotyczne przezycie. Wy­miotujac, doznawala seksualnej satysfakcji. Kim reagowala na spelnie­nie seksualne placzem – ze szcze'scia – i skutkiem tego wla'snie wracala do stolika z rozmazanym makijazem i rozmarzona. To, co dzialo sie przy stoliku po tym, jak ona to zrobila, bylo wiec niczym innym, jak przytula­niem sie kobiety do kochanka zaraz po milosnym akcie. Jim to wiedzial i odwzajemnial sie jej czulo'scia, kt'orej nigdy nie okazywal jej w innych okoliczno'sciach. W takim momencie byl dla niej najczulszym facetem na «zaraz po». Dawal jej to, o czym marzy wiekszo's'c kobiet, a czego nie­wiele tylko doznaje. Ponadto prawie zawsze dawal jej to przy dobrym winie, przy 'swiecach i z muzyka w tle. Nie mialo znaczenia, ze przewaz­nie ona placila rachunki, chociaz to Jim ja zapraszal. Jim ja ta teatralnie egzaltowana i przesadzona czulo'scia zniewalal, o czym doskonale wie­dzial, byl bowiem inteligentnym manipulantem od momentu, gdy zauwa­zyl, ze kobiety najbardziej przywiazuja sie do mezczyzn, kt'orzy potrafia ich slucha'c, okazywa'c im czulo's'c i doprowadza'c je do 'smiechu.

To zniewolenie bylo do's'c wyrafinowanym fragmentem ukladu, kt'o­ry skonstruowali sobie w trakcie tego zwiazku, ale tak naprawde Jim uzaleznial od siebie Kim czym's zupelnie innym. Wiedzial, jak zdoby'c dobra kokaine, i wiedzial doskonale, jak dziala i co zrobi'c, zeby dziala­la jeszcze lepiej. Male molekuly jej chemicznej struktury najszybciej dostaja sie do krwi przez blone 'sluzowa, dlatego wiekszo's'c ludzi apli­kuje ja sobie przez nos.

Ale najwiecej blony 'sluzowej u kobiet jest oczywi'scie w pochwie.

Sa tam kilometry kwadratowe blony 'sluzowej, przez kt'ora moze wnikna'c wszystko o masie czasteczkowej zblizonej do kokainy. Jim wiedzial o tym doskonale. Czasami, gdy byl w l'ozku z Kim, celowo op'o'znial wej'scie w nia do momentu, gdy ona syczac ze zniecierpliwie­nia, gryzla jego ucho i sama prosila go o to. Wtedy Jim, gdy mial aku­rat dosy'c kokainy w kieszeni spodni lub w szufladzie nocnego stolika, otwieral maly plastikowy woreczek z proszkiem i tuz przed wej'sciem w nia, pieczolowicie rozprowadzal kokaine na swoim czlonku. Wie­dzial, ze kokaina dziala znieczulajaco. Dlatego tez podczas czekania w niej rejestrowal o wiele mniej sygnal'ow od swojego pracia i potrafi! czeka'c, nie obawiajac sie, ze mimo ogromnego podniecenia utraci kon­trole i minie punkt, spoza kt'orego nie ma juz powrotu dla mezczyzny.

Poruszajac sie w niej caly czas, musial odczeka'c okolo dw'och mi­nut, co dla wiekszo'sci mezczyzn, jak pokazuja statystyki, jest proble­mem. Kim tymczasem przezywala te swoje niezwykle pierwsze dwie minuty, kt'ore dla wiekszo'sci kobiet sa jednocze'snie ostatnie, po czym dostawala prawdziwy kick i, wedlug Jima, kt'ory uwielbial poetycko i kiczowato przesadza'c, «przenosila sie nagle na inna planete, w zupel­nie inny wymiar absolutnie niezmierzalnej rozkoszy».

I chociaz prawda jest taka, ze Kim zapewniala to sobie gl'ownie dzieki swojej blonie 'sluzowej, chemicznym wla'sciwo'sciom oraz ma­lym rozmiarom molekuly kokainy, to i tak byla 'swiecie przekonana, ze zawdziecza to wylacznie milo'sci Jima.

Gdy Jim mu to opowiedzial, zaczal zastanawia'c sie, czy on tez kie­dy's bedzie mial tyle odwagi.

I tyle kokainy.

Ale to bylo trzy miesiace temu.

Teraz nienawidzil Jima. Za te niewierno's'c.

Usiadl za swoim biurkiem i z w'scieklo'scia wyrwal z komputera kla­wiature, na kt'orej Jim pozostawil te dwa woreczki z bialym proszkiem dla niego oraz klucz do kajdanek i rzucil wszystko na sterte karton'ow i segregator'ow pod oknem.

Po pietnastu minutach w'scieklo's'c mu minela i chcial wr'oci'c do pracy, ale nie m'ogl. Wstal, podszedl do okna i zabral sie do wyciagania klawia­tury ze sterty. W pewnym momencie katem oka zauwazyl woreczek z proszkiem w samym rogu, przy obtluczonej kamiennej doniczce z wy­schnieta palma, kt'ora regularnie zapominal podlewa'c. Siegnal po niego, potem zdjal ze 'sciany stara fotografie, te sama, kt'orej ostatnim razem uzyl Jim, usiadl na podlodze, wysuszyl szklo plomieniem zapalniczki, polozyl fotografie na podlodze i wysypal zawarto's'c woreczka na ciepla jeszcze powierzchnie. Wstal i z szuflady biurka wyjal maszynke do golenia, kt'ora trzymal tam, odkad zdarzalo mu sie spedza'c tutaj cale noce. Odkrecil 'srub­ki mocujace zyletke w maszynce i wydobyl ja na zewnatrz. Wr'ocil pod okno i zaczal nieudolnie uderza'c jej ostrzem w kupke bialego proszku na szybce. Nie minela nawet minuta, gdy poczul, ze dretwieje mu reka.

Jak Jim m'ogl tluc w ten proszek pietna'scie minut bez przerwy? – pomy'slal.

Byl pewien, ze i tego Jim nie nauczyl sie w Harvardzie, tylko w wie­zieniu w Baton Rouge.

Nagle zyletka przesunela sie w jego palcach, poczul b'ol i duza kro­pla krwi spadla na bialy proszek rozsypany na szkle.

Czerwona kropla powoli i majestatycznie wsiakala w 'snieznobiala kokaine na szybie. Przez kilka sekund patrzyl na to oczarowany.

Nagle zdal sobie sprawe, ze popelnia blad. Przeciez to nie krew ma by'c w kokainie, tylko kokaina we krwi!

Szybkim ruchem oddzielil te cze's'c proszku, kt'ora nie zetknela sie jeszcze z krwia, uformowal dwie podluzne kreski, wyciagnal banknot z portfela, zwinal go w rurke, wsunal jej koniec w nos i wciagnal gwal­townie jedna kreske proszku. Przez chwile nachylal sie nad fotografia i widzac odbicie swojej twarzy ze sterczacym z nosa banknotem, za­'smial sie, rozbawiony. Po kr'otkim wahaniu wciagnal takze druga kre­ske bialego proszku. Nastepnie oparl sie wygodnie plecami o sterte kar­ton'ow i 'sledzil leniwie, jak mijaja zmeczenie i wyczerpanie praca, nerwowo's'c i rozczarowanie ostatniej godziny. Wracala 'swiezo's'c.

M'ozg znowu dal sie oszuka'c. I cialo tez.

Jim, gdyby tutaj byl, mialby znowu racje.

Bylo mu dobrze.

Teraz byl juz najzwyczajniejszym w 'swiecie 'cpunem.

Nikt nie zaprosil go tym razem do stolu. Sam sobie wysypal, sam sobie pokroil i sam sobie to przepu'scil przez blone 'sluzowa. Tego juz nie mozna tlumaczy'c tym, ze sie «chcialo raz spr'obowa'c, aby wiedzie'c, jak to jest». On juz wiedzial, jak to jest. Wla'snie dlatego to robi.

Zaczynal rozumie'c szympansa ze spektakularnego eksperymentu, o kt'orym czytal ostatnio w prasie naukowej.

Przywiazany do fotela, podlaczony kablami do elektrokardiografu, elektroencefalografii oraz miernika ci'snienia tetniczego szympans m'ogl, uderzajac lapa w z'olty guzik bedacy ko'nc'owka dozownika, wstrzykiwa'c sobie roztwory r'oznych narkotyk'ow: LSD, heroiny, mor­finy, amfetaminy, cracku i wielu innych, lacznie z kokaina. Po pewnej liczbie uderze'n szympans osiagal swoisty stan nasycenia i przestawal uderza'c, popadajac w rodzaj narkotycznego snu, letargu, narkozy lub euforii.

Poza jednym jedynym wyjatkiem.

Przy dozowniku z kokaina walil w z'olty guzik tak dlugo, az puls r'osl mu do ponad czterystu uderze'n na minute, dostawal migotania kom'or serca i zdychal.

Z lapa na z'oltym guziku.

Skad on to znal?

Jak to skad?!

Z Mazowsza, Podkarpacia, Pomorza i Kujaw na przyklad.

Tylko ze to nie byly szympansy, nikt nie podlaczal ich do elektrokar­diografu, a zwiazek chemiczny nie byl kokaina i oficjalnie nazywal sie roztworem wodnym etanolu, nieoficjalnie za's gorzala. Poniewaz ten zwia­zek chemiczny nie byl az tak szkodliwy, tracili przytomno's'c bez migota­nia kom'or, ale «lape na z'oltym guziku» tez trzymali do samego ko'nca.

My'slal o tym szympansie bez wiekszego leku czy niepokoju. Nie mial najmniejszego powodu. Ocenial, ze uzaleznienie od narkotyku tak czystego jak kokaina nie nastepuje po kilku wzieciach. Wiedzial wprawdzie, ze kokaina zabija m'ozg o wiele subtelniej niz mlot pneu­matyczny, ale mimo to nie mial zadnych obaw. Jego m'ozgowi na razie bylo z kokaina wyjatkowo po drodze. Teraz tak jako's sie po prostu zda­rza, ze zamiast kofeina czasami cuci sie kokaina. Niedlugo wr'oci do Polski i pozostanie mu roztw'or wodny etanolu. Poza tym, o czym wszyscy wiedza, szympansy odpadly z peletonu w tym wy'scigu ewolu­cji i moze tluka w ten guzik, bo brakuje im paru waznych gen'ow.

Czul znowu 'swiezo's'c, mial jasny umysl; zmeczenie minelo. Uwiel­bial pracowa'c w tym stanie 'swiezo'sci, entuzjazmu i przy tych szalo­nych pomyslach klebiacych sie w jego glowie. Podni'osl sie szybko z podlogi, zabral klawiature, wr'ocil do biurka i polaczyl z komputerem.

Nagle zadzwonil telefon.

Jacek. Poznal jego glos natychmiast.

Nawet nie pr'obowal przypomnie'c sobie, kiedy ostatni raz rozma­wiali z soba.

To nie mialo absolutnie zadnego znaczenia.

Zawstydzony swoja bezradno'scia, bezsilny i zdesperowany, Jacek opowiadal mu o Ani.

Zadzwonil do niego o czwartej nad ranem z Polski po kilku latach od ich ostatniej rozmowy i opowiedzial, ze jego o'smioletnia c'orka Ania ma bialaczke i umiera. Tak po prostu mu opowiedzial.

Nawet nie prosil o pomoc. Bo Jacek, odkad go znal, zawsze mial klopoty z proszeniem.

Opowiedzial mu to w taki spos'ob, jak gdyby chcial to mie'c po pro­stu za soba.

Nie wie do dzisiaj, dlaczego, ale sluchajac go i wypytujac o szcze­g'oly, nabieral przekonania, ze uda mu sie pom'oc. To pewnie przez te kokaine. Byl przeciez wazny i mial zawsze racje.

A od czas'ow Natalii wiedzial o bialaczce wszystko.

Jak m'ogl nie wiedzie'c? Jego Natalia, gdyby miala wiecej szcze'scia, umarlaby na bialaczke.

Gdyby nie umarla wcze'sniej.

Odlozyl sluchawke. Byl wstrza'sniety tym, co uslyszal. Wylaczyl komputer i postanowil wr'oci'c pieszo do domu. Idac pusta o tej porze St. Charles Street, my'slal o przeznaczeniu. Byl prawie pewny, ze przezna­czenie to wymysl i przesad. B'og ma za duzo waznych spraw na glowie, aby ustala'c przeznaczenie calego tego mrowiska ludzi. Poza tym nie ma takiego przeznaczenia, kt'ore u'smierca o'smioletnie dziecko. Gdy wcho­dzil do domu, w pokoju Jima 'swiecilo sie 'swiatlo. Ucieszyl sie. Potrze­bowal teraz rozmowy jak niczego innego na 'swiecie.

Delikatnie zapukal, wszedl, nie czekajac na zaproszenie, i bez zad­nych wstep'ow zapytal:

– Jim, jak my'slisz, ile moze kosztowa'c przeszczep szpiku kostnego tutaj, w Tulane? Ona ma osiem lat, jest w Polsce i moze przezy'c jeszcze ze trzy miesiace. To c'orka mojego przyjaciela.

Jim zareagowal tak, jak zawsze reagowal na wazne i istotne pyta­nia: zatopil sie na chwile w swoich my'slach. Tym razem trwalo to znacznie dluzej niz zazwyczaj. Nagle wstal z l'ozka, podszedl bardzo blisko do niego i powiedzial:

– Sluchaj, ja malo wiem o tym szpiku. Podejrzewam, ze szpik kost­ny jest w ko'sciach. Poza tym nie wiem nic na ten temat. Je'sli sie na to umiera, to znaczy, ze to jest drogie. W Ameryce wszystko, na co sie umiera, a mozna nie umrze'c, jest drogie. Popatrz, jakimi autami je'zdzi i gdzie mieszka ojciec Kim i jak kazdego roku rosna i podnosza sie pier­si matki Kim. Nie ma zadnego znaczenia, czy to kosztuje 100, czy 300 tysiecy. Za duzo, aby mie'c. Ty nawet nie widziale's takich pieniedzy. Ja widzialem, ale nigdy nie byly moje. Nie pozwolimy jednak, aby ta mala umarla tylko dlatego, ze urodzila sie nie w tym kraju, co trzeba. W po­niedzialek ty staniesz przed rektoratem w Tulane z plakatem. Ja z takim samym plakatem usiade na samym 'srodku Bourbone Street. Dzisiaj jesz­cze zadzwonimy do radia tutaj, w Nowym Orleanie. Przy zbi'orce pienie­dzy reklamy sa zawsze najdrozsze. Oni na pewno pomoga. Przed i po spotach o tamponach wsadza nowe, o umierajacej na bialaczke niewin­nej dziewczynce z komunistycznej Polski. Ta firma od tampon'ow na pewno z wdzieczno'sci sie dolozy. Jutro, a w zasadzie to juz dzisiaj, jest niedziela. P'ojdziesz do ko'sciola, opowiesz ksiedzu o wszystkim. Id'z do tego, gdzie przychodzi wielu turyst'ow. Oni, gdy sie wzrusza, daja wiecej na tace. Miejscowi w tym ko'sciele to gl'ownie czarni. Oni nie maja pie­niedzy, a poza tym bialaczka im sie rasistowsko kojarzy. W poniedzia­lek Kim p'ojdzie do Student Union i wyjdzie dopiero gdy obiecaja jej, ze zorganizuja kweste na campusie. I napisz do wszystkich, kt'orzy sa w twoim zespole. Zadzwo'n do tego geniusza z Harvardu. Bialaczka to tez geny. On ma na to pieniadze. Musi tylko to dobrze zaksiegowa'c. Slu­zysz im m'ozgiem. M'ozg dobrze funkcjonuje, gdy dusza jest spokojna. Za spok'oj duszy trzeba placi'c. On to wie. Jest stad. Tutaj prawo do spo­koju duszy wpisane jest w poprawki do konstytucji. Poza tym zadzwo'n do polskiej ambasady. Niech skontaktuja sie z Tulane. Lekarze zawsze lubia, gdy prosza ich o co's wazni, ale zdrowi ludzie, szczeg'olnie z amba­sad. I nawet nie my'sl, ze nie zbierzemy tej kasy.

Sluchajac Jima, przejmowal stopniowo te jego pewno's'c, entuzjazm i wiare w siebie. To «zbierzemy» bylo jak wyznanie przyja'zni. Pomy­'slal, ze przeznaczenie jednak istnieje. Inaczej nie spotkalby Jima w swoim zyciu.

Gdy wr'ocil do swojego pokoju, mial gotowy plan. Polozyl sie w ubraniu na wytartej sk'orzanej kanapie przed telewizorem i czekal na 'swit. Byl podniecony. Nie m'ogl doczeka'c sie poranka, aby zacza'c dzia­la'c. Nagle uslyszal szmer przy drzwiach pokoju. Kto's wsunal biala ko­perte w szpare przy podlodze. Wstal, podni'osl ja i otworzyl. Pomiedzy banknotami tkwila mala, wyrwana z zeszytu kartka.

Dla Ani — Jim.

Ze wszystkiego, co dzialo sie w trakcie nastepnych dw'och niesamo­witych tygodni, zarejestrowal na cale zycie tylko kilka zdarze'n. Pamie­ta, ze zupelnie przestal bywa'c w wynajmowanym pokoju i przeni'osl sie na stale do swojego biura, pisal setki list'ow, odwiedzil prawie wszyst­kie wieksze firmy w Nowym Orleanie, kwestowal w ko'sciolach, auto­busach, restauracjach, sklepach i klubach nocnych. Zetknal sie zar'owno ze wzruszajaca solidarno'scia, jak i odrazajaca obojetno'scia.

Wiedzial na pewno, ze Ania moze przyjecha'c, gdy pewnego wie­czoru, mniej wiecej tydzie'n od rozpoczecia akcji, zadzwonil do niego ojciec Kim i powiedzial:

– Wszyscy moi lekarze i wszystkie pielegniarki przeprowadza te operacje bez honorarium. Ponadto skontaktowalem sie z moim przyja­cielem w Biurze Imigracyjnym w Waszyngtonie i zalatwilem dla tej malej obietnice wizy. Jutro zaczniemy poszukiwania dawcy szpiku. Ba­za danych dawc'ow w Minneapolis – a tylko tam mozna co's znale'z'c, jak pan wie – opiekuje sie m'oj doktorant. Podalem mu juz dokladna cha­rakterystyke antygenu tkankowego Ani. Powinni'smy mie'c dawce w ciagu trzech dni. – Umilkl, a po chwili dodal: – Moja c'orka podziwia pana. Nawet pan nie wie, jak panu zazdroszcze.

Trzy tygodnie p'o'zniej stal na lotnisku i patrzyl, jak pracownica LOT-u pcha w'ozek inwalidzki, na kt'orym siedziala zupelnie lysa, prze­razona dziewczynka w spranym bawelnianym dresie. Miala ogromne zielone oczy, byla przera'zliwie chuda i przytulala do siebie malego pajacyka w czerwonym kubraczku i kapeluszu.

To byla Ania.

Podszedl do niej i przedstawil sie.

– Mam na imie Ania. A to jest Kacper – powiedziala, wskazujac na pajaca. – Mama powiedziala, ze pan moze co's zrobi'c, abym nie umarla.

Stanal jak wryty. Nie wiedzial, co powiedzie'c. Zebral wszystkie si­ly, aby nie pokaza'c, ze polyka lzy.

Nie rozstawala sie z Kacprem nigdy. Spala z nim, rozmawiala. Tu­lila go czule do siebie, gdy plakala z tesknoty. Ten szmaciany pajac na­gle stal sie dla niej symbolem wszystkiego, co laczylo ja z przeszlo'scia, rodzicami i z tym, co rozumiala, a co kojarzylo sie jej z bezpiecze'n­stwem i domem w Polsce. Pielegniarki z Tulane opowiadaly mu, ze na­wet zamroczona narkoza, tuz przed operacja, przytulala go z calej sily do siebie i tylko z trudem wyciagnely go z jej zaci'snietych, sinych od uklu'c igly i niewyobrazalnie chudych raczek.

Z tamtego okresu pamieta tez przyklad odrazajacej obludy. Pewne­go dnia, juz po telefonie ojca Kim, odwiedzil go w biurze krepy mez­czyzna o rozbieganych oczach, przypominajacy lisa. Przedstawil sie ja­ko pracownik polskiej ambasady w Nowym Jorku i poprosil o okazanie paszportu. Na szcze'scie przyszlo mu do glowy, aby zapyta'c, po co. Wy­wolalo to atak niewiarygodnej zlo'sci. Dowiedzial sie wtedy, ze «rujnu­je obraz Polski w oczach ameryka'nskich imperialist'ow», ze «zebrze jak ostatni obdarty i opluwany Cygan pod ko'sciolem», ze «kompromituje Polske jako naukowiec i obywatel». Sluchal go ze zdumieniem i obrzy­dzeniem. Do dzisiaj zastanawia sie, dlaczego nie wyrzucil go wtedy z biura.

Spotkal tego mezczyzne jeszcze raz. Tulane University, gdy akcja pomocy Ani sko'nczyla sie szcze'sliwie, zorganizowala konferencje pra­sowa. Obecna byla tez lokalna telewizja. Pamieta, ze i on przyjmowal gratulacje od wszystkich. W pewnym momencie, gdy kamery skiero­wane byly wla'snie na niego, podszedl ten mezczyzna z ambasady i wy­ciagnal reke z gratulacjami. Wtedy on spojrzal mu w oczy i powiedzial:

– Wie pan co? 'Snilo mi sie, ze pan sie powiesil. Obudzilem sie wy­ra'znie uspokojony. Nie podal mu reki.

Pamieta tez moment pozegnania z Ania, gdy odprowadzal ja na sa­molot Delty z Nowego Orleanu do Chicago, gdzie miala polaczenie LOT-u do Warszawy. Nie musial z nia lecie'c. Delta w ramach swojego udzialu w akcji zapewnila jej pelna opieke. Gdy zniknela na tym swoim w'ozku za drzwiami samolotu, poczul nagla pustke, smutek i samotno's'c.

Czy tak za kazdym razem czula sie jego matka, gdy on jako kilkuna­stoletni chlopiec zostawial ja i wyjezdzal na drugi kraniec Polski?

Przepychajac sie przez tlum na lotnisku, nagle zaczal zastanawia'c sie, czy te jego wszystkie bakterie powodujace tyfus, wszystkie stany uniesienia w spelnionym podziwie i caly ten zgielk jego zycia nie sa przypadkiem tylko forma ucieczki przed pustka i samotno'scia. Ania wypelnila na kilka tygodni te pustke rado'scia, wzruszeniem i czym's na­prawde waznym.

Z zamy'slenia wyrwalo go jego wlasne nazwisko, wypowiadane przez lotniskowe megafony. Mial pilnie zglosi'c sie do stanowiska in­formacyjnego Delty.

– Zostawiono tutaj co's dla pana – poinformowala go z u'smiechem praktykantka w granatowym uniformie i podala mu plastikowy worek.

Na miejscu rozpakowal worek. Wyjal malego pajacyka w czerwo­nym kapeluszu, polozyl na ladzie i stal nieruchomo, patrzac na niego.

To bylo tak dawno – pomy'slal.

Wylaczyl komputer, dopil cole z puszki i spakowal wydruki i czaso­pisma do przeczytania przez niedziele. Przechodzac do drzwi wyj'scio­wych obok sosnowego regalu, zatrzymal sie na chwile i poprawil czer­wony kapelusz malego szmacianego pajacyka, siedzacego miedzy ksiazkami na najwyzszej p'olce.


ONA: Obudzila sie znowu przed budzikiem. Juz nawet sie nie dziwi­la. Kiedy's nigdy jej sie to nie zdarzalo, teraz stalo sie codzienno'scia.

Poniedzialek! U'smiechnela sie do siebie.

Tak bardzo tesknila w czasie tego weekendu...

Juz niedlugo bedzie znowu w biurze, wlaczy komputer, przeczyta mail od niego i zrobi sie jej tak dobrze.

Cichutko wysunela sie z l'ozka i poszla do lazienki.

Stala pod prysznicem i zastanawiala sie, czy chcialaby, zeby on tu­taj teraz byl i widzial ja naga.

Wiedziala, ze spojrzalby tylko raz na nia swoimi zamy'slonymi oczami i zapamietalby wszystko. Nie, teraz nie powiedzialby zupelnie nic, ale za kilka dni napisalby jej, ze ma trzymilimetrowy pieprzyk pod prawa piersia i ze on jest slodki, ze jej lewa ko's'c biodrowa bardziej wy­staje niz prawa i on chcialby kiedy's uderzy'c o nia czolem, i ze sutki jej piersi sa bardziej brazowe, niz sobie wyobrazal i gdy juz jej robiloby sie cieplo i dobrze od tych niesamowitych komentarzy, to on sprowadzilby ja na ziemie, piszac, ze nie powinna w zadnym wypadku my'c sie tym mydlem, bo ma za wysokie pH.

Dlatego nie byla jeszcze calkiem pewna, czy chcialaby, zeby on ja widzial. Postanowila, ze nie bedzie teraz «analizowa'c tego pozadania» i ze zrobi to w biurze, znacznie p'o'zniej, gdy juz przeczyta mail od nie­go, porozmawia z nim na ICQ, wypije piwo i bedzie jej robilo sie – lub bedzie juz – «blogo».

Uwielbiala my'sle'c o takich rozterkach wla'snie w takim stanie.

Nie powie mu oczywi'scie o tym.

Jest pewna, ze gdyby mu powiedziala, to bylby jeszcze czulszy, niz jest, czym prowokowalby ja do pisania «milosnych list'ow», a i tak na ko'ncu napisalby jej, ze nie wolno «wstrzymywa'c sie z takimi analiza­mi», nawet je'sli bowiem jej jest teraz blogo w tym biurze, to z pewno­'scia nie jest naga, a to dramatycznie zmienia posta'c rzeczy.

Z zamy'slenia wyrwal ja maz, kt'ory wszedl wla'snie do lazienki. Przypomnial jej, ze je'sli dluzej bedzie zajmowa'c prysznic, to z pewno­'scia sp'o'znia sie do pracy.

Mial racje. Zupelna. Jak zawsze, nawet gdy nie mial.

Wytarla sie szybko i naga pobiegla do szafy w sypialni.

Od momentu, kiedy juz na samym poczatku z ta rozbrajajaca bez­czelno'scia zapytal ja, jakiego koloru bielizne ma na sobie, zaczela my­'sle'c o tym kazdego ranka, kiedy sie ubierala.

Oczywi'scie nie powiedziala mu, bo bylo to dla niej zbyt intymne. Kiedy jednak okazalo sie, ze jego ulubionym kolorem jest zielony, ja­ko's tak «przypadkowo» kupila trzy komplety w r'oznych odcieniach zie­leni.

Postanowila, ze dzisiaj wlozy ten ciemnozielony, najbardziej sexy, z zapinka stanika z przodu i z koronkowymi majteczkami o nieprzy­zwoicie wysokim wycieciu.

Czula, ze to bylby jego ulubiony.

I wcale nie dlatego, ze jej maz patrzyl na nia tak dziwnie, gdy czasa­mi siedziala w sypialni tylko w tej bieli'znie, robiac makijaz.

Lubila moment wchodzenia do biura. Od dawna juz rzadko nie byla pierwsza. Bylo cicho i byla sama. Uwielbiala te samotno's'c w biurze, odkad go sobie znalazla. Zaparzala kawe i kiedy juz jej zapach rozcho­dzil sie po calym biurze, wlaczala komputer i gdy modem wybieral nu­mer modemu ich warszawskiego providera Internetu, siadala pelna oczekiwa'n, jak zadurzona nastolatka, z filizanka kawy przed monito­rem. Uruchamiala program pocztowy i czekala, az wszystkie maile 'sciagna sie z ich firmowego pozna'nskiego serwera na jej komputer. Po­tem otwierala po kolei maile od niego i czytala.

I stawalo sie tak cudownie i romantycznie.

I tak bylo nieustannie od kilku miesiecy, ale ona wiedziala, ze tak wcale nie musi by'c. Wiedziala, ze wszystko jest ulotne, nietrwale i trze­ba to przezywa'c «tutaj i teraz», nawet gdy to jest tak wirtualne jak ich znajomo's'c.

Serwer w Poznaniu nie odpowiadal.

Pr'obowala co najmniej osiem razy. Nie mogla sie doczeka'c, az przyjdzie sekretarka i natychmiast zmusila ja pod jakim's pretekstem do sprawdzenia poczty. Z jej komputera tez nie mozna bylo polaczy'c sie z Poznaniem.

Byla w'sciekla i rozczarowana. Zepsuli jej ten caly poranek, a dla niej poniedzialek rano byl od kilku juz miesiecy tym, czym dla wielu piatkowy lub sobotni wiecz'or.

Zadzwonila do Poznania.

Powiedzieli jej, ze kto's zaatakowal ich serwer i ze pracuja nad tym, ale ze to jest powazne i ze dzisiaj nie naprawia tego z pewno'scia, bo nie wiedza nawet dokladnie, co zostalo zniszczone.

Palanty! On na pewno by wiedzial, co zostalo zniszczone, juz po pa­ru minutach – pomy'slala w'sciekle.

Zadzwonila do niego.

– Jakubku, dzie'n dobry. Tesknilam za toba – wyszeptala. – Nasz serwer w Poznaniu nie dziala, wiec nie moglam przeczyta'c twoich maili, a wiesz, jakie to dla mnie wazne. Wpadlam wiec na pomysl, ze m'oglby's mi je teraz przez telefon przeczyta'c. Jeszcze nigdy tego nie ro­bile's. Wiesz, ze bedzie mi dobrze, gdy to zrobisz. Zrobisz to, prawda? – zapytala.

Przez kilka sekund nie odpowiadal, a potem powiedzial co's, co ja zaniepokoilo:

– Nie przeczytam ci ich, bo nie moge.

– Jakubku, ale przeciez napisale's je do mnie i wyslale's, prawda?

– Oczywi'scie, ze napisalem i wyslalem, ale... potem... potem zmienilem zdanie – powiedzial.

Przez chwile analizowala to zdanie i nagle wiedziala.

– Jakub! Czy ty, przepraszam, gdy juz zmienile's zdanie, jak ty to delikatnie i sprytnie nazywasz, wyko'nczyle's serwer w Poznaniu, zeby i on «zmienil» zdanie i mi ich nie doreczyl? – zapytala zdenerwowana.

– Nie, nie wyko'nczylem... Ale tylko dlatego, ze nie umialem. Wy­ko'nczyl go m'oj kolega Jacek z Hamburga. Wybacz mi, prosze. Kiedy's ci to wytlumacze.

Bylo jej przykro, czula sie zraniona przez niego, w zasadzie po raz pierwszy, od kiedy zaistnial w jej zyciu.

– Co bylo w tych mailach? – zapytala podniesionym glosem. Od razu wiedziala, ze bylo to najglupsze pytanie, jakie mogla zada'c.

– Nie odpowiadaj – powiedziala szybko. – To bylo idiotyczne pyta­nie. Zadzwonie do ciebie p'o'zniej. Teraz musze sie uspokoi'c.

Odlozyla sluchawke.

Nic juz nie bylo tak jak kiedy's, «przed nim».

Jak ona w og'ole zyla «przed nim»?

Facet wysyla mail do niej i potem rozklada caly komputer, zeby ona go nie mogla przeczyta'c. Kto robi takie rzeczy, kto zadaje sobie tyle trudu, kto wpada w og'ole na takie pomysly?


ON: Budzil sie rano i my'slal o niej. Nie pamieta dokladnie, kiedy to sie zaczelo, ale od kilku tygodni niezmiennie tak bylo. Niepokoil go troche nastr'oj, w jaki wprawialy go te my'sli. Wyczekiwanie i taki dziw­ny smutek. Nagly ucisk w piersiach lub nagle niekontrolowane wzru­szenia, gdy w radiu kto's 'spiewa o milo'sci, a on akurat wypil juz troche wina. To bylo nowe. Kiedy's zauwazal w radiu tylko wiadomo'sci.

Wkradla sie niepostrzezenie w jego zycie. Od pierwszej chwili, gdy zaistniala, byla niezwykla. Nigdy nie zapomni tego popoludnia, gdy pracujac nad swoim programem, nagle katem oka zauwazyl na monito­rze swojego komputera, ze kto's przeslal mu wiadomo's'c, uzywajac ICQ. Otworzyl ja i przeczytal:

Jestem jeszcze troche zakochana resztkami bezsensownej milo'sci i jest mi tak cholernie smutno teraz, ze chce to komu's powiedzie'c. To musi by'c kto's zu­pelnie obcy, kto nie moze mnie zrani'c. Nareszcie przyda sie na co's ten caly In­ternet. Trafilo na Ciebie. Czy moge Ci o tym opowiedzie'c?

Porazila go ta szczero'scia. Pozwolil. Nie opowiedziala mu w ko'ncu i tak to sie zaczelo.

Dzisiaj tez obudzil sie z my'sla o niej i u'smiechnal sie do siebie.

Byl poniedzialek! Bedzie z nim przez calych pie'c dni.

Zaczynal sie wrze'sniowy sloneczny dzie'n w Monachium. Postano­wil, ze przy tej pogodzie pojedzie do biura skuterem.

Kiedy's, «przed nia», nigdy nie zauwazylby tego zdarzenia, zatopio­ny w swoich my'slach o algorytmach, genetyce i ostatnim dokuczliwym bledzie w programie. Dzisiaj jednak zauwazyl i byl tym w dziwny spo­s'ob podniecony.

Jeszcze na przedmie'sciu, na jednym ze skrzyzowa'n stanal obok srebrzystego mercedesa z odkrytym dachem. Juz to bylo troche dziw­ne o tej porze dnia i przy tym chlodzie. Kierowca byla kobieta. Mogla mie'c trzydzie'sci lat. Ubrana w granatowa, plisowana, bardzo kr'otka sp'odniczke i obcisle kremowobiale body, trzymala w lewej dloni pusz­ke coli light, kt'ora saczyla przez dluga zielona slomke. Miala duze owalne okulary sloneczne ze zloceniami na oprawkach. Na siedzeniu pasazera lezala rakieta tenisowa przykryta cze'sciowo katalogami mo­dy. Na waskim sk'orzanym siedzeniu za nia lezaly porozrzucane w nie­ladzie plastikowe opakowania od plyt kompaktowych. Zatrzymal sie tuz obok niej. Na skuterze byl zawsze pierwszy w kolejce przy 'swia­tlach na skrzyzowaniu. Czekajac na zielone 'swiatlo, nagle przechylila sie do tylu, aby podnie's'c plyte z tylnego siedzenia. Sp'odnica uniosla sie przy tym i nie mozna bylo nie zauwazy'c, ze jej body przy zapin­kach miedzy udami ma kolor sp'odnicy! Ona trwala w tym wychyleniu i przebierala plyty CD na tylnym siedzeniu tak, jakby znala ich tytuly poprzez dotyk, a on wpatrywal sie w te zapinki i staral sie ze wszyst­kich sil skupi'c na my'sli, ze takie zapinki to bardzo praktyczne rozwia­zanie. Nagle odwr'ocila glowe w jego strone, ich okulary spotkaly sie. U'smiechnela sie do niego, rozchylajac wargi. Zaskoczony, odchylil gwaltownie glowe w zawstydzeniu, czujac sie jak maly chlopiec przy­lapany na podpatrywaniu przez dziurke od klucza kapiacej sie starszej siostry. Na twarzach innych kierowc'ow wok'ol jej kabrioletu wida'c by­lo poruszenie.

'Swiatlo zmienilo sie na zielone, ale zanim ruszyla, zdazyl to zauwa­zy'c pierwszy raz. Nie byl jeszcze jednak pewien. Zaczal sie wy'scig o najlepsze miejsce przy niej na nastepnych 'swiatlach. Cieszyl sie, ze zdecydowal sie dzisiaj na skuter. Nawet je'sli przyjedzie ostatni, i tak bedzie mial miejsce zaraz «przy scenie». Nie, nie mylil sie! Na kazdych kolejnych 'swiatlach sutki jej piersi pod obcislym kremowym body co­raz bardziej sie odciskaly. Oczarowany, wpatrywal sie w te piersi zza swoich ciemnych okular'ow i zastanawial sie, czy to chl'od tego poranka, czy to jej gl'od, czy to moze oni, kierowcy.

Otwierajac drzwi swojego biura, uslyszal telefon. To byla ona. Mu­sialo sie co's sta'c. Przedtem dzwonila do niego tylko jeden raz. Kiedy jednak wyszeptala to «tesknilam za toba», niepok'oj minal i wr'ocil mu erotyczny nastr'oj. Zastanawial sie wla'snie, jak dowiedzie'c sie od niej, czy tez ma takie body, z zapinkami miedzy udami, niekoniecznie kre­mowe, gdy ona nagle zapytala go o e-mail z soboty.

Nie spodziewal sie tego. Nie przyszlo mu do glowy, ze Jacek, po­proszony o zdjecie jednego jedynego maila, «zdoluje» caly komputer. Jak zna Jacka, na pewno «zrobil to dla pewno'sci».

I chociaz jeszcze nigdy nie widzial jej 'zrenic, wyobrazal sobie, ze mu­sza by'c ogromne i szczeg'olnie piekne, gdy m'owi to wyjatkowe zdanie:

«Wiesz, ze bedzie mi dobrze, gdy to zrobisz. Zrobisz to, prawda?».

Nie zrobi. Nie przeczyta jej tego tekstu.

Dla tych 'zrenic wla'snie. Chcialby przeciez chociaz raz je zobaczy'c.


ONA: Nie umiala jeszcze nazwa'c tego, co sie z nim dzialo. To nie bylo «zakochanie». Wiedziala, ze przy zakochaniu nie ma az tak silnych objaw'ow. Chociaz nagle zdala sobie sprawe, ze mogla sie myli'c w jego przypadku.

Kiedy's pr'obowal jej wyja'snia'c wszystko, co dzieje sie w m'ozgu os'ob dotknietych «gwaltownym uczuciowym powiklaniem» og'olnie znanym jako milo's'c, za pomoca swojej chemicznej teorii milo'sci. We­dlug niego nie mialo to nic wsp'olnego z szale'nstwem, namietno'scia i zauroczeniem. Brzmialo raczej jak raport laboranta. Sprowadzal wszystko do hormon'ow, dopaminy i odpowiedniego garnituru gen'ow. Staral sie ja przekona'c, ze mozna by'c szcze'sliwym dzieki jakim's czaro­dziejskim «inhibitorom wychwytu zwrotnego serotoniny». I chociaz brzmialo to jak fragment tytulu jakiej's okropnie nudnej pracy doktor­skiej, wiedziala, ze cokolwiek to bylo, ona dowie sie dokladnie, co to znaczy. Chociazby po to, zeby sie upewni'c, ze on nie ma racji. Gdy pi­sal to wszystko do niej, czula sie szcze'sliwa i wiedziala na pewno, ze zadne inhibitory nie maja z tym absolutnie nic wsp'olnego.

Sluchala tych tekst'ow – a w zasadzie czytala je – zgadzala sie z nauko­wa mozliwo'scia ich prawdziwo'sci, ale nigdy nie uwierzyla w nie do ko'nca,

Nie mogla. Byloby to r'ownowazne z wiara, ze muzyka Chopina to tylko perfekcyjnie zaprogramowana sekwencja uderze'n w klawisze.

W to nie moglaby nigdy uwierzy'c.

Poza tym od kilku tygodni wiedziala na pewno, ze Jakub jest i tak najbardziej romantycznym mezczyzna, jakiego spotkala w swoim zy­ciu.

Je'sli naprawde B'og stworzyl ludzi, to przy nim spedzil troche wie­cej czasu.

Nagle poczula, ze go uwielbia bardziej niz kiedykolwiek.

Zadzwonila jeszcze raz.

– Jakubku, czy nie mogle's zniszczy'c tego maila bez niszczenia ca­lego serwera? Teraz nie bede cie miala caly poniedzialek, a tak sie cie­szylam i czekalam. Czy ten tw'oj kolega moze im teraz pom'oc szybko to naprawi'c w tym Poznaniu?

Odlozyla sluchawke i nagle wiedziala dokladnie, co zrobi.

Wziela dyskietke z ICQ, zam'owila taks'owke, powiedziala sekretar­ce, ze sie 'zle czuje i musi i's'c do lekarza oraz ze je'sli nie wr'oci przed siedemnasta, to zeby wylaczyla jej komputer.

Taks'owkarzowi kazala sie zawie'z'c do tego nowo otwartego hotelu, o kt'orym wszyscy ostatnio opowiadali. W recepcji zapytala, gdzie jest opisywana we wszystkich warszawskich gazetach Internet Cafe. Ka­wiarnia okazala sie kilkoma komputerami w rogu klubu nocnego na pierwszej kondygnacji podziemia hotelu.

Gdy tam weszla, dochodzila dziesiata rano.

Byl to ekskluzywny klub nocny z barem, malym parkietem do ta'nca i stolikami otoczonymi wysokimi, ciezkimi krzeslami wykladanymi zielonym pluszem. 'Swiatla byly przyciemnione, klub zupelnie pusty; tylko za barem stal mlody barman z przekrwawionymi od kaca oczami, wycierajacy kieliszki. Byl mniej wiecej w jej wieku. Typ latynoskiego kochanka, z przylizanymi do tylu czarnymi blyszczacymi wlosami. Byl ubrany w czarny, bardzo obcisly podkoszulek z napisem «mozesz mnie mie'c» w jezyku angielskim i wygladal, jakby zatrzasnelo sie nad nim solarium na co najmniej cztery godziny. Bylo wida'c po jego reakcji, ze nie spodziewal sie nikogo w poniedzialek o tej porze i ze mu wyra'znie przeszkodzila «wylizywa'c rany» po wczorajszej nocy. Gdy podeszla do baru, zmierzyl ja od st'op do gl'ow, zatrzymujac jedynie, przez ulamek sekundy, spojrzenie na jej ustach.

Zapytala o Internet.

Zaprowadzil ja bez slowa do komputer'ow, ustawionych na malych ciezkich stolikach z drewna, z takimi samymi ogromnymi zielonymi krzeslami. Przy niekt'orych staly jeszcze pelne popielniczki, niekt'ore mialy klawiature poplamiona czerwonym winem i nagle z pewnym rozbawieniem zauwazyla tez na jednym z monitor'ow wyra'zny 'slad krwi­stoczerwonych ust.

Genialne! Czy ona tez czasami nie chciala czego's takiego zrobi'c?

Na przyklad wtedy, gdy Jakub nagle w trakcie jednej z opowie'sci na temat Internetu ni stad, ni zowad, zupelnie bez kontekstu, napisal: «Pragne Cie tak bardzo teraz...». Zrobilo sie wtedy tak czule. Ale tylko na chwile. Zaraz potem poczula, chociaz wtedy dlugo nie chciala przy­zna'c sie do tego nawet przed sama soba, ze tak naprawde chcialaby, aby wla'snie wtedy dotknal ustami jej piersi.

Barman zauwazyl jej nagle zamy'slenie, chrzaknal glo'sno i wlaczyl kom­puter stojacy dokladnie naprzeciwko baru. Gdy zaczal tlumaczy'c jej, jak po­slugiwa'c sie mysza, zmierzyla go tylko wzrokiem i powiedziala, ze ma sie nie trudzi'c, ze doskonale da sobie rade bez jego kursu dla poczatkujacych.

Wr'ocil za bar obrazony, patrzac na nia podejrzliwie.

– Macie ICQ na tych komputerach? – zapytala.

Po jego wzroku poznala, ze nie ma zielonego pojecia, o czym m'owi. Zaczal kreci'c, opowiadajac, ze czekaja wla'snie na nowa wersje, a ona zastanawiala sie, dlaczego mezczyznom tak trudno przychodzi przy­zna'c sie, ze jest co's, czego nie wiedza, gdy wie o tym kobieta.

Postanowila nie pyta'c go, czy moze zainstalowa'c ICQ sama.

Wsunela dyskietke, kt'ora przyniosla ze soba, i zaczela instalowa'c.

Przez caly czas patrzyl na nia podejrzliwie spoza baru.

I wtedy przyszla jej do glowy niesamowita my'sl.

Tak, to jest ta niezwykla konstelacja!

Ten klub, to, co stalo sie z tym serwerem w Poznaniu, jej nastr'oj i dzisiejszy stan wyobra'zni.

Podeszla do baru i powiedziala:

– Czy m'oglby mi pan przynie's'c do stolika przy komputerze litrowa butelke gazowanej wody mineralnej, cztery plasterki cytryny, dwie slomki do picia, cappuccino z podw'ojna porcja amaretto w 'srodku oraz butelke czerwonego wytrawnego wina i dwa kieliszki?

Widziala to jego zdziwienie, ale skinal tylko glowa i zapytal:

– Przepraszam, do kt'orej placi pani za komputer?

– Do wp'ol do piatej. I prosze mi zam'owi'c taks'owke na szesnasta czterdzie'sci pie'c.

Wr'ocila do komputera i bezpo'srednio na jego pager wyslala e-mail:

Jakubku, przyjd'z na ICQ najpredzej jak mozesz. Powiem Ci o sobie wszyst­ko, co bedziesz chcial.


Ta niezwyklo's'c tego, ze to w og'ole technicznie jest mozliwe, juz jej nawet nie dziwila. Ale wdzieczno's'c za te madro's'c ludzi nie przemijala w niej. Dzieki tej madro'sci miala przeciez jego.

Za chwile komputer dal jej zna'c, ze on juz jest.

Kochanie, skad sie wziela's??? Nie m'ow mi, ze Pozna'n juz sie «podni'osl»?


U'smiechnela sie, zadowolona.

Nie podni'osl sie. To ja sie podnioslam. Za bardzo tesknilam za Toba i za bardzo sie cieszylam na ten poniedzialek, zeby da'c to sobie odebra'c jakiemu's padnietemu serwerowi w Poznaniu. Jestem w Internet Cafe w klubie nocnym w nowym hotelu w Warszawie i bede tu z toba do 16.30. Siedze w poblizu ba­ru, za kt'orym stoi oszolomiony ze zdziwienia barman, pije wode mineralna z cy­tryna i zam'owilam butelke czerwonego wina, kt'ora zaraz otworze. Opr'ocz bar­mana, kt'ory sie zupelnie nie liczy, jeste'smy sami, tylko ty i ja.


I nie czekajac na jego reakcje, napisala to nieprawdopodobne zdanie:

Jakubku, ja ci podrzuce za chwile wszystkie dane o sobie, a Ty mnie prosze uwied'z.

UWIEDZIESZ MNIE DZISIAJ W TYM KLUBIE????????????

Zr'ob to, prosze. Jeszcze nigdy nie byli'smy razem w klubie nocnym, sami i z alkoholem w mojej krwi. l mozemy dlugo nie by'c po raz drugi. Otw'orz butel­ke czerwonego wina, kt'ore na pewno masz, zamknij na klucz drzwi biura i przy­pomnij sobie, ze jest poniedzialek rano. Przeciez poniedzialek rano to nasz naj­lepszy czas. Czekamy na niego zawsze bardzo dlugo i stesknieni.


Przerwala pisanie i krzyknela do barmana:

– Czy m'oglby pan wlaczy'c w ko'ncu jaka's muzyke?! Najlepiej B.B. Kinga... prosze – dodala.

On juz pewnie sie niczemu nie dziwi, tenbarman – pomy'slala.

Za chwile dookola niej w calym tym mrocznym i nagle tak przytul­nym klubie byl blues.

Jakubku, wiec zeby Ci bylo latwiej i zeby's mial te same szanse, co wszy­scy, to Ci podam wszystkie najwazniejsze dane o sobie. Mam dzisiaj ciemno­zielony koronkowy stanik rozpinany z przodu, czarna obcisla bluzke z trzema guziczkami 'sciagana przez glowe, jestem wyjatkowo piekna, bo okres mi sie sko'nczyl dwa dni temu, mam ciemnoczerwona pomadke na ustach i gdy dotykam warg palcami, to juz mnie mrowi. Poza tym w powietrzu jest blues Twoje­go ulubionego B.B. Kinga i ja mam takie niesamowite my'sli na my'sli, ze nawet moja wlasna pod'swiadomo's'c sie rumieni. Masz przeciez wszystko, czego po­trzebujesz. Klawiature, Internet i te swoje pragnienia, l moje pragnienia tez masz. ZACZYNAJ wreszcie!


W klubie rozbrzmiewal jej ulubiony kawalek, «Dangerous mood», 'spiewany przez Kinga z Joe Cockerem, a ona rozpiela wszystkie gu­ziczki bluzki, nalala wina do pelna, usiadla wygodniej na pluszowym krze'sle, polozyla dlonie na klawiaturze i spojrzala w monitor. On juz pisal jej te wszystkie czulo'sci, na kt'ore tak czekala, a ona zastanawiala sie, jak to sie stalo, ze akurat dzisiaj wlozyla wla'snie te bielizne. Podno­szac kieliszek z winem, przez sekunde spojrzala poza monitor. Barman stal nieruchomo, wpatrujac sie w nia z otwartymi ustami i wydawalo sie jej, ze nie oddycha, aby nie zakl'oca'c tego, co sie tutaj wla'snie za­czynalo dzia'c.


ďđĺäűäóůŕ˙ ăëŕâŕ | S@motnosc w sieci | cëĺäóţůŕ˙ ăëŕâŕ