home | login | register | DMCA | contacts | help |      
mobile | donate | ÂĹŃĹËĘŔ

A B C D E F G H I J K L M N O P Q R S T U V W X Y Z
Ŕ Á Â Ă Ä Ĺ Ć Ç Č É Ę Ë Ě Í Î Ď Đ Ń Ň Ó Ô Ő Ö × Ř Ů Ý Ţ ß


my bookshelf | genres | recommend | rating of books | rating of authors | reviews | new | ôîđóě | collections | ÷čňŕëęč | ŕâňîđŕě | add
fantasy
space fantasy
fantasy is horrors
heroic
prose
  military
  child
  russian
detective
  action
  child
  ironical
  historical
  political
western
adventure
adventure (child)
child's stories
love
religion
antique
Scientific literature
biography
business
home pets
animals
art
history
computers
linguistics
mathematics
religion
home_garden
sport
technique
publicism
philosophy
chemistry
close

đĺęëŕěŕ - advertisement



@1

Dziewie'c miesiecy wcze'sniej...


Z rampy przy torze czwartym na peronie jedenastym stacji kolejowej Berlin Lichtenberg skacze pod pociag najwiecej samob'ojc'ow. Tak m'o­wia oficjalne, skrupulatne jak zawsze niemieckie statystyki dla wszyst­kich dworc'ow Berlina. To zreszta wida'c, gdy sie siedzi na lawce przy to­rze czwartym na peronie jedenastym. Szyny sa tam znacznie bardziej blyszczace niz na innych peronach. Hamowanie awaryjne, czesto powta­rzane, pozostawia na dlugo wyszlifowane tory. Poza tym normalnie ciemnoszare i przybrudzone betonowe podklady kolejowe sa w kilku miejscach na dlugo'sci calego peronu jedenastego o wiele ja'sniejsze niz w innych – gdzieniegdzie prawie biale. W tych miejscach sluzby utrzy­mania dworca uzywaly silnych detergent'ow, aby zmy'c plamy krwi rozry­wanych i wleczonych przez lokomotywy i wagony ciala samob'ojc'ow.

Lichtenberg jest jedna z najbardziej peryferyjnych stacji w Berlinie i jest przy tym stacja najbardziej zaniedbana. Odbierajac sobie zycie na stacji Berlin Lichtenberg, ma sie wrazenie, ze pozostawia sie za soba szary, brudny, 'smierdzacy moczem, obdrapany z tynku 'swiat pelen 'spieszacych sie smutnych lub nawet zrozpaczonych ludzi. Zostawi'c ta­ki 'swiat na zawsze jest o wiele latwiej.

Wej'scie po kamiennych schodach na peron jedenasty jest ostatnim wej'sciem w tunelu miedzy hala kasowa i zamykajacym go pomieszcze­niem transformator'ow. Tor czwarty jest najbardziej skrajnym torem na calym dworcu. Gdyby w hali kasowej dworca Berlin Lichtenberg po­stanowi'c zabi'c sie, skaczac pod pociag, to idac na rampe toru czwarte­go na peronie jedenastym, zyje sie najdluzej. Dlatego samob'ojcy pra­wie zawsze wybieraja tor czwarty na peronie jedenastym.

Na rampie przy torze czwartym sa dwie pokryte graffiti, ponacinane nozami drewniane lawki, przykrecone ogromnymi 'srubami do betonowego podloza. Na lawce blizej wyj'scia z tunelu siedzial wychudzony, cuchnacy mezczyzna. Od lat mieszkal na ulicy. Drzal z zimna i leku. Siedzial z nienaturalnie skreconymi stopami, rece trzymal w kieszeni podartej i poplamionej ortalionowej kurtki, sklejonej w kilku miejscach z'olta ta'sma samoprzylepna z niebieskim napisem Just do it. Palil papierosa. Obok niego na lawce stalo kilka puszek po piwie i pusta butel­ka po w'odce. Obok lawki, w foliowej reklam'owce sieci Aldi, z kt'orej dawno juz wytarla sie z'olta farba, znajdowal sie caly jego dobytek. Spa­lony w kilku miejscach koc, kilka strzykawek, pudelko na tyto'n, pa­czuszki bibulek do skrecania papieros'ow, album ze zdjeciami z pogrze­bu syna, otwieracz do konserw, pudelko zapalek, dwa opakowania methadonu, poplamiona kawa i krwia ksiazka Remarque'a, stary sk'o­rzany portfel z poz'olklymi, podartymi i ponownie sklejonymi fotogra­fiami mlodej kobiety, z dyplomem uko'nczenia studi'ow i za'swiadcze­niem o niekaralno'sci. Tego wieczoru do jednej z fotografii mlodej kobiety mezczyzna przypial spinaczem list oraz banknot stumarkowy.

Teraz czekal na pociag z dworca Berlin ZOO do Angermuende. Dwana'scie minut po p'olnocy. Po'spieszny z obowiazkowa rezerwacja miejsc i wagonem Mitropy przy wagonach pierwszej klasy. Pociag ten nigdy nie zatrzymuje sie na stacji Lichtenberg. Przejezdza bardzo szyb­ko torem czwartym i znika w ciemno'sci. Ma ponad dwadzie'scia wago­n'ow. Latem nawet wiecej. Mezczyzna wiedzial to od dawna. Przycho­dzil na ten pociag juz wiele razy.

Mezczyzna bal sie. Ten dzisiejszy lek byl jednak zupelnie inny. Uniwersalny, powszechnie znany, nazwany i zbadany doglebnie. Wie­dzial dokladnie, czego sie bal. Najgorszy jest lek przed czym's, czego nie mozna nazwa'c. Na lek bez imienia nie pomagaja nawet strzykawki.

Dzisiaj przyszedl po raz ostatni na ten dworzec. Potem juz nigdy nie bedzie samotny. Nigdy. Samotno's'c jest najgorsza. Czekajac na ten po­ciag, siedzial spokojny, pogodzony z soba. Niemal radosny.

Na drugiej lawce, za kioskiem z prasa i napojami, siedzial inny mez­czyzna. Trudno by bylo okre'sli'c jego wiek. Okolo trzydziestu siedmiu, czterdziestu lat. Opalony, pachnacy droga woda kolo'nska, w czarnej welnianej marynarce, jasnych markowych spodniach, rozpietej oliwko­wej koszuli i zielonym krawacie. Obok lawki postawil metalowa wa­lizke z etykietami linii lotniczych. Wlaczyl komputer, kt'ory wyjal z czarnej sk'orzanej torby, ale zaraz zdjal go z kolan i odstawil obok sie­bie na lawke. Ekran komputera migotal w ciemno'sci. Wskaz'owka zega­ra nad peronem minela liczbe dwana'scie. Rozpoczynala sie niedziela,

30 kwietnia. Mezczyzna oparl glowe na swoich dloniach. Przymknal oczy. Plakal.

Mezczyzna z lawki przy wej'sciu podni'osl sie. Siegnal po plastikowa reklam'owke. Upewnil sie, ze list i banknot sa w portfelu, wzial czarna puszke z piwem i ruszyl w kierunku ko'nca rampy, zaraz przy semafo­rze. To miejsce upatrzyl sobie juz dawno. Minal kiosk z napojami i wte­dy zobaczyl go. Nie spodziewal sie nikogo na peronie jedenastym po p'olnocy. Zawsze byl tutaj sam. Ogarnal go niepok'oj inny niz lek. Obec­no's'c tego drugiego mezczyzny zakl'ocala mu caly plan. Nie chcial spo­tka'c nikogo w drodze na koniec rampy. Koniec rampy... To bedzie na­prawde koniec.

Nagle poczul, ze chce pozegna'c sie z tym czlowiekiem. Podszedl do lawki. Odsunal komputer i usiadl blisko niego.

– Kolego, wypijesz lyk piwa ze mna? Ostatniego lyka. Wypijesz? – zapytal, dotykajac jego uda i wysuwajac puszke z piwem w jego kierunku.


ON: Minela p'olnoc. Schylil glowe i poczul, ze nie zatrzyma tych lez. Juz dawno nie czul sie taki samotny. To przez te urodziny. Samotno's'c jako uczucie od kilku lat rzadko docierala do niego w szalonym pedzie codzienno'sci. Samotnym jest sie tylko wtedy, gdy ma sie na to czas. On nie mial czasu. Tak skrzetnie organizowal sobie zycie, zeby nie mie'c czasu. Projekty w Monachium i w USA, habilitacja i wyklady w Polsce, konferencje naukowe, publikacje. Nie, w jego biografii nie bylo ostat­nio przerw na rozmy'slanie o samotno'sci, rozczulenia i takie slabo'sci jak ta teraz tutaj. Tutaj, na tym szarym, opuszczonym dworcu, skazany na bezczynno's'c, nie m'ogl zaja'c sie niczym innym, by zapomnie'c, i sa­motno's'c pojawila sie jak atak astmy. To, ze jest tutaj i ma te niezapla­nowana przerwe, to tylko pomylka. Zwyczajna, banalna, bezsensowna pomylka. Jak blad w druku. Sprawdzal przed ladowaniem na Berlin Hegel, w Internecie, rozklad jazdy pociag'ow i nie zwr'ocil uwagi, ze ze stacji Berlin Lichtenberg do Warszawy kursuja tylko w dni robocze. A przeciez przed chwila sko'nczyla sie sobota. Nawet mial prawo tego nie zauwazy'c. To bylo rano i mial za soba kilkana'scie godzin lotu z Seattle, lotu ko'nczacego tydzie'n pracy bez wytchnienia.

Urodziny o p'olnocy na dworcu Berlin Lichtenberg. Co's tak absur­dalnego. Czy trafil tutaj z jaka's misja?! To miejsce mogloby by'c do­skonala sceneria akcji filmu, koniecznie czarno-bialego, o bezsensie, szaro'sci i udrece zycia. Byl pewien, ze Wojaczek tutaj w takiej chwili napisalby sw'oj najmroczniejszy wiersz.

Urodziny. Jak on sie rodzil? Jak to bylo? Jak bardzo ja bolalo? Co my'slala, gdy ja bolalo? Nigdy jej o to nie zapytal. Wla'sciwie dlaczego nie? Tak po prostu: «Mamo, bolalo cie bardzo, gdy mnie rodzila's?».

Dzi's chcialby to wiedzie'c, ale gdy jeszcze zyla, nie przyszlo mu to nigdy do glowy.

Teraz juz jej nie ma. I innych tez. Wszyscy najwazniejsi ludzie, kt'orych kochal, umarli. Rodzice, Natalia... Nie mial nikogo. Nikogo waznego. Mial tylko projekty, konferencje, terminy, pieniadze i cza­sami uznanie. Kto w og'ole pamieta, ze on ma dzisiaj urodziny? Dla kogo ma to znaczenie? Kto to zauwazy? Czy jest kto's, kto pomy'sli o nim dzisiaj? I wtedy przyszly te lzy, kt'orych nie zdolal juz powstrzy­ma'c.

Nagle poczul szturchniecie.

– Kolego... Wypijesz lyk piwa ze mna? Ostatniego lyka. Wypijesz? – uslyszal zachrypniety glos.

Podni'osl glowe. Przekrwione, wystraszone oczy w za duzych oczo­dolach wychudzonej, zaro'snietej i pokrytej ranami twarzy patrzyly na niego blagalnie. W wyciagnietej drzacej dloni mezczyzny, kt'ory sie­dzial obok, byla puszka piwa. Mezczyzna zauwazyl jego lzy, odsunal sie i powiedzial:

– Sluchaj, kolego, ja nie chce ci przeszkadza'c. Nie chcialem, na­prawde. Ja tez nie lubie, gdy ja placze i kto's sie przyczepia. Ja juz sobie ide. Plaka'c trzeba w spokoju. Tylko wtedy ma sie z tego rado's'c.

Nie pozwolil mu odej's'c, chwytajac za kurtke. Wzial puszke z jego reki i powiedzial:

– Nie przeszkadzasz. Sluchaj, ty nawet nie wiesz, jak bardzo chce sie z toba napi'c. Mam od kilku minut urodziny. Nie odchod'z. Mam na imie Jakub.

I nagle zrobil co's, co wydawalo mu sie w tamtym momencie zupel­nie naturalne i czemu nie m'ogl sie oprze'c. Przyciagnal tego mezczyzne i przytulil do siebie. Oparl glowe na ramieniu okrytym podarta ortalionowa kurtka. Trwali tak chwile, czujac, ze dzieje sie co's uroczystego. W pewnym momencie cisze zakl'ocil pociag, przelatujac z hukiem obok lawki, na kt'orej siedzieli przytuleni do siebie. Wtedy mezczyzna skulil sie jak przestraszone dziecko, wtulil sie w niego i powiedzial co's, co zagluszyl stukot k'ol pedzacego pociagu. Po chwili poczul zawstydze­nie. Ten drugi musial poczu'c to samo, odsunal sie bowiem gwaltownie, bez slowa wstal i poszedl w kierunku schod'ow prowadzacych do tune­lu. Przy jednym z metalowych koszy na 'smieci zatrzymal sie, wyjal kartke papieru ze swojej plastikowej torby, zgni'otl ja w dloni i wrzucil do pojemnika. Po chwili zniknal w tunelu.

– Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin, Jakub – powiedzial glo'sno, wypijajac ostatni lyk piwa z puszki, kt'ora tamten mezczyzna postawil obok migoczacego komputera.

To tylko chwila slabo'sci. Atak arytmii serca, kt'ory minal. Usiadl wyprostowany na lawce. Siegnal do torby po telefon kom'orkowy. Wy­ciagnal berli'nska gazete, kt'ora kupil rano, odnalazl reklame serwisu ta­xi. Wybral numer. Spakowal komputer i ciagnac z hukiem po wybo­jach rampy walizke, poszedl w kierunku tunelu prowadzacego do hali kasowej i wyj'scia do miasta.

Jak to bylo? Jak on to powiedzial? «Plaka'c trzeba w spokoju. Tylko wtedy ma sie z tego rado's'c...».


ONA: Juz dawno zaden mezczyzna az tak bardzo nie staral sie, aby miala taki nastr'oj, czula sie atrakcyjna i miala najlepsze drinki w kie­liszku.

– Nikt nie zaprzeczy, ze Kopciuszek mial wyjatkowo smutne dzie­ci'nstwo. Wredne przyrodnie siostry, praca ponad sily i straszna maco­cha. Poza tym, ze musiala zatruwa'c sie, wyciagajac popi'ol z popielnika, to na dodatek nie miala nawet kanalu MTV – powiedzial, wybuchajac 'smiechem, mlody mezczyzna siedzacy naprzeciwko niej przy barze.

Byl o kilka lat mlodszy od niej. Mial nie wiecej niz dwadzie'scia pie'c. Przystojny. Perfekcyjnie elegancki. Dawno nie widziala mezczy­zny tak harmonijnie ubranego. Wla'snie tak. Harmonijnie. Byl wytwor­ny jak jego piekne, szyte na miare garnitury. Wszystko sie w nim zga­dzalo ze soba. Zapach wody kolo'nskiej pasowal do koloru krawata, kolor krawata pasowal do koloru kamieni w zlotych spinkach przy mankietach nieskazitelnie blekitnej koszuli. Zlote spinki przy mankie­tach – kto teraz jeszcze uzywa w og'ole takich spinek? – swoim roz­miarem i odcieniem zlota pasowaly do zlotego zegarka, kt'ory nosil na przegubie prawej reki. A zegarek pasowal do pory dnia. Teraz, wie­czorem, na to spotkanie z nia w barze wlozyl elegancki, prostokatny zegarek z delikatnym sk'orzanym paskiem w kolorze jego garnituru. Rano na zebraniu w berli'nskiej siedzibie ich firmy mial ciezkiego, do­stojnego roleksa. Poza tym rano inaczej tez pachnial. Wie to doklad­nie, bo celowo wstala ze swojego miejsca i wychylila sie po butelke z woda sodowa dokladnie nad jego glowa, cho'c miala cala tace z butel­kami przed soba.

Przygladala mu sie cale przedpoludnie. Mial na imie Jean i byl Bel­giem «z absolutnie francuskiej cze'sci Belgii», jak sam podkre'slal. Nie wiedziala, czym francuska cze's'c Belgii r'ozni sie tak bardzo od fla­mandzkiej, ale zalozyla, ze widocznie by'c z francuskiej cze'sci jest wiekszym zaszczytem.

Jak sie potem okazalo, Jean nie tylko wedlug niej byl najwieksza atrakcja tego cyrku w Berlinie. 'Sciagneli ich z calej Europy do centrali w Berlinie, aby powiedzie'c, ze tak naprawde nie maja nic do powiedze­nia. Od roku tkwila wesp'ol z ich belgijskim odpowiednikiem w projek­cie, kt'ory w Polsce nie m'ogl sie uda'c. Urzadzenia, kt'ore chcieli sprze­dawa'c, po prostu nie pasowaly do polskiego rynku. Trudno sprzedawa'c Eskimosom kremy utrwalajace opalenizne. Nawet je'sli sa to kremy naj­wyzszej jako'sci.

W og'ole nie chciala tutaj przyjezdza'c i robila wszystko, aby prze­rzuci'c ten wyjazd na kogo's innego z jej dzialu. Planowali z mezem od dawna wyjazd w Karkonosze z wypadem do Pragi. Nie udalo sie. Na wyra'zne polecenie z Berlina miala przyjecha'c wla'snie ona. Na dodatek pociagiem, bo zeby ten pobyt w Berlinie mial w og'ole sens, musiala najpierw spedzi'c jeden dzie'n w filii ich firmy w Poznaniu.

Jadac tutaj z Warszawy – ostatnio nienawidzila je'zdzi'c pociagami – miala bardzo duzo czasu, aby opracowa'c strategie, kt'ora pozwolilaby jej odwie's'c centrale od tego projektu. Jednak Jean, ten Belg ze spinka­mi pasujacymi chyba nawet do pogody, przekonal wszystkich, ze «ry­nek w Polsce jeszcze sam nie wie, ze potrzebuje tych urzadze'n» i ze on «ma genialnie prosty pomysl na to, aby polski rynek sie o tym dowie­dzial». Potem przez godzine na tle wypieszczonych, kolorowych slaj­d'ow opowiadal o swoim «genialnie prostym pomy'sle».

Malo, ze ona sama opowiedzialaby o tym w kwadrans i do tego znacznie lepsza angielszczyzna, to na dodatek nic – z wyjatkiem mapy Polski – na jego slajdach nie odpowiadalo rzeczywisto'sci. Ale to nie zro­bilo na nikim opr'ocz niej specjalnego wrazenia. Bylo wida'c, ze dyrek­torka z Berlina podjela decyzje juz przed prezentacja. Ona tez podjela decyzje juz przed prezentacja. Problem polegal na tym, ze byly to decy­zje calkowicie odmienne. Ale jak dyrektorka mogla sie z nia zgodzi'c? Czyz kto's tak ujmujaco przystojny, m'owiacy po angielsku z tak czaruja­cym francuskim akcentem m'ogl sie myli'c? Dyrektorka patrzyla na Bel­ga opowiadajacego bzdury na tle kolorowych fantazji jak na przystojne­go faceta, kt'ory lada chwila zacznie sie rozbiera'c. Ciezki przypadek menopauzy. Ale c'oz, pokusa z pewno'scia warta byla, wedlug dyrektorki, pieniedzy akcjonariuszy. Poza tym zawsze mozna przekona'c Eski­mos'ow, ze opalaja sie takze w trakcie dlugiej nocy polarnej. Od promie­niowania kosmicznego. I kremy przydadza sie im na pewno.

Po Jeanie wystapila ona. Dyrektorka nawet nie czekala do ko'nca jej prezentacji. Wyszla, wywolana przez sekretarke do telefonu. W ten spos'ob wszyscy sie dowiedzieli, ze nie warto jej slucha'c. Schylili sie jak na komende nad klawiaturami swoich laptop'ow i zajeli Internetem. W zasadzie mogla recytowa'c wiersze lub opowiada'c po polsku dowci­py – oni i tak nie zauwazyliby tego. Tylko Belg, gdy juz zako'nczyla swoja prezentacje, stanal przed nia i z tym swoim rozbrajajacym u'smie­chem powiedzial:

– Jest pani najbardziej uroczym inzynierem, jakiego znam. Nawet je'sli nie ma pani racji, to sluchalem tego, co pani m'owila, z zapartym tchem i z najwieksza uwaga.

Kiedy siegnela do torby, aby pokaza'c mu swoje obliczenia, dodal:

– Czy moglaby pani przekona'c mnie o swoich racjach dzisiaj wie­czorem w barze naszego hotelu? Powiedzmy okolo dwudziestej dru­giej?

Zgodzila sie bez wahania. Nawet nie pr'obowala niczego utrudnia'c zadnymi wymy'slonymi na poczekaniu klamstewkami o tym, jak bar­dzo zajeta jest wieczorem. Wszystko oficjalne, co mozna bylo robi'c wieczorami, juz sie odbylo. Pociag do Warszawy miala jutro, okolo po­ludnia. Poza tym chciala by'c z Belgiem chociaz raz tak, aby nie bylo przy tym ich berli'nskiej dyrektorki.

Teraz tutaj, w hotelowym barze, cieszyla sie, ze rano nie protesto­wala zbyt zapalczywie w sprawie tego projektu. Belg byl naprawde czarujacy. Wygladalo na to, ze czesto bywa w tym hotelu. Z barmanem rozmawial po francusku – sie'c hoteli Mercure, w kt'orych firma trady­cyjnie rezerwowala im noclegi, nalezy do Francuz'ow, w zwiazku z czym personel m'owi po francusku – i wygladalo na to, ze sa zaprzy­ja'znieni.

Teraz, gdy projekt przedluzono na nastepny rok, bedzie miala oka­zje spotyka'c go znacznie cze'sciej. Podobal sie jej. My'slala o tym, pa­trzac na niego, gdy zamawial nastepnego drinka. Kiedy barman podal im szklanki z plynami o niespotykanych pastelowych kolorach i egzo­tycznych francuskich nazwach, Belg zblizyl swoja twarz do jej.

– Juz dawno nie zaczynalem niedzieli z kim's tak czarujacym. Mine­la p'olnoc. Mamy trzydziestego kwietnia – powiedzial, po czym uderzyl lekko swoja szklanka w jej dlo'n i ustami delikatnie dotknal jej wlos'ow.

To bylo elektryzujace. Juz dawno nie czula takiej ciekawo'sci, co zdarzy sie dalej. Czy ma pozwoli'c mu bra'c swoje wlosy do ust? Czy ma prawo czu'c taka ciekawo's'c? Co tak naprawde chcialaby, aby zda­rzylo sie dalej? Ona, zona przystojnego meza, kt'orego zazdroszcza jej wszystkie kolezanki. Jak daleko moglaby sie posuna'c, aby poczu'c co's wiecej niz tylko ten dawno zapomniany dreszcz, gdy mezczyzna znowu caluje jej wlosy, zamykajac przy tym oczy? Jej maz od dawna nie calu­je jej wlos'ow i jest tak... tak potwornie przewidywalny.

My'slala o tym ostatnio bardzo czesto. W zasadzie z niepokojem. Nie, zeby wszystko spowszednialo. Nie az tak. Ale zniknal ten naped. Rozproszyl sie gdzie's w codzienno'sci. Wszystko ostyglo. Czasami tyl­ko rozgrzewalo sie, na chwile. W pierwsza noc po powrocie jej lub je­go z jakiego's dluzszego wyjazdu, po lzach i kl'otni, kt'ora postanowili zako'nczy'c w l'ozku, po alkoholu lub jakich's wonnych li'sciach palonych na przyjeciach, na urlopie w obcych l'ozkach, na obcych podlogach, przy obcych 'scianach lub w obcych samochodach.

To ciagle bylo. Powiedzmy, bywalo. Ale bez tej dziko'sci. Tej mi­stycznej tantry z poczatku. Tego nienasycenia. Tego glodu, kt'ory po­wodowal, ze na sama tylko my'sl o tym krew, szumiac, odplywala w d'ol jak oszalala i pojawiala sie, jak na zawolanie, wilgotno's'c. Nie! Tego nie bylo juz dawno. Ani po winie, ani po li'sciach, ani nawet na parkin­gu przy autostradzie, na kt'ory zjechal, gdy wracajac pewnej nocy z ja­kiego's przyjecia i nie zwazajac na to, ze jada niesamowicie szybko, we­pchnela – tak jako's ja naszlo pod wplywem muzyki w radiu – glowe pod jego rece na kierownicy i zaczela rozpina'c pasek jego spodni.

To pewnie przez te dostepno's'c. Wszystko bylo na wyciagniecie re­ki. Nie trzeba bylo o nic zabiega'c. Znalo sie kazdy sw'oj wlosek, kazdy mozliwy zapach, kazdy mozliwy smak sk'ory i suchej, i wilgotnej. Zna­lo sie wszystkie zakamarki swoich cial, slyszalo wszystkie westchnie­nia, przewidywalo wszystkie reakcje i uwierzylo sie juz dawno we wszystkie wyznania. Niekt'ore byly od czasu do czasu powtarzane. Ale nie robily juz wrazenia. Nalezaly po prostu do scenariusza.

Ostatnio wydawalo jej sie, ze seks z nia ma dla jej meza nastr'oj – jak moglo jej to w og'ole przyj's'c do glowy?! – katolickiej mszy. Po pro­stu p'oj's'c, nad niczym sie nie zastanawia'c i znowu ma sie spok'oj na ca­ly tydzie'n.

Moze tak jest u wszystkich? Czy mozna sie dziko pozada'c, gdy zna sie od kilkunastu lat i gdy widzialo sie go, gdy krzyczy, wymiotuje, chrapie, siusia i zostawia brudna muszle klozetowa?

A moze to nie jest az takie wazne? Moze potrzebne jest tylko na po­czatku? Moze nie najwazniejsze jest chcie'c i's'c z kim's do l'ozka, ale chcie'c wsta'c nastepnego dnia rano i zrobi'c sobie nawzajem herbate?

– Czy zrobilem co's zlego? – To Jean wyrwal ja z zamy'slenia.

– Jeszcze nie wiem – odpowiedziala z wymuszonym u'smiechem. – Przepraszam na chwile. Zaraz wr'oce.

W toalecie wyciagnela z torebki szminke. Patrzac w lustro, powie­dziala do siebie:

– Masz jutro dluga droge przed soba. Zaczela malowa'c usta.

– I meza tez masz – dodala, grozac palcem odbiciu w lustrze.

Wyszla z toalety. Przechodzac obok recepcji, uslyszala, jak jaki's mezczyzna, odwr'ocony do niej plecami, literuje recepcjonistce swoje imie:

J-a-k-u-b...

Juz nie czula ciekawo'sci, co «zdarzy sie dalej». Tesknila za mezem. Podeszla do baru, do czekajacego na nia mezczyzny. Stanela na palcach i pocalowala go w policzek.

– Nie zrobil pan nic zlego. Wrecz przeciwnie.

Z torebki wyjela swoja wizyt'owke, odwrotna, pusta strone przyci­snela mocno do ust blyszczacych od 'swiezo nalozonej szminki. Polozy­la wizyt'owke na barze obok swojego kieliszka z niedopitym pastelo­wym plynem.

– Dobranoc – powiedziala cicho.


ON: Taks'owkarz, kt'ory podjechal pod opustoszaly dworzec Berlin Lichtenberg, byl Polakiem. Pono'c 30 procent berli'nskich taks'owkarzy to Polacy.

– Niech pan zawiezie mnie do hotelu, w kt'orym jest bar, kt'ory znaj­duje sie blisko dworca Berlin ZOO i jest drogi.

– To nietrudne w tym mie'scie. – Taks'owkarz za'smial sie glo'sno. Zameldowal sie w hotelu. Zanim odszedl od recepcji, zapytal:

– Czy bylby pan uprzejmy obudzi'c mnie na p'oltorej godziny przed odjazdem pierwszego pociagu z dworca ZOO do Warszawy?

Mlody recepcjonista podni'osl glowe znad jakich's dokument'ow i wpatrywal sie w niego, nie rozumiejac.

– Jak to... P'oltorej godziny? Jakiego pociagu? To znaczy o kt'orej? Spokojnie odpowiedzial:

– Widzi pan, ja sam tego nie wiem dokladnie. Ale wy piszecie tak wzruszajaco w reklamie waszego hotelu – wskazal kolorowy prospekt lezacy obok jego paszportu – ze Mercure to nie tylko bezpieczny dach nad glowa w podr'ozy. Mercure to takze podr'oz. Prosze wiec zadzwoni'c na stacje, sprawdzi'c, o kt'orej jest pociag do Warszawy, i obudzi'c mnie dokladnie na dziewie'cdziesiat minut przed jego odjazdem. Bylbym tak­ze wdzieczny za zam'owienie mi taks'owki. Chce wyjecha'c na dworzec na godzine przed odjazdem pociagu.

– Tak, oczywi'scie... – odpowiedzial zmieszany recepcjonista.

– Pozwoli pan, ze nie p'ojde jeszcze do pokoju i zostawie bagaz w re­cepcji. Chcialbym teraz wyda'c duzo pieniedzy w barze pa'nskiego hote­lu. Dopilnuje pan, aby w tym czasie m'oj bagaz byl bezpieczny, prawda?

Nie czekajac na odpowied'z, polozyl sk'orzana torbe z laptopem na walizce i odszedl w kierunku drzwi, spoza kt'orych dochodzila muzyka.

Z kulistych glo'snik'ow podwieszonych pod sufitem wypelnionej gwarem sali dochodzila spokojna muzyka. Natalie Cole 'spiewala o mi­lo'sci. Rozejrzal sie. Tylko jeden podwyzszony stolek przy eliptycznym barze byl wolny. Gdy tam dotarl i zobaczyl napelniona do polowy szklanke, byl rozczarowany. Chcial odej's'c, sadzac, ze miejsce jest zaje­te. W tym momencie mlody mezczyzna siedzacy na sasiednim stolku odwr'ocil sie i powiedzial po angielsku:

– To miejsce zrobilo sie niestety wolne. Moze pan tu usia's'c, je'sli ma pan ochote. – I spogladajac na niego z u'smiechem, dodal: – To do­bre miejsce. Barman przychodzi tutaj bardzo czesto.

Usiadl i od razu poczul zapach subtelnych perfum. Lanc'ome? Biagiotti? Zamknal oczy. Chyba jednak Biagiotti.

Perfumy fascynowaly go od dawna. Sa jak wiadomo's'c, kt'ora chce sie przekaza'c. Nie potrzeba do tego zadnego jezyka. Mozna by'c glu­choniemym, mozna by'c z innej cywilizacji, a i tak zrozumie sie te wia­domo's'c. W perfumach jest jaki's irracjonalny, tajemniczy element. Channel No 5, L'Air du Temps czy Poeme sa jak wiersz, kt'ory nosi sie na sobie. Niekt'ore sa tak niepoprawnie sexy. Zmuszaja do obejrzenia sie, nawet podazenia za kobieta, kt'ora ich uzywa. Pamieta, jak dwa la­ta temu zwiedzal Prado. W pewnym momencie przeszla obok niego ko­bieta w czarnym kapeluszu i otoczyl go mistyczny zapach. Zapomnial o El Greco, Goi i innych. Poszedl za ta kobieta. Teraz pomy'slal, ze za kobieta, kt'ora tutaj przed chwila siedziala i zostawila sw'oj zapach, tez chcialby p'oj's'c.

Wychylil sie i oparl lokciami na barze, aby zwr'oci'c uwage barmana, kt'ory rzekomo przychodzi w to miejsce bardzo czesto. Wtedy zauwazyl lezaca obok szklanki wizyt'owke. Kontur ust wyra'znie odci'sniety na bialej tekturce. Dolna warga wyra'znie szersza, zdecydowany luk g'or­nej. Prze'sliczne usta. Natalia miala wla'snie takie. Podni'osl wizyt'owke do nosa. Na pewno Biagiotti! Musiala naleze'c do kobiety, kt'ora siedzia­la tutaj przed kilkoma minutami. Postanowil sprawdzi'c, do kogo nale­zala. Odwracal wizyt'owke, gdy uslyszal:

– Przepraszam pana, ale ta wizyt'owka jest przeznaczona dla mnie.

– Alez oczywi'scie. Chcialem wla'snie pana o to zapyta'c – sklamal, podajac mezczy'znie wizyt'owke.

Sp'o'znil sie. Nie dowie sie, do kogo nalezala. Mezczyzna wzial ja, schowal do kieszeni marynarki, zostawil napiwek dla barmana na spodku filizanki z kawa i bez slowa odszedl.

– Butelke dobrze schlodzonego proseco. I cygaro. Najdrozsze, ja­kie pan ma – powiedzial do barmana, kt'ory zjawil sie w tym momencie przed nim.

Takie usta miala takze jego matka. Ale matka wszystko miala 'sliczne.

Ten dzie'n, kt'ory minal, i tych kilka godzin nalezaly w pewnym sen­sie do jego matki. I wcale nie przez to, ze w swoje urodziny my'sli o tym, jak go rodzila.

Przylecial wczoraj rano z Seattle do Berlina tylko po to, aby w ko'n­cu zobaczy'c, gdzie urodzila sie jego matka. Jej biografia interesowala go ostatnio jak powie's'c, w kt'orej kilku waznych rozdzialach bral udzial. Chcial koniecznie pozna'c te pierwsze.

Urodzila sie niedaleko dworca Berlin Lichtenberg, w szpitalu pro­wadzonym przez samarytanki. Dziadek wywi'ozl do Berlina swoja na ostatnich nogach zone w nadziei, ze w Berlinie bedzie im lepiej. Jak to teraz nazywaja? Emigrant gospodarczy. Tak. Wla'snie tak. W tydzie'n po przyje'zdzie do Berlina babcia urodzila jego matke. W szpitalu sa­marytanek. Tylko tam przywozono rodzace prosto z ulicy. Te bez pie­niedzy. Byl wczoraj przy tym budynku. Teraz jest tam jaki's turecki te­atr eksperymentalny.

Po trzech miesiacach wr'ocili do Polski. Nie mogli zy'c w Niem­czech. Ale to nic nie szkodzi, ze to byly tylko trzy miesiace. W akcie urodzenia na zawsze pozostala ta historyczna adnotacja: miejsce uro­dzenia – Berlin. Jego matka zostala w ten prosty spos'ob Niemka. To dzieki temu on ma teraz niemiecki paszport i moze lata'c do Seattle bez wizy. Ale i tak lata zawsze z dwoma paszportami. Kiedy's zapomnial polskiego i czul sie jak bezpa'nstwowiec.

Bo on moze by'c tylko Polakiem.

Kelner przyni'osl blekitna butelke proseco, srebrzysta tube z kuba'n­skim cygarem i mala gilotyne. Otwieral butelke, gdy on zapalal cygaro. Pierwszy kieliszek wypil duszkiem. Cygaro bylo doskonale. Dawno nie palil tak dobrych cygar. Kiedy's w Dublinie. Wiele lat temu.

Nie m'ogl przesta'c my'sle'c o wczorajszym spacerze po przeszlo'sci matki. Jej niemiecko's'c jednakze to nie tylko szpital samarytanek w przedwojennym Berlinie i nie tylko ten zapis w jej akcie urodzenia. To bylo bardziej skomplikowane. Tak samo jak jej biografia.

On urodzil sie pewnego 30 kwietnia jako trzecie dziecko trzeciego meza swojej matki. W ten dzie'n jest Jakuba. Wszyscy my'sla, ze wla­'snie dlatego ma na imie Jakub. Ale tak nie jest. Jakub mial na imie dru­gi maz jego matki. Polski artysta, kt'ory w 1944 roku zostal Niemcem tylko dlatego, ze urodzil sie o 12 kilometr'ow za bardzo na zach'od, a pod Stalingradem trzeba bylo mie'c pelne okopy. Wtedy ci naprawde prawdziwi Niemcy mniej prawdziwymi Niemcami robili wszystkich. Zaraz po tym oczywi'scie robili ich takze niemieckimi zolnierzami. Zol­nierzami zostawali wtedy wszyscy. Kulawi, chorzy psychicznie, gru'zli­cy. Wszyscy mogli i powinni by'c w tamtych dniach zolnierzami. Drugi maz jego matki nie wiedzial tego. Nie wyobrazal sobie dnia i nocy bez jego matki. Dlatego przed terminem komisji lekarskiej najpierw celowo pocil sie, a potem biegal noca boso po 'sniegu w parku – mial nadzieje, ze dostanie gru'zlicy. Dostal. Ale i tak wzieli go do okop'ow.

Po wojnie nigdy sie nie odnale'zli. Nie pomogla im nawet wielka mi­lo's'c. Gdy wydobyla sie z tesknoty i uwierzyla, ze artyste zabrala jej wojna i ze tak po prostu musi by'c, w jej zyciu pojawil sie jego, Jakuba, ojciec. Wychudzony, przystojny do zauroczenia, stuprocentowy Polak po Stutthofie. Ona z niemiecka narodowo'scia, on po trzech latach obo­zu. Ojciec nigdy nie dal mu odczu'c, ze nienawidzi Niemc'ow. Chociaz nienawidzil. Ciekawe, czy wybaczylby mu, ze zamieszkal w Niem­czech?

Jego rodzice to najlepszy dow'od, ze te polsko-niemieckie podzialy to tylko umowa historyk'ow, kt'orym udalo sie przekona'c cale narody. Zreszta, cala historia to tylko umowa. Gl'ownie co do wsp'olnego oszu­stwa. Um'owiono sie, ze wla'snie o tym, a nie innym oszustwie bedzie sie naucza'c w szkole.

Znowu robilo sie mu smutno. Dosy'c bylo smutku na dzisiaj. Ma przeciez urodziny. Wyjal butelke ze srebrnego kubelka z lodem. Nalal sobie nastepny kieliszek. Dzisiaj jedzie do domu.


ONA: Wszystkie miejsca w wagonach pierwszej klasy byly wyprze­dane. Popelnila blad, nie wykupujac miejsc'owek na powr'ot jeszcze w Warszawie. Kasjerka na dworcu Berlin ZOO powiedziala:

– Mam tylko kilka wolnych miejsc w drugiej klasie. Wszystkie w przedzialach dla palacych. Bierze pani?

Perspektywa kilkunastu godzin jazdy w zadymionej klatce przeraza­la ja. Ale co miala zrobi'c?

Usiadla przy oknie. Twarza w kierunku jazdy. Byla sama w prze­dziale. Pociag mial odjecha'c dopiero za p'ol godziny. Z walizki wyjela ksiazke i skoroszyt z dokumentami ze spotkania w Berlinie. Okulary. Butelke wody mineralnej. Telefon kom'orkowy. Odtwarzacz plyt kom­paktowych, plyty, zapasowe baterie. Zsunela buty i rozpiela dwa gu­ziczki przy sp'odnicy.

Przedzial zapelnial sie powoli. Przez megafony ogloszono odjazd pociagu, a jedno miejsce wciaz pozostawalo puste. Pociag juz ruszal, gdy nagle drzwi przedzialu sie rozsunely. Podniosla glowe znad ksiaz­ki i ich oczy sie spotkaly. Wytrzymala jego spojrzenie. To on opu'scil glowe. Wygladal w tym momencie troche jak zawstydzony maly chlo­piec. Walizke umie'scil na p'olce pod sufitem. Ze sk'orzanej torby wyjal komputer. Usiadl na wolnym miejscu przy drzwiach. Wydawalo sie jej, ze patrzy na nia. Nogi wsunela w buty. Zastanawiala sie, czy widzi roz­piete guziczki jej sp'odnicy.

Po chwili wstal. Z torby wyjal puszke dietetycznej coca-coli i trzy kolorowe czasopisma: «Spiegla», «Playboya» i «Wprost». Polozyl je so­bie na kolanach. Nie wiedziala dlaczego, ale to, ze byl Polakiem, ucie­szylo ja.

Zdjal marynarke. Podwinal rekawy ciemnoszarej koszuli. Byl opa­lony. Wlosy mial w takim nieladzie, jak gdyby przyszedl do przedzialu prosto z l'ozka. Byl nieogolony. Mial rozpieta koszule. Nie byl mlody, ale mlodzie'nczy. Od momentu kiedy wszedl, miala nadzieje, ze nikt nie zapali teraz papierosa. Wchodzac, wypelnil przedzial zapachem swojej wody toaletowej. Chciala jak najdluzej czu'c ten zapach.

Spogladala na niego ukradkiem spod okular'ow. Zaczal czyta'c. Ona tez wr'ocila do swojej ksiazki. W pewnym momencie poczula niepok'oj. Podniosla glowe. Wpatrywal sie w nia. Mial smutne, zmeczone, zielon­kawe oczy. Palcami prawej dloni dotykal ust i przenikliwie wpatrywal sie w nia. Zrobilo jej sie dziwnie cieplo. U'smiechnela sie do niego.

Odlozyl gazety i siegnal po komputer. Pasazerowie w przedziale przygladali mu sie z ciekawo'scia. Z kieszeni marynarki wyjal telefon kom'orkowy, po czym wychylil sie do przodu i podlaczyl go do specjalnego gniazdka w tylnej cze'sci komputera. Moze nie wszyscy w prze­dziale rozumieli, co on mial zamiar teraz zrobi'c, ale ona wiedziala, ze polaczy sie z Internetem.

Przez chwile my'slala, ze to, co on robi, jest pretensjonalne i na po­kaz, tutaj, w tym pociagu, zaraz po wyje'zdzie z Berlina, ale gdy przy­gladala mu sie, wpatrzonemu z taka uwaga w ekran, pomy'slala, ze to... Ze on nie jest pretensjonalny i na pokaz.

Wlozyla reke pod bluzke i dyskretnie zapiela guziczki przy sp'odni­cy. Poprawila wlosy i wyprostowala sie na siedzeniu.


ON: Jezeli w Niemczech mozna na kogo's liczy'c, to jedynie na sprza­taczki z Chorwacji.

Nikt nie obudzil go oczywi'scie na dziewie'cdziesiat minut przed od­jazdem pociagu do Warszawy. Nawet nie bylo komu powiedzie'c, ze to jest absolutnie skandaliczne w hotelu po 300 dolar'ow za noc. Recep­cjonisty z nocy juz dawno nie bylo za lada, a blondynka, kt'ora przejela po nim dyzur, nie wygladala na wiedzaca, gdzie na mapie znajduje sie Warszawa.

Obudzila go sprzataczka, kt'ora sadzac, ze pok'oj jest pusty, weszla, aby posprzata'c, gdy on ciagle jeszcze spal. Nie wiedzial, o kt'orej jest pociag do Warszawy, ale gdy zobaczyl, ze jest za pie'c jedenasta, po­czul, ze nie ma wiele czasu.

Nie zwracal uwagi na to, ze sprzataczka ciagle jeszcze tam stoi. Wy­skoczyl nagi z l'ozka, krzyknal: «O kurwa ma'c!» i zaczal sie w szale'n­czym po'spiechu ubiera'c. Poniewaz sprzataczka byla z Chorwacji, doskonale zrozumiala «o kurwa ma'c» i gdy on wrzucal do kosmetyczki wszystko jak leci z pulpitu w lazience, ona pakowala do jego walizki wszystko, co lezalo na stoliku nocnym i przy telewizorze. Po paru mi­nutach wybiegl z pokoju. W pierwszym odruchu podbiegl do recepcji, ale tamtego recepcjonisty na szcze'scie nie bylo. Gdy sie zorientowal, ze blondynka z recepcji nie ma pojecia, o co chodzi, nawet nie zaplacil. Maja numer jego karty kredytowej. Poza tym w pociagu moze wej's'c do Internetu i zaplaci'c. Karta American Express, kt'ora mial od firmy, po­zwalala na to.

Przed hotelem stal rzad taks'owek. Taks'owkarz dostosowal sie do sytuacji: w dziesie'c minut byli na dworcu. Nie kupil biletu. Przebiegl na peron i wsiadl do wagonu, kt'ory stal na wprost wyj'scia z tunelu. Udalo sie. Pociag ruszyl. Otworzyl drzwi pierwszego z brzegu przedzialu.

Siedziala pod oknem. Z ksiazka na kolanach. Miala usta jak te odci­'sniete na wizyt'owce w barze. Wlosy spiete z tylu. Wysokie czolo. By­la 'sliczna.

Zajal jedyne wolne miejsce. Nie mial oczywi'scie rezerwacji. Nie­wazne. Rozwiaze ten problem, gdy przyjdzie konduktor. Z kartki na­klejonej na drzwiach przedzialu wynikalo, ze to miejsce i tak bylo zare­zerwowane dopiero od Frankfurtu nad Odra.

Wyciagnal gazety. Kiosk w hotelu sprzedawal takze polskie czaso­pisma! Obok francuskich, ameryka'nskich, angielskich i wloskich. «Wyborcza» dostepna codziennie jak «Paris Soir» w hotelowym kiosku w centrum Berlina jest tysiac razy wazniejsza niz te wszystkie deklara­cje o «gotowo'sci Polski do wej'scia do Europy».

W pewnym momencie nie m'ogl sie powstrzyma'c. Podni'osl glowe znad gazety i zaczai sie jej przyglada'c. Opr'ocz szminki na wargach nie miala zadnego makijazu. Czytala, co rusz dotykajac palcami ucha. Jej dlonie byly fascynujace. Gdy odwracala strony ksiazki, wydawalo sie, ze muska je tylko dlugimi palcami.

Podniosla glowe i u'smiechnela sie do niego. Tym razem nie zawsty­dzil sie. Odpowiedzial u'smiechem.

Nie mial ochoty wiecej czyta'c. Podlaczyl telefon do komputera i uruchomil program poczty elektronicznej. Powoli przebrnal przez ca­la procedure identyfikacji. Modem w telefonie kom'orkowym jest chyba najwolniejszym modemem, jaki istnieje. Czesto zastanawial sie, dlacze­go. Sprawdzi to, gdy tylko wr'oci do Monachium.

W jego skrzynce pocztowej w komputerze instytutu w Monachium byl tylko jeden e-mail. W adresie byla nazwa domeny jakiego's banku w Anglii.

Znowu jaka's reklam'owka – pomy'slal.

Chcial ja od razu usuna'c, ale jego uwage zwr'ocila pierwsza cze's'c adresu: Jennifer@. W jego wspomnieniach to imie brzmialo jak muzy­ka. Postanowil przeczyta'c.


Camberley, Surrey, Anglia, 29 kwietnia

Ty jeste's J.L., prawda???!!!

Tak wynika z Twojej strony internetowej. Spedzilam na niej cale dzisiejsze przedpoludnie w swoim biurze w banku. Zamiast wej's'c na strone gieldy lon­dy'nskiej i pracowa'c, za co mi tu nawet nie'zle placa, czytalam slowo po slowie na Twojej stronie. Potem wzielam taks'owke i pojechalam do ksiegarni w cen­trum Camberley, aby kupi'c slownik polsko-angielski. Wzielam najwiekszy, jaki mieli. Chcialam zrozumie'c r'owniez te fragmenty, kt'ore opublikowale's na tej stronie po polsku. Nie zrozumialam wszystkiego, ale zrozumialam klimat. Taki klimat umial robi'c tylko L.J., wiec to pewnie jednak Ty.

Po pracy poszlam do mojego ulubionego baru «Club 54» w poblizu dworca i sie upilam. Jestem na glod'owce od 4 dni, dwa razy do roku bowiem «oczysz­czam sie», glodujac przez tydzie'n. Wiesz, ze gdy przetrwasz pierwsze 3 dni ab­solutnej glod'owki, to wpadasz w stan swoistego transu? Tw'oj organizm nie mu­si nic trawi'c. Dopiero w'owczas zauwazasz, z czego okrada cie proces trawienia. Masz nagle tak duzo energii. Zyjesz jak na rauszu. Jeste's kreatywny, podniecony, masz niesamowicie wzmocnione i wyostrzone wszystkie zmysly. Twoja percepcja jest jak sucha gabka, gotowa wsysa'c wszystko, co sie tylko znajdzie w jej poblizu. Pisze sie wtedy pono'c piekne wiersze, wymy'sla sie nie­slychanie rewolucyjne naukowe teorie, rze'zbi lub maluje prowokacyjnie i awangardowo, a takze kupuje z wyjatkowym powodzeniem na gieldzie. To ostatnie moge z pewno'scia potwierdzi'c. Poza tym Bach na «glodzie» jest... no, jaki jest... Jest tak, jak gdyby grat go sam Mozart.

Taki stan osiaga sie jednak dopiero wtedy, gdy przebrnie sie «w cierpieniu» przez pierwsze 2 lub 3 dni. Te 2 lub 3 dni to nieustanna walka z glodem. Ja bu­dze sie nawet z glodu w nocy. Ale przebrnelam przez to wszystko i zaczynalam czu'c dzisiaj rano rausz «nietrawienia». l na tym rauszu natrafilam na Twoja stro­ne internetowa. Nie moglo by'c lepszego momentu.

I wszystko inne stalo sie malo wazne.

W zasadzie to tak naprawde nie przerwalam glod'owki. W tym barze przeciez nic nie jadlam. Tylko pilam. Gl'ownie za wspomnienia. Nie pij nigdy – nawet je'sli to jest bloody mary tak dobra, jak serwuja w «Clubie 54», i masz najpiekniejsze wspomnienia – w czwartym dniu glod'owki. Zjedz co's przed tym.

Potem wr'ocilam do domu i napisalam ten e-mail. Jest jak kartka z pamiet­nika wyglodnialej (3 dni bez jedzenia), pijanej (2 bloody mary i 4 guinnessy) kobiety po przej'sciach (12 lat biografii).

Dlatego prosze, potraktuj go z cala powaga.

P(rzed) Scriptum: «Wyspa» w tym tek'scie – gdyby's zapomnial – to moja Wyspa Wight. Male'nka plamka na mapie miedzy Francja a Anglia na kanale La Manche. Tam, gdzie sie urodzilam.

Drogi J.L,

Wiesz, ze pisalam ten list minimum 1000 razy?

Pisalam go w my'slach, pisalam go na piasku na plazy, pisalam go na naj­lepszym papierze, jaki mozna bylo kupi'c w Zjednoczonym Kr'olestwie, pisa­lam go sobie dlugopisem na udzie. Pisalam go na obwolutach plyt z muzyka Szopena.

Pisalam go tyle razy...

Nigdy go nie wyslalam. Przez ostatnich 12 lat – bo to bylo prawie dokladnie 12 lat temu – nie wyslalam co najmniej tysiaca list'ow do NIEGO.

Bo to wcale nie jest list do Ciebie. To jest list do L. Jota. Bo ja odwr'ocilam mu inicjaly, polaczylam je i nazywalam go Eljot.

Ty jeste's wprawdzie J.L., ale go znasz. Znasz go pewnie tak, jak nikt inny go nie zna. Obiecaj mi, ze opowiesz mu, co napisalam. Opowiesz?

Bo Eljot mial by'c jak antrakt miedzy pierwszym a drugim aktem opery. Ja wtedy pije najlepszego szampana, jakiego maja w barze. Je'sli mnie na to nie sta'c, to zostaje w domu i slucham plyt. On mial by'c jak ten szampan. Tylko na przerwe. Mial uderzy'c do glowy. Mial smakowa'c i mial wywola'c ten rausz na nastepny akt. Aby muzyka byla jeszcze piekniejsza.

Eljot byl taki. Jak najlepszy i najdrozszy w barze szampan. Oszolomil mnie. Potem miala by'c jeszcze druga przerwa. A potem koncert mial sie sko'nczy'c, l szampan tez. Ale tak nie bylo. Po raz pierwszy w zyciu z calej opery najlepiej zapamietalam przerwe miedzy pierwszym i drugim aktem. Ta przerwa tak na­prawde nigdy sie nie sko'nczyla. Zdalam sobie z tego sprawe dzisiaj rano w tym klubie. Gl'ownie dzieki zmyslom wyostrzonym czwartym dniem glod'owki i czwartej szklance guinnessa.

Spedzilam z nim 88 dni i 16 godzin mojego zycia. Zaden mezczyzna nie mial tak malo czasu i nie dal mi tak wiele. Jeden byl ze mna przez 6 miesiecy, a nie umial mi da'c tego, co mialam z Eljotem juz po 6 godzinach. Bylam z tym facetem, bo uwaza­lam, ze tych jego «6 godzin» dopiero nadejdzie. Czekalam. Ale one nigdy nie przy­szly. Kt'orego's dnia w czasie bezsensownej sprzeczki zaczal wrzeszcze'c:

– Co ci takiego dal ten cholerny Polak, po kt'orym nie zostalo ci nic? Nawet jedno cholerne zdjecie. – A kiedy triumfujaco dodal: – Czy on chociaz wiedzial, co to aparat fotograficzny?! – wystawilam jego do polowy pusta walizke, z kt'o­ra wprowadzil sie do mnie, za drzwi.

Co mi wiec dal ten «cholerny Polak»? No co?

Dal mi na przyklad ten optymizm. Nigdy nie m'owil o smutku, a wiedzialam, ze przezyl smutek ostateczny. Zarazal optymizmem. U niego deszcz byl tylko kr'otka faza przed nadej'sciem slo'nca. Kazdy, kto mieszkal w Dublinie, wie, ze takie my'slenie to przyklad totalnego optymizmu. To przy nim zauwazylam, ze mozna nosi'c rzeczy, kt'ore nie musza by'c czarne. To przy nim uwierzylam, ze m'oj ojciec kocha moja matke, tylko nie umie tego okaza'c. W to nie wierzyla ni­gdy nawet moja matka. Jej psychoterapeutka takze nie.

Dal mi na przyklad to uczucie, gdy wydaje ci sie, ze za chwile oszalejesz z pozadania, l wiesz przy tym na pewno, ze sie spelni. Umial opowiedzie'c mi ba's'n o kazdym kawalku mojego ciala. Nie bylo chyba takiego, kt'orego nie do­tknal lub nie posmakowal. Gdyby mial czas, pocalowalby kazdy wlos na mojej glowie. Kazdy po kolei. Przy nim zawsze chcialam rozebra'c sie jeszcze bar­dziej. Mialam uczucie, ze czulabym sie chyba dopiero naprawde naga, gdyby m'oj ginekolog wyjal mi spirale.

Nigdy nie szukal erogennych miejsc na moim ciele. Zalozyl, ze kobieta jest erogennym miejscem jako calo's'c, a z tej calo'sci i tak najbardziej erogenny jest m'ozg. Eljot slyszal o okrzyczanym G-punkcie w pochwie kobiety, ale szukal go w moim m'ozgu, l prawie zawsze znajdowal.

Doszlam z nim do ko'nca kazdej drogi. Zaprowadzil mnie do tak cudownie grzesznych miejsc. Niekt'ore z nich sa teraz dla mnie 'swieto'scia. Czasami, gdy kochali'smy sie, sluchajac oper lub Beethovena, wydawalo mi sie, ze nie moz­na juz by'c bardziej czulym. Jakby mial dwa serca zamiast dw'och pluc. Moze nawet mial...

Dal mi na przyklad taki maly, czerwony gumowy termoforek w ksztalcie ser­ca. Niewiele wiekszy od dloni. Slodki. Tylko on m'ogl co's takiego wynale'z'c w Dublinie. Bo tylko on zwracal uwage na takie rzeczy. Wiedzial, ze ja mam straszne PMS-y przed jeszcze gorszym okresem i ze jestem wtedy niesprawie­dliwa, okrutna, egoistyczna, wredna jedza, kt'orej wszystko przeszkadza. Na­wet to, ze wsch'od jest na wschodzie, a zach'od na zachodzie. Kt'orego's dnia pojechal na drugi koniec Dublina i kupil go. Tej nocy, gdy tak bardzo bolalo, wstal w nocy, napelnil go ciepla woda i polozyl mi go na brzuchu. Ale najpierw calowal mnie tam. Centymetr po centymetrze. Powoli, delikatnie i tak niewiary­godnie czule. Potem polozyl mi to na brzuchu i kiedy ja, zachwycona, wpatry­walam sie w to male'nstwo, on zaczal calowa'c i ssa'c palce moich st'op. Jeden po drugim. Stopa po stopie. Patrzyl mi caly czas w oczy i calowal. Nawet je'sli nie masz PMS-'ow, mozesz wyobrazi'c sobie, ze to bylo cudowne. Przezylam z nim niestety tylko trzy PMS-y i trzy okresy.

Dal mi na przyklad te dziecieca ciekawo's'c 'swiata. On pytal o wszystko. Na­prawde tak, jak dziecko, kt'ore ma prawo pyta'c. Chcial wiedzie'c. Nauczyl mnie, ze «nie wiedzie'c» to «zy'c w zagrozeniu». Interesowal sie wszystkim. Wszystko pod­wazal, we wszystko watpil i we wszystko byl sklonny uwierzy'c, gdy tylko udalo sie go przekona'c faktami. Pamietam, jak zaszokowal mnie pewnego dnia, pytajac:

– My'slisz, ze Einstein sie onanizowal?

Nauczyl mnie, na przyklad, ze nalezy ulega'c swoim pragnieniom wtedy, kiedy nadchodza, i nic nie odklada'c na p'o'zniej. Tak jak wtedy, gdy podczas przyjecia w ogromnym domu jakiego's bardzo waznego profesora genetyki, w trakcie bardzo waznej nudnej naukowej dyskusji o «uwarunkowaniach gene­tycznych seksualizmu ssak'ow» wstal nagle, podszedl do mnie, nachylil sie – wszyscy zamilkli, patrzac na nas – i wyszeptal:

– Na pierwszym pietrze tego domu jest lazienka, jakiej jeszcze nie widzia­la's. Nie moge skupi'c sie na tej dyskusji o seksualizmie, patrzac na ciebie. Chod'z ze mna teraz do tej lazienki.

I dodal:

– My'slisz, ze to jest uwarunkowane genetycznie? Wstalam poslusznie, poszli'smy na g'ore. Bez slowa oparl mnie o krysztalowe lustro drzwi szafy, zsunal spodnie, rozsunal moje nogi i... l «uwarunkowany genetycznie seksualizm ssak'ow» nabral zupelnie innego, cudownego znaczenia. Gdy po kilku minutach wr'ocili'smy na d'ol i usiedli'smy na swoich miejscach, na chwile zapadla cisza. Kobiety patrzyly na mnie wnikliwie. Mezczy'zni zapalili cygara.

Dat mi na przyklad poczucie, ze jestem dla niego kobieta najwazniejsza, l ze wszystko, co robie, ma dla niego znaczenie. Kazdego ranka, nawet gdy spali'smy ze soba, calowal mi dlo'n na powitanie. Otwieral oczy, wyciagal moja dlo'n spod koldry i calowal, l m'owil przy tym: «Dzie'n dobry». Zawsze po pol­sku. Tak jak to zrobil pierwszego dnia, gdy zostali'smy sobie przedstawieni.

Czasami, gdy obudzil sie w nocy «porazony jakim's pomyslem» – tak to na­zywal – wysuwal sie cichutko z l'ozka i szedl pracowa'c do tych swoich gen'ow. Wracal nad ranem, wsuwal sie pod koldre, aby pocalowa'c mnie w reke i powie­dzie'c «dzie'n dobry». My'slal naiwnie, ze ja tego nie zauwazalam. Ja zauwaza­lam nanosekundy bez niego.

Potrafil przybiec do instytutu, gdzie mialam zajecia, i powiedzie'c mi, ze sp'o'zni sie 10 minut na kolacje. Abym sie nie martwila. Rozumiesz, cale niewia­rygodnie dlugie 10 minut...

Dal mi na przyklad w tych 88 dniach i 16 godzinach wiecej niz 50 purpuro­wych r'oz. Bo ja najbardziej lubie purpurowe r'oze. Ostatnia dal mi w tej ostat­niej, 16. godzinie. Tuz przed odlotem, na lotnisku w Dublinie. Wiesz, ze gdy wracalam z tego lotniska, to wydawalo mi sie, ze ta r'oza jest najwazniejsza rze­cza, jaka dotychczas ktokolwiek dal mi w moim zyciu?

Byl moim kochankiem i najlepsza przyjaci'olka jednocze'snie. Takie co's zda­rza sie tylko w filmach i tylko tych z Kalifornii. Mnie zdarzylo sie naprawde w deszczowym Dublinie. Dawal mi to wszystko i nic nie chcial w zamian. Nic zupelnie. Zadnych obietnic, zadnych przyrzecze'n, zadnych przysiag, ze «tylko on i nigdy nikt inny». Po prostu nic. To byla ta jego jedyna, potworna wada. Nie moze by'c dla kobiety wiekszej udreki niz mezczyzna, kt'ory jest tak dobry, tak wierny, tak kochajacy, tak niepowtarzalny i kt'ory nie oczekuje zadnych przyrze­cze'n. Po prostu jest i daje jej pewno's'c, ze bedzie na wieczno's'c. Boisz sie tylko, ze ta wieczno's'c – bez tych wszystkich standardowych obietnic – bedzie kr'otka.

Moja wieczno's'c miala 88 dni i 16 godzin.

W 17. godzinie 89. dnia zaczelam czeka'c na niego. Juz tam na lotnisku. Z bramy terminalu odjechal autobusem. On wszedl powoli na schody prowa­dzace do samolotu i na samej g'orze, tuz przed wej'sciem, odwr'ocil sie w kie­runku tarasu widokowego, na kt'orym stalam – wiedzial, ze tam stoje – i polozyl prawa dlo'n na swojej lewej piersi. Stal tak przez chwile i patrzyl w moim kierun­ku. Potem zniknal w samolocie.

Wiecej go nie widzialam.

Pierwsze 3 dni glod'owki to nic w por'ownaniu z tym, co przezylam przez pierwsze 3 miesiace po jego wyje'zdzie. Nie napisal. Nie zadzwonil. Wiedzia­lam, ze samolot dotarl do Warszawy, bo po tygodniu jego milczenia zatelefono­walam do biura LOT-u w Londynie, aby sie upewni'c.

Po prostu polozyl sobie dlo'n na sercu i zniknal z mojego zycia.

Cierpialam jak dziecko, kt'ore oddalo sie na tydzie'n do domu dziecka i po­tem zapomnialo odebra'c. Tesknilam. Nieprawdopodobnie. Kochajac go, nie potrafilam mu zyczy'c nic zlego i tym bardziej cierpialam. Po pewnym czasie, z zemsty, przestalam slucha'c Szopena. Potem, z zemsty, wyrzucilam plyty wszystkich oper, kt'orych sluchali'smy razem. Potem, 2 zemsty, znienawidzilam wszystkich Polak'ow. Opr'ocz jednego. Jego wla'snie. Bo ja tak na dobra sprawe nie potrafie sie m'sci'c.

Potem m'oj ojciec porzucil moja matke. Musialam przerwa'c na p'ol roku stu­dia i z Dublina wr'oci'c na Wyspe, aby jej pomaga'c. To pomoglo najbardziej mnie samej. Na Wyspie wszystko jest proste. Wyspa przywraca wla'sciwe pro­porcje rzeczom. Gdy idziesz na klif, kt'ory byl tam juz 8 tysiecy lat temu, to wie­le spraw, o kt'ore ludzie zabiegaja, bo sa dla nich takie wazne, traci na znacze­niu.

Sze's'c miesiecy po jego wyje'zdzie, tuz przed Bozym Narodzeniem, przy­stali mi na Wyspe pakiet list'ow adresowanych do mnie do Dublina. W'sr'od nich znalazlam kartke od Eljota. Te jedna jedyna w ciagu 12 lat. Na kiczowatej papeterii jakiego's hotelu w San Diego napisal:

Jedyne, co moglem zrobi'c, aby przetrwa'c te rozlake, to znikna'c z Twojego 'swiata zupelnie. Nie bylaby's szcze'sliwa tutaj ze mna. Ja nie bylbym szcze'sliwy tam.

Jeste'smy z podzielonego 'swiata.

Nawet nie prosze, aby's mi wybaczyla. Tego, co zrobilem, nie mozna wyba­czy'c. To mozna tylko zapomnie'c.

Zapomnij. Jakub

PS Zawsze, kiedy mam wiecej czasu w Warszawie, jade do Zelazowej Woli. Gdy tam jestem, siadam na lawce w ogrodzie przy dworku i slucham muzyki. Czasami placze.

Nie zapomnialam. Ale ta kartka mi pomogla. Nawet je'sli nie zgadzalam sie z tym, dowiedzialam sie, jak on postanowil poradzi'c sobie z tym, co bylo mie­dzy nami. To bylo najbardziej egoistyczne postanowienie, jakie znam, ale przy­najmniej dowiedzialam sie, ze co's postanowil. Mialam chociaz to jego «czasa­mi placze». Kobiety zyja wspomnieniami. Mezczy'zni tym, co zapomnieli.

Wr'ocilam do Dublina, sko'nczylam studia. Potem ojciec postanowil, ze be­de prowadzi'c interesy naszej rodzinnej firmy na Wyspie. Wytrzymalam rok. Upewnilam sie, ze m'oj ojciec jest facetem o zerowym wsp'olczynniku inteligen­cji emocjonalnej. Jego wysokie IQ nic tu nie zmienialo. Zeby go calkiem nie znienawidzi'c, postanowilam uciec z Wyspy.

Wyjechalam do Londynu. Zrobilam doktorat z ekonomii w Oueens Mary College, nauczylam sie gra'c na fortepianie, chodzilam na balet, znalazlam prace na gieldzie, sluchalam oper. Nie bylo juz nigdy wiecej takiej przerwy, kt'ora bylaby wazniejsza od przedstawienia, l takiego szampana tez nie.

Potem przyszli mezczy'zni bez sensu. Z kazdym kolejnym mniej chcialam zblizy'c sie do nastepnego. Doszlo do tego, ze czasami, gdy bylam z nimi w l'oz­ku i nawet wtedy, gdy oni «tam na dole» mnie calowali, to ja «tam na g'orze» i tak czulam sie samotna. Bo oni mnie tylko mechanicznie dotykali powierzchnia na­sk'orka na swoich wargach lub jezyku. A Eljot... Eljot mnie po prostu «zjadal». Tak lapczywie, jak zjada sie pierwsza truskawke. Czasami zanurzal ja w szampanie.

Nie potrafilam pokocha'c zadnego z tych mezczyzn, kt'orzy mieli tylko na­sk'orek na wargach.

Po 2 latach pobytu w Londynie zauwazylam, ze nie mam w og'ole przyjaci'o­lek i ze wiekszo's'c moich przyjaci'ol to homoseksuali'sci. Opr'ocz tego, ze pozada­ja pokretnie, moga by'c mezczyznami na cale zycie. Mialam szcze'scie spotyka'c najlepszych. Wrazliwi, delikatni, wsluchujacy sie w to, co masz do powiedzenia. Nic nie musza udawa'c. Je'sli placa za twoja kolacje, to nie po to, aby zapewni'c sobie prawo do zdjecia twoich majtek. A to, ze maja kolczyki w uszach?

To jest przeciez genialne – jak m'owi jedna z moich kolezanek z banku – przynajmniej masz gwarancje, ze facet wie, co to b'ol, i zna sie na bizuterii.

Potem odeszla moja matka. Nikt nie wie, jak to sie stalo. W drodze promem z Wyspy do Calais wypadla za burte. Nigdy nie znaleziono jej ciala. Znaleziono natomiast w szkatulce jej sypialni testament spisany dokladnie na tydzie'n przed ta podr'oza oraz jej 'slubna obraczke przecieta pilka do metalu na polowe.

Po pewnym czasie smutek byt tak wielki, ze nie moglam sobie poradzi'c ze wstawaniem rano. Mialam endogenna depresje. Wtedy najbardziej pom'ogl mi prozac. Mala zielono-biala tabletka z czym's magicznym w 'srodku. Pamietam, jak Eljot pr'obowal obja'sni'c mi magie dzialania prozacu. Tlumaczyl ja jak sztucz­ke z kartami do gry. Kartami byly jakie's neuroprzeka'zniki w synapsie. Nie zrozu­mialam tego do ko'nca. Ale wiem, ze to dziala. M'oj psychiatra tez to wiedzial.

Wiesz, ze najwiecej ludzi w depresji popelnia samob'ojstwo wla'snie wtedy, gdy prozac zaczyna dziala'c i sa na najlepszej drodze do wyleczenia? W praw­dziwej depresji jeste's tak bardzo bez napedu, ze nawet przecia'c zyl ci sie nie chce. Chodzisz lub lezysz jak w zastygajacym betonie. Gdy prozac zaczyna dziala'c, masz nareszcie sile, aby skombinowa'c zyletke i i's'c do lazienki. Dlate­go prozac ci na samym dnie powinni bra'c w klinice i najlepiej bedac przywiaza­nym sk'orzanymi pasami do l'ozka. Aby nie m'oc i's'c przez kilka dni samemu do lazienki. Ale mozna zmyli'c czujno's'c sanitariuszy i wej's'c na dach kliniki.

Po prozacu m'oj psychiatra powiedzial mi, ze musze «zrobi'c praktyczna retrospekcje» i pojecha'c do Polski. Taki psychoanalityczny eksperyment, aby skr'oci'c lezenie na kozetce.

To bylo w maju. Przylecialam w niedziele. Mialam dokladny plan «praktycz­nej retrospekcji» na cale 7 dni: Warszawa, Zelazowa Wola, Krak'ow, O'swiecim. To byl jednak tylko plan. W Warszawie bylam prawie wylacznie w hotelu bliskotakiego pomnika, przy kt'orym stali caly czas wartownicy. Kazdego ranka po 'sniadaniu zamawialam taks'owke i jechalam do Zelazowej Woli. Siadalam na lawce przy dworku, sluchalam Szopena.

Czasami nie plakalam.

W Zelazowej Woli bylam codziennie. Z wyjatkiem czwartku. W czwartek, gdy jechalam tam jak co dzie'n taks'owka, w radiu kto's wym'owil jego imie. Ka­zalam taks'owkarzowi zawr'oci'c i jecha'c do Wroclawia.

W dziekanacie przez godzine szukali kogo's, kto m'owilby po angielsku. A gdy juz znale'zli, to jaka's mila pani powiedziala mi, ze Eljot wyjechal do Nie­miec i ze na pewno nie wr'oci, bo przeciez «nikt nie jest taki glupi, zeby wraca'c».

Jak on m'ogl wyjecha'c do Niemiec? Po tym, co Niemcy zrobili w obozie z jego ojcem?!

Ta mila pani w dziekanacie nie znala jego adresu. Zreszta nie chcialam go mie'c. Tego samego wieczoru bylam znowu w Warszawie. Mialam za soba retrospekcje. Psychiatra nie mial racji. Wcale mi to nie pomoglo.

Moze wiesz, jakim prawem, jakim cholernym prawem Eljot zalozyl, ze nie bylabym w tym kraju szcze'sliwa? Bo co? Bo domy szare, bo tylko ocet w skle­pach, bo telefony nie dzialaja, bo papier toaletowy, kt'orego nie ma, bo szklanki od wody sodowej sa na pordzewialych la'ncuchach? Dlaczego mnie nie zapytal, czego ja tak naprawde potrzebuje w zyciu? Ja przeciez w og'ole nie dzwonie. Nie pije wody sodowej, a octu uzywam do wszystkiego, nawet do fish'n'chips.

Nie! On sie nawet nie pofatygowal, aby mnie zapyta'c. Ten, kt'ory pytal mnie o wszystko, lacznie z tym, «jakie to uczucie, gdy tampon od krwi pecznieje w tobie».

Polozyl reke na jednym z tych swoich dw'och serc i wyjechal. A ja przeciez moglabym z nim kopa'c studnie, gdyby sie okazalo, ze tam, gdzie mnie zabie­ra, nie ma jeszcze wody.

Potem nawet 'swiat, kt'ory nas rzekomo rozdzielil, przestawal by'c juz podzie­lony. Nadeszly takie lata, ze wieczorem kladlam sie spa'c, a w nocy jaki's kraj zmienial system polityczny.

Londyn mial dla mnie za duze ci'snienie. Aby to wytrzyma'c, trzeba bylo by'c hermetycznym. Inaczej wszystko uleci z ciebie. To czysta fizyka. Nie umialam by'c az tak szczelna. Latwiej jest, gdy we dw'ojke «trzyma sie pokrywe». Ja nie potrafilam nie by'c sama. Gdy nawet komu's pozwalalam zasypia'c obok siebie, to wychodzilo zawsze na to, ze to ja musze trzyma'c dwie pokrywy. Poza tym mnie bylo z definicji trudniej. Ja przeciez jestem ze wsi. Dublin tego nie zmienil. Wyspa zawsze byla wsia. Wsia na klifie. Najpiekniejsza, jaka znam. Ale nie chcialam wr'oci'c na Wyspe. Potem okazalo sie, ze wcale nie musialam.

Kiedy's po operze i po kolacji, kt'ora byla niczym innym, tylko rozdzielaniem przy kawiorze «resztek» jakie's mniejszego banku pomiedzy dwa wieksze ban­ki, dyrektor jednego z wiekszych bank'ow zapytal mnie – otrzymalam zaprosze­nie, bylam bowiem «dobrze zapowiadajaca sie analityczka gieldowa mlodegopokolenia», co w przekladzie na jezyk powszechnie w banku zrozumialy ozna­czalo, ze mam najlepszy biust w dziale papier'ow warto'sciowych – czy ja tez mieszkam w Nottinhg Hill. Gdy odpowiedzialam zartem, ze nie sta'c mnie na mieszkanie w Nottinhg Hill, u'smiechnal sie, pokazujac nieskazitelnie biale zeby, i odpowiedzial, ze to sie z pewno'scia wkr'otce zmieni, ale teraz to i tak nie ma znaczenia, on bowiem «zawsze mieszka w poblizu, gdziekolwiek pani miesz­ka». Zrozumialam to dokladnie. Nawet spodobala mi sie ta odpowied'z. Byt wprawdzie Francuzem, ale m'owil, co jest absolutnym wyjatkiem, po angielsku z ameryka'nskim akcentem. Podobalo mi sie w nim takze to, ze cho'c byl w tym calym bankowym przedsiewzieciu najwazniejszy, w odr'oznieniu od wszystkich innych byl milczacy przez caly wiecz'or. Poza tym pocalowal mnie w reke na powitanie. Wyszli'smy z tej kolacji razem.

Mieszkal w Park Lane Hotel. Byl impotentem. Zaden mezczyzna po Eljocie nie byl tak czuly, jak on tego wieczoru. Nie bylo go, gdy rano obudzilam sie w jego l'ozku. Po tygodniu zapytano mnie, czy nie chcialabym poprowadzi'c «strategicznie waznego oddzialu naszego banku w Nottinhg Hill». Nie chcia­lam. Zadzwonilam do niego po lunchu i zapytalam, czy nie ma jakiego's «strate­gicznie waznego oddzialu» w Surrey. Surrey jest jak Wyspa, tylko ze na ladzie. Tego samego wieczoru przylecial z Lyonu, aby powiedzie'c mi przy kolacji, ze «jest oczywi'scie taki oddzial, jest od dzisiaj». Gdy po drinku przy barze poszli­'smy do jego pokoju w Park Lane, stal tam najlepszy odtwarzacz plyt kompak­towych, jaki mozna kupi'c w ciagu kilku godzin w Londynie. Obok, w 4 rzedach, stalo kilkaset plyt z muzyka powazna. Kilkaset.

Ja my'sle, ze on mnie kocha. Jest delikatny, wrazliwy, wpatruje sie w moje oczy z takim smutkiem. Nie przepada za muzyka, ale przywozi mi wszystko, co utalen­towana muzycznie asystentka dzialu reklamy jego banku wynajdzie na calym 'swiecie w firmach fonograficznych specjalizujacych sie w produkcji plyt z muzyka powazna. Czasami mam plyty, zanim znajda sie one w sklepach w Europie. Potra­fi przylecie'c z Lyonu, spotka'c sie ze mna na lotnisku i zabra'c mnie na koncert do Mediolanu, Rzymu lub Wiednia. Czasami po koncercie nie idziemy nawet do zad­nego hotelu. On wraca do Lyonu, a mnie wsadza w samolot do Londynu.

W trakcie koncertu 'sciska i caluje caly czas moje dlonie. Nie lubie tego. Koncert Karajana to nie film w zaciemnionym kinie. Ale pozwalam mu to robi'c. To dobry mezczyzna.

Nie chce nic specjalnego ode mnie. Mam tylko m'owi'c, jak bardzo go pra­gne. Nic wiecej. Czasami opowiada mi o swoich c'orkach i zonie. Wyciaga port­fel i pokazuje mi ich fotografie. Dba o mnie, jest dobry. Dostaje trzy razy w tygo­dniu bukiety kwiat'ow od niego. Czasami przynosza nawet w nocy.

Nie powiedzialam mu, ze lubie purpurowe r'oze. To jest dla mnie zbyt osobiste.

Moglabym prowadzi'c ten bank w Camberley. Juz od jutra rana. Wystarczyl­by jeden telefon. Ale nie chce. Wole by'c «dobrze zapowiadajaca sie analityczka gieldowa» i nie mie'c zadnej odpowiedzialno'sci.

Gram coraz lepiej na fortepianie. Duzo podr'ozuje. Mam w Camberley stary dom z ogrodem pelnym purpurowych r'oz. Gdy nie mam wizyty z Lyonu, spoty­kam sie w weekendy w Londynie z moimi przyjaci'olmi z kolczykami w uszach i robimy zwariowane rzeczy. Odwiedzam Wyspe.

Jezdze tez raz w roku na spotkania naszego roku do Dublina. Zawsze w druga sobote maja. W Dublinie nocuje w Trinity College. Praktycznie nic sie tam nie zmienilo, odkad Eljot stamtad wyjechal. Ale w Trinity nie zmienia sie nic od XIX wieku. W nocy w sobote uciekam ze spotkania naszego roku i ide kory­tarzami pod to biuro, gdzie on wtedy pracowal. Teraz jest tam magazyn. Ale drzwi sa takie same. Postoje sobie tam troche. Wtedy tez wiele razy stalam. Ale raz odwazylam sie zapuka'c. To bylo troche innej nocy niz ta dzisiejsza. Doklad­nie 12 lat temu. Wtedy jego urodziny ko'nczyly sie, a nie rozpoczynaly.

Potem wracam i zatrzymuje sie przy tej sali wykladowej, gdzie 'swiatla za­palaly sie i gasly z takim hukiem, gdy on opieral sie plecami o wylacznik, a ja kleczalam przed nim. Nie mozna tam teraz wej's'c. Ale wszystko wida'c przez te porysowana szybke w drzwiach. Potem wracam na spotkanie roku i sie upi­jam.

Ostatnio czuje sie bardzo samotna. Bede miala dziecko. Czas najwyzszy mie'c dziecko. Mam juz przeciez 35 lat. Poza tym chce mie'c co's swojego. Co's, co bede kocha'c. Bo ja tak naprawde najbardziej w zyciu chce kogo's kocha'c.

Wyslalam kilka dni temu e-mail do The Sperm Bank of New York, najlepsze­go banku spermy w USA. Oni sa najbardziej dyskretni, robia najlepsze testy genetyczne i maja najbardziej kompletne katalogi. Za miesiac lece na spotka­nie z ich genetykiem. W zasadzie to tylko formalno's'c. Chcialabym, aby to byla dziewczynka. Wyslalam im sw'oj profil. Nie wyobrazasz sobie, ilu dawc'ow ma IQ ponad 140! Ponadto dawca ma by'c z «muzycznie uzdolnionego otoczenia», ma mie'c doktorat i pochodzi'c z Europy. Przyslali mi liste nazwisk ponad 300 dawc'ow. Wybralam tylko tych z polskimi nazwiskami.

Zastanawialam sie, jakie naprawde oczy mial Eljot. On m'owil mi, ze szare. Ja zawsze widzialam zielone. Gdy wybralam zielone oczy i dolozylam doktorat z nauk 'scislych, zostalo mi 4 dawc'ow. Ostatecznie zdecyduje sie na jednego z nich po rozmowie z genetykiem w Nowym Jorku.

Robi sie rano. Dzisiaj jest niedziela. 30 kwietnia. To taki szczeg'olny dzie'n. Mam na ten dzie'n dwa specjalne kieliszki. Ale to dopiero na wiecz'or. Wieczo­rem poslucham «Cyganerii» Pucciniego, zapale cygaro, kt'ore przywiozlam so­bie z Dublina, i napije sie najlepszego szampana. W przerwie miedzy pierw­szym i drugim aktem.

Z Twojego kieliszka tez wypije. Wszystkiego najlepszego w dniu Twoich urodzin, Eljot...

Jennifer

PS Gdy urodze c'oreczke, bedzie miala na imie Laura Jane.


ONA: Dojezdzali do Frankfurtu nad Odra. Siegnela po butelke z wo­da mineralna. Spojrzala na niego. Jego komputer lezal wlaczony na ko­lanach, a on siedzial z prawa dlonia przyci'snieta do serca i wpatrywal sie w okno. Ona tez czasami patrzy nieobecnym wzrokiem, gdy sie nad czym's gleboko zamy'sli. Powieki nie opadaja, 'zrenice sa powiekszone i calkowicie nieruchome. Skupione na jednym punkcie. Dokladnie tak bylo z nim. To bylo nienaturalne. Ta dlo'n na sercu i te nieruchome oczy. Jego twarz wyrazala smutek. Nieomal b'ol.

W pewnym momencie kto's otworzyl drzwi. Starszy mezczyzna wlozyl glowe do przedzialu i odczytywal glo'sno numery miejsc. Na ko'ncu zwr'ocil sie po niemiecku do niego:

– Czy pan tez ma miejsc'owke na to miejsce? Nie reagowal. Starszy mezczyzna zapytal drugi raz i gdy on znowu nie zareagowal, odwazyl sie i dotknal jego ramienia.

– Przepraszam pana, ale czy pan tez ma miejsc'owke na to miejsce? Wygladal jak przebudzony ze 'spiaczki. Wstal natychmiast, robiac miejsce staruszkowi.

– Nie. Nie mam zadnej miejsc'owki. Ja nawet nie mam biletu. To z pewno'scia jest pana miejsce.

Wylaczyl komputer i schowal go do sk'orzanej torby. Powoli, aby nikogo nie potraci'c, zestawil na podloge swoja walizke. Wypchnal ja na korytarz wagonu. Torbe z komputerem przewiesil sobie przez ramie. Zdjal z haka marynarke i przerzucil ja przez torbe komputera. Odwr'ocil sie twarza do wnetrza przedzialu i spojrzal na nia smutno. Pozegnal wszystkich w przedziale po polsku i po niemiecku i wyszedl. Wiecej go nie zobaczyla.


Janusz L. Wi \sniewski S@motno \s\c w sieci | S@motnosc w sieci | cëĺäóţůŕ˙ ăëŕâŕ