Book: Nagie Słonce



Iseac Asimov

Nagie SłoNce


1. PADA PYTANIE



Eliasz Blaley walczył z paniką.

Narastała w nim od dwóch tygodni a nawet dłużej. Rosła, odkąd

wezwano go do Waszyngtonu i tam poinformowano oficjalnie, że

został przeniesiony.

Już sam fakt wezwania go do Waszyngtonu był wystarczająco

wielkim wstrząsem. Było to zwykłe wezwanie, Co gorsza, bez

ładnych Wyjaśnień. Zawierało bilety na przelot w obie strony, a to

jeszcze pogarszało sprawę.

Pogarszało po części dlatego, że polecenie podróży Samolotem

sprawiało Wrażenie pośpiechu, częściowo zaś chodziło po prostu o

samą ewentualność takiej podróży. Tego rodzaju niepokój łatwo było

jednak stłumić.

przecież! Lije Baley już cztery razy w życiu latał samolotem. Raz

przeleciał nawet cały kontynent. Chociaż więc podróż samolotem nie

należała do przyjemności, nie było to przynajmniej coś całkowicie

nieznanego.

Podróż z Nowego Jorku do Waszyngtonu trwała przy tym tylko

godzinę. Odlot miał nastąpić z nowojorskiego Papa Startowego

Numer 2, który jak wszystkie rządowe pasy startowe był obudowany

a wylot w atmosferę otwierał się dopiero wtedy, gdy osiągnięta

została prędkość wzlotu. Lądowanie miało się odbyć na

waszyngtońskim, Pasie Startowym Numer 5, który był podobnie

zabezpieczony

W samolocie jak to Baley dobrze wiedział, nie było wcale okien.

Było za to właściwe oświetlenie, dobre jedzenie, wszystkie Wygody.

Lot był zdalnie sterowany i odbywał się bez zakłóceń a gdy już

samolot wystartował nie odczuwało się wcale, że Jest w ruchu.

Wszystko to tłumaczył Baley sobie i swojej żonie Jessie, która

nigdy nie podróżowała samolotem i w której podobne sprawy budziły

grozę,

- Mimo Wszystko, nie podoba mi się, Lije, że lecisz - powie-

działa. - To wbrew naturze. Czemu nie pojedziesz ekspresówką?

- Bo zajęłoby to dziesięć godzin - pociągła twarz Baleya przy-

brała surowy wyraz - a także dlatego, że jako funkcjonariusz

Policji Miejskiej muszę wykonywać rozkazy zwierzchników,

przynajmniej jeżeli chcę zachować swoją klasę C-6.

Na to już nie było odpowiedzi.

Baley zajął miejsce w samolocie i utkwił wzrok w rozwijającym

się nieprzerwani^ na poziomie jego oczu wydruku wiadomości. Tego

rodzaju usługi były dumą Miasta: Wiadomości ciekawostki,

popularyzacja nauki, czasem literatura piękna. Mówiło się, że wkrótce

wydruki zostaną zastąpione filmami, ponieważ ekran skuteczniej

odciąga uwagę pasażera od otoczenia.

Baley wpatrywał się w przesuwający się pas papieru nie tylko,

by zająć czymś myśli. Wymagały tego dobre obyczaje. Prócz niego

w samolocie było jeszcze pięciu pasażerów (nie mógł tego nie

zauważyć) a każdy z nich miał prawo do prywatnego przeżywania

strachu czy niepokoju na swój sposób, stosownie d0 swego charakteru

i wychowania.

Sam Baley z pewnością miałby za złe innym zwracanie uwagi na

to, że był niespokojny. Nie chciał by czyjeś oczy widziały jak

pobielały mu palce gdy zaciskał dłonie na poręczach fotela albo jak

wilgotne były te poręcze, gdy zdjął z nich dłonie.

- Jestem w pomieszczeniu zamkniętym - powtarzał sobie

- Ten samolot to po prostu małe miasto.

Nie zdołał jednak oszukać sam siebie. Po lewej miał tylko

calowej grubości płat stali, czuł go łokciem, a za nim była pustka...

- Zgoda, było tam powietrze, w istocie jednak - pustka.

Tysiąc mil pustki w jedną stronę, tysiąc w długą, jedna a może

dwie mile W dole pod nim.

Pragnął niemalże zobaczyć tam w dole połyskujące szczyty kopuł

przykrywających miasta, nad którymi przelatywał: Nowy Jork,

Filadelfia, Baltimore, Waszyngton. Wyobrażał Sobie przesuwające się

skupiska kopuł, których nigdy nie widział, ale o których wiedział,

że tam są. A pod nimi, na milę głąb i na dziesiątki mil w każdym

kierunku rozciągały Się Miasta.

\Niekończące się, rojące się od ludzi korytarze Miast, sektory

mieszkalne, stołówki Sektorowe, fabryki, drogi ekspresowe, miłe,

drogie sercu świadectwa obecności człowieka.

On zaś był odizolowany, zamknięty w małym metalowym

pocisku, mknącym przez pustkę, w zimnym przejrzystym powietrzu.

Drżały mu ręce. Zmuszał się do czytania Wydruków na

papierowej wstędze.

Było to opowiadanie o eksploatacji Galaktyki a bohater był

najwyraźniej Ziemianinem.

Baley pomrukiwał z irytacją aż wreszcie ugryzł się w język

Zakłopotany okazanym brakiem taktu.

Opowiadanie było jednak beznadziejnie głupie. Dziecinne było

Udawanie, że Ziemianie mogą podbijać Kosmos, zasiedlać Galaktykę.

Galaktyka była dla nich zamknięta. Była zajęta przez Kosmitów,

których przodkowie byli przed wiekami Ziemianami. Ci przodkowie

dosięgnę li Zaziemskich Światów, urządzili się tam wygodnie a ich

potomkowie ustanowili zapory dla imigracji. Zamknęli Ziemię

i swych ziemskich kuzynów, a ziemska cywilizacja Miast dokończyła

dzieła. Ściana lęku odgradzała mieszkańców Miast od otwartej

przestrzeni, od obsługiwanych przez roboty obszarów rolniczych i

górniczych ich własnej planety.

- A my - pomyślał z goryczą Baley - chociaż nam się to nie

podoba, zamiast coś zrobić opowiadamy Sobie bajeczki.

Dobrze jednak wiedział, że nic się nie da zrobić.

Samolot wyładował. Pasażerowie wysiedli i rozeszli się nawet na

siebie nie spojrzawszy.

Baley rzucił okiem na zegarek i stwierdził, że ma jeszcze dość

czasu by się odświeżyć, zanim pojedzie ekspresówką do Departamentu Sprawiedliwości. Rad był z tego. Wielkie, pełne odgłosów życia

hale portu lotniczego, miejskie korytarze biegnące na różne poziomy,

wszystko co widział i słyszał wokół dawało mu poczucie bezpieczne-

go zamknięcia w łonie, we wnętrznościach Miasta. Niepokój spłynął

z niego i do pełni szczęścia wystarczyło mu już tylko wziąć natrysk

- Zażądali pomocy.

- Od Ziemi? - Spytał z niedowierzaniem Baley. Po Zaziemskich

Światach trudno było spodziewać się czegoś innego niż wzgardy,

a w najlepszym razie łaskawej wyższości wobec ojczystej planety.

- Od Ziemi? - powtórzył.

- TO dziwne - zgodził się Minnim - ale tak właśnie jest.

Żądają, by do tej sprawy przydzielono ziemskiego detektywa. Załatwili

to kanałami dyplomatycznymi nie najwyższym szczeblu.

Baley usiadł - Ale dlaczego ja? Mani czterdzieści trzy lata. Mam

żonę i dziecko. Nie mogę wyjechać z Ziemi

- To nie my wybieraliśmy, agencie. Prosili właśnie o pana.

- O mnie?

- O agenta Eliasza Baleya, <b-6, z Policji Miejskiej Nowego

Jorku. Wiedzą, o kogo im chodzi. 2apewne wie pan, dlaczego,

- Nie jestem kompetentny -f- upierał się Baley.

Oni uważają, że jest pan. Sposób, w jaki rozwiązał pan

sprawę Zabójstwa Kosmity najwyraźniej zrobił na nich wrażenie.

- Nie było tak dobrze, jak s .ę wydaje.

Minnim wzruszył ramionami! - W każdym razie prosili o pana,

a my zgodziliśmy się pana wysłać. Jest pan przeniesiony i musi pan

jechać. W czasie pana nieobecności pańska żona i syn będą mieli

zapewnioną Opiekę klasy C-7, jako że tę klasę przyznano panu do

czasu wywiązania' się z tego zadania... - zawiesił głos - A jeśli

wywiąże się pan zadowalająco, pozostawi się panu tę klasę,

Wszystko to działo się zbyt szybko. Nic z tego. On nie może

opuścić Ziemi. Czy oni tego nie Rozumieją?

Usłyszał, jak pyta obco brzmiącym głosem: - Jakie są

okoliczności morderstwa? Dlaczego nie mogą sami tego załatwić?

Minnim przestawiał jakieś drobiazgi na biurku. Pokręcił głową -

Nic nie wiem o tym morderstwie. Nie znam szczegółów.

- Więc kto je zna, panie sekretarzu? Nie wyśle mnie pan chyba

w ciemno? - Znów odezwał się wewnętrzny głos rozpaczy:,,

Przecież nie mogę opuścić Ziemi",

- Nikt nic nie wie. Nikt na Ziemi. Solarianie nie powiedzieli

nam niczego. Pańskim zadaniem będzie dowiedzieć się co jest tak

ważnego w tym morderstwie, że trzeba ściągać Ziemianina, by JG

wyjaśnić. To właściwie część pańskiego zadania, Baley. Był

wystarczająco zdesperowany, by zapytać - A jeśli odmówię? - Znał,

oczywiście, odpowiedź. Dobrze wiedział, co oznaczałaby

de deklasyfikacja, zwłaszcza dla jego rodziny.

Minnim nie wspominał o deklasyfikacji. Powiedział cicho: - Nic

może pan odmówić. Trzeba wykonać to zadanie.

- Dla Solarii? - Niech ich diabli wezmą!

- Dla nas, Baley. Dla nas - Minnim przerwał i podjął znów

po chwili - Zna pan sytuację Ziemi. Nie muszę chyba tego wyjaśniać?

Baley znał tę sytuację, jak każdy mieszkaniec Ziemi. Pięćdziesiąt

Światów Zaziemskich,, liczących łącznie daleko mniej mieszkańców

niż Ziemia, miało minio to stukrotną prz0Wagę militarną. Słabo

zaludnione światy, których ekonomika opierała się na pracy

pozytronowych robotów, produkowały tysiąckrotnie więcej energii na

głowę mieszkańca niż Ziemia. To decydowało o przewadze wojskowej,

o poziomie życia, o Szczęściu, o wszystkim.

Minnim mówił dalej - Jednym z czynników, które mają nas

utrzymywać w obecnym położeniu jest brak informacji. Kosmaci

wiedzą o nas wszystko. Przysłali tu wystarczająco wiele

przedstawicielstw. My nie wiemy o, nich niczego, prócz tego, co nam sami

o sobie mówią. Żaden mieszkaniec Ziemi nie postawił nigdy stopy na

Zaziemskim świecie, fan będzie pierwszy.

- Nie mogą... zaczął Baley.

- Będzie pan - powtórzył Minnim. - Pan będzie tam na

specjalnych prawach, zaproszony przez nich, wykonując pracę, którą

panu zlecili. Wróci pan z wiadomościami, których Ziemia potrzebuje.

Baley patrzył ponuro na podsekretarza - Mam szpiegować dla

Ziemi?

- Nic ma mowy o Szpiegowaniu. Będzie pan robić to, o co

proszą. Wystarczy mieć oczy otwarte. Niech pan obserwuje! Analiza

i interpretacja pańskich spostrzeżeń będzie już rzeczą specjalistów

- Wygląda to na kryzys, panie sekretarzu.

- Z czego pan to wnioskuje?

Ta misja, to ryzyko. Kosmici nas nienawidzą. Mimo

najlepszych chęci i mimo zaproszenia, mogą spowodować zatarg na skale,

międzygwiezdną. Rząd mógł bez trudu się wykręcił Mogli

powiedzieć że jestem chory. Kosmici paniczni^ boją się chorób. Nigdy by

mnie nie wpuścili.

- Czy chce pan, żebyśmy tego spróbowali?

- Nie! Jeśliby rząd nie miał powodu mnie wysyłać, pomyśleliby

sami o tym albo o czymś lepszym. Wynika z tego, że szpiegowanie

jest sprawą istotną. A jeśli tak, musi być w tym coś więcej, niż głód

informacji. To nie usprawiedliwiałoby ryzyka.

Baley liczył się z wybuchem gniewu jako środkiem nacisku,

Minnim jednak tylko uśmiechnął się chłodno - widzę, że nie wy-

starczy panu to co nieistotne. Nie spodziewałem się zresztą niczego

innego. Podsekretarz pochylił się przez biurko ku Baleyowi.

- O tym, co panu powiem, nie wolno panu z nikim rozmawiać,

nawet ż ludźmi z rządu. Nasi socjologowie doszli do pewnych

wniosków dotyczących stanu Galaktyki. Mamy pięćdziesiąt Światów Za-

ziemskich, słabo zaludnionych, zrobotyzowanych, potężnych, z

ludnością zdrową i długowieczną. My natomiast jesteśmy opóźnieni

w rozwoju, żyjemy w tłoku, żyjemy krótko i pod dominacją tamtych.

Taki układ jest niestabilny.

- Wszystko jest niestabilne, na dłuższą metę.

- To jest niestabilne na krótszą metę. Zostało nam najwyżej

sto lat. Nie dojdzie do tego za naszego życia ale mamy przecież

dzieci. Staniemy się w końcu zbyt wielką groźbą dla Zaziemskich

Światów, by pozwolono nam przeżyć. Jest nas osiem miliardów Ziemian

i wszyscy nienawidzą Kosmitów.

- A oni wypchnęli nas z Galaktyki, przejęli korzyści z naszego

handlu, wydają polecenia naszemu rządowi i traktują nas z pogardą.

Czego się spodziewają? Wdzięczności?

- Zgadza^ się. Zaakceptowano więc schemat wydarzeń: rewolta,

stłumienie rewolty, znów rewolta, znów stłumienie i w ciągu

stulecia Ziemia przestanie istnieć jako zamieszkały świat. To właśnie

mówią socjologowie.

Baley poczuł się niepewnie. Nie podaje się w wątpliwość

przewidywań socjologów i ich komputerów^

- Jeśli tak, czego spodziewa się pan po mnie?

- Słabą stroną prognozy socjologów jest brak danych o

Kosmitach. Musieli przyjąć do założeń darte o tych", których nam tu przy-

słali i to, co tamci zechcieli nam o sobie powiedzieć. Znamy więc ich

siłę ale też tylko siłę. Mają swoje roboty, są nieliczni, są

długowieczni, ale mają też przecież, do licha, jakieś słabe punkty. Może istnieje

jakiś czynnik albo zespół czynników, który mógłby podważyć prze*

powiędnie nieuchronnego zniszczenia Ziemi. Gdybyśmy wiedzieli

o czymś takim, mogłoby to pokierować naszymi działaniami,

zwiększyć szansę przetrwania Ziemi.

- Czy nie lepiej byłoby posłać socjologa, panie Sekretarzu?

Mmmm pokręcił głową - Gdybyśmy mogli wysłać kogo chcemy,

już dawno byśmy wysłali. Przewidywania pochodzą sprzed

dziesięciu lat. Pierwszy raz mamy możliwość wysłania kogoś. Prosili o

detektywa i odpowiada to nam. Detektyw jest także socjologiem,

praktykującym socjologiem, inaczej nie byłby dobrym detektywem.

Z pańskich akt wynika, że jest pan dobry.

- Dziękuję, panie sekretarzu - odpowiedział odruchowo Baley

- A jeśli znajdę się w kłopocie?

Minnim wzruszył ramionami - Ryzyko należy do pańskiego

zawodu. - Zakończył sprawę machnięciem ręki - Tak, czy owak, musi

pan lecieć. Wyznaczono termin i statek czeka.

Baley zesztywniał - Czeka? Kiedy mam lecieć?

- Pojutrze.

- Wrócę więc do Nowego Jorku. Moja żona...

- My z nią pomówimy- Nie powinna wiedzieć, co pan porabia.

Uprzedzimy ją, by nie czekała na wiadomości.

- To nieludzkie! Muszę ją widzieć. Mogę jej już nigdy nie

zobaczyć.

- Może, to co powiem wyda się panu jeszcz0 bardziej

(nieludzkie, ale przecież każdego dnia ryzykuje pan, pełniąc służę, że ona

może już nigdy pana nie zobaczyć. Trzeba wypełniać 8Woje

obowiązki agencie!

Fajka Baleya zgasła przed kwadransem. Nie zauważył tego nawet

Nie mieli mu nic więcej do powiedzenia. Niczego nie Wiedzieli

o morderstwie. Ponaglano go tylko aż do chwili gdy stanął, wciąż

nie mogą w to uwierzyć, u stóp statku kosmicznego.

Statek przypominał gigantyczne, wymierzone w niebo działo

Baley drżał w ostrym powietrzu pod otwartym niebem. Była noc

(Baley był za to wdzięczny) tak głęboka jakby czarne ściany wokół

stapiały się z czarnym sklepieniem nad głową. Niebo było zakryte

chmurami. Bywał już w planetariach ale jasna gwiazda, która prze-

biła się przez rozdarcie w chmurach, przykuła jego Uwagę.

Mała, odległa iskierka. Patrzył na nią bez lęku, z ciekawością.

A przecież wokół czegoś tak nieznacznego krążyły planety, których

mieszkańcy byli władcami Galaktyki.

Pomyślał, że i Słońce świecące: teraz po drugiej stronie Ziemi, by]o

czymś takim, tylko znacznie bliższym. Pomyślał o Ziemi, o skalnej

kuli pokrytej cienką warstwą cieczy i gazu, wydanej całą

powierzchnią na łup pustce, z Miastami ledwie zarytymi W skorupie ziemskiej,

niepewnie zawieszonymi między powietrzem a skałą. Skóra lnu

ścierpła na tę myśl.

Statek należał, oczywiście do Kosmitów. Handel międzygwiezdny

był Całkowicie w ich rękach. Baley był już samotny, poza granicami

Miasta. Wykąpano go, wyszorowano i odkażono, zanim wreszcie

uznano że odpowiada normom bezpieczeństwa i może wejść na po-

kład, Na powitanie Wysłano jednak robota, zachowując się jakby był

nosicielem zarazków setki chorób z zabójczego Miasta, na które sam

był odporny, żyjący zaś w cieplarnianych warunkach Kosmici nie

byli.

Zwalisty robot majaczył W mroku nocy a jego oczy żarzyły się

czerwono.

- Agent Eliasz Baley?

- Zgadza się - powiedział ochrypłym głosem Baley i p0cz,uł,

że włos mu się jeży, Był w wystarczającym stopniu Ziemianinem,

by dostawać gęsiej Skórki na widok robota, wykonującego ludzką

pracę. Oczywiście, był jeszcze R. Daniel Olivaw, jego partner w

sprawie zabójstwa Kosmity ale to było zupełnie co innego. Daniel był..

- Zechce pan iść za mną - powiedział robot. Jasne światło za-

lało drogę do statku.

Baley poszedł za nim. Po trapie w górę, korytarzami w głąb

statku i do kabiny.

Robot oznajmił - To będzie pańska kabina, agencie Baley.

Uprasza się, by pozostawał pan w niej w czasie trwania podróży.

- Pewnie! - pomyślał Baley - Zapieczętujecie mnie w izolatce.

Korytarze, którymi przechodził, były puste. Teraz pewnie roboty

zajmowały się ich dezynfekcją. Robot, stojący przed nim zostanie

pewnie poddany kąpieli antybakteryjnej.

Ma pan tu zapas wody - mówił robot - i wodę bieżącą.

Jedzenie będzie dostarczane. Ma pan też możliwość wyglądania. Przesłony

iluminatorów sterowane są z tej tablicy. Są zamknięte ale jeśli

życzy pan sobie oglądać kosmos...

- W porządku, chłopcze - powiedział pośpiesznie Baley. -

Zostaw je zamknięte.

Zwrócił się do robota "chłopcze" zgodnie z ziemskim zwyczajem

ten jednak nie okazał niechęci. Oczywiście, nie mógł. Zakazywały

mu tego Prawa Robotyki.

Robot pochylił swój wielki metalowy korpus, jakby kłaniał się

7 szacunkiem i wyszedł <

Baley został sam w kabinie. Czuł się tu w każdym razie lepiej

niż W samolocie. Samolot dawał się ogarnąć wzrokiem od końca do

końca. Statek kosmiczny był ogromny, były w nim korytarze,

poziomy, pokoje. Był Miastem w miniaturze. Baley mógł oddychać

swobodnie.

Światła błysnęły i metaliczny głos robota przekazał instrukcje

dotyczące zabezpieczeń przed skutkami przeciążenia przy starcie.

Potem został wepchnięty w sieć, zaczął działać system

hydrauliczny, gdzieś daleko z łoskotem wyrywał się z dysz płomień rozpalony

w protonowym mikrostosie.

Potem był świst pozdzieranej atmosfery, wciąż Wyższy, Słabnący,

po godzinie już niesłyszalny.

Byli w kosmosie.

Czuł odrętwienie zmysłów, wszystko wydawało się nierzeczywiste.

Mówił sobie że z każdą sekundą oddala się o tysiące mil Od Miasta

i od Jessie ale ledwie to do niego docierało.

Na drugi dzień (a może na trzeci? - niełatwo było ocenić upływ

czasu, chyba licząc godziny snu i posiłków) nadeszła chwila gdy

poczuł jakby wszystko W nim się wywracało. Baley wiedział, że był

to Skok, niepojęte, prawie mistyczne przejście przez nadprzestrzeń,

które przenosiło statek i jego ładunek z jednego punktu przestrzeni

w drugi, odległy o całe lata świetlne. Minęło trochę czasu i nastąpił

kolejny Skok, znów minął czas - i znów nastąpił Skok.

Baley mówił sobie, że znalazł się o całe lata świetlne od Ziemi,

o dziesiątki lat świetlnych, setki, tysiące. Nie wiedział ile. Nikt na

Ziemi nie wiedział, gdzie znajduje się Solaria, mógłby się o to za-

łożyć. Nie mieli o tym pojęcia!

Poczuł się straszliwie samotny.

Potem było wrażenie zwalniania. Pojawił się robót. Jego

mroczne, rubinowe oczy przyjrzały się siatce bezpieczeństwa, dokręcił

sprawnie jakąś nakrętką i sprawdził szybko system hydrauliczny.

- Lądujemy za trzy godziny. Zechce pan pozostać w kabinie

Przyjdzie tu człowiek, by wyjść z panem i zabrać pana do rezydencji.

- Zaczekaj - powiedział z wysiłkiem Baley< Opięty siatką, czuł

się całkiem bezradny - Jaka to będzie pora dnia?

Robot odpowiedział - W standardowym czasie galaktycznym

będzie...

- Chodzi o czas lokalny, chłopcze! Czas lokalny* Na Jozafata!

Robot płynnie recytował - Solariański dzień trwa trzydzieści

osiem i trzydzieści pięć setnych standardowej godziny. Godzina

solariańska dzieli się na dziesięć dekad po sto centad każda. Pianowe

przybycie nastąpi w dwudziestej centadzie piątej dekady...

Baley znienawidził robota - za jego tępotę, za to, że zmuszał go

do pytania wprost, do odsłonięcia słabego punktu. Musiał jednak

spytać:

- Czy to będzie dzień?

Na koniec robot odpowiedział - Tak, proszę pana! - I odszedł.

To będzie dzień. Będzie musiał wyjść w środku dnia na

nieosłoniętą powierzchnię planety.

Nie był pewien jak to wypadnie. Widywał powierzchnią swoje i

planety z punktów widokowych w Mieście. Był nawet przez parę

chwil na zewnątrz ale ściany, bezpieczeństwo, były zawsze na

wyciągnięcie ręki.

Teraz nie będzie nawet złudnych ścian mroku.

Ponieważ nie mógł okazać przed Kosmitami słabości - niech go

diabli, jeśli okaże - znieruchomiał w sieci, chroniącej go przed

skutkami zwalniania, zamknął oczy i uparcie walczył z paniką.





2. SPOTKANIE Z PRZYJACIELEM.






Baley przegrywał walkę. Nie wystarczały już argumenty rozsądku

Mówił sobie wciąż od nowa: Ludzie spędzają całe życie pod

otwartym niebem. Nasi przodkowie żyli tak w przeszłości. Dziś żyją tak

Kosmici. Brak ścian nie stwarza żadnego zagrożenia. To tylko moja

świadomość błądzi, podpowiadając mi co innego.

Wszystko to jednak nie pomagało. Coś w nim, coś innego niż

rozsądek, żądało ścian i było przeciw otwartej przestrzeni.

Z czasem doszedł do wniosku, że nie może wygrać. W końcu za-

łamie się, a Kosmita, którego przyślą (w rękawiczkach i z filtrami

w nosie), nie będzie nim nawet gardził, bidzie czuł jedynie niesmak.

Trzymał się więc.

Gdy statek stanął w bezruchu, siatka bezpieczeństwa odpięła się

automatycznie a system hydrauliczny usunął się w ścianę, Baley po-

został w fotelu, Bał się, ale nie zamierzał tego okazać.

Na odgłos otwierania drzwi odwrócił się. Kątem oka zauważył

w drzwiach wysoką ciemnowłosą postać. Kosmita, jeden z tych

pyszałkowatych potomków Ziemi, którzy pogardzili własnym

dziedzictwem.

- Partnerze Eliaszu! - przemówił Kosmita.

Baley drgnął i obrócił głowę do mówiącego. Oczy rozszerzyły mu

się ze zdumienia i mimo woli wstał.

Patrzył na tą twarz o szerokich kościach policzkowych i

doskonale regularnych rysach, w patrzące mu prosto w oczy, spokojne,

błękitne oczy tamtego.

- D-daniel! <"

- Miło mi,

2 Nagie słońce

pamiętasz, partnerze Eliaszu.

- Czy cię pamiętam? - Uczucie ogromnej ulgi owładnęło

Baleyem. Oto był ktoś, kto stanowił Cząstkę Zi0nli, przyjaciel,

pocieszycie!, wybawca. Czuł, że musi tamtego uściskać, v, ziać w ramiona,

klepać po plecach, śmiejąc się i robiąc te wszystkie głupie rzeczy,

które robią starzy przyjaciele, spotykając się po długiej rozłące.

Niczego jednak nie zrobił. Nie mógł. Mógł tylko postąpić ku tam-

temu z wyciągniętą ręką i powiedzieć:

- Nie mógłbym cię zapomnieć,, Danielu.

- Cieszę się - odpowiedział Daniel, skinąwszy poważnie

głową. - Dobrze wiesz, że dla mnie napomnieć cię byłoby

niemożliwością. To wspaniale, móc cię znowu Widzieć.

Objął dłoń Daniela, energicznie, lecz z opanowaniem, nie

ściskając mu zbyt mocno palców.

Baley miał nadzieje, że nieprzeniknione oczy tamtego nie widzą,

co dzieje się w jego umyśle, że nie dostrzegły dopiero co minionej

chwili gdy on, Baley, cały był przyjaźnią i przywiązaniem.

Trudno było żywić przywiązania i przyjaźń do Daniela Olivawa,

który nie był człowiekiem, lecz robotem.

Robot, tak bardzo przypominający człowieka, mówił - Prosiłem

aby nasz pojazd połączono ze statkiem rękawem.

- Rękawem?

- Tak, to zwykła technika kosmiczna. Załoga i materiały

- przychodzą ze statku do statku bez konieczności używania ekwipunku

próżniowego. Nie jesteś z tym obeznany, jak widzę...

- Nie, ale widziałem zdjęcia...

- Było trochę komplikacji z zainstalowaniem takiego urLądz0n}a

między statkiem a pojazdem, nalegałem jednak, by to zrobiono. Na

szczęście sprawa do której nas przydzielono ma pierwszeństwo.

Trudności są szybko usuwane.

- Wiec przydzielono i ciebie do Sprawy morderstwa?

- Nie wiesz o tym' Powiedziałbym ci od razu, przepraszam! -

na twarzy robota nie było ani śladu zmartwienia.

- To doktor Han Fastolfe, spotkałeś go na Ziemi kiedy

pracowaliśmy poprzednio ze sobą i chyba go pamiętasz, zaproponował

ciebie na prowadzącego śledztwo. Postawił też warunek aby

przydzielono mnie znów do pracy z tobą.

Baley pozwolił sobie na uśmiech. Doktor- Fastolfe pochodził z

Aurory, najpotężniejszego z Zaziemskich światów. Zdanie

przedstawiciela Aurory miało swoją wagę.

- W drużynie, | która wygrywa, ni0 Wprowadza się &mian,

nieprawdaż? (ożywieni^, które poczuł na widok Daniela przygasło, znów

było mu ciężko na sercu).

- Nie wiem, czy o to chodziło, Eliaszu. Z tego co mi polecił

Wnoszę, że chciał, by pracował z tobą ktoś obyty 2 twoim światem i jego

Dziwactwami.

- Dziwactwami? - Baley czuł sio dotknięty. Nie odpowiadało

mu to słowo, kiedy chodziło o niego.

- Chociażby to| że pomyślałem o rękawie. Znam waszą awersję

do otwartej przestrzeni, rezultat wychowania w Miastach.

Coś kazało Baleyowi zmienić temat. Może po nazwaniu go

dziwakiem, była to chęć stawienia oporu maszynie. Może po prostu długie

doświadczenie ustrzegło g0 przed pozostawianiem bez wyjaśnienia

czegoś, co było nielogiczne.

- Na tym statku, najmował się inna robot o wyglądzie robota

(to już była złośliwość). Czy go poznałeś?

- Rozmawiałem z nim przed wejściem na pokład.

- Jak się nazywa? Chciałbym z nim pomówić.

- RX - 2475. Na Solarii roboty oznacza sio numerami seryjny-

mi - Daniel spojrzał na tablicę przy drzwiach - Przywołuje się go

tym przyciskiem,

Wskazany przycisk oznaczony był literami RX. Baley dotknął go

i nie minęła minuta, gdy robot o wyglądzie robota wszedł do kabiny.

- Jesteś RX-J2475.

- Tak, proszę pana.

- Mówiłeś mi, że ktoś tną po mnie prziyj.4ć. Czy miałoś na myśli

jego? - Baley wskazał Daniela.

Roboty wymieniły spojrzenia. RX - 2475 powiedział. Tak jest

Wynikało to z dokumentów.

- Czy opisano di jego wygląd?

- Nie, proszę pana. Podano mi nazwisko.

- Kto je podał?|

- Kapitan statku, proszę pana.

- Solarianin?

- Tak, proszę pana.

Baley zwilżył wargi. Następne pytanie rozstrzygnij.

- Jakie podano ci nazwisko? (- spytał.)

- Daniel Olivaw, proszę pana - odpowiedział RX - 2475.

- W porządku chłopcze, możesz odejść.

Robot skłonił się, wykonał zwrot i wyszedł.

Baley zwrócił się do partnera i rzekł z zastanowieniem - Nie

powiedziałeś mi wszystkiego, Danielu.

- W jakim sensie, Eliaszu?

- RX - 2475 mówił, że to człowiek ma mi towarzyszyć. Dobrze

to pamiętam.

Daniel nie odzywał się.

Baley kontynuował - Sądziłem, że się pomylił, albo że

wyznaczonego człowieka zastąpiono robotem nie informując o tym RX -

24*75. Opisano jednak twoje dokumenty i podano twoje nazwisko. Nie-

pełne nazwisko, nieprawdaż Danielu?

- Istotnie, nie podano mojego pełnego nazwiska - zgodził się

Daniel.

- Nie nazywasz się Daniel Olivaw ale R. Daniel Olivaw, albo

w pełnym brzmieniu, Robot Daniel Olivaw.

- Masz całkowitą rację, partnerze Eliaszu.

- Z tego wynika, że RX - 2475 nie został poinformowany, że

jesteś robotem i pozwolono mu uważać cię za człowieka.

- Nie przeczę.

- Idźmy więc dalej - Baley czuł, że budzi się w nim instynkt

myśliwski. Wpadł na Jakiś trop. Może nie było to nic ważnego.

Tropienie było jednak czymś, co potrafił robić na tyle dobrze, że

wzywano go przez pół Wszechświata, by to robił.

- Czemu miałoby komuś zależeć na wprowadzaniu W błąd

mizernego robota? Jemu jest wszystko jedno, czy jesteś robotem, czy

człowiekiem. Tak czy owak będzie posłuszny. Logicznym wnioskiem

jest, że Solariański kapitan, który informował robota i władze Solarii,

które powiadomiły kapitana, nie wiedzą, że jesteś robotem. Można

wyciągnąć i inne wnioski, czy jednak ten nie jest słuszny?

- Sądzę, że jest.

- W porządku. A teraz pytanie, dlaczego doktor Han Fastolfe

polecając cię na mojego partnera pozwolił Solarianom sądzić, że

jesteś człowiekiem? Czy to nie ryzykowne? Solarianie byliby wściekli,

gdyby się O tym dowiedzieli. Jaki był tego cel?

- Wyjaśniono mi to, partnerze Eliaszu - odpowiedział

humanoid - współpraca z człowiekiem z Zaziemskich Światów podniosła-

by twój prestiż, współpraca z robotem natomiast, obniżyłaby go.

Znam twój sposób bycia i dobrze nam się; pracowało. Solarianie

wzięli mnie za człowieka, wystarczyło więc im na to pozwolić,

nie składając fałszywych oświadczeń.

Baley nie wierzył w to wyjaśnienie. Aż taka dbałość o uczucia

Ziemianina nie leżała w naturze Kosmity, nawet tak pozbawionego

uprzedzeń, jak Fastolfe.

Rozważał inną możliwość - Czy przypadkiem Solarianie nie

słyną W Zaziemskich Światach z produkcji robotów?

- Rad jestem, że zapoznałeś się z ekonomią Solarii.

Nic podobnego. Moja wiedza o Solarii kończy się na

znajomości wymowy tej nazwy.

- W takim razie Eliaszu, trafiłeś W sedno, choć nie wiem skąd



ci to przyszło na myśl. Solaria znacznie wyprzedzały inne światy Za-

ziemskie w produkcji różnorodnych, wysokiej jakości robotów.

Eksportuje ona wyspecjalizowane modele cło Wszystkich innych światów.

Baley skinął głową ze złośliwą satysfakcją. Naturalnie, Daniel nie

mógł tego odgadnąć a on nie zamierzał tłumaczyć. Doktor Han

Fastolfe i jego ludzie mogli mieć całkiem, osobiste i bardzo ludzkie po-

wody, by zademonstrować możliwości własnego robota. Nie miało to

nic Wspólnego z uczuciami Ziemianina. Chcieli dowieść Solarianom

swej wyższości, pozwalając im wziąć robota z Aurory za człowieka.

Humor mu się poprawił. Argumenty rozumu nie pomogły mu

zwalczyć paniki ale poczucie satysfakcji najwyraźniej pomogło. Po-

mogło też rozszyfrowanie próżności Kosmitów.

- Na Jozafata, - myślał - wszyscy jesteśmy ludźmi, nawet

kosmici - Odezwał się z nonszalancją - Czy długo jeszcze mamy

czekać na ten pojazd?

Jestem gotów!

Rękaw zdradzał oznaki niedopasowania. Człowiek i humanoid

wyszli ze statku wyprostowani. Elastyczna siatkowa konstrukcja

uginała Się i kołysała pod ich ciężarem. (Baley wyobrażał sobie mgliście,

jak to w przestrzeni, w nieważkości, ludzie przelatują ze statku do

statku jednym susem). Na końcu tuba zważała siq4 Siatkowa

konstrukcja wyglądała jakby ją ścisnęła ręka olbrzyma. Daniel opadł na

czworaki, Baley również. Przebyli tak ostatnie dwadzieścia stóp

zanim weseli do pojazdu.

Daniel zasunął starannie drzwi przesuwne. Rozległo się

cmoknięcie oznaczające zapewne odłączenie się rękawa.

Baley rozglądał się z zaciekawieniem. Wnętrze v»nie odznaczało się

niczym szczególnym. Mieściły się w nim, jedno za drugim, dwa

siedzenia, każde dla trzech osób. To bokach obu siedzeń. były drzwi-

Połyskliwe fragmenty ścian, zapewne okna, były czarne i

nieprzejrzyste, niewątpliwie w wyniku zastosowania polaryzacji. Baley znał tę

technikę.

Dwa koliste źródła żółtego światła w suficie oświetlały wnętrze.

Nowością był transmiter osadzony w ściance przed przednim

biedzeniem a także zupełny brak urządzeń kontrolnych,

- Kierowca jest, jak sądzę, po drugiej stronie ścianki.

- Właśnie tak, Eliaszu - odpowiedział Daniel, pochylił się i,

przełożył dźwigienkę. Zamigotał czerwony punkcik świetlny - Możemy

ruszać. Jesteśmy gotowi.

Rozległ się stłumiony warkot, zaraz jednak ścichł. Poczuł słabe.

przelotne pchnięcie w tył.

- Czy już jedziemy? - spytał zdziwiony Baley,

- Jedziemy - odrzekł Daniel - Ten pojazd nie porusza się na

kołach, ale na poduszce magnetycznej. Oprócz przyśpieszeń i zwolnień, ni$ poczujemy niczego.

- A zakręty?

- Pojazd odpowiednio się nachyla. Przy pokonywaniu

pochyłości utrzymywany zaś jest poziom.

- Prowadzenie musi być dość trudne - zauważył Baley.

- W pełni zautomatyzowane. Kierowca jest robotem.

Baley Wiedział już wszystko, co chciał wiedzieć.

- Jak długo to potrwa?

- Godzinę. Podróż samolotem trwałaby krócej, zależało mi

jednak na zapewnieniu ci izolacji a solaryjskie samoloty nie Umożliwiają

całkowitego zamknięcia wnętrza, jak W pojeździe, którego używamy.

Taka troskliwość zaczęła irytować Baleya. Poczuł się jak dziecko

pod opieką niańki, Irytował go nawet sposób mówienia Daniela. Wy-

dawało mu się, że zbytnia poprawność budowy zdań łatwo może

zdradzić prawdziwą naturę robota. Przez chwalę przyglądał się ciekawie

R. Danielowi Olivawowi. Robot patrzył wprost przed siebie,

nieporuszony i nieświadomy, że mu się przyglądają. Faktura skóry

odtworzona była idealnie. Włosy i ich rozmieszczenie oddane jak należy.

Ruchy mięśni pod skórą były absolutnie naturalne. Nie pożałowano

trudu dla choćby najbardziej Wymyślnych. Baley z władnego

doświadcz0nia wiedział, że kończyny i klatka piersiowa otwierają się

wzdłuż niewidocznych szwów, co umożliwia naprawy. Wiedział, że

pod tą naturalnie wyglądającą Skórą kryje się metal i silikon.

Wiedział, że mózg w tej czaszce, to tylko mózg pozytronowy a "myśli"

Daniela są tylko potokami pozytronów płynącymi wzdłuż

wytyczonych przez wytwórcę ścieżek.

Czy jednak co$ mogło to zdradzić oku nieuprzedzonego eksperta?

Drobna nienaturalność mowy i zachowania? Pewien bezwład

emocjonalny? Przesadna doskonałość człowieczeństwa?

Szkoda było czasu na takie Rozważania.

Baley odezwał się - Przypuszczam, Danielu, że przed

przybyciem tu zostałeś wprowadzony w sprawy Solarian. i

- Tak, partnerze Eliaszu.

- Świetnie. To więcej, niż} zrobiono dla mnie. Czy to duży świat?

- Średnica planety wynosi 9500 mil. Jest to zewnętrzna z trzech

planet i jedyna zamieszkała. Klimat i atmosfera przypomina Ziemię.

Ziemi nadającej Się do uprawy jest tu więcej. Zasoby mineralne są

zaś mniejsze, ale oczywiście mniej intensywnie eksploatowane. Świat

jest samowystarczalny a eksportowi robotów zawdzięcza wysoki

poziom życia.

- A jakie; jest zaludnienie?

- Dwadzieścia tysięcy ludzi, partnerze Eliaszu,

Baley, usłyszawszy to, poprawił grzecznie - Chciałeś powiedzieć,

dwadzieścia milionów, nieprawdaż?

Miał tyle pojęcia o Zaziemskich Światach, by wiedzieć, ze choć

niedoludnione, według ziemskich norm. miały jedno i4 miliony

mieszkańców.

- Dwadzieścia tysięcy ludzi, partnerce Eliaszu - powtórzy!'

robot.

- Czy to świeco skolonizowana planeta?

- Bynajmniej. Jest niezależna od dwóch stuleci, a Zasiedlona od

trzech albo więcej. Liczba ludności jest utrzymywana celowo na

poziomie dwudziestu tysięcy, jaki Solarianie uważają za optymalny.

- Jaka; część planety jest zamieszkała?

- Wszystkie obszary nadające się do uprawy.

- Ile to będzie w milach kwadratowych?

- Trzydzieści milionów mil kwadratowych-

- Dla dwudziestu tysięcy ludzi!

- I dwustu milionów pozytronowych robotów, partnerze; Eliaszu.

- Na Jozafata! To oznacza dziesięć tysięcy robotów na jednego

człowieka!

- To istotnie niezwykle dużo, nawet jak na Światy Zaziemskie.

Na następnej z kolei Aurorze przypada tylko pięćdziesiąt robotów

na głowę.

- Co pni robią z taką masą robotów? Po co im tyle żywności7

- Żywność nie jest najważniejsza. Ważniejsze jest wydobycie

surowców, a zwłaszcza produkcja energii.

Baley myślał o tych wszystkich robotach i czuł się oszołomiony.

Dwieście milionów robotów i tak niewielu ludzi! Roboty muszą

dominować w krajobrazie planety. Postronny obserwator mógłby wziąć

Solarię za świat robotów, nie zauważyć ludzi.

Czuł, Ż0 musi to zobaczyć. Pamiętał rozmowę z Minnimem i

katastroficzne przepowiednie socjologów. Wydawały się odległe i nie-

rzeczywiste, pamiętał jednak. To, co przeżył po opuszczeniu Ziemi

sprawiło, że wspomnienie głosu Minnima, mówiącego z chłodem i

precyzją o rzeczach nieprawdopodobnych, nie zataiło Się jednak-

Baley nazbyt się już zżył ze swymi obowiązkami by w ich

pełnieniu miało mu przeszkadzać to, że znalazł się na otwartej przestrzeni.

Dane uzyskane od Kosmitów i ich robota były dostępne ziemskim

socjologom. Potrzebne były bezpośrednie obserwacje i jego zadaniem,

choćby i niemiłym, było ich zbieranie.

Przyjrzał się górnej części pojazdu - Czy to jest kabriolet,

Danielu?

- Nie wiem, co masz na myśli, Eliaszu, przykro mi.

- Czy dach pojazdu może być odsunięty, a pojazd otwarty ku -

niebu? (omal nie powiedział odruchowo "kopule").

- Tak, może.

- Więc zrób to, Danielu. Chcę się. rozejrzeć.

- Przykro mi, ale nie mogę na to pozwolić - odpowiedział

poważnie robot.

Baley osłupiał - Słuchaj, R. Danielu (położył nacisk na K).

Powtórzmy - rozkazuję ci opuścić dach.

W końcu człekokształtny czy nie, robot musi wypełniać polecania

Daniel nie poruszył się jednak. Powi0dział - powinienem

wyjaśnić, że moim pierwszym obowiązkiem jest cię chronić. Jest dla mnie

oczywiste tak w świetle moich instrukcji, jak i doświadczenia, że

szkodzi ci znalezienie się na otwartej przestrzeni. Nie mogę ci na to

pozwolić.

Baley poczuł, że krew uderza mu do głowy i jednocześnie

uświadomił sobie, że gniew nie miałby sensu. To był robot, a Baley

Wiedział co mówi Pierwsze Prawo Robotyki.

Brzmiało ono: "Robot nie może wyrządzić krzywdy człowiekowi

ani przez swą bezczynność dopuścić do wyrządzenia mu krzywdy".

Wszystko inne w pozytronowym mózgu robota - jakiegokolwiek

robota, na którymkolwiek ze światów Galaktyki, musiało przed tym

ustąpić.

Robot musiał oczywiście słuchać rozkazów, z tym jedynym

Wszakże wyjątkiem. Posłuszeństwo rozkazom było Drugim z kolei Prawem

Robotyki.

Brzmiało ono: "Robot mysi wykonywać rozkazy człowieka, z

wyjątkiem tych, które są sprzeczne z Pierwszym Prawem".

Baley zmusił się do zachowania spokoju - Sądzę, że jakiś czas

wytrzymam, Danielu.

- Mam wrażenie, że nie, Eliaszu.

- Pozwól, że sam to osądzę, Danielu.

- Jeśli to rozkaz, Eliaszu, nie mogę mu być posłuszny.

Baley opadł z rezygnacją na wyściełane oparcie siedzenia. Nie

mógł zmusić robota siłą. Daniel był o wiele silniejszy. Zdołałby

Unieruchomić Baleya, nie robiąc mu krzywdy.

Baley był uzbrojony, m6gł zagrozić Danielowi blasterem, ale nic

osiągnąłby niczego, poza chwilowym poczuciem przewagi. Nie było

sensu grozić robotowi. Troska o siebie była Trzecim dopiero Prawem.

Brzmiało ono: "Robot powinien dbać o własne bezpieczeństwo,

dopóki nie jest to sprzeczne z Pierwszym i Drugim Prawem".

Daniel pozwoliłby się zniszczyć ,gdyby alternatywą miało być

złamanie Pierwszego Prawa a Baley absolutnie nie życzył sobie

zniszczenia Daniela.

Chciał jednak wyjrzeć z pojazdu. Czuł, że musi to zrobić. Nie

mógł zaakceptować stosunków typu niańka •- dziecko.

Przez chwilę myślał o wymierzaniu blastera we własną głowę

,,Otwórz dach albo się zestrzelę". Wiedział jednak, że tego nie zrobi.

Byłoby to niegodne i nie odpowiadało mu W najmniejszym stopniu.

Odezwał się z rezygnacją - Czy mógłbyś spytać kierowcę, jak

daleko jesteśmy od celu?

- Oczywiście, partnerze Eliaszu.

Daniel pochylił się i pchnął dźwigienkę. W tej samej chwili Baley

pochylił się również, wołanie: - Kierowco! Opuść dach pojazdu!

Ludzka dłoń przełożyła dźwignic; i pozostała na niej. Baley patrzył

z zapartym tchem na Daniela.

Daniel przez chwile nie poruszał się, jakby poplątały mu się jego

pozytronowe myśli, usiłując dostosować się do nowej sytuacji. Po

chwili jego dłoń poruszyła się.

Baley przewidział ten ruch. Daniel mógł usunąć jego dłoń z prze-

łącznika (nie czyniąc mu krzywdy) i zmienić polecenie.

Odezwał się - Nie pozwolę ci Usunąć mojej ręki. Ostrzegam, ze

będziesz musiał wyłamać mi palce.

Nie była to prawda, Daniel jednak wstrzymał rękę. Pozytronowy

mózg musiał porównać prawdopodobieństwa zdarzeń, co Wymagało

chwili zastanowienia.

- Już za późno - powiedział Baley.

Wygrał. Dach cofał się, a do odkrytego wnętrza pojazdu wpadało

ostre białe światło słońca Solarii*

Baley chciał zamknąć oczy, w odruchu przerażenia, przemógł się

jednak. Stał w ulewie błękitu i zieleni, w niewiarygodnych ilościach

tych barw. Czuł na twarzy prąd powietrza. Nie mógł rozróżnić

szczegółów. Przemknęło obok coś poruszającego się. Mógł to być robot,

zwierzę, jakiś, przedmiot uniesiony podmuchem - nie umiał tego

powiedzieć. Pojazd minął to coś zbyt Szybko.

Błękit, zieleń, powietrze, dźwięki, ruch - a ponad wszystko

spadające z góry wściekłe, bezlitosne, przerażające białe światło, bijące

z zawieszonej w niebie kuli.

Na ułamek chwili odchylił głowę i spojrzał wprost w słońce

Solarii. Patrzył w nie, nieprzesłonięte rozszczepiającym światło szkłem

werand na górnych poziomach Miasta. Spoglądał na nagie słońce

W tym momencie poczuł na ramionach dłonie Daniela. Poczuł, ze

myśli mu się plączą. Musiał patrzeć. Musiał zobaczyć wszystko, co

zdoła zobaczyć. Daniel zaś musiał go przed tym powstrzymać.

Robot nie śmiałby użyć gwałtu wobec człowieka a jednak Baley

czuł, że dłonie tamtego zmuszają go, by usiadł.

Uniósł ramiona, by odepchnąć tamte bezcie!0sne dłonie i stracił

przytomność.




3. NAZWISKO OFIARY




Baley znów był w zamkniętym Wnętrzu. Przed oczami falowała

mu twarz Daniela pokryta czarnymi plamami, które gdy przymykał

oczy stawały się czerwone.

- Co się stało? - spytał.

- Przykro mi, że cię nie ostrzegłem - odpowiedział Danie!.

Patrzenie w słońce szkodzi ludzkim oczom ale mam nadzieję, że tak

krótkie naświetlenie nie sprawiło większych szkód. Musiałem

ściągnąć cię w dół, kiedy podniosłeś głowę, a ty straciłeś przytomność.

Baley skrzywił się. Pytanie, czy zemdlał z nadmiaru wrażeń (albo

ze strachu), czy też został ogłuszony, pozostawało bez odpowiedzi.

Nic go nie bolało.

Powstrzymał się od zapytania Wprost. Wolał tego nie Wyjaśniać

- Nie było tak źle - powiedział.

- Z twego zachowania, Eliaszu, wnosiłbym, że nie było ci

przyjemnie.

- Bynajmniej! - upierał się Baley. Plamy przed oczami bladły

- Żałuję, że tak mało widziałem, za szybko jechaliśmy. Czy

mijaliśmy robota?

- Mijaliśmy wiele robotów. Jedziemy przez sady posiadłości

Kinbalda.

- Muszę spróbować jeszcze raz - oświadczył Baley.

- Nie wolno ci. Nie w mojej obecności - odparł Daniel. -

Nawiasem mówiąc, spełniłem twoje życzenie.

- Moje życzenie?

- Jak pamiętasz, Eliaszu, przed opuszczeniem dachu poleciłeś

mi spytać, jak daleko jeszcze. Pozostało dziesięć mil. Dojedziemy za

sześć minut.

Baley miał ochotę spytać Daniela, czy się nie gniewa, że został

przechytrzony, by zobaczyć, jak zmieniają się doskonałe rysy twarzy

tamtego, ale się powstrzymał. Daniel odpowiedziałby, że nie, nie

zdradzając urazy ani irytacji. Pozostałby jak zawsze chłodny,

poważny i niewzruszony.

- W każdym razie, Danielu, muszę do tego przywyknąć - po-

wiedział.

Robot spojrzał na partnera - O czym mówisz?

- Na Jozafata! O tym - o świecie na zewnątrz, o planecie!

- Nie będziesz musiał wyglądać na zewnątrz - odpowiedział

Daniel, jakby uważał sprawę za zakończoną, - Zwalniamy, Eliaszu.

Chyba dojechaliśmy. Trzeba będzie poczekać na połączenie rękawem

z mieszkaniem, które będzie naszą bazą operacyjną.

- Rękaw jest niepotrzebny, Danielu. Jeśli mam pracować na

zewnątrz, im, prędzej będę to miał za sobą, tym lepiej.

- Nie ma powodu, żebyś miał pracować na zewnątrz, Eliaszu..,

Robot chciał jeszcze coś powiedzieć, ale Baley uciszył go

stanowczym ruchem ręki.

Nie miał ochoty być pocieszanym, uspakajanym i zapewnianym,

że wszystko będzie dobrze i że będzie pod dobrą opieką. Chciał tylko

zapewnienia, że będzie mógł troszczyć się sam o siebie i wypełniać

swe zadanie.

Trudno było znieść widok otwartej przestrzeni. Mogłoby sit;

okazać, że w krytycznej chwili zabraknie mu odwagi, by stawić te-

mu czoła, nawet za cenę utraty reputacji a może i bezpieczeństwa

Ziemi.

Na tę myśl twarz jego przybrała zacięty wyraz. Jeszcze zmierzy

się z powietrzem, słońcem i przestrzenią.

Eliasz Baley czuł się, jak mieszkaniec małego Miasta, dajmy ca

to Helsinek, odwiedzający Nowy Jork i z lękiem liczący jego

poziomy. Przypuszczał, że "mieszkanie" to coś w rodzaju apartamentu

było jednak inaczej. Przechodzeniu z pokoju do pokoju nie było

końca. Szczelnie zasłonięte panoramiczne okna nie przepuszczały ani

odrobiny światła dziennego. Pokoje, do których wchodzili,

rozświetlały się w ciszy i równie cicho gasły po ich wyjściu.

- Ile tych pokoi! - dziwił się Baley - To istne małe

Miasto, Danielu.

- Możnaby tak pomyśleć, Eliaszu - zgodził się ze spokojem

Daniel.

Wszystko tu wyglądało dziwnie. Po co było upychać w jednym

domu z nim aż tylu kosmitów?

- Ilu będę miał współmieszkańców? - spytał.

- Będę, oczywiście, ja i roboty.

- Powinienem powiedzieć "Ja i inne roboty" - pomyślał Baley.

Zauważył, że Daniel gra rolę człowieka nawet wtedy, gdy są sami.

Ta myśl zaraz ustąpiła innej - Roboty f Ilu będzie ludzi?!

- Nie bidzie ludzi, Eliaszu.

Weszli właśnie do pokoju wypełnionego od podłogi do sufitu

książkofilmami. Trzy czytniki z dużymi dwudziestoczterocalowymi

ekranami stały w trzech kątach pokoju a ekran przestrzenny

zajmował czwarty.

Baley rozglądał się % irytacją - Czy wyrzucono wszystkich

mieszkańców, żebym mógł swobodnie obijać się w tym mauzoleum?

- To mieszkanie jest przeznaczone dla ciebie. Na Solarii

zwyczajowo mieszka się samotnie.

- J wszyscy mają takie mieszkania?

- Wszyscy.

- Po co im tyle pokoi?

- Każdy pokój ma inne przeznaczenie. To jest biblioteka. Jest

też sala koncertowa, sala gimnastyczna, kuchnia, jadalnia, piekarnia,

magazyn sprzętu, warsztaty i miejsca postoju robotów, dwie

sypialnie.

- Wystarczy! Skąd to wiesz?

- To część zestawu informacji, który mi przekazano na Aurorze

- odparł bez namysłu Daniel.

- Na Jozafata! A kto się tym wszystkim zajmuje? -Zatoczył

ręką koło.

- Domowe roboty, przydzielone do twojej osoby. Będą dba1::

o twoją wygodę.

- To wszystko nie jest mi potrzebne - powiedział Baley. Miał

ochotę usiąść, nie iść dalej. Miał dość oglądania pokoi.

- Możemy przebywać w jednym pokoju, jeśli tego sobi0 życzysz,

Eliaszu. Liczono się z tą możliwością, niemniej jednak zdecydowano

się zbudować ten dom, zgodnie ze zwyczajem Solarii.

- Zbudować?! - Baley wytrzeszczył oczy. - Chcesz powiedzieć,

że zbudowano to dla mnie? Specjalnie dla mnie?

- Całkowita robotyzacja...

- Tak, wiem, co chcesz powiedzieć! A co z tym zrobią, kiedy

zamkniemy sprawę?

- Rozbiorą, jak sądzie.

Baley zacisnął wargi. Oczywiście rozbiorą. Wznosić tę ogromną

budowlę na użytek jednego Ziemianina a potem zlikwidować

wszystko, czego dotykał. Wyjałowić ziemię, na której stał, powietrze

którym oddychał. Pozornie silni kosmici mają dziecinne lęki- Daniel

wydawał się czytać w jego myślach. Powiedział - może ci się wy-

daje Eliaszu, że zniszczą dom by uniknąć zarazy. Nie myśl tak.

Kosmici aż tak bardzo nie boją się chorób. Budowa tego domu nie

kosztowała ich wiele, kłopot z rozbiórką też będzie niewielki. Chodzi

jednak o to, że musiała to być budowla tymczasowa. Stoi w posiadłości

Hannisa Gruera a w każdej posiadłości wolno wznosić tylko jeden

dom - rezydencje właściciela. Ten dom zbudowano ze specjalnym

pozwoleniem i w określonym celu. Będziemy tu mieszkać do czasu

wypełnienia naszej misji.

- Kto to jest Hannis Gruer? - spytał Baley,

- Szef służby bezpieczeństwa Solarii. Powinniśmy się z nim

zobaczyć.

- Powinniśmy? Na Jozafata, Danielu, czy wreszcie czegoś się

dowiem? Jak dotąd poruszam się w próżni i wcale mi się to nie

podoba. Równie dobrze mógłbym wracać na ziemię. Mógłbym.

Poczuł że wpada w złość. Opanował się. Daniel który czekał

spokojnie aż będzie mógł Nabrać głos powiedział - Przykro mi, że cię

to zdenerwowało. Wygląda na to, że mam więcej wiadomości o

Solarii niż ty, ale moja wiedza o morderstwie jest równie ograniczona.

Dyrektor Gruer powie nam wszystko, co trzeba. Tak to

zorganizował rząd Solarii.

- Dobrze, jedźmy do tego Gruera. Czy to daleko? - Baley

skrzywił się na myśl o podróży i poczuł znajomy ucisk w piersi.

- Podróż nie będzie konieczna Eliaszu. Dyrektor Gruer oczekuje

nas w sali spotkań.

- Jest i sala spotkań! - mruknął Baley a głośno spytał - czy

już nas oczekuje?

- Tak sądzę.

- Chodźmy więc, Danielu.

Hannis Gruer był łysy i to zupełnie. Nie miał na głowie ani

jednego włoska. Baley przełknął ślinę i starał się niezbyt grzecznie, ale

bez powodzenia, odwracać wzrok od rozmówcy. Ziemskie

wyobrażenia o Kosmitach były zupełnie inne. Kosmici, niekwestionowani

władcy Galaktyki, byli wysocy, opaleni, ciemnowłosi, przystojni,

barczyści i arystokratyczni. Krótko mówiąc wyglądali jak R. Daniel

Olivaw, z tym, że byli w dodatku ludźmi.

Kosmici, których przysłano na Ziemię najczęściej tak właśnie

wyglądali, zapewne specjalnie ich dobierano.

Oto jednak był Kosmita, który z wyglądu mógł być

Ziemianinem. Był łysy. Miał krzywy nos. Nieznacznie skrzywiony, ale u

Kosmity nawet drobna nieregularność rzucała się w oczy.

- Dzień dobry panu - powiedział Baley. - Przepraszam, że

kazaliśmy na siebie czekać.

Grzeczność nie zaszkodzi. Mieli przecież współpracować.

Miał ochotę przejść przez pokój (śmiesznie duży i uścisnąć rękę

tamtego, powstrzymał się jednak i to bez wysiłku. Kosmita z

pewnością nie ucieszyłby się z takiego powitania: miałby dłoń pokrytą

ziemskimi bakteriami.

Gruer siedział z poważną miną, tak daleko od Baleya, jak tylko

mógł. Ręce ukrył w długich rękawach a w nozdrzach miał pewnie

filtry, chociaż Baley nie dostrzegał ich.

Wydawało mu się nawet, że Gruer rzucił na Daniela pełne

dezaprobaty spojrzenie jakby chciał powiedzieć, że trzeba mieć źle

w głowie, by stawać przy Ziemianinie.

Oznaczałoby to, że Gruer nie był wtajemniczony. Nagle Baley

spostrzegł, że Daniel stoi w pewnej od niego odległości, dalej niż

zwykle.

Ależ tak! Gdyby stał zbyt blisko, Gruer nabrałby podejrzeń.

Daniel chciał, by go wzięto za człowieka.

Gruer przemówił przyjaznym tonem, ^wracając wzrok, jakby

mimowolnie, ku Danielowi - Nie czekałem długo. Witam panów na

Solarii. Czy wygodnie panom?

- Najzupełniej wygodnie, dziękuję - odpowiedział Baley. Przez

chwilę zastanawiał się, czy etykieta nie wymaga by Daniel jako

Kosmita" mówił coś w imieniu ich obu, ale odrzucił tę możliwość.

Na Jozafata! To jego poproszono o prowadzenie śledztwa. Daniela

przydzielono mu do pomocy. W tym stanie rzeczy Baley nie mógł

grać drugorzędnej roli, zwłaszcza przy robocie, choćby to nawet był

taki robot jak Daniel.

Daniel nie zabiegał jednak o pierwszeństwo, a Gruer nie okazał

zdziwienia ani niezadowolenia, ^wrócił się teraz do Baleya.

- Nie powiedziano panu dotąd niczego, agencie, o przestępstwie,

w sprawie którego proszono pana o przybycie. Musiało to chyba pana

dziwić? - Odrzucił rękawy, splatając palce rąk - Nie usiądą

panowie?

Gdy usiedli, Baley odpowiedział - Istotnie. Byliśmy zdziwieni

- Zauważył, że Gruer nie nosi rękawiczek.

Gruer kontynuował - Było to celowe, agencie. Chcieliśmy, by

przybył pan tu ze świeżą wrażliwością. Udostępnimy panu

kompletne sprawozdanie z badania szczegółów przestępstwa. Obawiam się,

że przy pańskim doświadczeniu uzna pan wyniki naszego

dochodzenia za śmiesznie ubogie. Na Solarii nie ma policji.

- Nie ma w ogóle policji? - zdumiał się Baley.

Gruer uśmiechnął się i wzruszył ramionami - widzi pan, tu nie

ma przestępstw. Ludność jest nieliczna i rozproszona. Nie ma okazji

do popełnienia przestępstw, nie ma więc potrzeby utrzymywania

policji.

- Rozumiem. Popełniono jednak przestępstwo.

- To prawda, ale jest to pierwsze od dwóch stuleci

przestępstwo tego rodzaju.

- To pech, że musicie zacząć od morderstwa.

- Tak, to pech. Tym większy, że ofiarą padł człowiek nie do za-

stąpienia. Niepowetowana strata. Przy tym było to wyjątkowo

brutalne morderstwo.

- Przypuszczam, że osoba mordercy nie jest znana - powie-

dział Baley (gdyby tak nie było, po co ściągaliby ziemskiego

detektywa?)

Gruer miał dziwny wyraz twarzy. Spojrzał na Daniela, który

siedział bez ruchu, przysłuchując się. Baley wiedział, że Daniel

potrafi odtworzyć każdą usłyszaną rozmowę, obojętnie jak długo by

3 Nagie stonce""

trwała. Był maszyną rejestrującą, która chodziła i mówiła jak człowiek.

Czy Gruer o tym wiedział?

- Nie mogę powiedzieć, że morderca jest nieznany. Mogła to

zrobić w istocie tylko jedna osoba.

- Chce pan zapewne powiedzieć, że tylko jedna osoba może być

o to podejrzana?

Baley nie przepadał za mistrzami dedukcji, którzy nie ruszając

się z fotela i używając wyłącznie szarych komórek osiągali całkom. >-

tą pewność.

Gruer pokręcił głową - W grę wchodzi tylko jedna osoba. Inne

możliwości są wykluczone.

- Wykluczone?

- Tak właśnie jest, zapewniam pana.

- Więc nie ma problemy

- Przeciwnie. Jest problem. Ta jedna osoba również nie mogła

tego zrobić.

- Czyli nikt nie mógł tego zrobić - stwierdził chłodno Baley

- A jednak to się stało. Rikain Delmarre nie żyje.

Nareszcie coś! - pomyślał Baley - Na Jozafata! Poznałem

nazwisko ofiary.

Wyciągnął notes i z namaszczeniem! zaczai notować, częściowo po

to, by ukryć że obok siedzi mechanizm rejestrujący.

- Jak się pisze to nazwisko?

Gruer przeliterował.

- Zawód?

- Fetolog.

Baley zanotował to. - Kto mógłby opisać mi okoliczności

przestępstwa. Wolałbym relacje J2 możliwie pierwszej ręki>.

Gruer uśmiechnął się posępnie, jego spojrzenie pobiegło ku

Danielowi i wróciło do Baleya - Jego żona, agencie.

- Jego żona?

- Tak. Nazywa się Gladia. - Gruer wymówił to imię

rozdzielając je na trzy sylaby.

- Czy mają dzieci? - Baley nie słysząc odpowiedzi podniósł

wzrok znad notatnika -

- Czy mają dzieci?

Gruer zrobił kwaśną minę. Wyglądał, jakby źle się czuł.

Wreszcie powiedział - Prawdę mówiąc, nie wiem.

- Jak to?

.- W każdym razie - mówił szybko Gruer sądzę, ze powinien

pan odłożyć działanie do jutra. Wiem, proszę pana, że ma pan za

sobą ciężką podróż, że jest pan zmęczony i zapewne głodny.

Baley chciał zaprzeczyć, uświadomił sobie jednak, że

perspektywa posiłku wydaje mu się bardzo pociągająca. Spytał - Czy me

zjadłby pan z nami? - Nie przypuszczał jednak by Gruer jako

Kosmita przyjął zaproszenie (A jednak zdobył się na "proszę pana!" za-

miast "agencie'1!, to już było coś).

- Żałuje, ale wzywają mnie obowiązki - odpowiedział, zgodnie

z oczekiwaniem Gruer - Musze panów opuścić.

Baley wstał. Grzeczność wymagała, by odprowadził Gruera do

drzwi. Nie było mu jednak pilno znaleźć się na progu otwartej

przestrzeni a przy tym me wiedział gdzie są drzwi. Stał tak, nie wiedząc

co zrobić.

- Pańskie roboty wiedza, jak mnie znaleźć gdyby chciał pan ze

mną mówić. Do zobaczenia! - Gruer z uśmiechem skinął głową

I zniknął.

Baleyowi wydarł się okrzyk.

Nie było Gruera, ani krzesła na którym siedział. Błyskawicznej

przemianie uległa też ściana za plecami Gruera i podłoga pod jego

stopami.

Daniel odezwał się - Nie był tu we własnej osobie. To był

trójwymiarowy obraz. Sądziłem, że wiesz. Macie takie rzeczy na Ziemi.

- Nie takie, jak to - wymamrotał Baley.

Trójwymiarowe obrazy na Ziemi zamykały się w sześciennym

polu siłowym, które połyskiwało w tle a sam obraz lekko migotał

Na Ziemi nie można było pomylić obrazu z rzeczywistością. Tu

natomiast...

Nic dziwnego, że Gruer nie nosił rękawiczek. Nie były mu taż

potrzebne filtry w nozdrzach.

- Czy chciałbyś teraz coś zjeść, Eliaszu? - spytał Daniel.

Obiad był nowym doświadczeniem. Pojawiły się roboty. Jeden

nakrył do stołu. Drugi przyniósł potrawy.

- Ile ich jest w tym domu, Danielu?

- Około pięćdziesięciu, Eliaszu.

- Czy będą tak stać dopóki nie skończymy obiadu? - Jeden

z robotów stanął w kacie a jego połyskująca twarz z żarzącymi się

oczami zwrócona była ku Baleyowi.

- To jest w zwyczaju, na wypadek gdybyśmy potrzebowali jego

usług - wyjaśnił Daniel. - Jeśli sobie tego nie życzysz, każ mu po

prostu odejść.

- Baley wzruszył ramionami - Niech sobie stoi.

W normalnych okolicznościach uznałby jedzenie za wyśmienite,

teraz jednak jadł machinalnie. Mimochodem zauważył, że Daniel

również je, równie beznamiętnie. Później będzie musiał, oczywiście

opróżnić worek w którym magazynował "zjedzoną" żywność. Daniel

wciąż się maskował.

- Czy na zewnątrz jest już noc? - spytał Baley.

- Tak, już noc - potwierdził Daniel.

Baley z posępną miną przyglądał się łóżku. Było zbyt duże. Cała

sypialnia była zbyt duża. Nie było pledów do przykrycia.

Prześcieradła nie dawały poczucia izolacji.

Miał już za sobą doświadczenie z kąpielą w kabinie natryskowej,

do której wchodziło się z Sypialni - szczyt luksusu a jednak czemuś

wydawało mu się to niezdrowe.

- Jak zgasić światło? - spytał. Oparcie łóżka jarzyło się

- łagodnym blaskiem, zapewne dla wygody przy czytaniu, nie miał jednak

nastroju.

- Zgaśnie, kiedy ułożysz się do snu.

- Roboty czuwają, nieprawdaż?

- To ich zawód.

- Na Jozafata!, Czy Solarianie robią coś własnoręcznie? -

mruknął Baley - Ciekaw jestem dlaczego żaden robot nie



wyszorował mi pleców pod natryskiem?

- Zrobiłby to, gdybyś zażądał - odpowiedział z powagą Daniel.

A co do Solarian, robią, na co mają ochotę. Roboty nie robią niczego,

na co im nie pozwolono, z wyjątkiem oczywiście czynności, które

muszą być wykonane dla dobra człowieka.

- Aha. Dobranoc Danielu.'

._ Będę w drugiej sypialni, Eliaszu. Gdybyś w nocy czegoś

potrzebował...

_ Wiem, w stoliku jest płytka kontaktowa. Wystarczy jej

dotknąć. Ja też Się zjawię.

Sen odbiegł Baleya. Wyobrażał sobie dom, w którym przebywał,

ryzykownie balansujący na samej powierzchni planety i pustkę

która niby jakiś potwór czyhała na zewnątrz,

Jego mieszkanie na Ziemi - jego wygodne ciasne mieszkanie -

mieściło się pośród wielu innych. Dziesiątki poziomów i tysiące

ludzi dzieliły go od powierzchni.

Mówił sobie, że nawet na Ziemi ludzie żyją na najwyższym

poziomie, w bezpośredniej bliskości otwartej przestrzeni. Pewnie! Dla-

tego też czynsze były tam niskie.

Potem pomyślał o Jessie oddalonej o tysiące lat świetlnych. Za-

pragnął wyskoczyć z łóżka, zebrać się i iść do niej. Myśli mu się

mąciły. Gdyby tylko był jakiś tunel, miły, bezpieczny tunel wydrążony

w bezpiecznej solidnej skale miedzy Solaria a Ziemią, mógłby nim

iść i iść...

Mógłby wrócić na Ziemię, do Jessie, do wygód i bezpieczeństwa.

Bezpieczeństwa.

Baley otworzył oczy. Mięśnie ramion napięły się na łokciu, nie

zdając sobie z tego sprawy.

Bezpieczeństwo! Ten człowiek, Hannis Gruer, był, według tego,

co mówił Daniel, szefem służby bezpieczeństwa Solarii. Co to

oznaczało? Jeśli to samo, co na Ziemi, a tak z pewnością musiało być,

Gruer odpowiadał za ochroną Solarii przed inwazją z zewnątrz i

działalnością wywrotową.

Dlaczego zainteresował go przypadek morderstwa?

Czy dlatego, że na Solarii nie było policji a Departament

Bezpieczeństwa najbardziej był do niej podobny?

Wyglądało na to, że Gruer dobrze się czuł przy Baley, były

jednak ukradkowe spojrzenia, rzucane na Daniela.

Czy Gruer wątpił w intencje Daniela?

Baleyowi kazano mieć oczy otwarte i było bardzo prawdopodobne,

że Daniel takie same instrukcje otrzymał.

Podejrzenie o szpiegostwo byłoby rzeczą naturalną. Na tym pole-

gał zawód Gruera. Nie musiał przy tym nazbyt obawiać się Baleya,

Ziemianina, przedstawiciela najmniej znaczącego świata Galaktyki.

Daniel jednak pochodził z Aurory, najstarszego, największego

i najpotężniejszego z Zaziemskich Światów. To zmieniało postać

rzeczy.

Baley przypomniał sobie, że Gruer nie odezwał się ani słowem

do Daniela.

Dlaczego przy tym Daniel tak starannie udaje człowieka? Baley

tłumaczył to sobie poprzednio próżnością jego projektantów z

Aurory, teraz jednak wydawało się to zbyt prostym wyjaśnieniem.

Musiały istnieć poważniejsze powody.

Człowiek mógł się spodziewać uprzejmego traktowania i uznania

nietykalności dyplomatycznej, robot nie mógł. Dlaczego jednak

Aurora nie przysłała po prostu człowieka? Odpowiedź nasuwała się

natychmiast. Prawdziwy Kosmita z Aurory nie byłby zdolny

przebywać zbyt długo i zbyt blisko z Ziemianinem.

Jeżeli zaś wszystko to było prawdą, czemu to pojedyncze

morderstwo uznawano za tak ważne, że Solaria musiała pozwolić na

przyjazd Ziemianina i mieszkańca Aurory?

Baley czuj się jak w pułapce.

Wpędziła go w tę solariańską pułapkę konieczność - Ziemia

była zagrożona musiał wypełniać obowiązek. Trudno mu było znieść

nowe otoczenie, ciążyła odpowiedzialność. Na dodatek został

wplątany w jakiś konflikt między Kosmitami, którego natury nie

rozumiał.




4. OGLĄDANIE KOBIETY




Zasnął w końcu. Nie pamiętał chwili, w której zapadł w sen. W ja-

kiś czas potem myśli jego zaczęły błądzić, oparcie łóżka zajaśniało

a chłodne światło dnia zalało sufit Spojrzał na zegarek.

Minęło wiele godzin. Prowadzące dom roboty uznały widocznie,

że pora wstawać i podjęły stosowne działania.

Zastanawiał się, czy obudzono też Daniela, ale zaraz uświadomił

sobie, że 'Daniel nie sypia. Czy jednak udaje, że śpi, czy się rozbiera,

wkłada piżamą?

- Dzień dobry, partnerze Eliaszu - Daniel wszedł jak na

- zawołanie.

Robot był kompletnie ubrany, twarz miał spokojną. - Czy dobrze

spałeś? - spytał.

- Tak, odpowiedział krótko Baley - a ty?

Wstał z łóżka i podreptał do łazienki. Zawołał - Gdyby robot

przyszedł mni0 golić, odeślij go! Nawet kiedy ich nie widzę, działają

mi na nerwy.

Przy goleniu przyglądał się swej twarzy w lustrze, dziwiąc się

trochę, że wygląda zupełnie tak samo, jak na Ziemi. Gdybyż ten

obraz w lustrze był drugim Ziemianinem, u którego mógłby

zasięgnąć rady! Gdybyż mógł pogodzić się z tym, czego się już zdążył

dowiedzieć, choć niewiele tego było.

- Za mało, proszę więcej! - mruknął do lustra.

Wyszedł wycierając twarz. Wciągnął spodnie na świeżą bieliznę

(roboty pomyślały o wszystkim, niech je diabli).

- Czy mógłbyś mi odpowiedzieć na parę pytań, Danielu?

-- Wiesz, Eliaszu, ze robię to zgodnie z mą najlepszą wiedzą.

- Albo zgodnie z otrzymanymi instrukcjami - pomyślał Baley.

Spytał - Dlaczego na Solarii żyje tylko dwadzieścia tysięcy ludzi?

- Tak po prostu jest - odpowiedział Daniel. - To stan

faktyczny, wynik obliczeń.

- Zgoda, omijasz jednak sedno sprawy. Skąd więc wzięło się te

dwadzieścia tysięcy? Mówiłeś, że Solarianie uważają tę liczbę za

optymalną. Dlaczego tak uważają?

- Taki mają sposób życia.

- Masz na myśli to, że kontrolują liczbę urodzin?

- Tak.

- I pozwalają by planeta była niezaludniona? - Baley uczepił

się tego punktu, bo nie bardzo miał o co pytać. Liczba ludności

należała do nielicznych udostępnionych mu danych.

- Planeta nie jest niezaludniona - odpowiedział Daniel. Jest po-

dzielona na posiadłości, z których każdą rządzi Solarianin.

- Czy to znaczy, że każdy żyje w swojej posiadłości?

Dwadzieścia tysięcy posiadłości, a w każdej Solarianin?

- Posiadłości jest nieco mniej. Wdowy dziedziczą je po

zmarłych mężach.

- I nie ma żadnych Miast? - Dreszcz przeszedł Baleya.

- Żadnych, Eliaszu. Żyją w rozproszeniu i nigdy się ze sobą nie

Widują, chyba tylko w nadzwyczajnych wypadkach.

- Społeczeństwo pustelników?

- Tylko w pewnym sensie.

- Jak to?

- Wczoraj dyrektor Gruer odwiedził cię w stereowizji. W ten

Właśnie a nie inny sposób odwiedzają się Solarianie.

Baley utkwił wzrok w Danielu - Czy to dotyczy i nas?

Spodziewają się, że tak będziemy postępować?

- Zgodnie ze zwyczajem tego świata.

- Jak wiec mam prowadzić śledztwo? A jeśli zechcę z kimś się

Widzieć?

- Z tego domu, Eliaszu, możesz połączyć się przez stereowizję

i każdym mieszkańcem planety. Nie będzie z tym problemów.

Oszczędzi ci to kłopotu z wychodzeniem z domu. Dlatego właśnie mówiłem,

kiedy tu przybyliśmy ,że nie będziesz musiał przyzwyczajać się do

Otwartej przestrzeni. Dobrze się składa, bo każdy inny układ byłby

dla ciebie gorszy.

- Sam osądzę, co będzie dla mnie gorsze - oświadczy! Baley. -

|t Muszę przede wszystkim pomówić z tą Gladia, żoną zamordowanego.

Jeśli ten system stereo nie wystarczy, złożę jej wizytę osobiście. To

moja nieodwołalna decyzja.

- Zobaczymy, co będzie najlepsze i możliwe do wykonania -

odpowiedział dyplomatycznie Daniel - a teraz każę podać śniadanie

- odwrócił się by wyjść.

Baley patrzył za nim z rozbawieniem. Daniel Olivaw odgrywał

szefa. Może miał instrukcje, by nie pozwolić Baleyowi dowiedzieć się

7.a wiele, ale to Baley miał w rękawie asa atutowego.

Tamten był w końcu tylko R. Danielem. Wystarczyłoby

powiedzieć Gruerowi, czy komukolwiek innemu, że Daniel nie jest

człowiekiem a robotem.

Z drugiej strony to, że Dań Lei udawał człowieka mogło być

użyteczne. Nie musi zaraz zagrywać asem. Czasem lepiej mieć go w ręku.

- Patrz i czekaj! - powiedział sobie i poszedł na śniadanie za

Danielem.

- I co z naszą stereowizytą? - spytał Baley.

- Załatwione, Eliaszu - odpowiedział Daniel, dotykając jedne]

z płytek kontaktowych. Natychmiast pojawił się robot.

Baley zastanawiał się ,skąd się one biorą. Gdy wędrowało się

labiryntem niezamieszkałych pomieszczeń tego domu, nie spotykało się

żadnych robotów. Czy usuwały się z drogi przy zbliżaniu się

człowieka? A może ostrzegały się wzajemnie? W każdym razie, na każde

wezwanie, któryś z nich pojawiał się bezzwłocznie.

Baley przyjrzał się nowoprzybyłemu robotowi. Na jego gładkiej

matowo-szarej powierzchni tylko szachownica na prawym ramieniu

była kolorowa. Białe i żółte kwadraty (a raczej srebrne i złote, bo

metalowe) rozmieszczone były w jakimś skomplikowanym porządku.

- Zaprowadź nas do sali zebrań - polecił Daniel.

Robot skłonił się i bez słowa zawrócił.

- Chwileczkę, chłopcze! Jak ci na imię - zapytał Baley.

Robot zwracając się do Baleya, odpowiedział natychmiast. - Nie

mam imienia, panie. Mój numer seryjny - dotknął metalowym

paltem płytki na ramieniu - jest ACX - 2745.

Daniel i Baley przeszli do dużej sali,, w której dzień przedtem

Siedział na swym krześle Gruer. Czekał tam na nich z mechaniczną

cierpliwością kolejny robot. Pierwszy ukłonił się i wyszedł.

Baley miał okazję, by porównać naramienne płytki obu robotów.

gdy pierwszy z nich pochylał się w ukłonie. Srebrno - złoty Wzór był

odmienny. Szachownica liczyła trzydzieści sześć pól. Liczba

możliwych układów wynosiła więc 236 czyli siedemdziesiąt miliardów.

Więcej, niż trzeba.

- Najwyraźniej każdy robot wykonuje tylko jedną czynność.

Jeden nas tu przyprowadził, drugi obsługuje aparaturę.

- Specjalizacja robotów jest na Solarii daleko posunięta, Eliaszu

- Nic dziwnego, jeśli ich tyle jest. - Baley spojrzał na drugiego

robota. Niczym, oprócz płytki naramiennej nie różnił się od

pierwszego - Twój numer seryjny?

- ACC-1129, panie.

- Będę ci mówił "chłopcze". Chce rozmawiać z panią Gladią

Delmarre, wdową po zmarłym Rikainie Delmarre - czy mamy jej

adres, Danielu?

- Nie sądzę, żeby dodatkowe informacje były potrzebne -

odpowiedział uprzejmie Daniel. - Jeśli wolno mi zapytać robota...

- Zostaw to mnie - rzekł Baley - Czy wiesz, chłopcze, jak się

skontaktować z tą damą7

- Tak, panie. Znam kody łączności wszystkich państwa. -

W tym oświadczeniu nie było dumy. Było to proste stwierdzenie

[aktu, jak n$ przykład: .,Jestem z metalu, panie".

- To nic niezwykłego, Eliaszu. Wystarczy wprowadzić do

pamięci dziesięć tysięcy numerów, a to niewielka liczba.

Baley skinął głową - A jeśli przypadkiem istnieje więcej niż

jedna Gladią Delmarre? Może zajść pomyłka.

- Co pan rozkaże? - Robot, zadawszy to pytanie stał w bez-

ruchu.

- Ten robot nie zrozumiał chyba twego pytania - zauważył

Daniel - Sądzę, że na Solarii nazwiska się nie powtarzają. Rejestruje

się je przy narodzinach i nie można ich przybrać, dopóki są używane.

- W porządku - zgodził się Baley - Z każdą minutą uczymy

się czegoś nowego. A teraz chłopcze, wytłumacz mi, jak działa ten

sprzęt, podaj mi kod łączności, czy jak to tam nazywasz i zmykaj.

Robot przyswajał to sobie przez chwilę, zanim odezwał się _ Czy

życzy pan sobie nawiązać łączność osobiście, proszę pana?

.- Zgadza się.

Daniel dotknął rękawa Baleya - Pozwól Eliaszu...

- O co znowu chodzi?

- Myślę, że robotowi łatwiej uda się nawiązać łączność. To jego

specjalność.

- Nie wątpię, ±e zrobiłby to lepiej. Ja mogę coś poplątać -

Baley zmierzył spojrzeniem Daniela - mimo to wolę nawiązać łączność

osobiście. Wydałem polecenie, czy nie?

- Wydałeś, Eliaszu. Twoje polecenie zgodne z Pierwszym

Prawem będą wykonywane. Jeśli jednak pozwolisz chciałbym ci udzielić

stosownej informacji o robotach Solariańskich. Są one daleko bar-

dziej wyspecjalizowane niż roboty innych światów. Chociaż ich

psychika pozwala na wykonywanie wielu różnych czynności, są one

ukierunkowane na jeden ich rodzaj. Wykonywanie czynności nie

związanych z ich specjalnością powoduje powstawanie silnych napięć

związanych z zastosowaniem Trzech Praw. Z kolei nie wykonywanie

obowiązków do których są powołane, wprowadza również w użycie

Trzy Prawa.

- Mój bezpośredni rozkaz uruchamia Drugie Prawo - nieprawdaż?

- To prawda. Powstające napięcie jest jednak "nieprzyjemne"

dla robota. Solarianin prawie nigdy nie wtrąca się do stałych

czynności robotów. Nie interesuje go to i nie odczuwa takiej potrzeby.

- Czy próbujesz mi wmówić, Danielu, że uczucia robota zostaną

zranione gdy człowiek wykona jego pracę?

- Wiesz Eliaszu, ze ból w ludzkim rozumieniu tego słowa nie

stosuje się do reakcji robotów.

- A więc o co chodzi?

- Wrażenie, którego doznaje robot jest jednak dla niego równie

dezorganizujące jak ból dla człowieka, o ile mogę sądzić.

- Ale ja nie jestem Solarianinem. Jestem Ziemianinem. Nie

znoszę, gdy robot robi to, co chcę zrobić sam.

- Weź jednak pod uwagę, że takie potraktowanie robota mogą

nasi gospodarze uznać za niegrzeczne. W społeczeństwie takim, jak to

muszą istnieć mniej lub bardziej sztywne zasady postępowania z

robotami. Obrażanie gospodarzy nie ułatwi nam zadania.

- W porządku - powiedział Baley - Niech robot robi swoje.

Wycofał się. Był to pouczający incydent, pouczający jako

przykład jak bezwzględne może być zrobotyzowane społeczeństwo. Skoro

już powołano do życia roboty, nie tak łatwo było się ich pozbyć.

Człowiek który chciałby obywać się bez nich choćby tylko przez

jakiś czas, przekonałby się, że to niemożliwe.

Zmrużywszy oczy przyglądał się jak robot zbliża się do ściany.

Ziemscy socjologowie mogą sobie wyciągać wnioski z tego, co zaszło

przed chwilą. On sam ma już zdanie na ten temat.

Połowa ściany przesunęła się w bok. Ukazała się tablica kontrolna,

której nie powstydziłaby się sektorowa siłownia w ziemskim Mieście.

Baley zatęsknił do fajki. Pouczono go, że w świecie niepalących

palenie byłoby niewybaczalnym naruszeniem dobrych obyczajów.

Nie pozwolono mu zabrać przyborów. Były chwile, w których ustnik

fajki w zębach, główka fajki w dłoni, byłyby niezmiernie krzepiące.

Robot uwijał $się dostrajając szybkimi dotknięciami palców

aparaturę. Daniel wyjaśnił - Trzeba się najpierw zapowiedzieć. Robot

odbierze sygnał i jeśli wywoływana osoba jest osiągalna i wyraża

chęć rozmowy nawiązany zostaje pełen kontakt.

- Czy te wszystkie przyciski są potrzebne? Robot większości

z nich nie dotknął.

- W tej sprawie, Eliaszu, moje informacje są niezadowalające.

Bywa, jednak konieczne zorganizowanie wielu połączeń jednocześnie

albo łączności z poruszającymi się obiektami, co wymaga ciągłego

dostrajania.

Zabrał głos robot - Proszę panów, połączenie zostało nawiązane

i zaakceptowane. Kiedy będą panowie gotowi...

- Jesteśmy gotowi! - warknął Baley i jak na komendę światło

zalało drugą połowę sali.

Daniel rzekł pośpiesznie - Nie zażądałem^ by tamtejszy robot

zasłonił okna. Bardzo mi przykro. Musimy...

- Mniejsze o to - skrzywił się Baley - Dam $obie radę. Nie

przeszkadzaj.

Oglądał wnętrze łazienki, tak mu się przynajmniej wydawało.

Cześć pomieszczenia zajmowało wyposażenie gabinetu

kosmetycznego. Baley wyobraził sobie robota, czy może roboty, pracujące szybko

j precyzyjnie nad uczesaniem kobiety i jej powierzchownością.

Nie zwracał uwagi na drobiazgi. Nie zdołałby ich rozpoznać.

Ściany były pokryte zawiłym mozaikowym wzorem, który łudził oko

wrażeniem przedstawienia czegoś znanego i rzeczywistego, co po

chwili umykało w abstrakcje, kojącym i przyciągającym z

hipnotyczną siłą.

Zasłona w dużej kabinie natryskowej nie była materialną, była to

jakaś świetlna sztuczka, migocząca, nieprzejrzysta ściana światła. Nie

było widać nikogo.

Baley spojrzał na posadzkę. Gdzie kończył się jego pokój a

zaczynał inny? Nietrudno było się domyślić. Różnica oświetlenia była wy-

raźna. To musiało być tam<

Postąpił ku tej linii i z wahaniem uniósł rękę.

Czuł to samo, co kiedy wkładał rękę w ziemski stereosystem. Tam

jednak ciągle widział rękę, choć słabiej. Tu znikła. Zdawało się, że

kończy się w przegubie.

A gdyby przekroczył te linie? Zapewne przestałby widzieć

cokolwiek, znalazłby się w ciemności. Myśl o tym sprawiła mu nawet

przyjemność.

Jakiś glos wyrwał go z zamyślenia. Cofnął się pośpiesznie, pod-

nosząc wzrok.

Głos należał do Gladii Delmarre. To musiała być ona. Górna część

świetlnej zasłony znikła i widać było jej głowę.

Uśmiechnęła się do Baley - witam ponownie. Przepraszam, że

musiał pan czekać. Zaraz będę gotowa.

Miała trójkątną twarz o szerokich kościach policzkowych (widać

to było przy uśmiechu), pełne usta i drobny podbródek. Nie była zbyt

wysoka, pięć stóp i dwa cale (zgodnie z powszechną opinia kosmitki

powinny być wysokie i majestatyczne). Nie była też szatynką.

Włosy miała rudawe, prawie blond i niezbyt długie Rozwiewał je

strumień ciepłego powietrza. Widok był wcale miły.

Baley, nieco zmieszany, powiedział - Jeśli wolałaby pani

odłożyć rozmowę na później...

- Ależ nie! Jestem prawie gotowa. Możemy rozmawiać. Hannis

Gruer uprzedził mnie, że chciał pan ze mną mówić. Słyszałam, że

pochodzi pan z Ziemi - Wpatrywała się w niego wręcz łakomie.

Baley skłonił się i usiadł - Mój towarzysz pochodzi z Aurory.

Uśmiechnęła się, wciąż wpatrując się w Baleya jakby interesował

ją tylko on. Było to zupełnie zrozumiałe.

Uniosła ramiona rozczesując włosy palcami jakby chciała przy-

śpieszyć ich wysychanie. Miała piękne ramiona.-Bardzo powab-

na - pomyślał Baley.

Potem pomyślał z niepokojem, że nie spodobałoby się to Jessie

Wtrącił się Daniel - Czy mogłaby pani kazać zasłonić to okno,

pani Delmarre? Mój towarzysz źle znosi światło dzienne. Na Ziemi

jak pani zapewne wiadomo...

Młoda kobieta (Baley dałby jej jakieś dwadzieścia pięć lat. choć

z żalem pomyślał, że wygląd kosmitów może me odpowiadać ich

n>;0kowi) podniosła ręce do ust, wykrzykując - Ależ tak! Wiem! Jak to

głupio z mojej strony! Zaraz wezwę robota...

Wyszła spod suszarki i wyciągnęła rękę do płytki kontaktowej -

Ciągle powtarzam, że przydałoby się tu więcej tych płytek. Jeśli dom

ma być wygodny, powinny być zawsze pod rękę, nie dalej niż o pięć

stóp. Ale - czy coś się stało?

Patrzyła ze zdumieniem na Baleya, który zerwał się na nogi za-

czerwieniony aż po uszy, wywracając krzesło i odwracając się

pośpiesznie.

Daniel wyjaśnił ze spokojem - Byłoby lepiej proszę pani, gdyby

wróciła pani do kabiny, albo zechciała włożyć na siebie coś z ubrania.

Gladia ze zdziwieniem spojrzała w dół na własną nagość - Ależ,

naturalnie.




ó. OPIS MORDERSTWA




- Przecież to było tylko oglądanie - mówiła ze skruchą Gladia

Owinęła się szlafrokiem, pozostawiając odkryte ramiona i nogi do pół

uda. Baley doszedł już do siebie i czując, że zrobił z siebie głupca,

po stoicku ignorował ten widok.

-=- Zaskoczyło mnie to, proszę pani, nic więcej...

- Proszę, niech mnie pan nazywa Gladia, chyba że wasze

zwyczaje nie pozwalają na to.

- Ależ nie, Gladia. Chce też cię zapewnić, że tamta scena me

sprawiła mi przykrości, byłem jedynie zaskoczony - Wystarczy, że

zachował się głupio, nie musi jeszcze dawać biedaczce do

zrozumienia, że jej wygląd był mu niemiły. W rzeczywistości było całkiem,

- całkiem.,.

Nie znalazł właściwych słów, pewien był jednak, że nie potrafi

opowiedzieć o tym Jessie.

- Widzę, że uraziłam cię - mówiła Gladia - ale stało się to

niechcący, przez brak zastanowienia. Wiem, oczywiście, że trzeba

pamiętać o zwyczajach innych planet ale te zwyczaje są czasem

takie dziwaczne - to znaczy nie dziwaczne - poprawiła się pośpiesz-

nie - ale dziwne i tak łatwo o nich zapomnieć... Zapomniałam też

i o zaciemnieniu okien.

- Ależ wszystko w porządku - wymamrotał Baley. Gladia była

teraz w pokoju, w którym wszystkie okna były zasłonięte a łagodne

oświetlenie było niewątpliwie sztuczne.

- Co do tamtej sceny - ciągnęła z powagą - to było przecież.

tylko oglądanie. Ostatecznie nie miałeś nic przeciw rozmowie ze mną,

kiedy byłam pod suszarką i również nie miałam nic na sobie.

- No cóż - powiedział Baley, życząc sobie w skrytości, by te a

temat wreszcie ją znużył - słyszeć to jedno, a widzieć to co innego.

- Ależ wcale nie chodzi o widzenie - zarumieniła się i spuściła

wzrok - Niesądzisz chyba, że zrobiłabym coś takiego - myślę

o wyjściu spod suszarki - gdyby ktoś mnie widział. To było tylko

oglądanie.

- - To przecież jedno i to samo, nieprawdaż?

- To wcale nie to samo! W tej chwili oglądasz mnie. Nie możesz

mnie dotknąć, ani powąchać, ani zrobić niczego w tym rodzaju,

nieprawdaż? Gdybyś mnie widział, mógłbyś to zrobić. Jestem jednak

oddalona od ciebie przynajmniej o dwieście mil. Jak możesz mówić,

ze to jedno i to samo?

To zainteresowało Baleya - A jednak widzę cię na własne oczy.

- Nie, nie widzisz mnie. Widzisz mój obraz. Mnie oglądasz

- Więc to nie to samo?

- To zupełnie różne rzeczy.

- Rozumiem - I rozumiał, do pewnego stopnia. Rozróżnienie

nie przychodziło mu łatwo ale była w tym jakaś logika.

- Czy naprawdę rozumiesz}? - spytała, przechylając głowę.

- Naprawdę.

- A więc nie miałbyś nic przeciw temu, żebym zdjęła z siebie

ten szlafrok? - zaśmiała się.

- Droczy się ze mną - pomyślał a głośno powiedział - To by

mnie rozpraszało, ale wrócimy jeszcze do tego tematu.

- A czy nie przeszkadza ci, że mam na sobie szlafrok a nie coś

bardziej formalnego? Pytam serio.

- Nie mam nic przeciw temu.

- Czy mogę zwracać się do ciebie po imieniu?

- Proszę, korzystaj z okazji.

- A jak masz na imię?

- Eliasz.

- Świetnie - wtuliła się w fotel na pozór twardy, wyglądający

wręcz jak wyrób ceramiczny, który jednak ugiął się, gdy usiadła

i objął ją łagodnie.

- Przejdźmy teraz do sprawy - rzekł Baley.

- Przejdźmy.

Baley przekonał się, że będzie miał olbrzymie trudności. Nie

wiedział jak zacząć. Na Ziemi pytałby o nazwisko, klasę, Miasto, sektor

mieszkalny, miałby setki pytań pod ręką. Gdyby nawet z góry znał

odpowiedź na wstępne pytania, ułatwiałyby jednak one przejście do

decydującej fazy przesłuchania. Służyłyby poznaniu przesłuchiwanej

osoby i decydowały o dalszej taktyce.

Tutaj nie mógł być pewien niczego. Nawet słowo "widzieć"

znaczyło dla każdego z ich dwojga co innego. Ile jeszcze było takich

słów? Ile razy nie będą się rozumieli, a on nie będzie tego świadomy?

- Jak długo byłaś zamężna, Gladia?

- Dziesięć lat, Eliaszu.

- A ile masz lat?

- Trzydzieści trzy.

Baleyowi miło było to usłyszeć. Mogła przecież z powodzeniem

mieć i sto trzydzieści trzy.

- Czy byłaś szczęśliwa w małżeństwie?

To zaniepokoiło Gladię - Co masz na myśli?

- No cóż... - Baley zmieszał się. Jak zdefiniować szczęście

małżeńskie? Co mogli uważać za szczęśliwe małżeństwo Solarianie?

Spytał - Czy często się widywaliście?

- Co takiego?! Oczywiście, że nie! Nie jesteśmy przecież

zwierzętami.

Baley skrzywił się - mieszkaliście w tym samym domu. Myślałem...

- Oczywiście, że mieszkaliśmy w tym samym domu! Byliśmy

przecież małżeństwem. Ja miałam jednak swoje apartamenty, a on

swoje. On miał swoje sprawy zawodowe (zajmowały mu mnóstwo

czasu), a ja swoje zajęcia.

- Czy mąż cię widywał?

- Nie wypada o tym mówić, ale owszem, widywał mnie.

- Czy macie dzieci?

Gladia poderwała się z oburzeniem - Tego już za wiele! Ze

wszystkich nieprzyzwoitości...

- Chwileczkę! Chwileczkę! - Baley uderzył pięścią w poręcz

fotela - Nie utrudniaj mi! To jest śledztwo w sprawie morderstwa

Morderstwa, czy to rozumiesz? Zamordowano twojego męża. Chcesz

by wykryto i ukarano mordercę, czy nie?

- Więc pytaj o morderstwo a nie o... o...

- Muszę pytać o najróżniejsze rzeczy. Przede wszystkim

chciałbym wiedzieć, czy żal ci męża - ta brutalność była zamierzona. _

Nie widać tego po tobie.

Popatrzyła na mnie wyniośle - Zawsze mi żal kogoś, kto

umiera, zwłaszcza, jeśli jest młody i mógłby być z niego pożytek.

- Czy nie żal ci go jednak trochę i dlatego, że był twoim mężem?

- Był mi przeznaczony i, cóż, widywaliśmy się zgodnie z

planem, i - zaczęła mówić szybko - jeśli musisz to wiedzieć, nie

mamy dzieci, bo nie mamy jeszcze przydziału. Nie widzę, co to

wszystko ma wspólnego z odczuwaniem żalu po czyjejś śmierci.

- Może i nie ma - pomyślał Baley - to zależy od

- uwarunkowań społecznych, których nie dane mi było poznać - zmienił temat

- Mówiono mi, że znasz okoliczności morderstwa.

Wyczuł, że rośnie w niej napięcie - To ja... znalazłam ciało, czy

tak powinnam się wyrazić?

- Więc właściwie me byłaś świadkiem morderstwa?

- Ach, nie - powiedziała słabym głosem.

- Odpowiedz mi jednak swoimi słowami, co się zdarzyło - usiadł

wygodniej i nadstawił ucha.

Zaczęła - Była wtedy trzydziesta druga piątej ...

- A w standardowym czasie? - spytał szybko Baley.

- Nie jestem pewna. Nie wiem naprawdę. Myślę, że można to

sprawdzić.

Głos jej drżał, oczy się rozszerzyły. Pomyślał, że są nieco zbyt

szare by można było nazwać je niebieskimi.

- Przyszedł do mnie. Wiedziałam, że przyjdzie. To był

- wyznaczony dzień.

- Czy zawsze przychodził wyznaczonego dnia?

- O tak, był bardzo sumienny, prawdziwy Solarianin. Nigdy na

opuścił wyznaczonego dnia i zawsze przychodził o tej samej porze.

Oczywiście nie bawił długo. Nie mamy przydziału na dz...

Nie dokończyła. Baley skinął głową.

- Tak, czy inaczej - powiedziała - przychodził zawsze o tej

samej porze, to było wygodne. Rozmawialiśmy trochę. Widzenie

jest ciężką próbą, ale zachowywał się całkiem zwyczajnie. Taki miał

sposób bycia. Potem wyszedł, żeby zająć się jakimś projektem, nad

którym pracował, nie wiem dokładnie, o co chodziło. Miał w moich

apartamentach laboratorium, do którego mógł się wycofać w dniach

widzeń. W swoich apartamentach miał znacznie większe.

Baley zastanawiał się cz3in zajmował się mąż Gladii w tym

laboratoriach. Zapewne fetologią, cokolwiek to było.

- Czy nie wyglądał inaczej niż zwykle? Nie robił wrażenia

zmartwionego?

Nie. Nigdy nie robił takiego wrażenia - była bliska śmiechu

nie stłumiła tę chęć. - Był zawsze doskonale opanowany, zupełnie

twój przyjaciel - wskazała dłonią Daniela, który ani drgnął.

- Rozumiem. Idźmy dalej.

Gladia jednak spytała - Czy pozwolisz, że się czegoś napiję?

- Ależ, proszę!

Dłoń Gladi przesunęła sio po poręczy fotela i nie minęła nawet

minuta, gdy robot wniósł gorący napój (Baley widział unoszącą się

parę). Gladia popijała małymi łyczkami, potem odstawiła napój.

- Teraz mi lepiej. Czy mogę zadać ci osobiste pytanie?

- Pytaj, kiedy tylko masz ochotę - odpowiedział Baley.

- Otóż dużo czytałam o Ziemi. Zawsze mnie interesowała. To

taki cudaczny świat - Tu zabrakło jej tchu i niezwłocznie dodała

- Wiesz, co chcę powiedzieć.

Baley zmarszczył brwi - Każdy świat wydaje się cudaczny temu

kto w nim nie mieszka.

- Chciałam powiedzieć "inny". W każdym razie chce ci zadać

niegrzeczne pytanie. Mam nadzieję, że nie wyda się takie

Ziemianinowi. Solarianina nie mogłabym o to spytać.

- Co to za pytanie, Gladio?

- Chodzi o ciebie i twojego przyjaciela, pana Olivawa, tak się

nazywa, prawda?

- Tak.

-- Wy dwaj chyba nie oglądacie się?

- Jak to rozumiesz?

- Że nie oglądacie się nawzajem. Wy się widzicie.

- Tak. Jesteśmy blisko siebie, fizycznie.

- Mógłbyś go dotknąć, gdybyś chciał?

- Zgadza się.

Popatrzyła na nich kolejno i powiedziała "ach" Co mogło to

oznaczać? Niesmak? Zmianę zdania.

Baley wyobraził sobie siebie jak wstaje, podchodzi do Daniela

i gładzi go po twarzy. Jej reakcja mogłaby być interesująca.

- Opowiadałaś, jak mąż przyszedł widzieć się z tobą - był

pewien że dygresja, choć istotnie mogła być dla niej interesująca

podyktowana była chęcią uniknięcia odpowiedzi.

Chwilę 3nów popijała swój napój. - Nie ma wiele do

opowiadania. Widziałam, że był zajęty, więc wróciłam do swoich zajęć. Jakieś

piętnaście minut później usłyszałam krzyk.

Przerwała i Baley ponaglił ją - Jaki krzyk?

- Rikaina, mojego męża. Po prostu krzyk, bez słów. Krzyk

strachu albo raczej zdziwienia, zaskoczenia, czegoś w tym rodzaju.

Nigdy nie słyszałam go krzyczącego.

Podniosła dłonie jakby chciała zasłonić uszy przed wspomnieniem

tego krzyku. Szlafrok powoli zsunął się jej aż do pasa. Nie zwróciła

na to uwagi, Baley zaś patrzył niezachwianie w swój notes.

- I co zrobiłaś? - spytał.

- Pobiegłam. Biegłam. Nie wiedziałam gdzie on jest.

- Mówiłaś, że poszedł do laboratorium w twojej części domu.

- Poszedł tam, Eliaszu, ale nie wiedziałam gdzie to jest. Nigdy

tam nie byłam. Wiedziałam, że to gdzieś w zachodnim skrzydle ale

byłam tak rozstrojona że nie pomyślałam o wezwaniu robota.

Zaprowadziłby mnie, ale oczywiście żaden nie zjawił się bez wezwania

Kiedy tam w końcu dotarłam - jakoś znalazłam drogę - on już nie

żył.

Przerwała i ku zażenowaniu Baleya pochyliła głowę i zapłakała

Nie usiłowała ukryć twarzy. Zamknęła po prostu oczy, a łzy ciekły

jej po policzkach. Płakała bezgłośnie. Ramiona jej drżały.

Potem otworzyła oczy i spojrzała przez łzy na Baleya - Nigdy

nie widziałam umarłego. Był cały we krwi a jego głowa była...

Całkiem... Zdołałam jakoś wezwać robota a on przywołał inne. Zajęła

się mną i Rikainem. Nie pamiętam...

- Jak to, zajęły się Rikainem?

- Wyniosły go stamtąd i posprzątały - powiedziała głosem

oburzonej pani domu. - Był straszny bałagan.

- A co stało się z ciałem?

Pokręciła głową - Nie wiem. Chyba je spalono, jak to się robi

z ciałami.

- Nie wezwałaś policji?

patrzyła na niego tępym wzrokiem. Przypomniał sobie: tu nie ma

policji-

- Kogoś chyba jednak wezwałaś, jeśli zajęto się tą sprawą7

- Roboty wezwały doktora, ja zawiadomiłam pracownię Rikaina.

Jego roboty musiały dowiedzieć się, że nie wróci.

- Doktora wezwano zapewne do ciebie?

Skinęła głową. Teraz dopiero zauważyła szlafrok spowijający jej

biodra.-Podciągnęła go mrucząc ze smutkiem - przepraszam!

Żal było patrzeć na nią, jak siedzi drżąc, z wyrazem zgrozy aa

twarzy. Przywołały go wspomnienia. Nigdy nie widziała zwłok.

Nigdy nie widziała krwi ani roztrzaskanej głowy. Jeśli nawet

małżeńskie uczucia nie bywały na Solarii zbyt głębokie, było to jednak dla

niej spotkanie z martwą istotą ludzką.

Baley nie wiedział, co począć. Miał ochotę przepraszać, ale

przecież jako policjant spełniał tylko swój obowiązek.

Czy jednak ona to zrozumie? W jej świecie nie było policji.

Spytał łagodnie - Czy oprócz krzyku męża, Gladio, nie

słyszałaś niczego?

Podniosła wzrok. Na jej pięknej twarzy malowało się strapienie

- Niczego.

- Żadnych krzyków, żadnych głosów?

Pokręciła głową - Niczego nie słyszałam.

- Czy mąż był sam, kiedy go znalazłaś? Byliście tam tylko wy

dwoje?

- Tak.

- Żadnych oznak czyjejś obecności?

- Niczego nie zauważyłam. Nie mogło tam zresztą być nikogo

- Dlaczego?

Zaskoczyło ją to pytanie. Potem z przygnębieniem wyjaśniła -

Zapominam, że jesteś z Ziemi. Po prostu nikogo tam być nie mogło.

mąż nigdy nie widział nikogo poza mną. To nie w jego stylu.

bardzo akuratny. Przestrzegał zwyczajów.

A jeśli ktoś przybył bez zaproszenia, nie uprzedzając twego

Nie uniknąłby widzenia z tym kimś, mimo dbałości o formy

Wezwałby roboty i kazał odprawić tamtego. Zrobiłby to! Nikt

zresztą nie próbowałby widzieć się z nimi bez zaproszenia. Nie

wyobrażam sobie tego. A Rikain z pewnością nie zaprosiłby nikogo. Co

*« pomysł!

- Zginął od uderzenia w głowę. Zgadzasz się z tym?

- Tak sądzę. Był... całkiem...

- Nie chodzi mi o szczegóły. Czy można było rozbić mu głowę

jakimś zdalnie sterowanym przyrządem?

- Niczego takiego nie zauważyłam.

- A zauważyłabyś, gdyby tam było. Czyli jakaś ręka trzymała

narzędzie zbrodni i opuściła je na głowę męża. Ktoś musiał siać

o cztery stopy od niego. Ktoś widział się z nim.

- Niemożliwe - powiedziała stanowczo. - Solarianin nie

zniósłby niczyjego widoku.

- Solarianin zdolny do morderstwa mógłby się może na to zdobyć,

(Nie był tego pewien. Zetknął się kiedyś na Ziemi ze sprawą

szczególnie bezwzględnego mordercy, który został ujęty tylko dla-

tego, że nie mógł zdobyć się na zakłóceni^ ciszy w łazienkach

publicznych).

Gladia kręciła głową. - Ty nie rozumiesz, co to znaczy widzieć

kogoś. Ziemianie widują innych nieustanni^, nie rozumieją więc.

Widać było, że walczy z ciekawością. Oczy jej zabłysły - Dla

ciebie to normalne widzieć kogoś.

- Zawsze uważałem to za oczywiste.

- Nie wprawia cię to w zakłopotanie?

- Dlaczego miałoby wprawiać?

- Nie dowiedziałam się o pewnej rzeczy z filmów, a zawsze

chciałam to wiedzieć... Czy mogę o coś spytać?

- Pytaj - rzekł flegmatycznie Baley.

- Masz wyznaczoną żonę, prawda?

- Jestem żonaty. Nie wiem, o co chodzi z tym wyznaczaniem.

- Widujesz żonę, kiedy tylko zechcesz a ona ciebie i nie

zastanawiacie się nad tym.

Skinął głową.

- Przypuśćmy, że zechcesz, widzieć ją... - uniosła dłonie jakby

szukając słów. Znów zaczęła - Czy możesz... Zawsze - pytanie

zawisło w powietrzu.

Baley nie starał się jej pomóc.

- Zresztą, mniejsza o to. Nie będę ci zawracać głowy. Czy już

skończyliśmy? - Wyglądała, jakby zbierało się jej na płacz.

- Jeszcze tylko jedno, Gladio. Zapomnij na chwilę, ze nikt nie

4nógł widzieć męża. Wyobraź sobie, że ktoś go widział. Kto to mógł być?

- Nikt. Nie warto się zastanawiać.

- Musiał być ktoś taki. Dyrektor Gruer wspomniał o jedne]

podejrzanej osobie, sama więc widzisz.

Po jej dziewczęcej twarzy przemknął niewesoły uśmiech _

Wiem, kogo miał na myśli.

- Kogo?

Dotknęła dłonią piersi - Mnie.




6. ODRZUCONA TEORIA




- Powiedziałbym, partnerze Eliaszu - odezwał się znienacka Daniel

- że to oczywisty wniosek.

Baley spojrzał ze zdziwieniem na robota - Dlaczego oczy wist\ r

- Ta pani sama oświadczyła - odpowiedział Daniel - że była

jedyną osobą która widziała albo mogła widzieć się z jej mą żem

Sposób życia mieszkańców Solarii każe odrzucić inne możliwość'

Dyrektor Gruer uznał za rozsądne a nawet za konieczne przyjąć, że

tylko żona może widzieć Solarianina. Jeśli tylko jedna osoba może

znaleźć się w zasięgu wzroku, tylko jedna też może być mordercą,

czy raczej morderczynią. Gruer mówił, jak pamiętasz, że mogła to

zrobić tylko jedna osoba.

- Powiedział też - przypomniał Baley - że i ta jedna osoba nie

mogła tego zrobić.

- Miał pewnie na myśli to, że na miejscu zbrodni nie znalezione

broni. Pani Delmarre potrafi nam to chyba wyjaśnić.

Skłonił się z chłodną uprzejmością Gladii, która siedziała z

opuszczonymi oczami i zaciśniętymi ustami.

- Na Jozafata - pomyślał Baley - zapominamy o damie.

Chyba to irytacja sprawiła, że o niej zapomniał, a przyczyną

irytacji był Daniel ze swym pozbawionym emocji podejściem do

sprawy. A może on sam ze swym emocjonalnym podejściem? Nie

zamierzał się w to zagłębiać.

- To na razie byłoby wszystko, Gladio. Gdyby ktoś chciał cię

niepokoić, przerwij połączenie. Żegnaj!

Odpowiedziała cichym głosem - Tu się mówi "koniec oglądania"

ale wolę słowo "żegnaj"! Wydajesz się zaniepokojony, Eliaszu. Przy-

mi. Przywykłam, że ludzie myślą, że to zrobiłam. Niech cię to

denerwuje.

- A czy zrobiłaś to, Gladio?

- Nie! - odpowiedziała z gniewem.

- A więc żegnaj!

Wciąż miała w twarzy gniew, znikając. Baley zaś wciąż jeszcze

Odczuwał napór tych niezwykłych szarych oczu.

Mogła mówić że przywykła do tego, iż uważają ją za morderczy-

Nie była to jednak najwyraźniej nieprawda. Jej gniew ją zdradzał.

Baley zastanawiał się do jakich jeszcze kłamstw byłaby zdolna.

- Gdyby zostali sami, powiedział - Danielu, nie jestem zupełnym

głupcem!

- Nigdy tak nie uważałem, Eliaszu.

- Wyjaśnij mi więc, dlaczego twierdziłeś, że na miejscu

zbrodni nie znaleziono broni. Nie usłyszelibyśmy dotąd niczego co

pozwoliłby wysnuć taki wniosek.

- Masz rację. Otrzymałem dodatkowe informacje z którymi się

jeszcze nie zapoznałeś.

- Tak myślałem. Co to za informacje?

- Dyrektor Gruer obiecał przysłać nam kopię sprawozdania

z dochodzenia. Przysłano ją dziś rano.

- Czemu mi jej nie pokazałeś?

- Myślałem, że lepiej będzie, jeśli pozwolę ci przeprowadzić

własne dochodzenie. Nie sugerowałeś się wnioskami ludzi, którzy,

jak sami przyznali, do niczego nie doszli. Dlatego też, czując że ich

wnioski mogą wpływać na moją logikę, nie brałem udziału w

rozmowie.

- Logika! Mimo woli przypomniał sobie Baley dawną rozmowę

z robotykiem. Tamten mówił: roboty są logiczne, ale nie są rozsądne.

- Włączyłeś się jednak w końcu w rozmowę.

- Zrozumiałem to Eliaszu, bo znalazłem dowód potwierdzający

podejrzenia Gruera.

- Jaki to dowód?

- Wnioski wyciągnięte z zachowania pani Delmarre.

~- A dokładniej, Danielu?

- Zauważ, że jeśli ta dama jest winna a usiłuje udowodnić swą

niewinność, byłoby jej na rękę przekonać o swej niewinności

prowadzącego śledztwo...

- I co dalej?

- Może zdołałaby to osiągnąć, wykorzystując jego słabe punkty

- To tylko przypuszczenie.

- Wcale nie - padła chłodna odpowiedź - Zauważyłeś chyba.

że skupiła swą uwagę wyłącznie na tobie?

- Bo prowadziłem rozmowę.

- Tak było od samego początku, kiedy należało raczej oczekiwać

że to ja - przedstawiciel Aurory będę prowadził śledztwo. Mimo to

skoncentrowała się na tobie.

- Jaki stąd wniosek?

- Że związała swe nadzieje z tobą, Eliaszu. Jesteś Ziemianinem.

- I co z tego?

- Zdobyła pewną wiedze o Ziemi. Dała tego dowody. Wiedziała

o co chodzi, kiedy prosiłem o zasłonięcie okien. Nie była też

zdziwiona a gdyby nie znała warunków życia na Ziemi, byłoby inaczej.

- Co dalej?

- Należy przypuścić, że studiując sprawy Ziemi odkryła słaby

punkt Ziemian. Musiała wiedzieć, że nagość stanowi tabu i że robi

wrażenie na Ziemianach.

- Wyjaśniła przecież, że oglądanie...

- Tak mówiła, ale czy to cię przekonało? Dwukrotnie pozwoliła

oglądać się w stroju niezupełnie kompletnym, jak mógłbyś to ująć

- Z czego wnosisz, że próbowała mnie uwieść, nieprawdaż?

- Odwieść cię od zawodowej bezstronności. Na to mi wyglądało.

Nie reaguję na tego rodzaju bodźce jak człowiek, mogę jednak sądzić

na podstawie zakodowanych danych, że ta dama odpowiada wszelkim

standardom atrakcyjności. Z twego zachowania wynikało, że

odpowiada ci jej wygląd. Słusznie więc uważała, że zachowując się tak

a nie inaczej, działa na własną korzyść.

- Posłuchaj - powiedział Baley. - Niezależnie od wrażenia,

jakie na mnie zrobiła, pozostaję przedstawicielem prawa świadomym,

czego wymaga etyka zawodowa. Chcę, żeby to było jasne. Zobaczy-

my teraz to sprawozdanie.

Czytał je w milczeniu. Skończył, odwrócił i przeczyta! jeszcze raz.

- Mamy tu nowy element. Tego robota - powiedział.

Daniel Olivaw skinął głową.

- Nie wspomniała o nim - zauważył z namysłem Baley.

- Postawiłeś niewłaściwe pytanie. Pytałeś, czy była sama kiedy

ciało, czy nie był obecny ktoś jeszcze. Robot nie jest "kimś".

Baley zgodził się z tym. Gdyby to on był podejrzanym, na pyta-

kto jeszcze był na miejscu zbrodni nie odpowiedziałby - tylko

stół.

- Widzę, że powinienem spytać, czy były tam jakieś roboty. Na

nie ważne jest świadectwo robota. Danielu?

- Co masz na myśli?

- Czy robot może być na Solarii świadkiem? Czy może

dostarczyć dowodu?

- Czemu w to wątpisz?

- Bo robot nie jest człowiekiem, Danielu. Na Ziemi nie mógłby

świadczyć w żadnej sprawie.

- Zaś odcisk stopy mógłby o czymś świadczyć, choć jest daleko

mniej ludzki, niż robot. W tej kwestii postępujecie nielogicznie. Na

Solarii świadectwo robota jest dopuszczalne, o ile jest w danej

sprawie kompetentny.

Baley nie zamierzał się spierać. Podparł podbródek ręką i

zastanawiał się nad problemem tamtego robota.

Stojąc nad ciałem męża, Gladia wezwała w skrajnym przerażeniu

Roboty. Zanim przybyły, straciła przytomność.

Roboty znalazły ją leżącą obok zabitego. Był tam również robot.

który nie został wezwany. Nie był to robot domowy. Żaden z

robotów nie widział go przedtem, nie znał też jego zadań ani przydziału.

Od robota nie można było dowiedzieć się niczego. Nie

funkcjonował. Jego ruchy były bezładne. Jego pozytronowy mózg był w stanie

chaosu. Nie reagował na polecenia. Robot po przebadaniu przez

ekspertów został uznany za zniszczonego.

Jedynym znakiem zorganizowanej aktywności był nieustanne

Powtarzanie: - Chcesz mnie zabić... chcesz mnie zabić... chcesz mnie

zabić...

Nie znaleziono broni zdolnej strzaskać czaszkę zabitego.

- Zamierzam coś zjeść, Danielu, a potem chcę się widzieć z

Gruerem czy raczej oglądać go.

Zastali Hannisa Gruera przy stole. Jadł nie spiesząc się,

wybierając starannie kąski z różnych półmisków, jakby szukał jakiejś

najbardziej go zadowalającej kombinacji.

- Ten mógłby mieć i paręset lat - pomyślał Baley. - Jedzenie

zaczyna go nudzić.

- Witam panów! - przemówił Gruer - Zapewne otrzymali

panowie nasze sprawozdanie? - Sięgnął po jakiś smakołyk, łysina

zalśniła.

- Tak jest. Odbyliśmy też rozmowę z panią Delmarre

- odpowiedział Baley.

- To świetnie. I do jakich wniosków panowie doszli?

- Że jest niewinna.

- Gruer podniósł wzrok - Doprawdy?

Baley skinął głową.

- A jednak nikt prócz niej nie mógł widzieć się z nim, zbliżyć

się do niego.

- Niezależnie od tego, jak ściśle na Solarii przestrzega się

zwyczajów, nie wydaje mi się to rozstrzygające. Czy mogę wyjaśnić,

o co mi chodzi?

- Ależ oczywiście - Gruer wrócił do swego obiadu.

- Morderstwo opiera się na trzech elementach: motywie,

środkach, sposobności. Wszystkie one są jednakowo ważne. Zgadzam się,

że pani Delmarre miała sposobność. Nie usłyszałem jednak nic o

motywach.

- Bo nie znamy motywów - wzruszył ramionami Gruer. Oczy

jego na chwilę spoczęły na milczącym Danielu.

- Podejrzana nie miała więc motywu, może jednak być

patologiczną morderczynią. Załóżmy, że tak jest i zastanówmy się. Jest z

mężem w laboratorium. Ma jakiś powód by go zabić. Wymachuje ja-

kimś ciężkim przedmiotem. Tamten już po chwili zdaje sobie sprawę

z jej zamiarów. Woła "chcesz mnie zabić!" i gdy rzuca się do

ucieczki, dosięga go cios, który miażdży mu czaszkę. Nawiasem mówiąc,

czy lekarz zbadał ciało?

- Tak - i nie. Roboty wezwały lekarza aby zajął się panią

Delmarre i, oczywiście, obejrzał ciało zabitego.

- W sprawozdaniu o tym się nie wspomina.

- Uznano to za nieistotne. Prawdę mówiąc, zanim lekarz zdążył

obejrzeć ciało, zostało ono rozebrane, umyte i zgodnie ze zwyczajem

przygotowane do kremacji.

- Innymi słowy, roboty zniszczyły dowody rzeczowe-

powiedział Baley z irytacją. - Ale mówi pan "obejrzeć ciało". Czy lekarz

nie widział ciała?

- Wielki Kosmosie! - wykrzyknął Gruer - A cóż to za

pomysł? Oczywiście, że obejrzał ciało, ze wszystkich stron i z bliska.

Lekarze nie mogą czasem uniknąć widzenia pacjentów nie ma

jednak powodu żeby musieli widzieć zwłoki. Medycyna to paskudny

fach ale nawet tam są pewne granice.

- Chodzi mi o następującą rzecz: czy lekarz wspomniał jakiego

rodzaju obrażenia były przyczyną śmierci?

- Rozumiem do czego pan zmierza. Przypuszcza pan, że

obrażenia były zbyt poważne, by mogła je zadać kobieta?

- Kobieta jest słabsza od mężczyzny a pani Delmarre jest

drobnej budowy.

- Jest jednak całkiem sprawna fizycznie, agencie. Dajmy je]

tylko odpowiednią broń, a prawa fizyki zrobią swoje. Kobieta

zresztą może w furii dokonać zadziwiających rzeczy.

Baley wzruszył ramionami - Mówi pan o broni. Gdzie jest ta

broń?

Gruer poruszył się. Sięgnął po szklankę a wtedy w polu widzenia

pojawiał się robot i napełnił ją przeźroczystym płynem, zapewne

wodą.

Gruer podniósł szklankę, zaraz jednak odstawił ją, jakby się

rozmyślił - Nie udało nam się jej odnaleźć, jak to zaznaczyliśmy

w sprawozdaniu.

- Wiem, co mówi sprawozdanie. Chcę się upewnić. Czy

szukano broni?

- Bardzo starannie.

- Czy to pan jej szukał?

- Roboty pod moim nadzorem. Nie udało się znaleźć niczego, co

mogło posłużyć jako broń.

- To osłabia oskarżenie przeciw pani Delmarre, nieprawdaż?

- Osłabia - zgodził się ze spokojem Gruer - To jedna z rzeczy,

których nie rozumiem i jeden z powodów, że nie oskarżono pani

Delmarre. Dlatego też mówiłem panu, że nie mogła popełnić tej zbrodni.

Powinienem może powiedzieć ,ze oczywiście nie mogła...

- Oczywiście?

- Musiałaby jakoś pozbyć się broni. Jak dotąd nie zdołaliśmy

ustalić jak.

- Czy ro4wazaliście wszystkie możliwości? - pytał Baley z uporem.

- Tak mi się zdaje.

- Wątpię. Zastanówmy się. Broń, której użyto, by strzaskać

czaszkę człowiekowi nie została odnaleziona na miejscu zbrodni.

Jędrną możliwością jest, że została wyniesiona. Nie mógł tego zrobić

Rikain Delmarre, bo nie żył. Czy mogła ją wynieść Gladia

Delmarre?

- Tak musiało być - odpowiedział Gruer.

- Ale jak to zrobiła? Kiedy przybyły roboty, leżała

nieprzytomna na podłodze. Może udawała, w każdym razie jednak była tam.

Ile upłynęło czasu od momentu zabójstwa do przybycia pierwszego

robota?

- Nie wiemy, kiedy dokonano zabójstwa.

- Czytałem sprawozdanie, panie dyrektorze. Jeden z robotów

słyszał szamotaninę i krzyk doktora Delmarre'a. Najwidoczniej był

najbliżej. W pięć minut później zabrzmiał sygnał wzywający roboty.

Robotowi nie trzeba nawet minuty, by przybyć na wezwanie (Baley

pamiętał, jak błyskawicznie się zjawiały). Jak daleko mogła zanieść

broń pani Delmarre by zdążyć wrócić i udawać nieprzytomną?

-- Mogła zniszczyć broń w dezintegratorze.

- Nie był używany od poprzedniego dnia. Zbadano natężenie

szczątkowego promieniowania gamma.

- Wiem o tym - powiedział Gruer - Podałem tylko przykład

na to - co mogła zrobić.

- Słusznie, wytłumaczenie może być nawet prostsze. Domowe

roboty Delmarre'a zostały zapewne dokładnie sprawdzone?

- O, tak.

- I wszystkie są sprawne.

- Tak.

- Czy któryś z nich nie mógł wynieść broni, nie zdając sobie

sprawy, co to jest?

- Żaden z nich niczego nie wyniósł ani nawet niczego nie

dotykał.

- Niezupełnie. Przeniosły przecież ciało i przygotowały je do

kremacji.

- Taić, oczywiście - ale to TI,. nie liczy. Tego się po nich

- spodziewano.

- Na Jozafata - Bale}' zmuszał się do zachowania spokoju,

powiedział - Przypuśćmy więc, że był tam ktoś inny.

- Niemożliwe! Jak mógłby ktoś nachodzić doktora Delmarre'a?

- Przypuśćmy to - wykrzyknął Baley - Roboty mogły o tym

nie pomyśleć. Nie sądzę, by przeszukały teren wokół domu.

Sprawozdanie nic o tym nie wspomina.

- Nie zrobiono tego, dopóki szukaliśmy broni, ale niedługo

potem tak.

- Czy nie znaleziono śladów postoju pojazdu albo ładowania?

- Nie.

- Jeśli wiec ktoś zdobył się na najście doktora Delmarre'a, jak

to pan ujął, mógł z łatwością oddalić się. Nikt by go nie zatrzymał

a nawet nikt by go nie widział. Wszyscy byliby pewni, że nie mogło

tam być nikogo z zewnątrz.

- I nie mogło - oświadczył Gruer.

- Jeszcze tylko jedno. W tę sprawę wmieszany jest robot.

Robot był przy tym obecny.

Po raz pierwszy włączył się w rozmowę Daniel - Robot nie był

przy tym obecny. Gdyby tam był, zbrodnia nie zostałaby popełniona.

Baley odwrócił się zaskoczony a Gruer który znów podniósł

szklankę do ust, odstawił ja i utkwił wzrok w Danielu.

- Czy nie mam racji? - spytał Daniel.

- Całkowitą! - zgodził się Gruer - Robot powstrzymałby

każdego przed wyrządzeniem komuś krzywdy. To Pierwsze Prawo.

- Zgoda. Musiał jednak być blisko, może w sąsiednim pokoju.

Gdy morderca zbliżył się do Delmarre'a a ten krzyknął "Chcesz mnie

zabić.'" inne roboty nie słyszały tych słów, jedynie krzyk, nie przy-

były więc, nie wzywane. Ten robot słyszał i Pierwsze Prawo kazało

mu zjawić się bez wezwania. Spóźnił się. Być może widział, jak

dokonano zabójstwa.

- Mógł widzieć końcowe momenty - zgodził się Gruer - To go

Właśnie rozstroiło. Widzieć jak człowiekowi dzieje się krzywda i nie

zapobiec temu, to naruszenie Pierwszego Prawa, powodujące

uszkodzenie pozytronowego mózgu. W tym przypadku bardzo poważne

uszkodzenie.

- A więc robot był świadkiem zabójstwa. Czy go przesłuchano?

- A po co? Był niesprawny. Zdołał wypowiedzieć słowa "Chcesz

mnie zabić". Zgadzam się z pańską oceną przebiegu wydarzeń.

Ostatnie słowa Delmarra wypaliły się w świadomości robota gdy wszystko

inne zginęło.

- Wiem, że robotyka to tutejsza specjalność. Czy nie można ja-

koś naprawić tego robota?

- Nie - odrzekł sucho Gruer.

- A gdzie on teraz jest?

- Poszedł na złom.

Baley uniósł brwi - Ależ to sprawa! Żadnych motywów,

żadnych świadków, żadnych dowodów, a to od czego można było zacząć

- zniszczone. Ma pan osobę podejrzaną, wszyscy są przeświadczeni,

ze ona jest winna, a przynajmniej, że nikt inny nie może być winny.

Po co więc mnie tu ściągano?

Gruer zachmurzył się - Denerwuje się pan. - Zwrócił się do

Daniela - Nie zechciałby pan sprawdzić czy wszystkie okna są

zasłonięte? Agent Baley odczuwa, być może działanie otwartej

przestrzeni.

Baley osłupiał. W pierwszym odruchu chciał nakazać Danielowi,

by został na miejscu, usłyszał jednak nutę paniki w głosie Gruera

i spostrzegł niemą prośbę w jego oczach. Pozwolił Danielowi wyjść

Maska spokoju opadła z twarzy Gruera. - Poszło łatwiej niż myślałem. Zastanawiałem się, jakby to zrobić, by zostać z panem sam na

sam. Nie miałem wielkiej nadziei, że nasz gość z Aurory wyjdzie,

jeśli go poproszę, ale nie wymyśliłem nic lepszego.

- I teraz jesteśmy sam na sam.

- Nie mogłem przy nim mówić swobodnie. Zależało nam na

panu, więc musieliśmy zgodzić się i na niego - Solarianin pochylił się;

- Chodzi nie tylko o morderstwo. Ujęcie sprawcy to nie jedyny cel.

Na Solarii istnieje tajne stowarzyszenie...

- W tej sprawie nie mogę panu pomóc.

- Ależ może pan. Proszę tylko posłuchać: doktor Delmarre

należał do Tradycjonalistów. Wierzył w stare, dobre metody. Nowe

siły dążyły jednak do zmian i Delmarre został zmuszony do

milczenia.

- Przez panią Delmarre?

- Musiała być narzędziem, ale to bez znaczenia. Ważna jest

stojąca za nią organizacja.

- Czy ma pan dowody?

- Niezbyt pewne. Rikain Delmarre był na jakimś tropie. Kiedy

mnie zapewnił, że znalazł dowód, uwierzyłem. Znałem go na tyle.

by wiedzieć, że nie jest ani naiwny, ani głupi. Niestety, niewiele mi

powiedział. Chciał, oczywiście zakończyć dochodzenie przed

przekazaniem sprawy w ręce władz. Musiał być bliski końca, inaczej

tamci nie odważyliby się na jawne morderstwo. Delmarre powiedział

mi jedno: zagrożona jest cała ludzkość.

To wstrząsnęło Baleyem. Przez chwilę czul się jakby słuchał

znów Minnima. Czy wszyscy będą zwracać się do niego w sprawach

kosmicznej wagi?

- Czemu pan sądzi, że mogę w tym pomóc?

- Bo jest pan Ziemianinem. Rozumie pan? My tu na Solarii

nie mamy doświadczenia w podobnych sprawach. Nie rozumiemy

zbiorowości. Jesteśmy zbyt nieliczni. Tak właśnie myślę, chociaż

koledzy śmieją się ze mnie. Wydaje mmi się, że Ziemianie muszą

rozumieć ludzi daleko lepiej niż my, po prostu dlatego, że są ich takie

tłumy. Zgadza się pan ze mną?

Baley skinął w milczeniu głową.

- Z tym morderstwem w pewnym sensie, dobrze się złożyło.

Nie śmiałem wspominać nikomu o dochodzeniu Delmarra, póki nie

wiedziałem, kto bierze udział w spisku. Delmarre nie chciał

przekazać żadnych informacji przed końcem dochodzenia. Gdyby nawet

je zakończył, co mielibyśmy robić dalej? Jak postępować z

przeciwnikami? Nie wiedziałem. Od początku czułem, że potrzeba nam

Ziemianina, odkąd zaś usłyszałem o pańskiej działalności w sprawie

morderstwa w Kosmopolu na Ziemi wiedziałem, że to pan jest nam

potrzebny. Skontaktowałem się z Aurorą - współpracował pan z ich

człowiekiem - a za ich pośrednictwem z rządem Ziemi. Wtedy

zdarzyło się morderstwo. Przedtem trudno mi było przekonać

kolegów. Szok był tak wielki, że się zgodzili. Zgodziliby się na

wszystko.

- Niełatwo jest prosić Ziemianina o pomoc, ale musiałem to

zrobić. Zagrożona jest cała ludzkość. Ziemia także.

5 Nagie słońca65

Gruer był niewątpliwie szczery. Ziemia była więc podwójnie

zagrożona.

Jeśli jednak to właśnie morderstwo pozwoliło Gruerowi

przeforsować swoje propozycje, czy był to wyłącznie przypadek? Przed

Baleyem otwierało się nowe pole dla domysłów.

- Zrobię co będę mógł, aby pomóc - oświadczył.

Gruer podniósł swą wielokrotnie odstawianą szklankę i spojrzał

na Baleya - To świetnie. Ani słowa tamtemu proszę. O cokolwiek

tu chodzi, Aurora może być w to wmieszana. Z pewnością ta sprawa

niezwykle ich zainteresowała. Weźmy choćby to, że nalegali by pan

Olivaw został włączony do sprawy. Tłumaczyli, że to dlatego iż

pracował z panem poprzednio ale może to też oznaczać, że chcieli

mieć w sprawie swego człowieka. Aurora jest potężna, trzeba przyznać.

Pociągnął łyk, patrząc na Baleya.

Baley przesunął palcami po policzku - Jeśli to... Nie dokończył.

Zerwał się z krzesła i rzucił ku tamtemu, zapominając, że patrzy

na obraz.

Gruer, wytrzeszczając oczy chwycił się za gardło szepcząc

ochryple - Pali... pali...

Szklanka wypadła mu z ręki. Zawartość wylała się. Gruer upadł

obok szklanki z twarzą wykrzywioną bólem.




7. PONAGLANIE LEKARZA.




W drzwiach .stanął Daniel - Co się stało, Eliaszu?

Wyjaśnienia były zbyteczne. Głos Daniela przeszedł w donośny

krzyk - Roboty Hannisa Gruera! Wasz pan jest ranny! Roboty!

Metalowa postać wkroczyła do sali jadalnej a w ciągu następnej

minuty pojawiło się kilkanaście. Trzy roboty wyniosły ostrożnie

Gruera, inne zajęły się uprzątaniem bałaganu i zbieraniem

porozrzucanej po podłodze zastawy.

- Hej tam, roboty! - zawołał Daniel - Mniejsza o porcelanę.

Szukajcie człowieka! Przeszukać dom! Przeszukać teren posiadłości!

Jeśli znajdziecie człowieka, zatrzymajcie go nie robiąc mu krzywdy

(ta uwaga była zbyteczna), nie pozwólcie mu tylko odejść. Jeśli nie

znajdziecie nikogo dajcie mi znać. Będę pod tym samym numerem.

Roboty rozbiegły się. Eliasz mruknął do Daniela - To dopiero

początek. Mamy niewątpliwie do czynienia z trucizną.

- Tak, to oczywiste, partnerze Eliaszu - Daniel usiadł w jakiś

dziwny sposób, jakby ugięły się pod nim kolana. Baley nigdy dotąd

nie widział go w takim stanie.

- Widok człowieka, któremu dzieje się krzywda bardzo źle

działa na mój mechanizm - wyjaśnił Daniel.

- Nie mogłeś nic na to poradzić.

- Wiem, a jednak w moich ścieżkach myślowych powstały jakieś

zatory. Możnaby to nazwać szokiem.

- Jeśli tak, to nic poważnego - Baley nie miał litości ani

współczucia dla wrażliwego robota. - Musimy zastanowić się, kto jest

winien. Nie ma trucizny bez truciciela.

- Przypadkowe zatrucie? W tak doskonale funkcjonującym

świcie? Niemożliwe. Poza tym trucizna była w napoju a objawy zatrucia

wystąpiły nagle i wszystkie naraz. Danielu, pójdę to sobie

przemyśleć. Połącz się z panią Delmarre. Upewnij się że jest u siebie

i sprawdź, jaka odległość dzieli posiadłości jej i Gruera.

- Czy myślisz, że ona...

Baley uniósł rękę - Po prostu sprawdź to, zgoda?

Wyszedł. Chciał być sam. Z pewnością nie były to dwa niezależne

od siebie usiłowania morderstwa, tak zbieżne w czasie, w świecie

takim jak Solaria. Jeśli zaś istniał między nimi związek, najprościej

było przyjąć, że opowiadanie Gruera o konspiracji było prawdą.

Baley czuł, jak rośnie w nim znajoma gorączka. Przybył tu z

głowa pełną kłopotów Ziemi i własnych. Morderstwo wydawało się sprawą odległą ale oto zaczęły się łowy. Zacisnął zęby. Niezależnie od

wszystkiego innego morderca czy też mordercy (albo morderczyni)

uderzyli w jego obecności i to go ubodło. Czy tak mało się z nim

liczono? Zraniono jego dumę zawodową. Musiał przyjąć to do

wiadomości. Wreszcie miał wyraźne podstawy by uznać to za zwykły

przypadek morderstwa, niezależnie od powiązań z grożącym Ziemi

niebezpieczeństwem.

Pojawił się Daniel - zrobiłem, o co prosiłeś, Eliaszu. Oglądałem

panią Delmarre. Jest u siebie, to jest ponad tysiąc mil od posiadłości

dyrektora Gruera.

- Zobaczę się z nią później, to jest obejrzę ją - powiedział

- Baley. Spojrzał z namysłem na Daniela - Czy myślisz, że jest w to

wmieszana?

- Bezpośrednio oczywiście nie, Eliaszu.

- Czy to ma sugerować związek pośredni?

- Mogła nakłonić kogoś, by to zrobił.

- Kogoś? --spytał szybko Baley. - Kogo?

- Jeśli ktoś działał w jej imieniu, musiał być na miejscu zbrodni.

- Tak. Ktoś musiał wlać truciznę do tego płynu.

- Czy możliwe jest, by zrobiono to wcześniej, może nawet dużo

wcześniej?

- Myślałem o tym, Eliaszu. Dlatego właśnie użyłem słowa "oczy-

wiście" gdy oświadczyłem, że pani Delmarre nie jest bezpośrednio

związana ze zbrodnią. Mogła jednak być na miejscu zbrodni

wcześniej. Należałoby sprawdzić jej ruchy.

- Więc zróbmy to! Sprawdźmy, czy kiedykolwiek była tu we

własnej osobie!

Baley podejrzewał już uprzednio, że robocia logika musi mieć

krótki zasięg i oto przekonywał się o tym. Było tak, jak mówił

robotyk: są logiczne ale nie są rozsądne.

- Wracajmy do sali spotkań - powiedział - i obejrzyjmy

jeszcze raz posiadłość Gruera.

Pomieszczenie lśniło czystością i porządkiem. Żaden ślad nie

wskazywał, że przed godziną wił się tu w boleściach człowiek.

Trzy roboty stały pod ścianą w zwykłej postawie uniżonego

szacunku.

- Co słuchać z Waszym panem? - spytał Baley.

Środkowy robot odpowiedział - Zajmuje się nim lekarz, proszę

pana.

- Czy to oglądanie, czy widzenie?

- Oglądanie, proszę pana.

- Co mówi lekarz? Czy wasz pan będzie żył?

- To jeszcze nie jest pewne, proszę pana.

- Czy dom został przeszukany?

- Starannie przeszukany, proszę pana.

- Czy były oznaki obecności kogoś innego niż Wasz pan?

- Nie, proszę pana.

- A oznaki takiej obecności w przeszłości.

- Żadnych, proszę pana.

- Czy przeszukano teren?

- Tak, proszę pana.

- Czy są jakieś wyniki?

- Nie, proszę pana.

Baley skinął głową - Chcę mówić z robotem, który podawał dziś

wieczór do stołu.

- Czeka na zbadanie ,proszę pana. Reaguje nieprawidłowo.

- Czy może mówić?

- Tak, proszę pana.

-Więc sprowadźcie mi go bez zwłoki!

Nastąpiła jednak chwila zwłoki i Baley zaczął:

- Mówiłem...

Daniel wpadł mu w słowo - Te solariańskie roboty

porozumiewają się między sobą przez radio. Już wezwano robota, o którego ci

chodziło. Opóźnieniu winien jest wstrząs jaki mu się przytrafił.

Baley skinął głową. Mógł się domyślić istnienia tego radia. W świecie

tak całkowicie zależnym od robotów musiały one jakoś komunikować

się ze sobą jeśli system nie miał się załamać. Wyjaśniało to, czemu

gdy wezwało się jednego robota zjawiał się ich tuzin, oczywiście

tylko wtedy, kiedy było to potrzebne.

Wszedł robot. Kulał, pociągając nogą. Co było tego powodem?

Baley wzruszył ramionami. Nawet u prymitywnych ziemskich

robotów nie można było przewidzieć reakcji na uszkodzenia

pozytronowych ścieżek. Przerwanie obwodu mogło, jak w tym przypadku

skończyć się paraliżem. Dla robotyka mogło to znaczyć wiele, dla laików

zupełnie nic.

Baley spytał ostrożnie - Czy pamiętasz płyn, który wlewałeś do

szklanki twego pana?

- Thak, proszę pana.

A więc mamy i wadę wymowy.

- Co to był za płyn?

- To była woda, proszę phana.

- Tylko woda? Nic poza tym?

- Thylko woda, proszę phana.

- Skąd ją wziąłeś?

- Ze zbhiornika, proszę pana.

- Czy przed przyniesieniem stała w kuchni?

- Mój phan nie lubił zimnej, proszę phana. Khazał ją nalewać

godzinę przed posiłkiem.

Baley pomyślał, że mogło to być na rękę komuś, kto o tym

wiedział.

- Kiedy tylko będzie to możliwe, niech jeden z was połączy mnie

z lekarzem, który ogląda waszego pana. Tymczasem, niech mi któryś

wyjaśni, jak działa zawór zbiornika. Chcę wiedzieć, jak wygląda

u was zaopatrzenie w wodę.

Lekarz już wkrótce był osiągalny. Był to najstarszy kosmita,

jakiego Baley kiedykolwiek widział, mógł mieć ponad trzysta lat. Żyły

występowały mu na dłoniach a gładko zaczesane włosy były całkiem

siwe. Miał zwyczaj stukania paznokciem w przednie zęby, co

drażniło Baleya. Nazywał się Olthim Thool.

- Szczęściem, większą część dawki zwrócił - mówił lekarz -

wciąż jednak istnieje groźba, że nie wyżyje. Cóż za tragedia -

westchnął ciężko.

- Co to była za trucizna, doktorze? - spytał Baley.

- Obawiam się, że nie wiem. (klik - klik - klik)

- Jak to? Jak wiec go pan leczy?

- Pobudzając bezpośrednio system nerwowo-mięśniowy a poza

tym pozwalam by natura zrobiła, co do niej należy - Jego pożółkła

twarz, przypominająca znoszony wyrób ze skóry dobrego gatunku

miała zadowolony z siebie wyraz - Mamy niewielkie doświadczenie

w takich sprawach. Nie przypominam sobie drugiego takiego

przypadku w ciągu z górą dwustu lat praktyki.

Baley patrzył na niego z politowaniem - Ma pan przecież jakieś

wiadomości na temat trucizn, nieprawdaż?

- O, tak - (Klik - klik) - Wiedzę ogólną.

- Macie książkofilmy, z których mógłby pan zaczerpnąć

wiadomości.

- To zajęłoby parę dni. Istnieje bardzo wiele trucizn

mineralnych. Używamy środków owadobójczych i nie byłoby

niemożliwością uzyskania toksyn bakteryjnych. Nawet posługując się wzorami

z filmów trzebaby wiele czasu na zgromadzenie wyposażenia i

przygotowanie technik testowania.

- Jeżeli nikt na Solarii nie zna się na tym, - doradził posępnie

Baley - proponowałbym skontaktowanie się z innymi światami.

Tymczasem mógłby pan sprawdzić zawór zbiornika na obecność

trucizny. Niech się pan tam uda osobiście, jeśli to konieczne i zrobi to.

Baley ostro poganiał czcigodnego Kosmitę rozkazując mu niczym

robotowi i zupełnie się nad tym nie zastanawiając. Kosmita zresztą

nie protestował.

Doktor Thool miał jednak wątpliwości Jak można zatruć zawór

zbiornika? Jestem pewien, że to niemożliwe.

- Prawdopodobnie nie, - zgodził się Baley, - ale tak czy

inaczej proszę to dla pewności sprawdzić.

Było to rzeczywiście mało prawdopodobne. Z wyjaśnień robotów

wynikało, że zawór był typowym produktem solariańskiej zapobiegliwości.

Woda wpływająca do zbiornika była uzdatniana. Zapewniano

jej właściwą ilość tlenu, a także najróżniejszych jonów, nawet w

śladowych ilościach, o ile organizm człowieka ich potrzebował. Było

wysoce nieprawdopodobne by jakakolwiek trucizna nie została

wychwycona przez któreś z urządzeń kontrolnych.

Jeśliby zbiornik został uznany za bezpieczny znacznie

ograniczałoby to możliwy czas. Mogło chodzić wyłącznie o tę godzinę, kiedy

karafka (niezakorkowana, pomyślał Baley z goryczą) miała się wolno

nagrzewać, zgodnie z zachcianką Gruera.

Doktor Thool spytał marszcząc czoło - Ale jak mam to

sprawdzić?

- Na Jozafata! Weźmie pan ze sobą jakieś zwierzę i wstrzyknie

mu trochę tej wody albo zmusi je pan do wypicia. Ruszże głową,

człowieku! To samo zrobi pan z zawartością karafki i jeśli została

zatruta, a musiało tak być, przeprowadzi pan kilka najprostszych testów,

opisywanych w filmach. Niechże pan cokolwiek zrobi!

- Chwileczkę! O jakiej karafce pan mówi?

- O karafce z wodą, tę z której robot napełnił szklankę trucizną.

- Ależ, została już umyta, jak sądzę. Z pewnością sprzątnięto ]ą

rutynowo.

Baley jęknął. Oczywiście: Zachowanie dowodów było

niemożliwością gdy tłum pracowitych robotów niszczył je starannie w imię porządku. Powinien był wydać odpowiedni rozkaz ale to nie był

przecież jego świat. Nigdy nie nauczy się tu postępować jak należy.

- Na Jozafata!

Nadeszła w końcu wiadomość, że przeszukano posiadłość Gruera

i nie wykryto żadnych śladów nieproszonych gości.

- To raczej utrudnia rozwiązanie, Eliaszu. Wygląda na to, że

nikt nie może być trucicielem - zauważył Daniel.

Baley, pogrążony w myślach, nie słuchał uważnie. - Co takiego?

...Wcale nie. Wcale nie. Wcale nie. To rozjaśnia sprawę - Nie

wyjaśnił tych słów, wiedząc, że Daniel nie zrozumiałby ani nie wierzył

w to, co dla niego samego było już niewątpliwa prawdą.

Daniel nie prosił zresztą o wyjaśnienia. Takie wdzieranie się

w myśli człowieka, nie byłoby w jego stylu.

Baley chodził tam i z powrotem. Obawiał się nadejścia nocy gdy

budził się w nim lek przed otwartą przestrzenia i rosła tęsknota za

Ziemią. Pragnął, by coś się działo.

- Może byśmy zobaczyli się znów z panią Delmarre? Każ

- robotom nawiązać łączność - zwrócił się do Daniela.

Przeszli do sali spotkań. Baley przyglądał się jak robot wywija

swymi zwinnymi metalowymi palcami. Jakieś niejasne myśli prze-

słaniały mu ten obraz, pierzchły jednak na widok stołu, nakrytego do

obiadu, który zajął nagle połowę sali.

Powitał ich głos Gladii a w chwile później pokażą.'?, się ona sama

- Niech cię to nie dziwi, Eliaszu. Jest właśnie pora obiadu. Jak

widzisz, jestem odpowiednio ubrana.

Tak też było. Miała na sobie jasnobłękitną suknię z długimi ręka-

wami, spływająca jej aż do kostek. Do szyi i ramion przylegała żółta

kreza odrobinę jaśniejsza od jej ułożonych w fale włosów.

- Nie chciałbym ci przeszkadzać przy jedzeniu.

- Jeszcze nie zaczęłam. Może chciałbyś rai towarzyszyć7

- Towarzyszyć ci? - Baley spojrzał na nią podejrzliwie.

Zaśmiała się - Wy, Ziemianie, jesteście zabawni. Nie miałam na

myśli ciebie we własnej osobie. To przecież byłoby niemożliwe. Idź

do swojej jadalni a wtedy będziecie mogli obaj zjeść ze mną razem.

- Ale jeśli stąd wyjdę...

- Twój technik będzie utrzymywał łączność.

Daniel skinął głową. Baley ruszył niepewnie ku drzwiom. Gladia

jej stół i otoczenie ruszyły wraz z nim. Gladia uśmiechała się

zachęcająco - widzisz? Twój technik utrzymuje połączenie.

Baley i Daniel podróżowali ruchomym chodnikiem, którego

Baley zupełnie sobie nie przypominał. Najwyraźniej sale w tej nie-

prawdopodobnej budowli połączone były różnymi przejściami, z

których on znał nieliczne, Daniel zaś, oczywiście wszystkie.

Gladia i jej zastawiony stół towarzyszyli im przez cały czas,

przenikając ściany, czasem unosząc się nad posadzką, a czasem nieco

się w niej pogrążając.

Baley zatrzymał się, mrucząc - To się zaczyna robić meczące...

- Czy nie kręci ci się w głowie? - spytała natychmiast Gladia.

- Trochę.

- Więc każ swojemu technikowi zatrzymać mój obraz i połącz

nas na nowo, kiedy znajdziesz się w jadalni.

- Każe to zrobić, Eliaszu - powiedział Daniel.

Czekał na nich nakryty stół. W talerzach parowała jakaś

brunatna zupa, w której pływały kawałki mięsa pokrojonego w kostki,

a pośrodku stołu królował przygotowany do krojenia jakiś wielki

pieczony ptak. Daniel pomówił z usługującym robotem i oba

rozstawione nakrycia umieszczono w jednym końcu stołu.

Jak na dany znak ściana usunęła się, stół pozornie wydłużył,

a w jego przeciwległym końcu pojawiła się Gladia. Obie sale i 3ba

stoły połączyły się z taką precyzją, że gdyby nie odmienny styl

zastawy stołowej i różne wzory ścian i posadzek można by uwierzyć,

że jedzą razem.

- No proszę! - powiedziała z zadowoleniem Gladia - Czy tak

nie jest wygodniej?

- Jest bardzo wygodnie - zgodził się Baley. Skosztował zupy,

stwierdził że jest wyśmienita i nie żałował sobie - Czy słyszałaś

o agencie Gruerze?

Troska pojawiła się w jej twarzy. Odłożyła łyżkę - Czy to nie

okropne? Biedny Hannis.

- Mówisz mu po imieniu? Znajomy?

- Znam prawie każdego, kto znaczy coś na Solarii. Tu zresztą

wszyscy wszystkich znają.

- Oczywiście! Ilu ich w końcu jest? - pomyślał Baley.

- Znasz więc chyba doktora Althima Thoola? Opiekuje się

Gruerem.

Gladia zaśmiała się. Usługujący robot ukroił jej płat mięsa i

dołożył kilka małych brunatnych ziemniaczków i nieco marchewki

- Oczywiście, że go znam. Mnie też leczył.

- Kiedy to było?

- Po tym... tych kłopotach z moim mężem.

- Czy na tej planecie jest tylko jeden lekarz? - spytał

zdumiony Baley.

- Och, nie! - Przez chwilę poruszała wargami, jakby coś

- liczyła - Jest ich co najmniej dziesięciu. I jeden młody człowiek,

o którym wiem, że studiuje medycynę. Doktor Thool należy do

najlepszych. Ma największe doświadczenie. Biedny doktor Thool.

- Dlaczego biedny?

- Ach, wiesz co mam na myśli. To takie okropne zajęcie być

lekarzem. Kiedy się nim jest, trzeba widywać ludzi i nawet dotykać

ich! Doktor Thool już się z tym pogodził. Nie uchyla się od

widzenia się z pacjentem, jeśli uważa to za konieczne. Leczył mnie -

odkąd byłam dzieckiem. Zawsze był miły i przyjacielski i zawsze

miałam wrażenie, że nie miałby nic przeciw widzeniu mnie. Widział

mnie, na przykład, ostatnio.

- Po śmierci twego męża?

- Tak. Możesz sobie wyobrazić, co czuł widząc ciało mojego

meta i mnie leżącą obok.

- Mówiono mi, że oglądał ciało.

- Ciało tak. Kiedy jednak upewnił się, że żyję i nic mi nie

grozi, kazał robotom podłożyć mi poduszkę pod głowę, zrobić mi

zastrzyk z czegoś tam i wyruszył. Przyleciał tu odrzutowcem. Na-

prawdę! Zajęło mu to niecałe pół godziny. Zaopiekował się mną

i upewnił, że wszystko w porządku. Byłam tak zamroczona kiedy

przyszłam do siebie, że narobiłam wrzasku kiedy mnie dotknął,

bo myślałam, że go tylko oglądam. Był strasznie zakłopotany, biedak,

ale wiem, że chciał jak najlepiej.

Baley skinął głową - lekarze nie mają chyba wiele do roboty

na Solarii?

- Spodziewam się!

- Wiem, że o chorobach zakaźnych nie ma mowy, ale co z

zaburzeniami przemiany materii, miażdżycą, cukrzycą i tak dalej?

- To się zdarza i wtedy jest naprawdę okropnie. Lekarze mogą

zapewnić takim ludziom znośne życie, przynajmniej jeśli chodzi

o ich stan fizyczny ale to najmniej ważne.

- Czyżby?

- Oczywiście. To oznacza, że analiza genetyczna była

- niedoskonała. Nie sądzisz chyba, że pozwolilibyśmy rozwijać się cukrzycy?

Każdy u którego wykryto coś takiego musi poddać się bardzo

szczegółowym ponownym badaniom. Cofnięty zostaje przydział

małżeński, co jest strasznie kłopotliwe dla współmałżonka. To również

oznacza, że nie... żadnych... - jej głos przeszedł w szept - dzieci.

- Żadnych dzieci? - Spytał głośno Baley.

Gladia zaczerwieniła się - Nie wypada wymawiać tego słowa!

Dz... dzieci.

- Można się przyzwyczaić - powiedział Baley szorstko.

- Tak, ale jeśli do tego przywyknę, może mi się zdarzyć, że

powiem to w towarzystwie, a wtedy nic tylko pod ziemię się zapaść...

W każdym razie, jeśli małżeństwo miało dzieci (widzisz powtórzyłam

to słowo) trzeba je odnaleźć i przebadać - to było jedno z zajęć

Rikaina, nawiasem mówiąc - i to dopiero kłopot.

Baley pomyślał o Thoolu. Niekompetencja lekarza była

naturalnym następstwem uwarunkowań społecznych i nie oznaczała niczego

złego. Nie musiała oznaczać. - Można go skreślić, ale cienką

kreską - pomyślał.

Przyglądał się jedzącej Gladii. Jej ruchy były zgrabne i

eleganckie, apetyt miała normalny. Jego własny ptak był wyśmienity.

Gdy chodziło o jedzenie, Zaziemskie światy potrafiłyby rozpieścić

Baleya.

- Co sądzisz, Gladio, o tym otruciu? - spytał.

Podniosła wzrok - Staram się o tym nie myśleć. Może to nie

było otrucie.

- To było otrucie.

- Ale przecież nikogo tam nie było.

- Skąd wiesz?

- Tam nikogo nie mogło być. Nie miał żony, odkąd wyczerpał

swój limit dz.. - wiesz o co mi chodzi. A skoro nie było tam

nikogo, kto mógłby podać mu truciznę, jak mógł zostać otruty?

- A jednak został otruty. To fakt, z którym trzeba się pogodzić.

Zachmurzyła się - Czy sądzisz, że sam to zrobił?

- Wątpię. Dlaczego miałby to robić, i to jeszcze publicznie?

- A wiec to się nie mogło zdarzyć, Eliaszu. Nie mogło!

- Przeciwnie, Gladio! Łatwo można było tego dokonać. Chyba

odgadłem ,jak to było.

8. WYZWANIE RZUCONE KOSMICIE.

Gladia wstrzymała oddech - Ja nie mogę zgadnąć. Czy wiesz

kto to zrobił?

Baley skinął głowa - Ten, kto zabił twego męża.

- Jesteś pewien?

- A ty nie? Morderstwo twojego męża było pierwsze w historii

Solarii. W miesiąc później mamy następne morderstwo. Czy to może

być przypadek? Dwaj mordercy w jednym miesiącu w świecie, który

nie zna zbrodni? Przy tym druga ofiara prowadziła śledztwo w

sprawie pierwszej zbrodni, stanowiła zagrożenie dla mordercy.

- Więc dobrze! - Gladia zajęła się swoim deserem, mówiąc

miedzy jednym a drugim łykiem - Jeśli tak, jestem niewinna.

- Jak to, Gladio?

- No jakże, Eliaszu! W życiu nie byłam nawet w pobliżu

posiadłości Gruera, nie mogłam go więc otruć, a jeśli nie - no to cóż.

nie zabiłam też męża.

Baley jednak milczał. Dobry humor Gladii zniknął i opadły jej

kąciki ust - Czy tak nie uważasz, Eliaszu?

- Nie mam pewności - odpowiedział Baley - Jak ci mówiłem.

znam sposób, którego użyto by otruć Gruera. Każdy mógłby się nim

posłużyć, czy był kiedyś u Gruera, czy nie.

Gladia zacisnęła pięści - Chcesz powiedzieć, że to zrobiłam?

- Tego nie mówię.

- Ale dajesz do zrozumienia - wargi jej zbielały z gniewu, na

policzkach wystąpiły plamy - Czy dlatego chciałeś mnie oglądać?

Zęby mi zadawać podchwytliwe pytania, złapać mnie w pułapkę?

- Chwileczkę...

- Udawałeś, że mi współczujesz, że mnie rozumiesz. Ty... ty

Ziemianinie!

Ostatnie słowa wymówiła już ochrypłym głosem.

Daniel odezwał się zwracając ku Gladii swą idealnie spokojną

twarz - Proszę wybaczyć, pani Delmarre ale tak pani ściska nóż,

ze może się skaleczyć. Proszę uważać.

Gladia spojrzała z wściekłością na krótki, tępy i niewątpliwie

całkiem nieszkodliwy nóż, który trzymała w ręku. Uniosła go

raptownie.

- Nie możesz mnie dosięgnąć, Gladio - rzekł Baley.

- A kto by cię chciał dosięgnąć? Uch - wzdrygnęła się z

przesadnym wstrętem i zawołała - Przerwać połączenie!

Ostatnie słowa musiały być skierowane do niewidocznego robota

i oto jej połowa sali znikły. Znów pojawiła się ściana.

- Czy się mylę, czy też uważasz ją za winną - spytał Daniel.

- Mylisz się - odpowiedział Baley. - Ktokolwiek to zrobił,

potrzebował zupełnie innych cech niż je ma ta biedaczka.

- Ma temperament.

- I co z tego? Większość ludzi go ma. Pamiętaj, że ona żyje

w stałym napięciu. Gdyby ktoś naskoczył na mnie tak, jak na nią,

nie skończyłoby się na wywijaniu głupim małym nożem.

- Nie mogę wydedukować, jak można otruć kogoś na odległość.

- Wiem, że nie możesz - powiedział z satysfakcją Baley.

Rozwiązanie tej akurat łamigłówki nie jest w twojej mocy.

Daniel przyjął te słowa ze zwykłym spokojem.

- Mam dla ciebie dwa zadania, Danielu - rzekł Baley.

- Jakie to zadania, Eliaszu?

- Po pierwsze, skontaktuj się z doktorem Thoolem i spytaj

o stan pani Delmarre po tym, jak zabito jej męża, jak długiego

leczenia wymagała i tak dalej...

- Czy zależy ci na czymś szczególnym?

- Nie, po prostu gromadzę dane. W tym świecie to niełatwa

sprawa. Po drugie: dowiedz się, kto zastąpi Gruera na stanowisku

dyrektora służby bezpieczeństwa i załatw mi połączenie z nim jutro

rano. Co do mnie - powiedział, nie usiłując ukryć niechęci - idę

spać i mam nadzieję, że w końcu zasnę.

- Czy myślisz - spytał z rozdrażnieniem - że mają tu jakieś

przyzwoite książkofilmy.

- Radziłbym wezwać robota - bibliotekarza - odpowiedział

Daniel.

Rozmowa z robotem zirytowała Baleya. Wolałby sam wybierać

książki.

- Nie, - mówił - nie chodzi o klasykę. Chodzi mi o powieści

z życia współczesnej Solarii. Przynieś mi ich z pół tuzina.

Robot podporządkował się (bo musiał) ale nawet sięgając

manipulatorami, by wydobyć książkofilmy z przegródek, plótł coś z

uniżonością o innych działach biblioteki.

- Może panu spodobałyby się powieści przygodowe z czasów

pionierskich, a może znakomite przeglądowe opracowania z dziedziny

chemii z ruchomymi modelami atomów, a może coś z fantasy, a może

z galaktografii? - Ta lista me miała końca.

Baley czekał w ponurym milczeniu na swoje pół tuzina książek,

powiedział - Wystarczy - Sięgnął (własnymi rakami) po czytnik

i wyszedł.

Gdy robot poszedł za nim, pytając - Czy życzy pan sobie pomocy

przy dostrajaniu, proszę pana? - Baley odwrócił się i warknął -.

Nie! Zostań, gdzie jesteś.

Robot skłonił się i przystanął.

Leżąc potem w łóżku, którego szczyt jarzył się światłem, Baley

pożałował lej decyzji. Czytnik był nieznanego mu typu. Zawziął się

jednak i metodą cofania się i posuwania drobnymi kroczkami naprzód

zdołał przecież coś osiągnąć. Jeżeli nawet ostrość była nienajlepsza,

nie była to wysoka cena niezależności od robotów.

W ciągu godziny przejrzał cztery z sześciu filmów. Rozczarowały

go.

Miał swoją teorię. Sądził, że nie ma lepszego sposobu poznania

życia i poglądów w te sprawy, jeśli miał prowadzić śledztwo.

'Trzeba było jednak porzucić teorię. Pobieżna lektura ukazała mu

ludzi, którzy mieli śmieszne problemy, zachowywali głupio i reagowali

w niezrozumiały sposób. Dlaczego jakaś kobieta miałaby

porzucać pracę dowiedziawszy się, że jej dziecko obrało ten sam zawód?

Dlaczego odmawiała wyjaśnienia powodów, dopóki nie wynikły

z tego przykre i śmieszne komplikacje? Dlaczego lekarz i artystka

mieliby się wstydzić tego, że przydzielono ich sobie? Co było tak

szlachetnego w upieraniu się lekarza przy prowadzeniu badań nad

robotami?

Wprowadził piątą powieść do czytnika i ustawił ostrość. Był

piekielnie zmęczony. Był tak zmęczony, że nie zapamiętał z niej (była

to powieść sensacyjna) niczego, oprócz początku, w którym nowy

właściciel posiadłości wchodzi do domu i przegląda sprawozdania

i rachunki, które pokazuje mu pełen szacunku robot.

Zasnął zapewne z czytnikiem przy oczach i przy zapalonych

światłach a robot wszedł, wyjął mu z rąk czytnik i zgasił światło.

W każdym razie zasnął i śnił o Jessie. Wszystko było po

staremu. Nigdy nie opuszczał Ziemi. Właśnie udawali się do komunalnej

stołówki a potem mieli oglądać z przyjaciółmi jakiś spektakl

subeteryczny. Czekała ich przejażdżka drogą ekspresową. Przyglądali

się ludziom i nie martwili o losy świata. Baley był szczęśliwy.

A Jessie była piękna. Straciła nieco na wadze. Dlaczego była aż

tak szczupła? I tak piękna?

I jeszcze coś było nie tak. Świeciło nad nimi słońce. Gdy spojrzał

w górę, zobaczył tylko sklepienie, podstawę górnych poziomów,

a jednak słońce świeciło zalewając wszystko jasnym blaskiem i

nikogo to nie przerażało.

Baley obudził się wstrząśnięty. Kazał robotom podawać śniadanie

a do Daniela nawet się nie odezwał. Nic nie mówił, o nic nie pytaj,

wypił znakomitą kawę, nie czując jej smaku.

Dlaczego śnił o tym słońcu, widzialnym i niewidzialnym

zarazem? Mógł zrozumieć to, że śni o Ziemi i o Jessie ale co miało do

tego słońce? Tak czy inaczej, dlaczego miałby się tym martwić?

- Partnerze Eliaszu! - odezwał się cicho Daniel.

- Co takiego?

- Za pół godziny mamy mieć połączenie z Corwinem

Attlebishem. Jesteśmy umówieni.

- Kto to, u diabła jest ten Corwin Jakiś tam - spytał ostro

i dolał sobie kawy.

- Był zastępcą Gruera, Eliaszu, a obecnie jest dyrektorem

służby bezpieczeństwa.

- Daj mi go!

- Spotkanie - jak mówiłem, ma się odbyć za pół godzin-.

- Nie szkodzi. Daj mi go zaraz. To rozkaz!

- Spróbuję, Eliaszu. On jednak może nie przyjąć wezwania.

- Zaryzykujmy, Danielu. Zrób to.

Dyrektor służby bezpieczeństwa przyjął wezwanie i po raz

pierwszy na Solarii ujrzał Baley Kosmitę, który wyglądał tal:, jak

sobie Ziemianie wyobrażali Kosmitę. Attlebish był wysoki, szczupły

i opalany. Miał piwne oczy i wydatny podbródek.

Przypominał nieco Daniela, o ile jednak Daniel miał twarz

idealną, prawie olimpijską, w twarzy Corwina Attlebisha były cechy

człowieczeństwa.

Attlebish golił się. Mały ołówek abrazyjny wyrzucał strumień

czas :".-, który unosił i rozpylał zarost. Baley rozpoznał ten znany

mu tylko ze słyszenia przyrząd.

- Pan jest tym Ziemianinem? - spytał Attlebish, ledwie

otwierając usta, gdy chmurka pyłu przelatywała mu przed nosem.

- Eliasz Baley, agent C-7. Pochodzę z Ziemi.

- Zjawia się pan za wcześnie - Attlebish wyłączył swą

maszynkę do golenia i rzucił ją gdzieś poza zasięg widoczności. - Co pan

sobie myśli?

Taki ton nie spodobałby się Baleyowi nawet gdyby był w lepszym

humorze. Teraz go to rozwścieczyło. Spytał - Jak się czuje

dyrektor Gruer?

- Jeszcze żyje. Chyba będzie żył - odpowiedział Attlebish.

Baley skinął głową - Wasi truciciele nie mają pojęcia o

dawkowaniu. Brak im doświadczenia. Podali Gruerowi zbyt dużą dawkę,

no i zwrócił ją. Połowa tej ilości zabiłaby go.

- Truciciele? Nie ma dowodów, że to było otrucie.

Baley wytrzeszczył oczy - Na Jozofata! Co to mogłoby być

innego?

- Wiele rzeczy może się człowiekowi przytrafić - Attlebish

sprawdzał palcami dokładność golenia. - Niełatwo powiedzieć coś

o przemianie materii u kogoś, kto ma ponad dwieście pięćdziesiąt.

- Czy zasięgnął pan opinii lekarzy?

- Sprawozdanie doktora Thoola...

To wystarczyło. Gniew kipiący w Baleyu wybuchnął. Krzyknął

na całe gardło - Nie obchodzi mnie doktor Thool. Mówię o

kompetentnych lekarzach! Wasi lekarze tak samo nie znają się na niczym

jak wasi detektywi. Musieliście sprowadzać detektywa z Ziemi,

Sprowadźcie też lekarza.

Solarianin patrzył na Baleya lodowatym wzrokiem - Czy chce

mnie pan pouczać?

- Tak, mniejsza o rangę. Może pan być moim gościem. Gruer

został otruty. Byłem tego świadkiem. Wypił, zemdliło go, zaczął

jęczeć, że go pali gardło. Biorąc pod uwagę, że prowadził dochodzenie...

- Baley urwał.

- Jakie dochodzenie? - spytał Attlebish.

Baley uświadomił sobie, że o dziesięć stóp od niego siedzi jak

zwykle Daniel. Gruer nie chciał aby przedstawiciel Aurory

dowiedział się o dochodzeniu. Powiedział bez przekonania - Były pewne

implikacje polityczne.

Attlebish skrzyżował ramiona. Miał nieobecny, znudzony i

trochę nieprzyjazny wyraz twarzy - Na Solarii nie ma polityki.

Hannis Gruer jest dobrym obywatelem ale ma za dużo wyobraźni.

Usłyszawszy o panu, upierał się by pana sprowadzić. Zgodził się nawet

na pańskiego towarzysza z Aurory, bo taki był warunek. Nie

uważałem tego za konieczne. Wszystko jest jasne. Rikaina Delmarre

zabiła żona. Dowiemy się jak i dlaczego. Nawet zresztą, gdybyśmy

się nie dowiedzieli i tak zostanie poddana analizie genetycznej i

podejmiemy odpowiednie kroki. Co do Gruera, pańskie fantazje o

otruciu są bez znaczenia.

Baley z niedowierzaniem spytał - Chce pan powiedzieć, że jestem

tu zbędny?

- Tak właśnie uważam. Może pan wracać na Ziemie. Doradzał-

bym nawet pośpiech.

Baley był zaskoczony własną reakcją. Krzyknął - Nie proszę

pana! Ja się stąd nie ruszę!

- Wynajęliśmy pana, agencie. Możemy pana zwolnić. Wróci pan

nna swoją planetę

- Nie! Radzę słuchać! Pan jest Kosmitą a ja Ziemianinem, ale

muszę stwierdzić, że pan się po prostu boi.

- Proszę cofnąć te słowa! - Attlebish patrzył wyniośle na

Ziemianina z wysokości sześciu stóp.

- Boi się pan jak wszyscy diabli. Sądzi pan, że jeśli będzie się

pan wgłębiał w tę sprawę, przyjdzie kolej i na pana. Ustępuje im

pan, by pozostawili pana w spokoju, darowali panu pańskie marne

życie - Baley nie miał pojęcia, kim byli "oni". Uderzał na oślep

i cieszył się, że dźwięk tych słów wyprowadził tamtego z równowagi.

- Wyjedzie pan - Attlebish wskazał palcem z wściekłością -

i to w ciągu godziny. Nie będzie żadnych dyplomatycznych względów

zapewniam pana!

- Może pan sobie darować te groźby, Kosmito! Wiem, że ma pan

Ziemię za nic, ale nie jestem sam. Mój partner. Daniel Olivaw jest

z Aurory. Niewiele mówi, nie po to tu jest. Mówienie to moja sprawa.

Potrafi jednak diabelnie dobrze słuchać. Nie zapomina ani słowa!

- Krótko mówiąc panie Attlebish - Baley z przyjemnością

pominął tytuły - Aurorę i czterdzieści parę innych światów

interesuje, jakie to małpie figle stroicie tu, na Solarii. Jeśli wyrzuci pan

nas, następna delegacja odwiedzi Solarię na okrętach wojennych.

Przekonaliśmy się już na Ziemi, jak działa ten schemat. Urażona

duma oznacza okręty wojenne w rewanżu.

Attlebish spojrzał na Daniela z namysłem. Spuścił nieco z tonu

- Nie dzieje się tu nic, co zasługiwałoby na uwagę.

- Gruer myślał inaczej i mój partner o tym wie.

Daniel przeniósł przy tych słowach wzrok na Ziemianina, ale

Baley nie zważał na to. - Zamierzam kontynuować to śledztwo.

Normalnie zrobiłbym wszystko by móc wrócić na Ziemie. Nie mogę

o tym myśleć spokojnie. Gdybym był właścicielem tego zarobocianego

pałacu oddałbym go razem z robotami, z panem i pańskim

ohydnym światem w dodatku, za bilet powrotny na Ziemię.

- Nie zamierzam jednak odchodzić na pański rozkaz. Nie

odejdę dopóki nie zakończę powierzonej mi sprawy. Niech pan spróbuje

się mnie pozbyć wbrew mej woli a zajrzy pan w lufy kosmicznej

artylerii!

- Poza tym, od tej chwili to śledztwo będzie prowadzone po

mojemu. Ja nim będę kierował. Będę widział ludzi których zechcę

zobaczyć, widział, a nie oglądał. Żądam na to oficjalnej zgody

pańskiego urzędu.

- To

niemożliwe, to nie do przyjęcia...

- Danielu, wytłumacz mu!

Humanoid przemówił beznamiętnym tonem - Jak poinformował

pana, dyrektorze Attlebish mój partner, zostaliśmy tu skierowani

by przeprowadzić śledztwo w sprawie morderstwa. To sprawa

zasadniczej wagi. Nie zamierzamy oczywiście, naruszać któregokolwiek

z waszych zwyczajów. Być może widywanie ludzi nie będzie

konieczne. byłoby jednak pomocne, gdyby udzielił pan zgody na te widzenia,

które okażą się niezbędne, jak tego żądał agent Baley, Co do

opuszczenia tej planety wbrew naszej woli, nie doradzalibyśmy tego,

chociaż byłoby nam przykro gdyby nasz dalszy pobyt wydał się

panu, czy komukolwiek na Solarii, uciążliwy.

Baley słuchał tych napuszonych zdań, z zimnym zacięciem ust.

które nie było uśmiechem. Dla kogoś, kto wiedział, że Daniel jest

robotem, jasne było ze usiłuje on nie urazić nikogo, Baleya ani

Attlebisha. Dla kogoś jednak, kto brał Daniela za przedstawiciela

Aurory, najstarszego i najpotężniejszego z Zaziemskich światów,

brzmiało to jak seria zawoalowanych gróźb.

Attlebish dotknął palcami czoła - Pomyśle o tym.

- Byle nie za długo - powiedział Baley - bo chcę złożyć komuś

wizytę w ciągu godziny i to nie w stereowizji. Koniec oglądania.

Dał znać robotowi by przerwał połączenie i przez chwilę jeszcze

patrzył z niedowierzaniem w miejsce, które zajmował Attlebish. Nie

zaplanował niczego z tego, co zaszło. Był to odruch, u przyczyn

którego leżał jego cen - i niepotrzebna arogancja Attlebisha. Cieszy i

się jednak ze ta'; się stało. Miał, czego chciał. Przejął ster.

- Tak właśnie należy rozmawiać z tym parszywym Kosmitą! -

pomyślał Gdyby tak cała ludność Ziemi mogła tego posłuchać! Przy

tym tamten wyglądał jak typowy Kosmita. Tym lepiej.

Nie rozumiał jednak, dlaczego tak gwałtownie pragnął tych

widzeń. Widzenie (nie oglądanie) było częścią jego planu. Mówił

jednak o tym w takim uniesieniu, że gotów był rozwalić ściany tego

domu, choć było to, oczywiście bezcelowe.

- Dlaczego?

Było coś oprócz tej sprawy, co go pobudziło, coś co nie miało nic

wspólnego z bezpieczeństwem Ziemi. Dziwne, ale przyszedł mu

na myśl sen o słońcu świecącym poprzez wszystkie nieprzejrzyste

poziomy olbrzymich podziemnych miast Ziemi.

Daniel powiedział z namysłem (o ile dawało się to odczytać z

jego głosu) - Czy to aby bezpieczne, Eliaszu? Zastanawiam sio nad

tym.

- W każdym razie to poskutkowało. Nie był to zresztą bluff.

Myślę, że dla Aurory jest naprawdę ważne wykrycie tego co się

dzieje na Solarii i że Aurora o tym wie. Przy okazji, dziękuje żeś

nie sprostował moich słów.

- To całkiem naturalne. Zaprzeczyć ci znaczyłoby zaszkodzić

ci, Attlebish zaś poniósł szkodę raczej nieznaczna. Powtarzam

jednak, że twoja nowa propozycja jest niebezpieczna.

- O jakiej propozycji mówisz?

- O twoim zamiarze widywania ludzi. Chodzi o przeciwieństwo

oglądania. Nie aprobuję tego.

- Rozumiem, o co chodzi, Nie proszę o aprobatę.

- Otrzymałem instrukcje, partnerze Eliaszu. Nie wiem, co ci

powiedzie! dyrektor- Gruer podczas mojej nieobecności zeszłego

wieczoru. Ze zmiany twego podejścia do sprawy wynika jedno, że coś

ci powiedział. Jeślibym miał zgadywać, musiał cię uprzedzić o

możliwym zagrożeniu innych planet wynikającymi z rozwoju sytuacji

na Solarii.

Baley sięgnął po fajkę. Robił to od czasu do czasu i zawsze

wtedy irytował się, nie znajdując jej i przypominając sobie, że nie może

palić. Powiedział - Jej s, ich tylko dwadzieścia tysięcy. Jakie mogą

stanowić zagrożenie?

- Moich zwierzchników na Aurorze niepokoi od pewnego czasu

Solaria. Nie powiedzieli mi wszystkiego...

...A i tego, co ci powiedzieli, nie wolno ci powtórzyć, nieprawdaż?

- Trzeba będzie wiele wyjaśnić, zanim będziemy mogli mówić

o tym swobodnie - odpowiedział Daniel.

- Więc dobrze, jakie mogą być dokonania Solarian? Nowe

bronie? Opłacanie działalności wywrotowej? Kampania indywidualnych

zabójstw? Co może zdziałać dwadzieścia tysięcy przeciw setkom

milionów Kosmitów?

Daniel milczał

- Wiesz, ze zamierzam to wyjaśnić

- Ale chyba nie w sposób, jaki proponujesz. Eliaszu? Mam

polecenie, by jak najtroskliwiej strzec twego bezpieczeństwa.

- Tak czy inaczej musiałbyś to robić Pierwsze Prawo!

- A nawet coś więcej. Gdyby zaistniał konflikt miedzy

bezpieczeństwem twoim a czyimś, mam bronić twojego

- Wiem, dlaczego. Gdyby mi się coś stało, me mógłbyś pozostać

na Solarii. Wynikłyby komplikacje, których nie życzy sobie Aurora

Póki zaś żyję, jestem tu na prośbę Solarii i możemy użyć tego

argumentu, by ich zmusić do zatrzymania nas. Moja śmierć zmienia

wszystko, masz wiać rozkaz zachowania mnie przy życiu. Czy me

mam racji?

- Nie ośmielam się poddawać w wątpliwość otrzymanych

rozkazów.

- W porządku. Możesz się nie martwić Jeśli uznam za

konieczne widzieć kogoś, nie zabije mnie otwarta przestrzeń.

Przeżyje i chyba nawet przywykną.

- Chodzi me tylko o otwartą przestrzeń, Eliaszu. Nie pochwa-

lam zamiaru widywania Solarian.

- Chodzi o to, ze tego nie lubią0 Tym gorzej dla nich. Niech

wkładają rękawice i noszą filtry w nosie. Niech odkażają powietrze,

a jeśli widzenie mnie we własnej osobie jest dla nich obraza

moralności, mech się krzywią i niech się rumienią. Uważam widywanie ich

za konieczne i będę to robił.

- Nie mogę ci na to pozwolić.

- Ty nie możesz pozwolić mnie?

- Chyba rozumiesz, Eliaszu, dlaczego?

- Nie rozumiem!

- Weź pod uwag,., że dyrektor Gruer, główna solariańska

osobistość w tym śledztwie, został otruty. Jeśli pozwolę ci postępować

według twego planu, będzie to oznaczało narażenie twej osoby.

Będziesz nieuchronnie następna ofiarą. Jak więc mógłbym ci pozwolić

opuścić ten niebezpieczny dom?

- A jak możesz mnie zatrzymać. Danielu?

- Sil.,, jeśli to będzie konieczne, partnerze Eliaszu - powiedział

chłodno Daniel. - Nawet gdybym musiał cię zranić. Zginiesz z

pewnością, jeśli tego me zrobię.




9. SZACH ROBOTOWI.




- Zranisz mnie, by mnie zachować przy życiu, Danielu?

- Nie sądzę, by to było konieczne, Eliaszu. Wiesz, że jestem

silniejszy i nie będziesz się Opierał W razie konieczności jednak będę

musiał cię zranić.

- Mógłbym cię zaraz na miejscu zastrzelić - powiedział Baley.

Mnie nic nie powstrzymuje

- Przewidziałem to. że mógłbyś 7ająć takie stanowisko w ja-

kimś momencie naszych obecnych stosunków, partnerze Eliaszu.

Przyszło mi to na myśl, kiedy zacząłeś zachowywać się agresywnie!

w pojeździe. Kiedy więc zasnąłeś, moja pierwszą czynnością było

rozładowanie twojego blastera.

Baley zagryzł wargi. Sięgnął do kabury, wydobył broń i

spojrzał na licznik. Wskazywał zero.

Przez chwilę ważył w roku bezużyteczny kawał metalu. Mógłby

cisnąć nim w głowę Daniela, ale po co? Robot zdążyłby się uchylić.

Schował blaster. Naładuje go przy pierwszej okazu

- Nie uda ci się racje! oszukać, Danielu!

- Jak to, Eliaszu?

- Zachowujesz sio nazbyt władczo. Całkowicie mnie

zneutralizowałeś. Czy jesteś robotem?

- Miałeś już kiedyś co do tego wątpliwości.

- Przed rokiem na Ziemi, miałem wątpliwości czy R. Daniel

Olivaw jest robotem okazał D się, ze jest Teraz jednak pytani' czy

ty jesteś R. Danielem?

- Jestem nim.

- Doprawdy? Daniela zaprojektowano by dokładnie naśladował

Kosmitę. Czemu nie miałby istnieć Kosmita, j dokładnie naśladujący

Daniela?

- Jaki miałoby to cel?

- Prowadzenie tego śledztwa wymaga więcej inicjatywy i

zdolności niż mógłby ich mieć robot. Przyjmując! role Daniela i

pozwalając mi uważać się za szefa, miałbyś mnie pod kontrola,, dając mi

fałszywe poczucie wyższości. W końcu mnie j zawdzięczasz tę prace,

wiec powinienem pozostać uległy.

- Wcale tak nie jest, Eliaszu.

- Czemu więc wszyscy Solarianie, z którymi mieliśmy do

czynienia uznali cię za człowieka? Są przecież biegli w robotyce. Czy

tak łatwo ich oszukać? Wydaje mi się, że oni wszyscy nie mogą się

mylić. Dużo bardziej prawdopodobne jest, że to ja się myliłem.

- Wcale nie, partnerze Eliaszu.

- Udowodnij to - powiedział Baley, zbliżając się do stołu. -

Nie będziesz miał z tym trudności, jeżeli jesteś robotem. Pokaż, że

masz metal pod skórą!

- Zapewniam cię... - zaczął Daniel.

- Pokaż ten metal! - rzekł szorstko Baley - To rozkaz. A

może nie musisz słuchać rozkazów?

Daniel rozpiął koszulę. Ukazała się gładka, brązowa skóra. Palce

Daniela nacisnęły mocno tuż pod prawą brodawką. Skóra i mięśnie

rozszczepiły się bezkrwawo na całej długości j klatki piersiowej i spod

spodu błysnął metal.

W tym momencie palce Baleya oparte na krawędzi stołu prze-

sunęły się o pół cala, popychając płytkę kontaktową. Natychmiast

pojawił się robot.

- Nie ruszaj się Danielu! - krzyknął B: ale y .- To rozkaz!

Daniel stał nieruchomo, jakby uleciało z j niego życie. Baley

spytał robota - Czy możesz sprowadzić jeszcze! paru chłopców nie wy-

chodząc samemu?

- Tak, proszę pana - odpowiedział robot. Pojawiły się jeszcze

dwa roboty. Cała trójka ustawiła się w szeregu.

- Chłopcy! - przemówił do nich Baley. - Czy widzicie ten

twór, który uważaliście za człowieka?

Sześcioro płonących oczu zwróciło się ku Danielowi. Roboty od-

powiedziały uniżono - Widzimy, proszę pana.

- Czy widzicie, że ten niby człowiek jest w istocie robotem, tak

jak wy, że jego wnętrze jest z metalu, że tylko wygląda jak człowiek?

- Tak, proszę pana!

- Nie musicie wykonywać jego rozkazów, rozumiecie?

- Tak, proszę pana!

- Ja natomiast jestem naprawdę człowiekiem...

Roboty zawahały się. - Teraz pewnie niczego, co wygląda jak

człowiek, nie będą uważały za człowieka - pomyślał Baley.

Potem jednak jeden z robotów oświadczył - Pan jest

człowiekiem, proszę pana. - Baley odetchnął.

- Możesz się już ruszać, Danielu.

Daniel przyjął swobodniejszą pozycję i powiedział chłodno -

A więc twoje wątpliwości co do mojej tożsamości to był po prostu

podstęp ułożony aby wyjawić moją naturę tamtym!

- Baley odwrócił wzrok. - To tylko maszyna. Nie oszukuje się

maszyny!, nie mógł jednak pozbyć się uczucia wstydu. W Danielu,

nawet kiedy stał tak, z otwartą klatką piersiową było coś ludzkiego,

coś co mogło być zdradzone.

- Danielu, zaniknij to i posłuchaj. Nie jesteś silniejszy od tych

trzech robotów. Zgadzasz się?

- To oczywiste, partnerze Eliaszu.

- W porządku! Co do was chłopcy, - Baley zwrócił się do trzech

robotów - nie wolno wam nikomu mówić, że Daniel jest Robotem.

Nigdy i nikomu, chyba że otrzymacie ode mnie i tylko ode mnie

inne polecenie.

- Dziękuję! - wtrącił Daniel cicho.

- Temu robotowi o ludzkim wyglądzie nie wolno jednak mi

przeszkadzać. Jeśli będzie tego próbował macie go powstrzymać,

uważając by go nie uszkodzić. Nie wolno mu oglądać ani widzieć

nikogo z ludzi, oprócz mnie, ani żadnych robotów, oprócz was. Ma

przebywać w tej sali. Wy też tu pozostańcie. Zwalniam was z innych

obowiązków. Czy to jasne?

- Tak, proszę pana - odezwał się Chór głosów.

- Daniel stał z opuszczonymi rękami - Nie wolno mi przez swą

bezczynność dopuścić do wyrządzenia ci krzywdy, Eliaszu, ale w tych

okolicznościach pozostała mi tylko bezczynność. Nie mogę nic zrobić.

Mam nadzieję, że wyjdziesz z tego zdrów i cały.

- Otóż to - pomyślał Baley. - To przykład roboclej logiki.

Logika mówi Danielowi, ze znalazł się w szachu. Rozsądek, gdyby

go miał, powiedziałby mu że trudno wszystko przewidzieć i że

druga strona może się pomylić. Nic z tego jednak. Robot jest logiczny

ale nie jest rozsądny.

Baley znów poczuł ukłucie wstydu. Nie mógł się powstrzymać

przed próbą pocieszenia tamtego - Danielu, gdyby mi nawet groziło

niebezpieczeństwo, a tak nie jest, - dodał szybko, spojrzawszy na

inne roboty - wykonywałbym jedynie swoje obowiązki. Płacą mi za

to. Mam obowiązek nie dopuścić, by ludzkość poniosła szkodę. To tak

jak z twoim obowiązkiem ochrony pojedynczego człowieka.

Rozumiesz?

- Nie rozumiem, partnerze Eliaszu.

- Nie jesteś do tego stworzony. Daję ci słowo, że gdybyś był

człowiekiem, rozumiałbyś to.

Daniel skinął przyzwalająco głową i pozostał na miejscu gdy

Baley ruszył ku drzwiom. Roboty rozstąpiły się by go przepuścić. Ich

fotoelektryczne oczy utkwione były w Danielu.

Baley szedł ku swobodzie. Serce biło mu szybciej. Nagle

podskoczyło. Z drugiej strony drzwi stał robot.

Czyżby coś było nie w porządku?

- O co chodzi, chłopcze? - warknął.

- Przesyłka do pana. Z biura dyrektora służby bezpieczeństwa

Attlebisha.

Baley wziął do ręki kapsułkę, która natychmiast się otworzyła.

Nie zaskoczyło go to. Solaria miała w aktach jego odciski palców

(kapsuła otwierała się przy zetknięciu z jego liniami papilarnymi).

Przeczytał pismo. Była to oficjalna zgoda na widywanie osób,

które zechce przesłuchać, za zgodą tych osób, które jednak

zobowiązano do udzielenia "agentom Baleyowi i Olivawowi" wszelkiej

możliwej pomocy.

Attlebish skapitulował tak całkowicie, że jako pierwsze wypisał

nazwisko Ziemianina. Wróżyło to śledztwu jak najlepiej. Wreszcie

będzie prowadzone tak, jak powinno.

Baley znów leciał samolotem jak niedawno z Nowego Jorku do

Waszyngtonu. Tym razem było jednak inaczej. Okna w tym

samolocie były odsłonięte i lśniły błękitem. Był piękny, słoneczny dzień.

Baley próbował nie zwijać się w kłębek. Krył głowę w kolanach

tylko wtedy gdy naprawdę już nie mógł wytrzymać. Miał, czego sam

chciał. Poczucie wolności, wrażenie triumfu po zwycięstwie nad

Attlebishem i Danielem, wymuszenie na Kosmitach uznania godności

Ziemi, wszystko to zobowiązywało. Zaczął od tego, że przeszedł pod

gołym niebem do samolotu. Lekki zawrót głowy wydał mu się

zabawny. W przypływie pewności siebie polecił nie zasłaniać okien.

- Muszę do tego przywyknąć - myślał, wpatrując się w błękit,

dopóki serce nie zaczęło mu bić gwałtownie a ściskanie w gardle

stało się trudne do zniesienia.

Musiał zamykać oczy i chować głowę w ramiona w coraz krótszych

odstępach czasu. Jego pewności siebie z każdą chwilą ubywało i

nawet dotyk świeżo naładowanego blastera nie mógł tego zahamować.

Próbował skupić się na swoich planach. Musi najpierw poznać

zwyczaje tej planety, narysować tło do którego wszystko inne będzie

pasować, albo straci sens.

Zobaczyć socjologa!

Spytał robota o nazwisko najbardziej znanego socjologa na

Solarii. Dobrą strona kontaktów z robotami było to, że nie stawiały

pytań. Robot podał nazwisko i zauważył, że jest właśnie pora lunchu,

zapewne więc socjolog poprosi o przesunięcie spotkania.

Pora lunchu? Nie bądź śmieszny! - powiedział ostro Baley. -

Do południa jeszcze dwie godziny.

- Używam czasu lokalnego, proszę pana.

Baley wytrzeszczył oczy, ale po chwili zrozumiał, o co chodzi

W Miastach Ziemi dzień i nie następowały po sobie stosowanie do

wymagań społeczeństwa. Na planecie zaś, jak ta wystawionej ku

słońcu dzień i noc nie były wcale sprawą wyboru. Trzeba było przyjąć,

chcąc nie chcąc, narzuconą kolejność ich Następowania po sobie.

Baley spróbował wyobrazić sobie świat jako kulę oświetlaną

w miarę obracania się. Niełatwo mu to przyszło i poczuł coś w

rodzaju pogardy dla pyszałkowatych kosmitów, którzy w tak podstawowej

kwestii jak upływ czasu zdali się na kaprysy planet.

- Tak czy owak, skontaktuj się z nim.

Kiedy samolot wyładował roboty wyszły na spotkanie. Baley

przekonał się, ?Ą cały się trzęsie.

- Podaj | mi ramie, chłopcze - mruknął do najbliższego robota.

Socjolog czekał w hallu. Uśmiechnął się półgębkiem - Pan Baley!

Dobry wieczór!

- Dobry wieczór panu! Czy byłby pan uprzejmy kazać zasłonić

okna9 - poprosił Baley goniąc resztkami tchu.

- Są już zasłonięte. Wiem coś niecoś o ziemskich zwyczajach.

Proszę za mija.

Baley radził już sobie bez pomocy robota. Szedł za gospodarzem

przez labirynt korytarzy a kiedy w końcu usiadł w wielkiej stylowej

komnacie, rajd był, że może odpocząć.

W niszach ściennych stały różowo-złote abstrakcyjne rzeźby.

Przyjemnie było na nie patrzeć. Nie nasuwały zbyt oczywistych

skojarzeń. Wielkie pudło z wiszącymi białymi cylindrami i licznymi

pedałami wyglądało na instrument muzyczny.

Kosmita wyglądał dokładnie tak samo, jak podczas seansu

łączności tego dnia. Był wysoki, szczupły, siwowłosy. Miał trójkątną

twarz, wydatny nos, głęboko osadzone bystre oczy.

Nazywał się Anzelmo Quemot.

Przyglądali się sobie aż w końcu Baley poczuł że musi już pole-

gać na swym głosie. Jego pierwsze słowa, zupełnie niezaplanowane,

nie miały nic! wspólnego ze śledztwem.

- Czy mógłbym się czegoś napić?

- Napić? Myśli pan o wodzie? - Spytał socjolog nieco zbyt

wysokim głosem?

- Wolałbym coś mocniejszego.

Socjolog zrobił taką minę, jakby nie słyszał o obowiązkach

gościnności. - I pewnie tak było - myślał Baley. W świecie gdzie jedynie

oglądano się! nawzajem, nie było zwyczaju częstowania gości.

Robot przyniósł emaliowany pucharek. Napój w nim był

jasnoróżowy. 'Baley powąchał ostrożnie i jeszcze ostrożniej skosztował.

Pierwszy łyk wyparował, pozostawiając miłe wrażenie gorąca.

Następny był już bardziej materialny.

- Może i jeszcze trochę?

- Może | później, dziękuję. Bardzo to uprzejmie, że zgodził się

pan mnie widzieć.

Quemot usiłował się uśmiechnąć ale nie zdołał. - Minęło wiele

czasu odkąd robiłem takie rzeczy! - Aż się skręcał, mówiąc to.

- Musi to panu sprawiać kłopot.

- Owszem -- Quemot odszedł w drugi koniec sali i obrócił

stojący tam fotel tak, że kiedy usiadł nie patrzył na Baleya. Zaciskał

urękawiczone dłonie. Nozdrza mu drżały.

Baley wypiwszy czuł miłe ciepło i odzyskał nieco pewności siebie.

- Co pan właściwie czuje w mojej obecności, doktorze?

- To bardzo osobiste pytanie - mruknął socjolog.

- Wiem. Jak panu mówiłem prowadzę śledztwo w sprawie

morderstwa i musze stawiać wiele pytań, także osobistych.

- Mam nadzieje, że będą przyzwoita - Quemot nie patrzył na

Bak'- a jeśli już spotykał jego wzrok, umykał spojrzeniem.

- Nie pytam z czystej ciekawości, co "pan czuje. To ważne dla

śledztwa.

- Nie rozumiem dlaczego.

- Muszę wiedzieć jak najwięcej o tym świecie, rozumieć uczucia

Solarian.

Quemot nie patrzył już wcale na Baleya, gdy mówił wolno -

Moja żona zmarła przed dziesięciu laty. Nie było mi łatwo ją

widywać ale można do tego przywyknąć. Nie narzucała rei się. Nowej

żony mi nie przydzielono. Nie jestem już w wieku... - patrzył na

Baley "a jakby spodziewał się że dokończy ja a gdy ten milczał

ciągnął zniżając głos - płodzenia. Z braku żony odwykłem od widzenia

ludzi.

- Czy odczuwa pan panikę? - Baley pomyślał o samolocie.

- Nie - Quemot obrócił głowę b" spojrzeć na Baleya, po czym

odwrócił wzrok. Szczerze mówiąc wydaje mi się, że czuje pański

zapach.

- Mój zapach? - Baley odchylił się do tylu.

- To oczywiście, sprawa wyobraźni. Nie wiem, czy wydziela pan

jakąś woń, bo nawet gdyby tak było, filtry by jej nie przepuściły.

Wyobraźnia jednak... - wzruszył ramionami.

- Rozumiem.

- Jest i coś więcej. Proszę, mi wybaczyć ale w obecności

drugiego człowieka mam wrażenie, że dotyka mnie coś śliskiego, coś, przed

czym się wzdrygam. To bardzo nieprzyjemne.

Baley poskrobał się za uchem. Starał się powściągać irytację. Była

to, mimo wszystko, chorobliwa reakcja tamtych na coś zupełnie

normalnego.

- Jeśli tak, dziwię się, że zgodził się pan widzieć się ze mną.

Musiał pan przewidywać nieprzyjemności.

- Zgadza się ale, wie pan, byłem ciekaw. Pan jest Ziemianinem.

Baley pomyślał, że chyba powinno to być argumentem przeciw

widzeniu ale spytał tylko - I cóż stąd.?

Coś w rodzaju entuzjazmu zabrzmiało w głosie Quemota - To

nie tak łatwo wyjaśnić. Zajmuję się socjologią od dziesięciu lat. Wy-

sunąłem parę nowych twierdzeń. W związku z jednym z nich

zainteresowałem się Ziemią i Ziemianami. Otóż, jeśli przyjrzeć się

społeczeństwu i zwyczajom Solarii staje się oczywiste, że to społeczeństwo

i te zwyczaje wywodzą się z Ziemi.



10. HISTORIA KULTURY



- Co takiego? - Baley nie mógł się powstrzymać od okrzyku.

Quemot spojrzał przez ramię - Nie chodzi Q obecną kulturę

Ziemi.

- Ach tak?

- Chodzi o przeszłość, o historię starożytną. Zna ją pan,

oczywiście, jak Ziemianin.

- Oglądałem książki - powiedział wymijająco Baley.

- A wiec wie pan, co mam na myśli.

Baley, który tego nie widział, rzekł - Chciałbym, żeby mi pan

wytłumaczył, doktorze, dlaczego Solaria tak się różni od innych Za-

ziemskich Światów, skąd tu tyle robotów, dlaczego wasze zwyczaje

są takie, jakie są. Przepraszam, jeśli to wygląda na zmianę tematu.

Zależało mu na zmianie tematu. Dyskusja o różnicach i

podobieństwach kultur Ziemi i Solarii byłaby strata czasu. Mógłby tu spędzić

cały dzień, nie dowiedziawszy się niczego użytecznego.

Quemot uśmiechnął się - Woli pan porównywać Solarię z innymi

Zaziemskimi Światami, niż Solarię z Ziemią?

- Ziemie znam, proszę pana.

- Jak pan woli - Solarianin zakasłał. - Nie obrazi się pan, jeśli

się odwrócę? Tak będzie mi wygodniej

- Jak pan sobie życzy - rzekł sucho Baley.

- Świetnie - robot obrócił fotel. Choć oparcie zasłoniło

socjologa całkowicie, jego głos nabrał życia, pogłębił się nawet i okrzepł.

- Solaria została zasiedlona przed trzystu laty. Pierwsi osadnicy

byli Neksonianami. Zna pan Nekson?

- Niestety nie.

- To niedaleko, zaledwie dwa parseki stąd. Solaria i Nekson są

parą najbliższych sobie zamieszkałych światów w Galaktyce. Solaria

była nosicielką życia. Zanim jeszcze zamieszkali na niej ludzie,

znakomicie nadawała się do zasiedlenia. Przyciągała zamożnych Neksonian. którym coraz trudniej było żyć na poziomie do którego

nawykli w miarę, jak zapełniała się ich planeta.

- Zapełniała się? - Myślałem że Kosmici praktykują kontrolę

urodzeń - wtrącił Baley.

- Solaria, tak ale światy Zaziemskie w ogóle - raczej rzadko.

W czasie, o którym mówię liczba ludności Neksonu osiągnęła dwa

miliony. Było wystarczająco ciasno, by stało się konieczne ograniczenie

liczby robotów, które mogła posiadać jedna rodzina. Kto więc tylko

mógł, budował sobie letni dom na Solarii, żyznej, pozbawionej

drapieżników, z umiarkowanym klimatem.

- Osadnicy mogli żyć na Solarii według swych upodobań. Mogli

mieć tyle robotów na ile ich było stać. Posiadłości mogły być

dowolnie duże. Na pustej planecie nie było problemu z przestrzenią a przy

nieograniczonej liczbie robotów nie było problemów z uprawą ziemi.

Liczba robotów wzrosła tak znacznie, że trzeba je było wyposażyć

w system łączności radiowej i takie były początki naszych sukcesów

w robotyce.

- Zaczęliśmy wytwarzać nowe modela o nowych zdolnościach.

Rozwój kultury matką wynalazków - to moje! - zachichotał

Quemot.

Robot przyniósł mu coś do picia. Baleyowi tym razem nie podano

niczego i zdecydował się nie prosić.

Quemot mówił dalej - Solaria stawała się modna. Coraz więcej

Neksonian budowało tam domy aż stała się "planetą willową"'.

Osadnicy coraz częściej zamieszkiwali tu na stałe pozostawiając swe

interesy na Neksonie w rękach pełnomocników. Na Solarii rosły fabryki

robotów a rozwój górnictwa i rolnictwa umożliwił eksport.

- Krótko mówiąc stało się oczywiste, że w ciągu stulecia Solaria

będzie równie zatłoczona jak Nekson. Oszczędzę panu politycznych

zawiłości, powiem tylko, że Solaria zdołała bez wojny uzyskać nie-

zależność. Była użyteczna jako wytwórca wyspecjalizowanych

robotów, co zdobyło nam przyjaciół w Światach Zaziemskich i to nam,

oczywiście, pomogło.

- Po uzyskaniu niezależności naszą pierwszą troska było

ustanowienie granic wzrostowi ludności. Wprowadzono regulację urodzin

i ograniczono imigrację.

- A dlaczego Solarianie nie chcą widywać się nawzajem'' -

spytał Baley, trochę podrażniony sposobem jaki wybrał Quemot by

mówić o socjologii.

Quemot zerknął ponad oparciem fotela - To było nieuniknione.

Nasze posiadłości są bardzo wielkie. Posiadłość o powierzchni

dziesięciu tysięcy mil kwadratowych nie jest niczym niezwykłym, chociaż

te największe składają się w znacznej części z nieużytków. Moja

własna ma dziewięć i pół tysiąca mil kwadratowych ale to wyłącznie

ziemia uprawna.

- Wielkość posiadłości decyduje o pozycji właściciela.

Właściwością dużej posiadłości jest to, ze kiedy się po niej wędruje nie ryzykuje się wejścia na teren sąsiada i spotkania go, rozumie pan?

- Tak sądzę - wzruszył ramionami Baley.

- Solarianin ma za punkt honoru nie spotykać sąsiadów.

Posiadłością zajmują się roboty, jest ona samowystarczalna i nie ma

powodu do spotkania kogokolwiek. Chcąc tego uniknąć udoskonalono

stereowizję a im była doskonalsza tym bardziej zbędne było

widzenie sąsiadów. To samonapędzający się system, rozumie pan?

- Nie musi pan aż tak wszystkiego upraszczać, doktorze. Nie

jestem, socjologiem ale miałem na uczelni zajęcia z socjologii. Była to.

oczywiście, Ziemska uczelnia - dodał skromnie Baley uprzedzając

ewentualne uszczypliwe uwagi - Matematykę jednak zrozumiem.

- Matematykę?

- Nie mówię o takiej matematyce, jaka stosuje się w robotyce

z tym bym sobie me poradził, ale z socjologią dam sobie rade.

Zależność Teramina, na przykład...

- Co takiego proszę pana?

- Może używacie tu innej nazwy? Znoszenie niedogodności i

korzystanie z przywilejów: "Di" podstawiamy "J" podniesiono do n-tej...

- O czym pan mówi, do licha? - spytał ostro Kosmita, a

zdumiony Baley zamilkł.

Z pewnością zależność miedzy przyznanymi przywilejami a

niedogodnościami które należało znosić leżała u podstaw sztuki kierowania

ludźmi. Chociażby prywatka w łaźni komunalnej i kolejka X osób

czekających cierpliwie - do czasu! Wartość X zależała od warunków

1 Nagie słońce97

w których przyszło im czekać i od temperamentu oczekujących

a wszystko to wyczerpująco opisywała Zależność Teramina.

Może jednak wybrał zły przykład. W tym świecie przywilejów nie

istniały niedogodności.

Spróbował jeszcze raz - zależałoby mi na wyjaśnieniu wzrostu

uprzedzeń do widywania się. Chciałbym poznać analizy tego zjawiska

by móc mu stawić czoła. Chcę przekonywać ludzi, by widywali się

ze mną.

- Nie może pan traktować uczuć ludzkich, jak procesów

zachodzących w mózgu pozytronowym.

- Wcale tego nie mówię. Robotyka jest wiedza dedukcyjną,

a socjologia indukcyjną ale matematyka znajduje zastosowanie w obu

przypadkach.

Na chwilę zapadła cisza. Potem Quemot spytał drżącym głosem -

Mówił pan, że nie jest pan socjologiem?

- Tak. A mnie powiedziano, że pan nim jest. Najlepszym na tej

planecie.

- Jedynym na tej planecie. Możnaby powiedzieć, że stworzyłem

te naukę.

- Ach tak? - Baley szukał sposobu, by następne pytanie nie wy-

padło impertynencko - Czy oglądał pan książki z tej dziedziny.

- Wydane na Aurorze, tak.

- A wydane na Ziemi?

- Na Ziemi? - Quemot zaśmiał się zakłopotany. - Nie zdarzyło

mi się czytać żadnego z dzieł Ziemskiej nauki. Bez urazy.

- No cóż, szkoda! Miałem nadzieję, ze uzyskam informacje,

które pozwolą mi rozmawiać twarzą w twarz...

Quemot wdał z siebie jakiś nieartykułowany dźwięk. Fotel, w

którym siedział wywrócił się z hałasem. Baley usłyszał coś jakby

"proszę mi wybaczyć"!, zobaczył też jak Quemot biegnie do drzwi i znika.

Uniósł brwi. Co takiego, u diabła, powiedział?

Na Jozafata! Jaki znów niewłaściwy guzik nacisnął?

Wszedł robot - Mam pana poinformować, że mój pan za chwile

się z panem zobaczy.

- Zobaczy ze mną, chłopcze?

- Tak, proszę pana.

Przyniesiono kolejny pucharek różowego płynu i jakieś słodycze,

gorące i aromatyczne. Baley usiadł, spróbował ostrożnie napoju i od-

stawił go. Słodycze, twarde w dotyku dawały się łatwo rozgryzać.

Nie rozpoznawał smaku, musiały to być jakieś miejscowego

pochodzenia korzenie lub przyprawy.

Pomyślał o skromnej drożdżowej diecie Ziemian. Odmiany

drożdży naśladujące smak produktów Zaziemskich światów miałyby na

pewno powodzenie.

Raptowne pojawienie się socjologa przerwało te rozmyślania. Tym

razem patrzył mu w twarz. Tamten siedział w fotelu w jakimś

pokoju o ścianach i posadzce wyraźnie niepodobnych do wystroju

komnaty Baleya. Uśmiechał się, co pogłębiało zmarszczki na jego twarzy

a jednak odmładzało go. Oczy mu błyszczały.

- Najmocniej przepraszam. Spodziewałem się, że to wytrzymam,

ale byłem w błędzie. Byłem już bliski załamania a pańskie ostatnie

słowa przepełniły czarę, że się tak wyrażę.

- Jakie słowa, proszę pana0

- Mówił pan coś o rozmowie twarzą w.. Wolałbym tego nie

powtarzać. Te słowa wywołały obraz ludzi, których oddech miesza się

2e sobą... - Solarianin zadrżał - Nie sądzi pan. że to ohydne?

- Nigdy się nad tym nie zastanawiałem.

- Kiedy to sobie wyobraziłem, zdałem sobie sprawę że przecież

przebywamy w t* m samym pokoju i powietrze, którym pan

oddychał musi docierać i do moich płuc. W moim stanie umysłu...

- Ależ wszystkie molekuły solariańskiej atmosfery przeszły przez

tysiące płuc. Na Jozafata! Przeszły i przez rybie skrzela i przez płuca

zwierząt.

- To prawda, nie pomyślałem o tym. Odczucie, że oddychamy

tym samym powietrzem było tak nagle... To zadziwiające, jaką ulgę

przynosi oglądanie.

- Wciąż jestem w tym samym domu co i pan, doktorze.

-To prawda i dlatego to takie zadziwiające. Zastosowanie

stereowizji zmienia wszystko. Wiem wreszcie, co to znaczy widzieć kogoś.

Nie będę więcej próbował.

- Brzmi to, jakby przeprowadzał pan eksperyment.

- Tak w pewnym sensie było. Rezultaty były ciekawe.

Powinienem to zarejestrować.

- Co zarejestrować?

- Moje wrażenia - Quemot odpowiedział zdziwionym

spojrzeniem na zdziwione spojrzenie Baley'a.

- Czy rozporządza pan jakimiś urządzeniami mierzącymi

emocje, elektroencefalogramem czy czymś podobnym? - Rozejrzał się

- nie dostrzegając niczego.

- Potrafię opisać swe uczucia bez pomocy przyrządów. Są

wystarczająco wyraźne.

- Oczywiście, ale analiza ilościowa...

Quemot przerwał - Nie wiem, do czego pan zmierza. Chciałbym

jednak przedstawić panu moją teorie. Nie znajdzie pan tego w

książkach. Jestem z niej naprawdę dumny.

- Co to za teoria, proszę pana?

- Chodzi o to, że kultura Solarii wzoruje się na jednej z

dawnych kultur Ziemi.

Baley westchnął. Jeśli me pozwoli tamtemu się wygadać, nie

będzie mógł liczyć na jego współprace.

- Co to, za kultura?

- Sparta! - Quemot uniósł głowę a jego siwe włosy rozbłysły

jak aureola - Musiał pan słyszeć o Sparcie1

Baley poczuł ulgę. W młodości interesował się przeszłością

Ziemian. Chętnie słuchano o supremacji Ziemi, o Ziemianach, ponad

którymi nie było jeszcze kosmitów. Była to jednak obszerna dziedzina.

Quemot mówił o czymś z czym Baley nie był obeznany.

- Oglądałem filmy... - powiedział ostrożnie.

- Świetnie. Otóż w Sparcie w okresie jej rozkwitu żyło

względnie niewielu spartiatów. pełnoprawnych obywateli, i nieco więcej periojków, obywateli drugiej kategorii. Ogromna większość ludności

byli to pozbawieni praw niewolnicy, heloci. Liczba belotów

dwudziestokrotnie przewyższała liczbę spartiatów a przecież heloci byli

ludźmi, z ludzkimi słabościami i uczuciami.

- Aby zyskać pewność, że ewentualne powstanie helotów nie

będzie mimo ich przewagi liczebnej udane, spartiaci ćwiczyli się w

sztuce walki. Wszyscy dożywotnio służyli w armii. Cel został osiągnięty.

Nigdy nie doszło do udanego powstania helotów.

- My, Solarianie, jesteśmy kimś w rodzaju spartiatów. Mamy

swoich belotów, tyle że nie są oni ludźmi a maszynami. Nie mogą się

zbuntować, nie musimy więc się ich obawiać chociaż tysiąckrotnie

przewyższają nas liczebnie. Korzystamy z przywilejów Spartiatów

a nie musimy poddawać się rygorom ich życia. Możemy żyć tak

współcześni Spartanom Ateńczycy, którzy...

- Oglądałem też filmy o Ateńczykach - powiedział Baley.

Quemot mówił z coraz większym zapałem - Każda cywilizacja

zbudowana jest na kształt piramidy. Ci bliscy szczytu, mają wiece i

czasu dla siebie, więcej możliwości ubiegania się o szczęście. Kto pnie

?się ku szczytom, przekonuje się, że im więcej możliwości tym mniej

ludzi z nich korzysta. Liczebna przewaga wydziedziczonych jest

elementem stałym. Nie ma znaczenia, na jakim poziomie bezwzględnym

posadowiono piramidę. Najbiedniejsi mieszkańcy Aurory żyją lepiej

niż arystokraci Ziemi ale wobec arystokratów Aurory są

wydziedziczeni, a z nimi się przecież porównują. W zwyczajnym społeczeństwie

zawsze występują podział. Dążenie do rewolucji społecznych, próby

zwalczania takich rewolucji, wszystko to powodowało ogrom

nieszczęść. Historia jest pełna przykładów na to.

- I oto na Solarii mamy po raz pierwszy wyłącznie wierzchołek

piramidy. Miejsce wydziedziczonych zajęły roboty. Zbudowaliśmy

nowe społeczeństwo, pierwsze naprawdę nowe od czasów gdy rolnicy

Sumeru i Egiptu zaczęli budować miasta.

Siedział, uśmiechając się z zadowoleniem.

- Czy pan to opublikował? - spytał Baley.

- Jak dotąd nie, - powiedział niedbale Quemot - ale pewnego

dnia opublikuję. To moja trzecia praca.

- A tamte dwie?

- Nie były to prace z socjologii. Byłem w swoim czasie

rzeźbiarzem. To moja robota - wskazał posagi. - Byłem też

kompozytorem. Rikain Delmarre namawiał mnie zawsze bym zajął się sztuka

stosowaną. Zdecydowałem się na socjologię.

- Czy przyjaźnił się pan z Delmarrem?

- Człowiek w moim wieku zna tu wszystkich. Nie przeczę

- jednak, że byliśmy bliskimi znajomymi.

- Co to był za człowiek? - O dziwo w myśli Baley'a pojawił się

obraz Gladii, takiej jak widział ją ostatnio, wściekłej, z twarzą wy-

krzywioną gniewem.

Quemot zastanawiał się - Był to człowiek oddany Solarii i je]

obyczajom...

- Idealista, inaczej mówiąc?

- Zdecydowanie tak. Musi pan wiedzieć, że do swej pracy

zgłosił się na ochotnika.

- Czy to coś niezwykłego?

- A pan tak nie uważa? - ale zapominam, że pan jest

Ziemianinem. Tak, to niezwykłe.

To jedno z tych zajęć, które muszą być wykonywane a nikt nie

chce tego robić. Zwykle wyznacza się kogoś na określony czas.

Delmarre zgłosił się na ochotnika dożywotnio. Uważał że to zbyt ważne

zajęcie by je powierzać ludziom niechętnym tej pracy. Mnie też

namawiał ale nie nadaje się do poświęceń.

- Chyba nie dość się orientuję w charakterze tej pracy.

Policzki Quemota zaróżowiły się - Czy nie lepiej byłoby o tyra

pomówić z jego asystentem?

- Z pewnością już bym to zrobił, gdyby ktoś pofatygował się

powiedzieć mi, że miał asystenta!

- Przykro mi, że nie powiedziano tego panu. Delmarre uważał,

że powinien wykształcić swego następcę, zanim odejdzie na

emeryturę - albo umrze.

Stary Solarianin westchnął ciężko - Był o tyle młodszy, a jednak

przyszło mi go przeżyć. Często grywaliśmy w szachy.

- Jakim sposobem?

- Zwyczajnie - zdziwił się Quemot.

- Widzieli się panowie?

.- A cóż to za pomysł! Może ja bym to zniósł ale Delmarre na.

pewno nie. Fetologia nie stępiła jego wrażliwości. Był wręcz

przeczulony.

- A więc jak...

- Z użyciem dwóch szachownic. To proste.

- Czy znał pan panią Delmarre?

- Oglądałem ją czasami. Jest pejzażystką. Oglądałem jej prace.

Doskonała robota, chociaż to raczej ciekawostki, niż dzieła sztuki.

- Czy mogłaby zabić męża, zdaniem pana?

-Nie zastanawiałem się nad tym. Kobiety to zadziwiające

istoty. Czy. jednak jest się nad czym zastanawiać? Tylko pani Delmarre

była na tyle blisko Rikaina, by móc go zabić. Rikain nigdy nie

zgodziłby się widzieć kogokolwiek. Był nazbyt drobiazgowy, może to

zresztą nieodpowiednie słowo. Nie było w nim cienia odchyleń od

normy. Był dobrym Solarianinem.

to, że pozwolił mi pan na widzenie nazwałby pan

odchyleniem od normy?

- Możnaby tak powiedzieć.

- Czy Delmarre mógł zginąć z powodów politycznych?

- Co takiego?

- Słyszałem że był tradycjonalistą.

- Wszyscy jesteśmy tradycjonalistami.

- Czy to znaczy, że na Solarii nie istnieją inne ugrupowania0

Quemot odpowiedział ostrożnie - Są tacy, którzy uważają, że

zbytni tradycjonalizm jest niebezpieczny. Są przeczuleni na punkcie

naszej małej liczebności i przewagi liczebnej innych światów.

Uważają że wobec możliwej agresji jesteśmy bezbronni - oczywisty

nonsens. Nie sądzę, by stanowili realną siłę. Nie ma ich wielu.

- Czemu uważa pan, że to nonsens? Czy Solaria może jakoś

zrównoważyć przewagę liczebna tamtych? Czy macie jakąś nową

broń?

- Mamy broń, chociaż wcale nie nową. Jest już w użyciu i nie-

sposób jej się oprzeć.

Oczy Baley'a zwęziły się - Mówi pan serio?

- Oczywiście.

- I pan wie, co to za broń?

- Wszyscy to wiemy. Pan też, jeśli się pan zastanowi. Ta broń

nie zabija i nie rani a jednak jest nie do odparcia, tym bardziej, że

nikt nie dostrzega jej istnienia.

- I cóż to za niezabójcza broń - spytał zirytowany Baley.

- Robot pozytronowy - odrzekł Quemot.



11. INSPEKCJA



Baley milczał. Robot pozytronowy był symbolem przewagi

Kosmitów i już przez to miał charakter broni.

- To broń ekonomiczna - powiedział. - Solaria dostarcza

nowych modeli Światom Zaziemskim i to ją przed nimi chroni.

- To oczywiste - powiedział Quemot obojętnie.

- Pomogło to nam uzyskać niepodległość. Myślę jednak o czymś

innym, czymś na kosmiczną skalę...

- Czy to jeszcze jedna z pańskich teorii socjologicznych?

Quemotowi prawie się udało nie okazać dumy, pozwolił sobie

jednak na uśmiech politowania.

- Teoria jest istotnie moja. O ile wiem, nikt jeszcze na to nie

wpadł, chociaż rzecz powinna być oczywista dla każdego, kto

zapoznałby się z danymi o zaludnieniu Zaziemskich Światów. Zacznijmy

od tego, że odkąd mamy roboty pozytronowe, korzystamy z ich pracy

- Nie na Ziemi - wtrącił Baley.

- Chwileczkę, agencie! Niewiele wiem o pańskiej Ziemi,

wiadomo mi jednak, że i wasza gospodarka zaczyna korzystać z robotów.

Żyjecie w Miastach, pozostawiając większą część powierzchni planety

niezamieszkałą. A kto pracuje w kopalniach i na farmach?

- Roboty - zgodził się Baley. - Ale jeśli już o tym mowa, to

właśnie Ziemianie zbudowali pierwszego pozytronowego robota,

doktorze.

- Czy jest pan tego pewien?

- Taka jest prawda. Można to sprawdzić.

- To ciekawe, bo w zastosowaniu robotów jesteście na ostatnim

miejscu - zastanawiał się socjolog. - Może sprawia to wielka

liczba ludności. A jednak i w Miastach są roboty?

Baley przytaknął.

- I jest ich obecnie więcej, niż przed pół wiekiem?

Baley potwierdził, nieco zniecierpliwiony.

- A więc wszystko się zgadza. To tylko kwestia czasu. Praca

robotów zastępuje pracę ludzi. Więcej robotów, mniej ludzi, tak to

właśnie wygląda. Przestudiowałem bardzo dokładnie dane

demograficzne, sporządziłem wykresy i - właściwie było to zastosowanie

matematyki w socjologii, nieprawdaż?

- Zgadza się - powiedział Baley.

- Może więc coś w tym jest? Powinienem to sobie przemyśleć.

W każdym razie moje wnioski, nie wątpię że prawidłowe, są

następujące w gospodarce, która korzysta z pracy robotów, stosunek

liczby robotów do liczby zatrudnionych ludzi zmienia się na korzyść

robotów, niezależnie od regulacji prawnych usiłujących temu

zapobiec. Można ten proces opóźnić, nie można go jednak powstrzymać.

Liczba robotów rośnie szybciej niż liczba ludności. Osiągnięty zostaje

punkt krytyczny...

Quemot zrobił przerwę - Zastanawiam się, czy Możnaby

dokładnie określić ten punkt. Przyda się tu pańska matematyka.

- A co się stanie, doktorze, gdy ten punkt zostanie osiągnięty?

spytał niespokojnie Baley.

- Liczba ludności zaczyna maleć i wreszcie planeta dochodzi

do stanu równowagi społecznej. Czeka to Aurorę, czeka to również

i Ziemię. Na Ziemi może to potrwać kilka stuleci, ale rzecz jest

nieunikniona.

- Co pan nazywa stanem równowagi społecznej?

- Sytuacje taką jak na Solarii. Świat w którym ludzie stanowią

klasę wyższą. Nie ma powodu, by obawiać się Zaziemskich Światów.

Wystarczy poczekać sto lat a wszystkie one zmienią się w Solarię.

Będzie to w pewnym sensie koniec historii ludzkości, jej

dopełnienie. Wszyscy otrzymają w końcu wszystko, czego im trzeba,

czego pragną. Istnieje jakieś powiedzenie, nie wiem skąd wzięte, o

swobodzie ubiegania się o szczęście...

- Stwórca obdarzył wszystkich pewnymi nienaruszalnymi

prawami a w skład tych praw wchodzi życie, wolność i swoboda

ubiegania się o szczęście - powiedział Baley.

- Trafił pan! Z czego to jest?

- Z pewnego starego dokumentu...

- Czy nie widzi pan, że na Solarii jest inaczej? Tak w końcu

będzie w całe] Galaktyce. Koniec z ubieganiem się o szczęście.

Rodzaj ludzki dziedziczyć będzie prawa do życia, wolności i szczęścia,

po prostu do szczęścia.

- Może i tak będzie - powiedział szorstko Baley - ale na razie

na pańskiej Solarii zabito człowieka, a kolejny może umrzeć.

Pożałował tych słów, ledwie je wypowiedział. Quemot wyglądał

jak uderzony w twarz. Zwiesił głowę - Odpowiedziałem na pańskie

pytania jak umiałem najlepiej. Czy życzy pan sobie czegoś jeszcze?

- To wystarczy, dziękuję panu. Przykro mi, że zakłóciłem panu

żałobę po stracie przyjaciela.

Quemot powoli podniósł wzrok - Niełatwo będzie znaleźć takie-

go partnera do szachów. Nigdy nie opuścił partii i prowadził

niezwykle wyrównaną grę. Był dobrym Solarianinem.

- Rozumiem pana - rzekł cicho Baley. - Czy mogę skorzystać

z pańskiego sprzętu, by połączyć się z kolejnym rozmówcą?

- Moje roboty są do pańskich usług - odpowiedział Qu0mot.

- A teraz pożegnam już pana. Koniec oglądania.

Nie minęło pół minuty od zniknięcia Quemota a przy Baleyu

stał już robot. Baley znów nie mógł się nadziwić. Widział tylko, za

Quemot dotyka przycisku. Był to zapewne sygnał o charakterze

ogólnym: ,,Róbcie swoje!". Zapewne roboty, które słuchały rozmowy,

wiedziały czego w danym momencie może zażądać człowiek i jeśli

nie były w stanie spełnić żądania do akcji wkraczał właściwy

robot wezwany przez radio.

Na chwilę nawiedziła Baleya wizja Solarii jako zrobotyzowanej

sieci o wciąż zmniejszających się okach, w których tkwili ludzie.

Pomyślał o nakreślonym przez Quemota obrazie światów

zmieniających się w Solarie, o sieciach wiążących coraz ciaśniej Ziemię

aż do...

• Rozmyślania przerwał mu z mechaniczną pewnością siebie robot.

- Jestem gotów służyć pomocą, proszę pana.

- Czy wiesz, jak się połączyć z miejscem pracy Rikaina

Delmarrea?

- Tak, proszę pana.

Baley wzruszył ramionami. Znów niepotrzebne pytanie. Robot

wie. Kropka. Uświadomił sobie, że trzeba b} ć ekspertem, kimś w

rodzaju robotyka, by skutecznie kierować robotami. Jak sobie z tym

radził przeciętny Solarianin? Zapewne o tyle, o ile...

- Połącz ronię z asystentem Delmarrea. Jeśli go nie ma w pracy,

znajdź go, gdziekolwiek jest.

- Tak, proszę pana.

Robot odchodził już, gdy Baley zawołał - Chwileczkę! Która

godzina jest tam teraz?

- 0630, proszę pana.

- Rano?

- Tak, proszę pana.

Baleya znów zdjęła irytacja na ten świat, który zrobił z siebie

ofiarą wschodów i zachodów słońca. Takie są skutki życia na

nieosłoniętej powierzchni planety!

Pomyślał o Ziemi, ale zaraz wziął się w garść. Pogrążanie się

w tęsknocie za domem nie wyszłoby mu na dobre.

- Wywołaj tego asystenta, chłopcze. Powiedz mu, że to sprawa

wagi państwowej i każ któremuś z chłopców przynieść mi coś do

jedzenia. Wystarczy szklanka mleka i kanapka.

Jadł kanapkę z wędliną i myślał, że po tym co przytrafiło się

Gruerowi, Daniel Olivaw uzna pewnie wszystko co jadalne za

podejrzane i może mieć w tym rację. Skończył jednak jedzenie i popił

mlekiem bez żadnych złych następstw (przynajmniej

natychmiastowych).

Czegoś przecież dowiedział się od Quemota, chociaż nie tego, po

co przybył. Nie dowiedział się wiele o morderstwie ale dość dużo

o sprawach ogólniejszych.

Wrócił robot - Wezwanie zostało przyjęte, proszę pana.

Przed Baleyem pojawiła się nagle siedząca w łóżku postać.

Wyraz twarzy miała dość nieprzychylny.

Odskoczył, jakby wpadł bez uprzedzenia na pole siłowe. Znów

nie został należycie poinformowany! Znów nie postawił właściwego

pytania.

Nikt go nie uprzedził, że asystent Rikaina Delmarrea to kobieta.

Jej bujne włosy, obecnie w nieładzie, były ciemniejsze niż u

większości Kosmitów. Miała owalną twarz, wydatny podbródek i nieco

kartoflowaty nos. Podrapała się w ramię a Baley modlił się, by

prześcieradło pozostało na swoim miejscu. Jeszcze miał w pamięci

beztroskie podejście Gladii do tego, na co pozwala oglądanie. Pomyślał

też, że oto pozbywa się złudzeń. Ziemianie wyobrażali sobie, że

wszystkie Kosmitki są pięknościami. Gladia z pewnością odpowiadała

tym wyobrażeniom. Ta jednak była taka sobie, nawet jak na

ziemskie Standardy.

Przekonał się jednak, że ma pociągający głos, gdy spytała - Czy

zdaj^ pan sobie sprawę, która jest godzina?

- Wiem, - odpowiedział - ale powinienem panią uprzedzić,

ze mam zamiar widzieć się z panią.

- Widzieć się ze mną? Wielkie nieba! - jej oczy rozszerzyły

się i uniosła dłoń do twarzy (Baley zauważył, że nosi pierścionek)

- Czy nie jest pan przypadkiem moim nowym asystentem?

- Nie, nie jestem nikim takim. Badam sprawę śmierci Rikaina

Delmarrea.

- Ach tak? Cóż, niech pan bada.

- Jak się pani nazywa?

- Klorissa Cantoro.

- Jak długo pracowała pani z doktorem Delmarrem?

- Trzy lata.

- Przypuszczam, że obecnie przebywa pani w miejscu pracy?

- Baley nie miał pojęcia, jak nazwać miejsce pracy fetologa.

- Chodzi panu o żłobek? Tak, oczywiście. Nie ruszam się stąd,

odkąd zabito staruszka i wygląda na to, że się stąd nie ruszę, póki

mi nie przydzielą asystenta. Przy okazji, może pan mógłby mi to

załatwić?

- Niestety, proszę pani, nie mam tu żadnych wpływów.

- Spytać nigdy nie zaszkodzi...

Klorissa odrzuciła prześcieradło i nie zastanawiając się długo

wstała z łóżka. Miała na sobie nocną koszulę. Sięgnęła do zapięcia

pod szyją.

- Chwileczkę - powiedział pospiesznie Baley. - Jeśli zgadza

się pani na widzenie, to na razie byłoby wszystko. Może się pani

ubierać na osobności.

-Na osobności? - wysunęła dolną wargę patrząc ze

zdziwieniem na Baleya. - Pan jest drobiazgów}-, nieprawdaż? Zupełnie

jak szef.

- Czy zgadza się pani na widzenie? Chciałbym się trochę

rozejrzeć.

- Nie bardzo wiem o co chodzi z tym widzeniem ale jeśli chce

pan obejrzeć żłobek, mogę pana oprowadzić. Jeśli pozwoli mi pan

umyć się i dojść trochę do siebie, będzie to nawet miła odmiana.

- Nie chcę niczego oglądać! Chcę widzieć!

Kobieta przechyliła głowę a w jej spojrzeniu pojawił się błysk

zawodowej ciekawości - Czy jest pan może odchyleńcem? Kiedy

robił pan ostatnio analizę genetyczną?

- Na Jozafata! - wymamrotał Baley. - Proszę posłuchać.

Nazywam się Eliasz Baley. Jestem Ziemianinem.

- Ziemianinem! - wykrzyknęła. - Wielkie nieba! Co pan u

robi? Czy to jakiś głupi żart?

- Nie żartuję, proszę pani. Wezwano mnie, bym przeprowadził

śledztwo w sprawie śmierci Delmarrea. Jestem detektywem.

- Ach, wiec to o takie badania chodziło. Sądziłam jednak, ze

jest oczywiste, iż zrobiła to jego żona.

- Mam co do tego wątpliwości, proszę pani. Czy pozwoli mi

pani widzieć się z panią? Pojmuje pani, że jako Ziemianin nie

przywykłem do oglądania. Mam pozwolenie szefa służby bezpieczeństwa

na widywanie ludzi, którzy mogliby mi pomóc. Mogę pokazać pani

odpowiedni dokument.

- Cóż, zobaczymy ten dokument.

Baley pokazał jej urzędowe pismo.

Pokręciła głową - Widzenia! Co za ohyda. Co prawda, wielkie

nieba, całe to moje zajęcie jest ohydne, więc co za różnica? Niech

się pan tylko do mnie nie zbliża. Będzie pan stał w przyzwoitej

odległości. Możemy do siebie wołać albo przekazywać wiadomości przez

roboty, w razie potrzeby. Czy to jasne?

- Jasne.

Jej nocna koszula rozpięła się wzdłuż szwu właśnie w chwili gdy

łączność się przerwała. Usłyszał jeszcze jak wymamrotała - Ziemianin!

- To wystarczająca odległość - powiedziała Klorissa.

Baley, oddalony od niej o jakieś dwadzieścia pięć stóp odrzekł -

Zgoda, chciałbym jednak wejść już do środka.

Tym razem nie było tak źle. Ledwie zauważył przelot, ale prze-

ciąganie tego nie miało sensu. Powstrzymał się od rozpięcia

kołnierzyka, by móc oddychać swobodniej.

- Co się z panem dzieje? - spytała Klorissa. - Marnie pan

wygląda.

- Nie jestem przyzwyczajony do otwartej przestrzeni.

- Zgadza się! Ziemianin! Wy przecież żyjecie zapuszkowani,

czy coś w tym rodzaju. Wielkie nieba! - oblizała usta, jakby

skosztowała czegoś, co jej nie smakowało. - Dobrze, niech pan wchodzi,

odsunę się tylko. Już!

Włosy miała upięte w dwa grube warkocze, które owijały jej

głowę, tworząc skomplikowany wzór geometryczny. Baley zastana-

wiał się, ile czasu zajmowało jej zaplatanie warkoczy, po czym

przypomniał sobie, że prace te wykonały z pewnością nieomylne palce

robota.

Uczesanie dodawało jej uroku, jeśli nie urody. Nie malowała

twarzy. Miała na sobie codzienny strój, ciemnoniebieski jeśli nie

liczyć długich liliowych rękawiczek, nie pasujących do reszty.

Baley zauważył zgrubienie na palcu, na którym nosiła pierścionek.

Stali, patrząc na siebie z dwóch końców sali.

- Nie lubi pani tego, nieprawdaż?

Klorissa wzruszyła ramionami. - Dlaczego miałabym to lubić?

Nie jestem przecież zwierzęciem. Mogę to jednak wytrzymać.

Człowiek nabiera odporności, kiedy ma do czynienia z., z.. - zadarła

podbródek, jakby zdecydowała się wreszcie to powiedzieć - z

dziećmi. - Wymówiła to słowo bardzo wyraźnie.

- Zabrzmiało to, jakby nie lubiła pani swego zawodu.

- To ważne i potrzebne zajęcie, ale rzeczywiście nie lubię go.

- A czy Rikain Delmarre je lubił?

- Myślę, że nie, chociaż nigdy lego nie okazał. Był dobrym

Solarianinem.

- I był drobiazgowy.

Klorissa zrobiła zdziwioną minę.

- Sama pani to powiedziała. Kiedy wspomniałem o ubieraniu

się na osobności, powiedziała pani, że jestem drobiazgowy jak szef.

- Aha. Cóż, był drobiazgowy. Nawet kiedy oglądał kogoś dbał

o formy.

- Czy to coś niezwykłego?

- Właściwie nie. Formy należy zachować, ale nikt tego nie robi.

Nie podczas oglądania. Tak naprawdę nie ma nas tam, więc po co

sobie utrudniać życie? Nie sądzi pan? Ja się tam nie przemęczam,

chyba że chodziło o szefa. Przy nim trzeba było dbać o formy.

- Podziwiała go pani?

- Był dobrym Solarianinem.

- Nazwala pani to miejsce żłobkiem i wspomniała o dzieciach.

Czy tu się wychowuje dzieci?

- Od miesiąca wzwyż. Każdy płód z Solarii trafia tutaj.

- Płód?

- Tak. Sprawdza się je w miesiąc po poczęciu. Czy to pana

wprawia w zakłopotanie?

- Nie! - uciął Baley. - Czy może mnie pani oprowadzić?

- Mogę. Proszę zachować odległość.

Baley z kamiennym wyrazem twarzy patrzył z góry w głąb

wielkiej sali oddzielonej od nich szklaną przegrodą. Z pewnością sala

była sterylna a temperatura i wilgotność kontrolowane.

Mieściły się w niej całe rzędy zbiorników a w każdym z nich w

podobnym do wody płynie unosiła się drobna istotka. Rozwijało się

życie.

Drobne, skulone stworzonka z wielkimi główkami, maleńkimi

kończynami i zanikającymi ogonkami były czasem mniejsze niż pół

pięści Baleya.

- Jak się to panu podoba, agencie? - spytała z odległości

dwudziestu stóp Klorissa.

- Ile ich tu jest? - odpowiedział pytaniem Baley.

- Sto pięćdziesiąt dwa. Co miesiąc trafia do nas piętnaście do

dwudziestu.

- Czy to jedyne takie miejsce na planecie?

- Tak. To wystarcza, przy założeniu, że długość życia wynosi

trzysta lat a liczba ludności dwadzieścia tysięcy. Budynek jest nowy.

Doktor Delmarre nadzorował budowę i sporo rzeczy ulepszył.

Śmiertelność jest praktycznie zerowa.

Między zbiornikami chodziły roboty i przyglądając się

embrionom sprawdzały przyrządy, skrupulatnie, bez znużenia.

- Kto przeprowadza operacje? - spytał Baley. - Doktor

Delmarre?

- Oczywiście, że nie! Lekarze. Nie myśli pan chyba, że doktor

Delmarre zbliżyłby się... Zresztą mniejsza o to.

- Dlaczego nie używa się robotów?

- W chirurgii? Pierwsze Prawo ogromnie to utrudnia, Robot

mógłby usunąć wyrostek robaczkowy aby uratować człowiekowi

życie ale potem nadawałby się już tylko do kapitalnego remontu. Dla

pozy tronowego mózgu to wstrząsające doświadczenie.

- Widzę, że roboty opiekują się płodami. Czy pani albo doktor

Delmarre czasem się tym zajmowali?

- Kiedy rzeczy idą źle, musimy. Gdy chodzi o życie, nie można

zdać się na roboty.

- Zbyt duże ryzyko fałszywej oceny, jak sadzę?

- Wcale nie. Zbyt duże ryzyko przeceniania wartości życia.

Kobieta spochmurniała - Obowiązkiem fetologa jest dbać o to, aby

rodziły się zdrowe dzieci. Nawet najstaranniejsza analiza genetyczna

nie daje pewności, że wszystkie możliwe kombinacje genów będą

korzystne, nie mówiąc już o mutacjach. Mutacje, to nasza

największa troska.

Szedł za nią wzdłuż galerii.

- Pokażę panu żłobek i dormitoria dzieci. Są dużo większym

problemem, niż noworodki. Jeśli chodzi o nie, nie możemy polegać

na robotach. Czy próbował pan kiedyś nauczyć robota dyscypliny?

Pierwsze Prawo uniemożliwia to i dzieci świetnie o tym wiedzą

Widziałam, jak trzylatek unieruchomił tuzin robotów jęcząc "Boh!

Krzywdzisz mnie!". Tylko najnowocześniejsze modele są w stanie

zrozumieć, że dziecko może z rozmysłem kłamać.

- A jak radził sobie z dziećmi Delmarre? Wbijał im rozum do

głowy?

- Miałby ich dotykać? Wielkie nieba! Potrafił jednak z nimi

mówić i odpowiednio używać robotów. Widziałam, jak kiedyś prze 2

kwadrans przyglądał się dziecku trzymając robota w gotowości by

dać mu klapsa Klaps! klaps! Po kilku takich lekcjach dziecko nie

ryzykowało więcej. Szef był w tym tak biegły, że wystarczyło tylko

dostroić znów robota.

- A pani? Czy wychodzi pani czasem do dzieci?

- Będę musiała. Daleko mi do szefa. Może kiedyś poradzę sobie

z tym zdalnym wychowaniem ale dziś poniszczyłabym roboty. Kiedy

jednak o tym myślę... Chodzić wśród dzieci! Małe zwierzęta!

- Przypuszczam, że pan nie miałby nic przeciw widzeniu ich _

powiedziała, oglądając się na Baleya.

- Nie sprawiłoby mi to przykrości.

Wzruszyła ramionami z rozbawieniem - Ziemianin! - Poszła

dalej.

- A w ogóle, po co to wszystko? Musi pan dojść do wniosku,

że to Gladia Delmarre jest morderczynią. Musi pan.

- Nie jestem tego pewien - rzekł Baley.

- Jak pan może nie być pewien? Kto jeszcze mógłby to zrobić?

- Cóż, na przykład pani.

Reakcja Klorissy zaskoczyła Baleya.

* Nagie sionce




12. CHYBIONY CEL




Wybuchnęła śmiechem.

Śmiała się do utraty tchu, aż jej okrągła twarz poczerwieniała.

Oparła się o ścianę, łapiąc oddech.

- Nie, niech się pan nie zbliża, proszę. Wszystko w porządku.

- Czy ta możliwość jest aż tak zabawna? - spytał posępnie

Baley.

Próbowała coś powiedzieć, ale znów wybuchnęła śmiechem. Wy-

szeptała wreszcie.

- Ach, z pana prawdziwy Ziemianin! Jak mogłabym to być ja?

- Dobrze go pani znała. Znała pani jego zwyczaje. Mogła pani to

uplanować.

- Myśli pan, że mogłabym widzieć się z nim? Że mogłabym

podejść do niego na tyle blisko, by zdzielić go czymś w głowę? Pan po

prostu nie ma o tym pojęcia!

Baley poczuł, ze się czerwieni - Dlaczego nie miałaby pani do

niego podejść? Jest pani przyzwyczajona do przebywania z ludźmi.

- Z dziećmi.

- Jedno umożliwia drugie. Jest pani w stanie znieść moją

obecność.

- Z odległości dwudziestu stóp - powiedziała z lekceważeniem.

- Właśnie odwiedziłem kogoś, kto prawie zemdlał, bo nie mógł

tego znieść.

Klorissa spoważniała - To co innego.

- Moim zdaniem to wystarczy. Przyzwyczajenie do

przebywania z dziećmi umożliwia widzenie Delmarrea.

Klorissa nie była już rozbawiona - Chciałabym zauważyć, że to,

co ja mogę wytrzymać, me ma tu znaczenia. To doktor Delmarre był

przeczulony na tym punkcie, prawie jak sam Liebig. Prawie tak!

Gdybym nawet mogła znieść jego widok, on nigdy nie zniósłby

mojego. Pani Delmarre była jedyną osobą, której wolno było się do

niego zbliżyć.

- Kto to jest ten Liebig, o którym pani wspomniała?

Klorissa wzruszyła ramionami - Jeden z tych zwariowanych

geniuszy, wie pan co mam na myśli. Pracował z szefem przy

programowaniu robotów.

Baley zanotował to w pamięci i wrócił do tematu. - Można leż

powiedzieć ,że pani miała powód.

- Jaki powód?

- Jego śmierć dała pani pozycję. Kieruje pani tym zakładem.

- Pan to nazywa powodem? Wielkie nieba! A któżby pragnął

takiej pozycji? Na Solarii? To byłby powód, by go utrzymywać przy

życiu, by go chronić. Musi pan wymyślić coś lepszego.

Baley poskrobał się za uchem. Miała racje.

- Czy zauważył pan mój pierścionek? - spytała Klorissa.

- Zauważyłem.

- A czy zna pan jego znaczenie?

- Nie znam.

- Co by pan powiedział na mały wykład?

- Jeśli pomoże mi to zrozumieć ten przeklęty świat. -

wypalił Baley - zgodzę się na wszystko.

- Wielkie nieba! - uśmiechnęła się Klorissa. - Widzę, że lubi

pan nas tak samo, jak my Ziemie. Wyobrażam sobie! O, tu jest pusta

sala. Usiądźmy. Nie, tu jest za mało miejsca. Zrobimy tak: pan

usiądzie a ja zostanę tutaj.

Odstąpiła, robiąc mu przejście a potem stanęła pod ściana, tak

by go widzieć.

Baley usiadł, zawahawszy się tylko przez chwile. - Dlaczego nie?

Niech sobie Kosmitka stoi! - pomyślał.

Klorissa skrzyżowała muskularne ramiona -- Kluczowa rolę

odgrywa w naszym społeczeństwie analiza genetyczna. Badamy,

oczywiście nie same geny ale enzymy, którymi rządzą geny. Ich

znajomość pozwala poznać chemię organizmu, to znaczy poznać człowieka.

Czy to jasne?

Teorię rozumiem - odpowiedział Baley. - A jak się ją stosuje?

- W końcowej fazie rozwoju płodu pobieramy próbki krwi. To

pozwala nam uzyskać pierwsze przybliżenie. Teoretycznie

powinniśmy wtedy wyłapać wszystkie mutacje i decydować, czy

ryzykować narodziny. W rzeczywistości za mało jeszcze wiemy, by uniknąć

pomyłek. Może kiedyś... Po narodzinach robimy biopsje, prowadzimy

badania płynów ustrojowych. Na długo przed osiągnięciem

dojrzałości wiemy, co się kryje w naszych chłopcach i dziewczynkach.

("Cukier i przyprawy..." z głębi pamięci Baley'a wypłynął

dziecinny wierszyk).

- Kod genetyczny każdego zapisany jest w jego pierścieniu -

mówiła Klorissa. - To stary zwyczaj, pozostałość z czasów, gdy nie

było jeszcze selekcji eugenicznej. Dziś wszyscy Solarianie są zdrowi.

- Ale pani wciąż nosi swój pierścień. Dlaczego?

- Bo jestem kimś wyjątkowym - powiedziała z dumą Klorissa,

bynajmniej nie zakłopotana. - Doktor Delmarre poświęcił wiele

czasu na wyszukanie sobie asystenta. Szukał kogoś wyjątkowego jeśli

idzie o umysł, kogoś bystrego, pracowitego, zrównoważonego. To

ostatnie było najważniejsze. Ten ktoś musiał nauczyć się przestawać

z dziećmi i uniknąć załamania.

- On sam tego nie potrafił, nieprawdaż? Czy to dowód braku

równowagi?

- W pewnym sensie, - odpowiedziała Klorissa - ale w

normalnych okolicznościach to pożądane. Myje pan ręce, nieprawdaż?

Baley spojrzał na swe dłonie. Były należycie czyste - Myję.

- Otóż gdyby komuś lęk przed pobrudzeniem rąk uniemożliwił

naprawę mechanizmu w razie konieczności, byłoby to dowodem

braku równowagi psychicznej. Jest natomiast pożądane utrzymywanie

rąk w czystości w normalnych okolicznościach.

- Rozumiem. Idźmy dalej.

- To już wszystko .Mój kod genetyczny jest trzeci w historii

Solarii pod względem doskonałości. Przyjemnie jest nosić taki

pierścień.

- Gratuluję pani!

- Proszę się z tego nie śmiać. Nie ma w tym mojej zasługi. To

przypadkowa przemiana genów rodziców ale można być z tego

dumnym. Nikt nie uwierzyłby, że byłabym zdolna do morderstwa. Nie

z takim kodem genetycznym. Oskarżać mnie to daremny trud.=

Baley wzruszył ramionami. Ta dama najwyraźniej uważa kod

genetyczny za dowód. Tak samo myśli pewnie cała Solaria.

- Czy chce pan zobaczyć dzieci? - spytała Klorissa.

- Dziękuję pani. Tak.

Wydawało się, że korytarze nie mają końca. Budowla musiała być

kolosalna. Nie przypominało to olbrzymich bloków mieszkalnych

w Miastach Ziemi ale ten pojedynczy, uczepiony powierzchni planety

budynek musiał mieć rozmiary góry.

Były tam setki łóżeczek z różowiutkimi niemowlętami,

wrzeszczącymi albo śpiącymi. Potem były sale zabaw dla raczkujących.

- W tym wieku nie sprawiają kłopotów - powiedziała Klorissa.

- Trzeba im tylko olbrzymiej ilości robotów. Praktycznie każde

musi mieć swego robota, póki nie zacznie chodzić.

- Dlaczego?

- Jeśli nie mają własnego opiekuna, chorują.

Baley skinął głową - Potrzeba uczucia. Nie można ich tego

pozbawić.

Klorissa zmarszczyła brwi i powiedziała szorstko - Dzieciom

potrzeba opieki.

- Dziwie się trochę, że tę potrzebę uczucia mogą zaspokoić

roboty.

Widać było, że jest niezadowolona - Jeśli chce mnie pan

zaszokować, używając takich słów, nie uda się to panu. Wielkie nieba!

Niech pan nie będzie dziecinny!

- Zaszokować panią?

- Ja też potrafię użyć tego słowa! Uczucie! Może chce pan

usłyszeć inne słowo w tym rodzaju? Mogę je również wymówić. Miłość.

Miłość! A teraz proszę się zachowywać przyzwoicie!

Baley nie zamierzał dyskutować o tym, co jest przyzwoite a co

nie. Spytał - Więc czy roboty potrafią zapewnić dzieciom opiekę?

- Oczywiście, w przeciwnym razie ten żłobek nie mógłby

funkcjonować. Roboty wygłupiają się z dziećmi. Niańczą je i przytulają.

Dzieciom nie przeszkadza fakt, że to tylko roboty. Gorzej jest

później, między trzecim a dziewiątym rokiem życia.

- Czy tak?

- Dzieci w tym wieku upierają się, całkiem na oślep, by bawić

Się z innymi.

- Spodziewam się, że pozwalacie im na to?

- Musimy, nie zapominając jednak, że naszym zadaniem jest

przygotowanie ich do wymagań życia dorosłych. Każde dziecko ma

własny pokój w którym może się zamykać. Od początku śpią same,

ściśle tego przestrzegamy. Dalej, z upływem lat wydłuża się

codzienna pora izolacji. Kiedy dziecko kończy dziesięć lat, potrafi przez tydzień zadowalać się oglądaniem. Warunki oglądania są, oczywiście

odpowiednio dobierane Może to trwać cały dzień, na dworze, w

ruchu...

- Dziwie się, że tak liczycie się z instynktem, bo że liczycie się,

to widać.

- O jakim instynkcie pan mówi?

- O instynkcie stadnym. Jest taki. Sama pani powiedziała, że

obstają przy tym, by się ze sobą bawić.

Klorissa wzruszyła ramionami - Więc to pan nazywa

instynktem? I cóż stąd? Dziecko instynktownie boi się upadku, ale dorosły

może się przyzwyczaić do pracy na wysokościach, gdzie

niebezpieczeństwo upadku stale istnieje. Oglądał pan chyba akrobatów na li-

nie? Są światy, w których ludzie mieszkają w wysokich budynkach.

Dzieci boją się też instynktownie hałasów, a czy pan się ich boi?

- Nie, jeśli nie ma powodu.

- Założę się, że ludzie na Ziemi nie mogą zasnąć, jeśli wokół jest

naprawdę cicho. Nie ma takiego instynktu, który uniemożliwiałby

wychowanie, przynajmniej nie u ludzi. Przy odpowiednim podejściu

z każdym pokoleniem jest łatwiej. To sprawa ewolucji.

- Jak to?

- Każda istota rozwijając się powtarza historię ewolucji swego

gatunku. Płody, które oglądaliśmy, mają do pewnego momentu

skrzela i ogonki. Nie można tych etapów przeskoczyć. Podobnie dziecko

musi przejść przez "Zwierzęcą" fazę rozwoju społecznego. Doktor

Delmarre był zdania, że z każdym pokoleniem trwa to krócej.

- A czy tak jest?

- Zakładał, że przy obecnym tempie, w ciągu trzech tysięcy lat

dojdziemy do tego, iż dzieci będą od samego początku zadowalać się

oglądaniem. Szef miał też inne pomysły. Interesował się

udoskonalaniem robotów. Chciał umożliwić im, bez szkody dla ich równowagi

umysłowej, wpajanie dzieciom dyscypliny. I dlaczego nie?

Dyscyplina dziś dla lepszego życia jutro, to właściwa wykładnia Pierwszego

Prawa, jeśli tylko robot zdoła to zrozumieć.

- Czy istnieją już takie roboty?

Klorissa pokręciła głową - Chyba nie. Doktor Delmarre i Liebig

pracowali usilnie nad jakimiś modelami doświadczalnymi.

- Czy Doktor Delmarre wypróbowywał te nowe modele w

swojej posiadłości? Czy był biegły w robotyce?

- O, tak. Często przeprowadzał próby z robotami.

- Czy wie pani, że był przy nim robot, kiedy go zamordowano?

- Słyszałam o tym,

- Nie wie pani, co to był za model?

- Musi pan spytać o to Liebiga. To robotyk, który pracował z

doktorem Delmarrem.

- Pani nie wie nic na ten temat?

- Nie.

- Proszę mi dać znać, gdyby przyszło coś pani na myśl.

- Zrobię to. Proszę nie myśleć, że doktor Delmarre interesował

się tylko nowymi modelami robotów. Lubił powtarzać, że nadejdzie

czas, gdy w swego rodzaju bankach, w odpowiednich warunkach

gromadzone będą niezapłodnione jajeczka, wykorzystywane do

sztucznego zapłodnienia. To będzie rzeczywiste zastosowanie zasad

eugeniki. Przestanie istnieć ostatni powód, dla którego konieczne było

widzenie. Nie wiem, czy odważyłabym się posunąć aż tak daleko. To

był człowiek o szerokich horyzontach, prawdziwy dobry Solarianin.

Zmieniła temat - Czy chce pan teraz wyjść na zewnątrz? Grupa

od pięciolatków do ośmiolatków bawi się na dworze i może pan ich

zobaczyć w działaniu.

- Spróbuję - powiedział ostrożnie Baley. - Może będę musiał

prędko wracać.

- Ach tak. Zapomniałam. Może nie chce pan wychodzić wcale?

Baley zmusił się do uśmiechu - Staram się przywyknąć do

przebywania na dworze.

Wiatr był taki, że trudno było oddychać. Nie było zimno, ale

uczucie, że ubranie przylega mu do ciała, przyprawiało Baley'a o dreszcze.

Kiedy spróbował coś powiedzieć, zęby tak mu szczekały, że

musiał mówić krótkimi zdaniami. Oczy go bolały od wpatrywania się

W odległy horyzont, zamglony, zielono-niebieski. Pewną ulgę

przynosiło patrzenie pod nogi, na ścieżkę. Przede wszystkim zaś unikał

Baley patrzenia w błękitną pustkę, w której piętrzyły się tylko

przypadkowe białe obłoki i lśniło nagie słońce.

Był jednak w stanie zwalczyć chęć ucieczki w zamknięcie.

Idąc za Klorissą, minął drzewo i wyciągnął rękę, bo go dotknąć.

Pień był szorstki i twardy. Palmiaste liście szeleściły mu nad głową,

nie podniósł jednak oczu, by im się przyjrzeć. Żywe drzewo!

- Jak się pan czuje? - zawołała Klorissą.

- W porządku!

- Już widać grupę dzieci. Bawią się. Roboty organizują im

zabawy i pilnują, żeby małe bestie nie powybijały sobie nawzajem oczu.

Nietrudno o to przy osobistym kontakcie

Baley podniósł powoli oczy, spoglądając wzdłuż betonowej

ścieżki, ponad trawnikiem, w dół zbocza i dalej - ostrożnie - gotów

cofnąć wzrok, gdyby zdjął go strach.

Małe figurki chłopców i dziewczynek biegały tam jak szalone, nie

dbając o to, że biegają tak po zewnętrznej powierzchni ich świata,

mając nad głową tylko powietrze i przestrzeń. Błysnął poruszający

się żwawo wśród dzieci robot. W powietrzu rozlegały się odległe,

bezładne krzyki.

- Przepadają za tym - powiedziała Klorissa. - Za

popychaniem się i pociąganiem, przewracaniem się i wstawaniem i w ogóle

za dotykaniem się. Wielkie nieba! Jak im się udaje z tego wyrosnąć?

- A co robią te starsze? - Baley. wskazał stojącą na uboczu

grupkę. - Oglądają. Nie są tu obecne. Mogą, oglądając się,

spacerować, rozmawiać, bawić się, wszystko prócz dotykania.

- A dokąd udają się dzieci opuszczając ten zakład?

- Do swoich posiadłości. Śmiertelność średnio równa jest liczbie

dorastających.

- Do posiadłości rodziców?

- Wielkie nieba, nie! To byłby dziwny traf, gdyby ojciec zmarł

akurat w chwili, gdy dziecko dorasta. Zajmują wolne miejsca. Nie

byłyby chyba specjalnie szczęśliwe zajmując dom, który należał do

rodziców, zakładając, że znają swoich rodziców.

- A nie znają?

- Uniosła brwi - Czemu miałyby znać?

- Czy rodzice ich nie odwiedzają?

- Też pomysł? Komu by na tym zależało?

- Pozwoli pani, że coś sobie wyjaśnię? Czy to nietakt pytać

kogoś o dzieci?

- To osobiste pytanie, nie sądzi pan?

- W pewnym sensie.

- Ja jestem z tym obyta. Dzieci to mój zawód. Inni nie są.

- A czy pani ma dzieci?

Klorissa najwyraźniej z trudem przełknęła ślinę - Należało mi

się. A panu należy się odpowiedź. Nie mam.

- Czy jest pani zamężna?

- Tak. i mam własną posiadłość, w której bym przebywała,

gdybym nie musiała być tutaj. Nie potrafię po prostu pilnować tych

wszystkich robotów na odległość.

Odwróciła się ze zmartwiona miną - Teraz jedno się

przewróciło i oczywiście płacze.

Robot nadbiegał wielkimi krokami.

- Podniesie je i przytuli a jeśli coś mu się stało, wezwie mnie.

- Mam nadzieję, że się bez tego obejdzie.

Baley nabrał tchu. Upatrzył sobie trzy drzewa, rosnące w małym

trójkącie o pięćdziesiąt stóp w lewo. Poszedł w ich kierunku po

paskudnie miękkiej murawie, brzydząc się trochę tą miękkością. (Było to

jak chodzenie po rozkładających się zwłokach. Aż go zemdliło na

samą myśl o tym).

Był już wśród drzew. Oparł się plecami o pień. Czuł się prawie

jak pośród ścian. Słońce niegroźnie przebłyskiwało poprzez liście.

Klorissa patrzyła na niego ze ścieżki. Powoli zbliżyła się do po-

łowy dzielącej ich odległości.

- Nie ma pani nic przeciw temu, że trochę tu postoje?

- Niech pan sobie nie przeszkadza.

- Jakie możliwości chodzenia ze sobą mają dzieci opuszczając

zakład?

- Chodzenia ze sobą?

- Poznania się wzajemnie, - Baley nie był pewien, jakich słów

wolno mu użyć - by móc się pobrać.

- To nie ich sprawa - odparła Klorissa. - Kojarzy się je w

wyniku analizy genetycznej, zwykle we wczesnej młodości. To chyba

rozsądne?

- A czy zawsze tego chcą?

- Czy chcą się pobrać? Nigdy tego nie chcą? To straszna robota,

przekonać je do tego. Musza najpierw oswoić się ze sobą. Widują się

po trochu co dzień, a kiedy mija początkowe skrępowanie, można z

nimi dokazywać cudów.

- A jeśli partner im się nie podoba?

- Jak to? Czy to nie wszystko jedno, jeśli już analiza genetyczna

wskazała partnera?

- Rozumiem - powiedział pośpiesznie Baley i westchnął,

pomyślawszy o Ziemi.

- Czy ma pan jeszcze jakieś pytania?

Baley zastanawiał się, czy ma sens przedłużanie tej wizyty. Nie

miałby nic przeciw rozstaniu się z Klorissa i fetologią i przejściu do

kolejnego etapu.

Właśnie otwierał usta, by to powiedzieć, gdy Klorissa krzyknęła

do kogoś - Hej ty, dziecko! Ty tam! Co robisz!? - A do Baley'a -

Uwaga! Ziemianinie, uważaj!

Nuta popłochu w jej głosie sprawiła, że Baley'a zawiodły nerwy.

Ogarnęła go panika. Zwaliła się nań groza otwartej przestrzeni i nie-

skończonego przestworu niebios.

Zachwiał się. Słyszał, że wydaje jakieś dźwięki Czuł, że pada

i wolno przewraca się na bok. Miał wrażenie, że patrzy na to z dala.

Z dala też dobiegł go przeszywający powietrze nad jego głowa

świst, zakończony ostrym uderzeniem.

Baley zamknął oczy, jego palce zacisnęły się na cienkim korzeniu

wystającym z gruntu, a paznokcie zaryły się w ziemi.

Otworzył oczy (musiała minąć ledwie chwila). Klorissa ostro

karciła stojącego w pewnej odległości dzieciaka. Bliżej stał milczący

robot. Baley zdążył tylko zauważyć, że chłopiec trzyma jakiś przedmiot

z napiętą struną - i oczy uciekły mu w bok. Dysząc ciężko stanął na*

nogach. Przyjrzał się lśniącemu metalowemu prętowi, tkwiącemu

w pniu, pod którym stał przed chwilą. Chwycił za pręt i bez trudu

go wyciągnął. Nie był głęboko wbity. Spojrzał na czubek, nie

dotykając go. Był przytępiony, zdołałby jednak rozciąć mu skórę.

Dopiero za drugą próbą udało mu się poruszyć nogami. Postąpił

ku Klorissie, wołając - Hej ty, dzieciaku!

Klorissa odwróciła się z zaczerwienioną twarzą - To był

przypadek, Czy jest pan ranny?

- Nie! Co to za przedmiot?

- To strzała. Wystrzeliwuje się ją z łuku, dzięki pracy napięte]

cięciwy.

- O, tak! zawołał zuchwale dzieciak i wypuścił w powietrze

drugą strzałę a potem roześmiał się.

- Zostaniesz ukarany. Odejdź! - powiedziała Klorissa.

- Chwileczkę! - zawołał Baley. Potarł kolano, którym uderzył

o kamień, padając. - Mam kilka pytań. Jak się nazywasz?

- Bik - powiedział chłopak niedbale.

- Czy strzelałeś do mnie, Biku?

- Zgadza się - odpowiedział chłopiec.

- Czy zdajesz sobie sprawę, że mogłeś mnie trafić, gdybym nie

został ostrzeżony?

Bik wzruszył ramionami - Strzelałem po to, żeby trafić.

Klorissa zaczęła z pośpiechem mówić - Niech mi pan pozwoli

wyjaśnić. Łucznictwo jest zalecanym sportem. Zachęca do

rywalizacji a przy tym nie wymaga kontaktu osobistego. Urządzamy zawody

7 użyciem techniki oglądania. Obawiam się, że niektórzy chłopcy

strzelają do robotów. Ich to bawi a robotom nie szkodzi. Jestem w tej

posiadłości jedyną dorosłą osobą, chłopiec musiał wiec wziąć pana za

robota.

Baley słuchał. Odzyskiwał jasność umysłu. Jego twarz przybrała

zwykły zacięty wyraz - Czy myślałeś Biku, że jestem robotem? -

spytał.

- Nie - odpowiedział dzieciak. - Pan jest Ziemianinem.

- W porządku. Uciekaj.

Bik odbiegł pogwizdując a Baley zwrócił się do robota - Skąd

chłopak wiedział, że jestem Ziemianinem? Czy to nie ty byłeś przy

nim, kiedy strzelał?

- Ja, proszę pana. To ja powiedziałem mu, że jest pan

Ziemianinem.

- Czy mówiłeś mu, co to takiego Ziemianin?

- Tak, proszę pana.

- I co mówiłeś?

- Ziemianin to gorszy gatunek człowieka. Nie powinno się go

wpuszczać na Solarię, bo roznosi choroby zakaźne, proszę pana.

- Kto ci to powiedział, chłopcze?

Robot milczał.

- Czy wiesz, kto ci to powiedział?

- Nie wiem, proszę pana. To było w moim banku pamięci.

- Powiedziałeś mu chłopcze, ze roznoszę choroby zakaźne a on

bez wahania strzelił do mnie. Czemu go nie powstrzymałeś?

- Powinienem to zrobić, proszę pana. Nie powinienem pozwolić

mu próbować skrzywdzić człowieka, choćby to był Ziemianin. Nie

byłem wystarczająco szybki.

- Może zawahałeś się, bo pomyślałeś, że jestem tylko

Ziemianinem?

- Nie, proszę pana.

Baley zacisnął usta. Robot mógł zaprzeczać w dobrej wierze, on

jednak był pewien, że ten czynnik odegrał swoje role.

- Co robiłeś przy tym chłopcu?

- Nosiłem mu strzały, proszę pana.

- Czy mogę im się przyjrzeć?

Wyciągnął rękę. Robot zbliżył się i wręczył mu tuzin strzał. Baley

położył ostrożnie na ziemi strzałę, która trafiła w drzewo i obejrzał

po kolei inne. Oddał je robotowi i podniósł strzałę.

- Dlaczego podałeś chłopcu właśnie tę strzałę?

- Nie wybierałem jej, proszę pana. Poprosił o strzałę i ta mi się

trafiła pierwsza. Szukał celu, zobaczył pana, spytał, kto to jest teru

dziwny człowiek, wyjaśniłem mu...

- Wiem, co mu wyjaśniłeś. Strzała, którą mu wręczyłeś ma

szare lotki. Wszystkie inne mają czarne lotki.

Robot patrzył bezmyślnie.

- Czy przyprowadziłeś tu tego dzieciaka? celowo?

- Chodziliśmy bez celu, proszę pana.

Ziemianin spojrzał w lukę między dwoma drzewami, przez którą

wpadła strzała zmierzająca do celu. Spytał - Czy przypadkiem ten

dzieciak, Bik, nie jest najlepszym łucznikiem, jakiego tu macie?

- Robot pochylił głowę - On jest najlepszy, proszę pana.

Klorissa gapiła się na Baley'a - Jak pan na to wpadł?

- Ano tak - rzekł szorstko Baley. - Proszę porównać strzałę

z szarymi lotkami z innymi. Tylko ta ma naoliwiony koniec. Może to

zabrzmi melodramatycznie, proszę pani, ale uratowała mi pani życie.

Strzała, która mnie minęła jest zatruta.

13. SPOTKANIE Z ROBOTYKIEM.

- To niemożliwe! Wielkie nieba! Absolutnie niemożliwe!

- Tak właśnie jest, ponad wszelką wątpliwość. Czy macie tu

jakieś zwierzę, na którego stratę możecie sobie pozwolić? Wystarczy

zadrasnąć je tą strzała a zobaczy pani, co się stanie.

- Czemu ktoś miałby...

- Wiem, czemu - przerwał szorstko Baley. - Pytanie tylko,

kto?

- Nikt!

Baley poczuł, że zawrót głowy powraca. Wpadł w gniew. Rzucił

strzałę w stronę Klorissy.

- Niech ją pani podniesie. Jeśli nie chce pani jej badać, proszą

ją zniszczyć. Jeżeli podniosą ją dzieci, dojdzie do wypadku.

Pośpiesznie podniosła strzałę trzymając ją dwoma palcami.

Baley popędził ku najbliższemu wejściu do budynku. Klorissa

poszła za nim trzymając ostrożnie strzałę.

Pod dachem Baley poczuł że wraca do równowagi.

- Kto zatruł strzałę? - zastanawiał się.

- Nie mam pojęcia.

- Chyba nie zrobił tego sam chłopiec. Czy mogłaby pani

ustalić, kim są jego rodzice?

- Możemy sprawdzić rejestry - powiedziała bez entuzjazmu

Klorissa. - Potrzebujemy ich analiz genetycznych.

- Czy ten dzieciak mógł dowiedzieć się kim są jego rodzice?

- W żadnym razie - zaprzeczyła energicznie Klorissa -

Musiałby włamać się do archiwum. To niemożliwe.

- A jeśliby dorosły odwiedził ten zakład i dowiadywał się o

swoje dziecko?

- To bardzo mało prawdopodobne.

- Przypuśćmy jednak. Czy powiedziano by mu?

- Nie wiem. To nie jest zabronione ale po prostu nie jest przy-

jęte.

- Czy pani powiedziałaby?

- Starałabym się nie powiedzieć. Wiem że doktor Delmarre

nie zrobiłby tego. Uważał że te informacje winny służyć tylko

analizie genetycznej. Jego poprzednik mógł postępować inaczej. Czemu

pan pyta?

- Nie widzę, jaki powód mógłby mieć ten dzieciak. Może mieli

go jego rodzice.

- Wszystko to jest takie okropne - Wstrząs sprawił, że Klorissa

zbliżyła się do Baleya bardziej niż kiedykolwiek przedtem.

Wyciągnęła nawet ku niemu rękę. - Jak to się mogło stać? Szef zabity.

Pan omal nie zginął. Nie ma na Solarii powodów, by robić takie

rzeczy. Mamy wszystko, czego możemy zapragnąć.

Jej twarz rozjaśniła się - Ta strzała nie może być zatruta. Nie

powinnam dać się panu przekonać.

- Skąd ta nagła 'pewność?

- Robot, który był z Bikiem nie pozwoliłby na to. Nie mógłby

zrobić niczego, co mogło wyrządzić szkodę człowiekowi. Gwarancją

jest Pierwsze Prawo Robotyki.

- Zastanawiam się, czym właściwie jest Pierwsze Prawo...

- Co pan ma na myśli?

- Nic. Jeśli zbada pani strzałę, przekona się, że jest zatruta. -

Baleya już to nie interesowało. Nie miał wątpliwości co do trucizny.

- Czy nadal uważa pani, że to pani Delmarre winna jest

śmierci małżonka?

- Tylko ona była przy tym obecna.

- A pani była jedyną dorosłą osobą, obecną tu w chwili gdy

strzelano do mnie zatrutą strzałą.

- Nie miałam z tym nic wspólnego.

- Być może. Być może też pani Delmarre jest tak samo

niewinna. Czy mogę skorzystać z pani sprzętu łączności.

- Tak, oczywiście.

Baley wiedział, kto chce kogo zobaczyć i wcale nie była to

Gladia. Z zaskoczeniem usłyszał, jak mówi - Połącz mnie z Gladią

Delmarre!

Robot wykonał polecenie bez żadnych uwag a Baley, osłupiały

przyglądał się jego manipulacjom, zachodząc w głowę, czemu wydał

takie polecenie.

Może dlatego, że dopiero co była o me] mowa, a może martwił

go sposób, w jaki zakończyła się ich ostatnia rozmowa a może

potrzebował czegoś innego niż krzepkiej przytłaczająco rzeczowej

Klorissy.

(- Można rozegrać sprawy kłócąc się - pomyślał)

Pojawiła się przed nim w mgnieniu oka. Siedziała w dużym

fotelu z wysokim oparciem przez co sprawiała wrażenie mniejszej i bar-

dziej bezbronnej niż zwykle. Włosy miała ściągnięte ku tyłowi

i związane w luźny zwój. Kamienie w jej kolczykach wyglądały na

diamenty. Prostego kroju suknia podkreślała talię.

- Miło mi cię oglądać, Eliaszu. Próbowałam się z tobą

skontaktować - powiedziała cicho.

- Dzień dobry, Gladio! (Dobry wieczór? Nie wiedział, jaka była

u niej pora dnia i nie umiał tego odgadnąć z jej stroju). Dlaczego

próbowałaś skomunikować się ze mną?

- Żeby ci powiedzieć, jak mi przykro że zawiodły mnie nerwy,

kiedy cię oglądałam ostatnio. Pan Olivaw nie wiedział gdzie cię

można znaleźć.

Baley wyobraził sobie Daniela pod strażą robotów i powstrzymał

uśmiech - Wszystko w porządku.' Chciałbym widzieć się z tobą

w najbliższym czasie.

- Ależ, proszę... urwała. - Widzieć się ze mną?

- Osobiście - powiedział Baley z powagą.

- Czy jest po temu jakiś powód? - Jej oczy rozszerzyły się

a palce zacisnęły na poręczy fotela.

To konieczne.

- Nie sądzę...

- Czy pozwoliłabyś na to?

Odwróciła wzrok - Jeśli to absolutnie konieczne.

To jest konieczne. Przedtem jednak muszę widzieć się z kimś

jeszcze. Twój maż interesował się robotami. Sama mi o tym mówiłaś

a słyszałem to i od innych. Nie był jednak robotykiem, nieprawdaż?

- Nie była to jego specjalność, Eliaszu - Wciąż unikała jego

wzroku.

- Czy współpracował z robotykiem?

- Z Jothanem Leebigiem - odpowiedziała bez namysłu. - To

mój stary przyjaciel.

- Doprawdy? - spytał żywo Baley. Zaskoczyło ją to.

- Czy nie powinnam tego mówić?

- Dlaczego nie, jeśli to prawda?

- Wciąż się boję, że powiem coś, co zrobi ze mnie... Nie wiesz,

jak to jest, kiedy wszyscy są przekonani, że coś zrobiłeś.

- Nie przejmuj się. Jak to się stało, że zaprzyjaźniłaś się z

Leebigiem?

- Ach, nie pamiętam. On mieszka w sąsiedniej posiadłości.

Swobodne oglądanie prawie nie zużywa energii. Można pozostawać

stale w łączności, bez żadnych problemów. Dużo razem spacerujemy,

czy raczej spacerowaliśmy.

- Nie przypuszczałem, że byłabyś zdolna spacerować z

kimkolwiek.

Gladia zaczerwieniła się - mówiłam o oglądaniu. Wciąż

zapominam, ze jesteś Ziemianinem. Swobodne oglądanie oznacza, że można

iść dokąd się chce, nie tracąc kontaktu wzrokowego. Ja chodziłam

po swojej posiadłości a on po swojej i tak spacerowaliśmy razem.

Zadarła podbródek - To może być wcale miłe.

Potem zachichotała - Biedny Jothan!

- Czemu tak o nim mówisz?

- Myślałeś, że chodzimy razem bez oglądania. Chybaby umarł,

gdyby się dowiedział, że ktoś mógł tak .o nim pomyśleć.

- Dlaczego?

- Jest na tym punkcie okropnie drażliwy. Mówił mi, że od

piątego roku życia przestał widywać ludzi. Upierał się przy oglądaniu.

To się zdarza. Rikain mówił mi, kiedy rozmawialiśmy raz o Jothanie,

że takich dzieci jest coraz więcej. Mówił, że to swego rodzaju

ewolucja społeczna, która faworyzuje oglądanie. A co ty o tym sądzisz?

- Nie mam zdania w tej sprawie - odparł Baley.

- Jothan nie chciał się nawet ożenić. Rikain złościł się o to.

Mówił, że "społeczeństwu potrzebne są cechy genetyczne Jothana, ale

on po prostu odmówił wzięcia tego pod uwagę.

- A czy ma prawo odmówić?

- Nie-e - powiedziała z wahaniem Gladia - ale, wiesz jak to

jest. On jest bardzo wybitnym robotykiem, a tych się na Solarii

ceni. Myślę, że zrobiono odstępstwo. Tyle ze Rikain zamierzał przerwać

współpracę z Jothanem. Powiedział mi raz, że Jothan jest złym

Solarianinem.

- Czy mówił to też Jothanowi?

- Nie wiem. Pracował z nim do końca.

- Czy uważał go za złego Solarianina, bo tamten nie chciał się

żenić?

- Rikain powiedział mi kiedyś, że małżeństwo jest najcięższym

z życiowych doświadczeń, ale że trzeba to przecierpieć.

- A co ty o tym sądzisz?

- O czym, Eliaszu?

- O małżeństwie. Czy też uważasz, że to najcięższe z życiowych

doświadczeń.

Jej twarz straciła wszelki wyraz, jakby zmyto z niej uczucia.

- Nigdy o, tym nie myślałam.

- Powiedziałaś, ze stale chodzisz na spacery z Jothanem

Leebigiem a potem poprawiłaś się mówiąc że chodziłaś dawniej. Już z nim

nie spacerujesz?

Potrząsnęła głową. Jej twarz znów nabrała wyrazu - smutku -

Nie. Tylko raz, czy dwa razy go oglądałam. Robił wrażenie

zapracowanego, a ja nie lubię... Rozumiesz?

- Czy tak było od śmierci twego męża?

- Nawet wcześniej. Kilka miesięcy wcześniej.

- Czy nie myślisz, że to doktor Delmarre kazał mu przestać

Zaskoczyło ją to - Jak mógłby nam coś kazać? Nie jesteśmy

robotami, Jothan ani ja. I czemu miałby to robić?

Baley nie usiłował tego wyjaśniać. Mógłby to zrobić tylko w

kategoriach ziemskich pojęć a nie ułatwiałoby to jej zrozumienia.

- Jeszcze tylko jedno, Gladio. Zobaczę cię znów, kiedy skończę

z Leebigiem, a jaka to pora dnia?

Ledwie spytał, już tego pożałował. Robot odpowiedziałby

używając ziemskich > miar czasu, ale Gladia mogła użyć miar Solariańskich.

Baley miał już dość popisywania się ignorancją.

Gladia jednak powiedziała po prostu - popołudnie.

- Świetnie. Zobaczymy się znów, by umówić się na widzenie.

Znów się zawahała - Czy to konieczne?

- Tak.

- Dobrze więc - odpowiedziała cicho.

Próby nawiązania łączności z Leebigiem przeciągały się. Baley

wykorzystał czas, zjadając drugą kanapkę, którą przyniesiono mu

w oryginalnym opakowaniu. Przez ostrożność sprawdził pieczęć przed

otwarciem opakowania a potem starannie obejrzał zawartość.

Otworzył za pomocą własnych zębów plastikowy pojemnik z mlekiem,

prosto z lodówki i wypił mleko wprost z pojemnika. Przemknęła mu

ponura myśl o bezwonnych i pozbawionych smaku truciznach o

opóźnionym działaniu, które można było wprowadzić do pojemnika

używając igieł albo strzykawek automatycznych ale odrzucił tę myśl

jako dziecinną.

Jak dotąd morderstwa popełniano bądź usiłowano popełnić

w możliwie najprostszy sposób. Cios w głowę, porcja trucizny zdolna

zabić dwunastu chłopa, zatruta strzała - to nie były wyszukane

środki.

Potem pomyślał że dopóki będzie skakał z jedne] strefy czasu

do drugiej, nie może liczyć na regularne posiłki ani na to, że się

wyśpi.

Pojawił się robot - Doktor Lebieg radzi, aby pan spróbował

połączyć się z mm jutro. Jest bardzo zajęty.

Baley zerwał się na równe nogi i ryknął - Powiedz temu...

Urwał. Krzyczeć na robota nie miało sensu. Taki sam rezultat

osiągnie się mówiąc szeptem.

Normalnym już tonem powiedział - Powiedz doktorowi

Leebigowi albo jego robotowi, jeśli inaczej się nie da, że prowadzę

śledztwo w sprawie morderstwa jego współpracownika, dobrego

Solarianina. Powiedz mu, że nie mogę czekać, aż skończy prace i że jeśli

nie zobaczę go za pięć minut, wsiądę w samolot i za godzinę będę

się z nim widział w jego posiadłości. Użyj słowa widzieć, to nie

pomyłka.

Potem zajął się znów swoją kanapką.

Nie minęło pięć minut a Leebig, czy raczej Solarianin, który

musiał nim być, patrzył już z wściekłością na Baleya. Baley nie po-

został mu dłużny. Leebig był szczupły. Trzymał się prosto. Jego

oczy miały wyraz roztargnienia pomieszanego z gniewem. Jedna

z powiek nieco opadała.

- To Pan jest tym Ziemianinem?

- Eliasz Baley, agent C-7, prowadzący śledztwo w sprawie

morderstwa doktora Rikaina Delmarre'a. Pańskie nazwisko?

- Jestem doktor Jothan Leebig. Czemu pozwala pan sobie

przeszkadzać mi w pracy?

- Przyczyna jest prosta. To mój obowiązek.

- Więc niech się pan z nim zabiera gdzie indziej.

- Przedtem zadam panu kilka pytań, doktorze. Był pan bliskim

współpracownikiem doktora Delmarre'a. Zgadza się?

Leebig zacisnął pięści i podszedł do kominka na którego

gzymsie niewielkie mechaniczne urządzenia poruszały się w

skomplikowanym cyklu, hipnotycznie przyciągając wzrok.

Obraz podążył za Leebigiem, który idąc był w jego środku.

Pokój stanowiący tło przesunął się w rytmie kroków w tył.

- Jeżeli jest pan tym cudzoziemcem, którego sprowadzenie za-

powiadał Gruer...

- Jestem nim.

- Jeśli tak, znalazł się pan tutaj wbrew memu życzeniu. Koniec

oglądania!

- Jeszcze nie. Nie przerywać połączenia! - Baley podniósł głos

- i palec, który wycelował w robotyka. Leebig cofnął się z

wyrazem niesmaku na twarzy.

- Jeśli mówię o widzeniu się z panem, nie są to puste słowa.

- Tylko bez tych ziemskich grubiaństw, wypraszam sobie.

- Stwierdzam tylko fakt. Będę musiał widzieć się z panem,

jeśli nie uda mi się nakłonić pana do wysłuchania mnie. Przytrzymam

pana za kołnierz.

- Jest pan plugawym zwierzęciem!

- Może pan sobie myśleć, co pan chce. Zrobię to.

- Jeśli spróbuje pan wtargnąć do mojej posiadłości to ja .. ja

pana...

Baley uniósł brwi - Zabije mnie pan? Często rzuca pan takie

groźby?

- Nie rzucam żadnych gróźb.

- Więc porozmawiajmy! Można było sporo załatwić w tym

czasie, który pan zmarnował. Był pan bliskim współpracownikiem

doktora Rikaina Delmarre'a. Zgadza się?

Robotyk opuścił głowę, gdy podniósł wzrok, panował już nad

sobą. Zdobył się nawet na przelotny zdawkowy uśmiech.

- Byłem.

- Delmarre interesował się, o ile wiem, nowymi rodzajami

robotów.

- Tak było.

- Jakimi rodzajami?

- Czy pan jest robotykiem?

- Nie. Proszę to wyjaśnić laikowi.

- Nie wiem, czy potrafię.

- Proszę spróbować. Przypuszczam, że chodziło mu o roboty,

zdolne do utrzymania dzieci w posłuchu. Jakie były z tym

problemy?

Leebig odrzekł, unosząc brwi - Ujmując to jak najprościej, bez

wdawania się w szczegóły, trzeba wzmocnić całkę C, rządzącą

reakcją tandemu Sikorowicza na poziomie W-65.

- To niezrozumiałe.

- Ale tak jest.

- Dla mnie to niezrozumiałe. Czy mógłby pan ująć to inaczej?

- Oznacza to pewne osłabienie Pierwszego Prawa.

A to czemu? Dziecko jest przecież utrzymywane w posłuchu

dla swego przyszłego dobra. Taka jest teoria.

- Ach, przyszłe dobro! - oczy Leebiga zapłonęły.

Wydawał się zapominać, kto go słucha. Zrobił się wymowny -

Myśli pan, że to takie proste? A iluż to ludzi zgodziłoby się na

drobne choćby niewygody w imię znacznych korzyści w przyszłości? Ileż

to czasu trzeba uczyć dziecko, że to, co mu smakuje teraz, oznacza

ból brzucha potem, a to co mu nie smakuje teraz, wyleczy go z bólu

brzucha potem. A pan chce, by robot to zrozumiał? Jeśliby robot

sprawił dziecku przykrość, spowodowałoby to powstanie w

pozytronowym mózgu potężnych niszczących napięć. Przeciwdziałanie

temu poprzez umożliwienie robotowi zrozumienia owego

przyszłego dobra wymagałoby uruchomienia tylu dodatkowych ścieżek, że

masa mózgu wzrosłaby o połowę, chyba że zrezygnowałoby się z

innych połączeń.

- Nie udało się więc panu zbudować takiego robota?

- Nie i nie zanosi się na to.

- Czy doktor Delmarre wypróbowywał model takiego robota -

zanim zginął?

- Nie takiego robota. Zajmowaliśmy się też innymi.

- Doktorze Leebig, chciałbym pana prosić o udzielenie mi

lekcji. Chcę dowiedzieć się czegoś więcej o robotyce.

Leebig pokręcił głową a powieka opadła mu przy tym w

upiornym zmrużeniu oka - To chyba oczywiste, że wykład robotyki nie

jest sprawą paru chwil. Nie mam aż tyle czasu.

- Mimo to musi mnie pan poinformować. Cała Solaria

- przesiąknięta jest wonią robotów. Jeśli to wymaga czasu, tym bardziej

muszę widzieć się z panem. Nie umiem pracować ani myśleć

korzystając z oglądania.

Nie wydawało się możliwe by Leebig mógł przybrać jeszcze bar-

dziej sztywną postawę, a jednak udało mu się to.

- Nie interesują mnie pańskie ziemskie fobie. Widzenie nie

wchodzi w grę.

- Może zmieni pan zdanie, gdy dowie się pan o czym chcę z

panem mówić.

- To nie ma znaczenia.

- Ach tak? Proszę więc posłuchać. Jestem pewien, że w

dziejach robotyki omijano celowo Pierwsze Prawo.

- Omijano? Czy pan zwariował? Po co?

- Aby ukryć fakt - odpowiedział całkiem spokojnie Baley -

że robot może popełnić morderstwo.




14. UJAWNIENIE MOTYWU




Leebig wykrzywił usta w grymasie, który był, jak to po chwili

zrozumiał Baley, nieudaną próbą uśmiechu.

- Proszę tak nie mówić. Niech pan nigdy tego nie mówi.

- Dlaczego?

- Bo wszystko, co podważa zaufanie do robotów, jest szkodliwe.

Brak zaufania do nich to choroba.

Zachowywał się jakby pouczał dziecko. Mówił łagodnym tonem,

mając ochotę krzyczeć. Starał się przekonywać kogoś, kto jego

zdaniem zasługiwał na najwyższy wymiar kary.

- Czy zna pan historię robotyki?

- Trochę.

- A powinien pan, jako Ziemianin. Czy wie pan, że roboty

zaczynały od walki z kompleksem Frankensteina? Ludzie nie ufali im

i obawiali się ich. Robotyka była wręcz tajną nauką. Trzy Prawa

wbudowano w roboty, by przezwyciężyć tę nieufność a mimo to

Ziemia nigdy nie pozwoliła rozwinąć się zrobotyzowanemu

społeczeństwu. Pierwsi pionierzy opuszczali Ziemię by kolonizować Galaktykę

tworząc społeczeństwa, w których pozwolono robotom wyzwolić

ludzi z ubóstwa i uwolnić ich od ciężkiej pracy. I wtedy nawet pozo-

stało niezbyt głęboko uśpione podejrzenie.

- Czy spotykał się pan z tym uprzedzeniem?

- Nieraz - powiedział posępnie Leebig.

- Czy dlatego pan i inni robotycy przekręcają fakty by nie

budzić na nowo, podejrzeń?

- Niczego nie przekręcamy.

- Czy na przykład Trzy Prawa nie są przytaczane w niepełnym

brzmieniu?

- Wie!

- Mogę udowodnić, że tak jest i jeśli nie przekona mnie pan, że

jest inaczej udowodnię to przed całą Galaktyką.

- Oszalał pan. Pańskie argumenty są fałszywe, zapewniam pana.

- Czy nie powinniśmy tego omówić?

- Jeśli to zbyt długo nie potrwa...

- Twarzą w twarz? Widząc się nawzajem?

Grymas wykrzywił twarz tamtego - Nie.

- Żegnam pana, doktorze! Wysłucha mnie kto inny.

- Chwileczkę! Na Galaktykę, niechże pan poczeka.

- Widząc się?

Robotyk uniósł ręce do twarzy. Przygryzł wielki palec i

znieruchomiał w tej pozycji. Patrzył tępo na Baley'a.

Baley zastanawiał się, czy tamten nie cofa się w myślach do wie-

ku kiedy jeszcze mógłby widzieć się z nim.

Leebig pokręcił głową - Nie mogę. Nie mogę - mówił

niewyraźnie, bo z palcem w ustach - Nie mogę. Niech pan robi co pan chce.

Baley patrzył jak tamten odwraca się twarzą do ściany. Patrzył

na pochylone plecy i trzęsące się ręce ,zakrywające twarz. - Dobrze

więc, oglądanie mi wystarczy - powiedział.

- Przepraszam na chwilę. Zaraz wracam - odrzekł Leebig.

wciąż odwrócony.

Baley skorzystał z przerwy i oto przyglądał się swej twarzy w

lustrze w łazience. Czy zaczynał rozumieć Solarię i Solarian? Nie był

pewien.

Westchnął, nacisnął przycisk, pojawił się robot. Baley, nie

odwracając się, spytał - Czy macie tu jeszcze inne urządzenia łączności,

poza tym, z którego korzystam.

- Są trzy inne końcówki, proszę pana.

- Powiedz więc Klorissie Cantoro, swojej pani, że aż do

odwołania będę korzystał z tego i proszę, żeby mi nie przeszkadzano.

- Tak, proszę pana.

Baley wrócił na swoje miejsce. W centrum obrazu miejsce

Leebiga wciąż było puste, usiadł wiec, by czekać.

Nie czekał długo. Wszedł Leebig a pokój znów zatańczył w rytm

jego kroków. Najwyraźniej obraz zogniskował się na człowieku.

Baley przypomniał sobie złożoność tablicy kontrolnej i odczuł coś w

rodzaju uznania dla tego, w czym uczestniczył.

Leebig panował już nad sobą. Poprawił uczesanie, zmienił

ubranie. Nowy, luźny strój był z drogiego, połyskującego materiału. Usiadł

w wysokim krześle, które wysunęło się ze ściany. Rzeczowym tonem

spytał -

- Jakie wiec ma pan uwagi, odnośnie Pierwszego Prawa?

- Czy możemy być podsłuchani?

- Nie. Zadbałem o to.

- Baley skinął potakująco głową - Pozwoli pan, że zacytuję

Pierwsze Prawo?

- To nie jest konieczne.

- Wiem, pozwoli pan jednak... "Robot nie może wyrządzić

krzywdy człowiekowi ani przez swa bezczynność dopuścić do

wyrządzenia mu krzywdy".

- I cóż?

- Otóż, kiedy wylądowałem na Solarii, podróżowałem do

wyznaczonej mi posiadłości w zamkniętym pojeździe. Chodziło o ochronę

przed otwartą przestrzenia. Jako Ziemianin...

- Wiem - powiedział Leebig niecierpliwie. - Co to ma do

rzeczy?

- Robot, który prowadził pojazd nie wiedział o tym. Poprosiłem

go o odsłonięcie wnętrza i posłuchał. Drugie Prawo, musiał wykonać

rozkaz. Poczułem się, oczywiście nieswojo i omal nie zemdlałem. Czy

ten robot nie wyrządził mi krzywdy?

- Na pański rozkaz - warknął Leebig.

- Zacytuję Drugie Prawo: .Robot musi wykonywać rozkazy

człowieka z wyjątkiem tych, które są sprzeczne z Pierwszym

Prawem". Mój rozkaz powinien więc być zignorowany.

- Nonsens. Robot nie mógł wiedzieć...

Baley pochylił się w fotelu - Otóż to! Jak więc powinno brzmieć

Pierwsze Prawo? "Robot nie może zrobić niczego co zgodnie z jego

wiedzą może wyrządzić krzywdę człowiekowi ani przez swą

bezczynność świadomie dopuścić do wyrządzenia mu krzywdy".

- To oczywiste!

- Nie dla przeciętnego człowieka. Przeciwnie, przeciętny

człowiek jest w stanie zrozumieć, że robot może popełnić morderstwo.

Leebig zbladł - Pan jest szaleńcem! To obłęd!

Baley przyglądał się końcom swoich palców.

- Robot może wykonać jakąś niewinną czynność, nie

przynoszącą szkody człowiekowi.

- Tak, oczywiście. Jeśli otrzyma polecenie. A drugi robot może

wykonać inną, równie niewinną czynność, która również nie może

zaszkodzić człowiekowi, jeśli otrzyma polecenie.

- Tak.

- A jeśli te dwie najzupełniej niewinne czynności zostaną

połączone otrzymamy w rezultacie morderstwo.

- Jak to? - Leebig spoglądał spode łba.

- Chciałbym usłyszeć pańską opinię, jako eksperta - mówi

Baley. - Rozważmy hipotetyczny przypadek. Człowiek mówi do

robota: Wlej trochę tego płynu do szklanki z mlekiem, którą znajdziesz

lam i tam. Płyn jest nieszkodliwy .Chcę zbadać jego wpływ na mleko

a potem zostanie wylany. Po wykonaniu polecenia,, zapomnij o nim".

Leebig milczał z groźną miną.

Baley mówił dalej - Gdybym kazał robotowi wlać do mleka

jakiś tajemniczy płyn i podać go człowiekowi, Pierwsze Prawo

kazałoby mu spytać ,,Co to za płyn? Czy nie zaszkodzi człowiekowi?".

Nawet gdyby go zapewnić, że płyn jest nieszkodliwy, Pierwsze Prawo

wciąż jeszcze mogłoby kazać mu zawahać się i odmówić podania

mleka. Mówimy jednak, że mleko będzie wylane.

Pierwsze Prawo nie ma zastosowania. Czy robot nie zrobiłby tego,

co mu kazano?

Leebig patrzył z wściekłością na Baley'a.

- Teraz drugi robot bierze mleko, nie wiedząc, że je z czymś

zmieszano. W nieświadomości podaje mleko człowiekowi i człowiek

umiera.

- Nie.' - krzyknął Leebig.

- Dlaczego nie? Obie czynności są same w sobie niewinne. Tylko

ich połączenie daje w wyniku morderstwo. Zgodzi się pan ze mną,

że to się może zdarzyć?

- Mordercą będzie człowiek, który wydał polecenie!

- Z filozoficznego punktu widzenia, tak. Roboty były tylko

narzędziami zbrodni.

- Nikt nie wydałby takiego polecenia.

- Wydałby i wydał. Dokładnie w taki sposób usiłowano

zamordować doktora Gruera. Sądzę, że słyszał pan o tym?

- Na Solarii słyszy się o wszystkim - mruknął Leebig.

- Wie pan więc, że Gruer został otruty przy stole, na oczach

moich i mojego partnera, pana Olivawa z Aurory. Czy zna pan może

inny sposób w jaki można go było otruć? Prócz niego nie było tam

nikogo. Jako Solarianin musi pan uznać znaczenie tego faktu.

- Nie jestem detektywem. Nie mam żadnego pomysłu.

- Jeden panu przedstawiłem. Chcę wiedzieć, czy to możliwe,

czy dwa roboty nie mogły wykonać dwóch oddzielnych czynności,

których połączenie dawało w rezultacie morderstwo. Pan jest

ekspertem, doktorze. Czy to możliwe?

I oto Leebig, znękany i przyparty do muru, prawie niesłyszalnym

głosem powiedział - Tak.

- Dobrze więc. Tyle o Pierwszym Prawie.

Leebig utkwił wzrok w Baley'u a jego opadająca powieka

mrugnęła raz i drugi. Rozłączył splecione dłonie, palce jednak pozostały

zgięte, jakby każda dłoń wciąż ściskała drugą. Rozluźnił palce

dopiero gdy oparł dłonie na kolanach.

Baley nie zwracał na to uwagi.

- Teoretycznie, tak - powiedział Leebig - Teoretycznie! Niech

pan nie lekceważy Pierwszego Prawa, Ziemianinie. Trzeba wielkiej

zręczności w postępowaniu z robotami, by obejść Pierwsze Prawo.

- To oczywiste - odrzekł Baley. - Ja jestem tylko

Ziemianinem i nie wiem prawie nic o robotach. Kiedy wydaję im polecenia,

naśladuję tylko innych. Solarianin byłby o wiele zręczniejszy,

zrobiłby to z pewnością o wiele lepiej.

Leebig zdawał się nie słuchać. Mówił głośno - Jeśli robotem

można posłużyć się dla wyrządzenia człowiekowi szkody, oznacza to

tylko, że trzeba rozszerzyć możliwości pozytronowego mózgu. Ktoś mógł-

by powiedzieć, że należałoby uczynić lepszymi ludzi. To niemożliwe,

musimy więc lepiej zabezpieczyć roboty.

Wciąż idziemy naprzód. Nasze roboty są bardziej różnorodne, wy-

specjalizowane, zręczniejsze i bardziej odporne niż te sprzed stulecia.

Za sto lat będziemy jeszcze dalej. Po cóż ma robot manipulować przy

tablicy kontrolnej, skoro można wbudować mózg pozytronowy w

samą tę tablicę. To przykład specjalizacji ale można to uogólnić. Czemu

robot nie mógłby mieć odłączanych i wymiennych kończyn? Czemu

nie? Jeżeli...

Baley przerwał - Czy jest pan jedynym robotykiem na Solarii?

- Niech pan nie robi z siebie głupca!

- Po prostu przyszło mi to na myśl. Doktor Delmarre był

jedynym... inżynierem fetologiem, jeśli nie liczyć jego asystentki.

- Na Solarii jest ponad dwudziestu robotyków.

- Czy pan jest najlepszy z nich?

- Jestem najlepszy - odpowiedział Leebig bez skrępowania.

- Delmarre współpracował z panem?

- Zgadza się.

- Słyszałem jednak, że zamierzał przerwać tę współpracę...

- Pierwsze słyszę. Skąd ten pomysł?

- Nie podobało mu się, że jest pan nieżonaty.

- Możliwe. Był prawdziwym Solarianinem, nie wpływało to

jednak na nasze kontakty zawodowe.

- Zmieńmy temat. Czy prócz projektowania zajmowali się

panowie wytwarzaniem i naprawami?

- Wytwarzaniem i naprawą zajmują się roboty. Mam w swej

posiadłości wielką fabrykę robotów i sklep - stację obsługi.

- Czy roboty często się psują?

- Bardzo rzadko.

- Czy to znaczy, że nie jesteście biegli w naprawie robotów?

- Bynajmniej - odrzekł cierpko Leebig.

- A co z robotem, który był obecny przy zabójstwie doktora

Delmarre'a?

Leebig ściągnął brwi, jakby chciał zamknąć umysł przed jakąś

bolesną myślą - Zupełnie zniszczony.

- Czy naprawdę zupełnie? Nie będzie w stanie odpowiadać na

pytania?

- Absolutnie nie. Jest do niczego. Ma spalony mózg. Nie ocalała

śni jedna ścieżka. Niech się pan zastanowi! Był świadkiem

morderstwa, któremu nie mógł zapobiec.

- Dlaczego nie mógł, nawiasem mówiąc?

- Któż to może wiedzieć? Doktor Delmarre prowadził

doświadczenia z tym robotem. Mógł na czas sprawdzania jakiegoś obwodu

kazać mu zawiesić wszystkie funkcje. Jeśli niepodejrzany podjął

nagle morderczy atak, mogło wystąpić opóźnienie reakcji zanim

uruchomiony potencjał Pierwszego Prawa przełamał nakaz zawieszenia

funkcji. Wielkość opóźnienia należy od charakteru tego nakazu i od

rodzaju napaści. Mogę wymyślić tuzin innych przyczyn, dla których

robot nie zapobiegł morderstwu. Takie pogwałcenie Pierwszego

Prawa spaliło wszystkie ścieżki pozytronowego mózgu.

- Jeśli jednak robot nie mógł zapobiec morderstwu, czemu ma

ponosić odpowiedzialność? Czy Pierwsze Prawo żąda niemożliwości?

Leebig wzruszył ramionami - Pierwsze Prawo chroni człowieka

z całą możliwą energią. Nie dopuszcza żadnych usprawiedliwień.

Jeżeli naruszono Pierwsze Prawo, robot jest zniszczony.

- Czy tak jest zawsze i wszędzie?

- Tak samo jak zawsze i wszędzie używa się robotów.

- Nie dowiedziałem się więc niczego.

- Powinien się pan dowiedzieć, że teoria morderstwa, jako

szeregu niewinnych czynności, wykonanych przez roboty, nie sprawdza

się w przypadku śmierci doktora Delmarre'a.

- Bo zadano mu cios w głowę, a nie otruto. Żaden robot nie

mógłby rozbić głowy człowiekowi. Ludzkie ramię musiało kierować

narzędziem zbrodni.

- Przypuśćmy jednak, że robot nacisnąłby jakiś niewinny guzik,

powodując upadek jakiegoś ciężaru ..

Leebig uśmiechnął się kwaśno - Oglądałem miejsce zbrodni i wy-

słuchałem wszystkich wiadomości. Morderstwo to na Solarii, rzecz

niezwyczajna. Wiedziałbym o jakimś ciężarze albo o jakimś

mechanizmie.

- Albo o tępym narzędziu - dodał Baley.

- To pan jest detektywem. Niech je pan znajdzie.

- Jeśli jednak przyjmiemy, że robot nie jest winien śmierci

Delmarre'a, kto jest winien?

- Wszyscy wiedzą, kto jest winien! - krzyknął Leebig. Jego

żona Gladia!

- Taka przynajmniej jest powszechna opinia - pomyślał Baley

a głośno powiedział - A kto kierował robotami, które otruły Gruera?

- Przypuszczam... - Leebig zwlekał z odpowiedzią.

- Nie sądzi pan chyba, że było dwóch morderców? Jeśli Gladia

odpowiada za jedną zbrodnię, odpowiada też za drugą.

- Tak. Ma pan rację. - Głos Leebiga nabrał pewności. - Nie

ma wątpliwości.

- Nie ma wątpliwości?

- Nikt inny nie mógł zbliżyć się do Delmarre'a. Tak jak ja, nie

pozwalał na osobiste kontakty, tyle ze robił wyjątek dla żony, a ja

nie robię żadnych wyjątków. O tyle jestem mądrzejszy - zaśmiał się

szorstko robotyk.

- Sądzę, że zna ją pan - rzekł sucho Baley.

- Kogo?

- Mówimy tylko o jednej kobiecie. O Gladii.

- Kto panu powiedział, że znam ją lepiej, niż innych? - Leebig

rozluźnił o cal zapięcie pod szyją.

- Sama Gladia. Chodziliście razem na przechadzki.

- I cóż stąd? Byliśmy sąsiadami. To normalne. Robiła miłe

wrażenie.

- Nie miał pan nic przeciw jej towarzystwu.

Leebig wzruszył ramionami - Rozmowa z nią była jakąś

odmianą.

- O czym rozmawialiście?

- O robotyce - w tej odpowiedzi był akcent zdziwienia, jakby

pytanie było zbędne.

- Czy i ona mówiła o robotyce?

- Tylko słuchała. Nie wiedziała nic o robotyce. Sama

zabawiała się eksperymentami z polami siłowymi. Nazywała to kolorystyką

pól. Słuchałem jej, chociaż niezbyt uważnie.

- Czy podobała się panu?

-- Jak to?

- Czy uważał pan ją za pociągającą? Pociągającą fizycznie?

Teraz nawet opadająca powieka Leebiga uniosła się. Wargi mu

drżały. Mruknął - Plugawe zwierzę.

- Może więc spytam inaczej. Kiedy Gladia przestała robić na

panu miłe wrażenie?

- O co panu chodzi?

- Mówił pan ,że robiła miłe wrażenie. Teraz myśli pan, że zabiła

męża. To nie świadczy o miłym charakterze.

- Myliłem się co do niej.

- Doszedł pan jednak do tego wniosku zanim zabiła męża, o ile

to zrobiła. Przestał pan przechadzać się z nią jakiś czas przedtem.

Dlaczego?

- Czy to ważne?

- Wszystko jest ważne, dopóki nie dowiedzie się, że jest inaczej.

- Jeśli pan szuka informacji u robotyka, proszę o to pytać. Nie

będę odpowiadał na pytania osobiste.

- Był pan bliskim znajomym zarrówno zamordowanego jak i

głównej podejrzanej. Czy nie rozumie pan, że pytania osobiste są

nieuniknione. Czemu przestał pan przechadzać się z Gladią?

- Nadszedł czas, kiedy przestało mi to odpowiadać, kiedy byłem

zbyt zajęty, kiedy nie było powodu, by kontynuować przechadzki...

- Kiedy przestała robić na panu miłe wrażenie, innymi słowy.

- Niech i tak będzie.

- Dlaczego przestała robić miłe wrażenie?

- Bez żadnego powodu! - krzyknął Leebig Baley puścił to

mimo uszu - Jest pan kimś, kto dobrze znał Gladię. Jaki mogła mieć

powód?

- Powód?

- Nikt dotąd nie wspomniał o motywie. Gladią nie popełniłaby

morderstwa bez powodu.

- Na Galaktykę! - Leebig miał zamiar zaśmiać się, ale

zrezygnował - Nikt panu nie mówił? Może nie wiedzieli. Ja wiedziałem.

Mówiła mi o tym. Często mówiła.

- Co panu mówiła 3doktorze?

- No, przecież, że kłóciła się z mężem. Kłóciła się ostro i często.

Nienawidziła go, Ziemianinie. Czy nikt panu o tym nie mówił? Czy

ona nie mówiła panu?




15. BARWY PORTRETU




Cios był dobrze wymierzony.

Żyjąc po swojemu, Solarianie uważali zapewne życie osobiste

za świętość. Pytania o małżeństwo i dzieci były w złym tonie.

Małżonkowie mogli kłócić się całymi latami i nikomu nie wypadało

zwracać na to uwagi.

Czy jednak i wtedy, gdy chodziło o morderstwo? Czy nikt nie

spytał podejrzanej o kłótnie z mężem? Czy nikt nie wspomniałby

o tym, gdyby wiedział?

No cóż, Leebig wspomniał.

- O co się kłócili?

- Myślę, że powinien pan ją samą o to zapytać.

- Powinienem - pomyślał Baley wstając. - Dziękuję za współ-

pracę, doktorze. Może będę pana jeszcze potrzebował. Mam nadzieję,

że będzie pan osiągalny.

- Koniec oglądania - powiedział Leebig i nagle, wraz ze

swoją częścią pokoju, znikł.

Baley po raz pierwszy nie miał nic przeciw podróży samolotem.

Czuł się jak w swoim żywiole.

Nie pomyślał nawet o Ziemi ani o Jessie. Był poza Ziemią

dopiero drugi tydzień a równie dobrze mogły to być lata. Na Solarii

przebywał od trzech dni, a wydawało się, że od zawsze.

Czy można tak szybko przywyknąć do koszmaru?

Czy sprawiła to Gladia? Już wkrótce będzie ją widział a nie

oglądał. Czy stąd płynęła pewność siebie i uczucia zrozumienia

i oczekiwania?

Czy ona to wytrzyma? Czy nie wymknie się po paru chwilach,

jak to zrobił Quemot?

Kiedy wszedł, stała w odległym końcu sali. Wyglądała jak

blade odbicie siebie samej.

Usta ledwie muśnięte czerwienią, ledwie podkreślone brwi, blady

błękit w muszlach uszu, nic poza tym. Była blada, wystraszona,

bardzo młoda.

Ciemnoblond włosy były ściągnięte z tyłu głowy a

szaroniebieskie oczy miały spłoszony wyraz. Miała na sobie granatową, prawie

czarną suknię z długimi rękawami, z cienką białą lamówką po bokach,

białe rękawiczki, pantofelki na płaskich obcasach. Prócz twarzy, ani

cal skóry nie był odsłonięty. Nawet szyje zakrywała nie rzucająca

się w oczy kryza.

Baley zatrzymał się - Czy to nie za blisko, Gladio?

Oddech miała szybki i płytki - Zapomniałam już, jak to jest.

To całkiem jak oglądanie, jeśli nie myśli się o tym, jako widzeniu,

nieprawdaż?

- Dla mnie to zupełnie normalne - odpowiedział Baley.

- Tak, na Ziemi - przymknęła oczy. - Próbuję czasem wy-

obrazić to sobie, te tłumy ludzi dookoła. Idzie się drogą, inni idą

obok, a jeszcze inni naprzeciw. Dziesiątki...

- Setki - powiedział Baley. - Czy oglądałaś sceny z życia

na Ziemi w książkofilmach? A może oglądałaś powieści, których

akcja rozgrywa się na Ziemi?

- Prawie nie mamy takich, ale oglądałam powieści, których

akcja rozgrywa się w innych Światach Zaziemskich, gdzie ludzie

widują się nieustannie. W powieściach nie robi to wrażenia. Wygląda

to jak spotkania w stereowizji.

- Czy w tych powieściach ludzie się całują?

Mocno się zaczerwieniła - Nie czytam powieści tego rodzaju.

- Nigdy?

- Cóż, zawsze można trafić na jakieś nieprzyzwoite filmy, więc

czasem, z ciekawości... To obrzydliwe, naprawdę.

- Naprawdę?

- Ziemia jest taka inna - mówiła z ożywieniem Gladia. - Tylu

ludzi. Wyobrażam sobie, Eliaszu, że można tam dotknąć kogoś prze-

chodząc? Mam na myśli przypadkowe dotkniecie.

Baley uśmiechnął się - Można nawet kogoś niechcący

przewrócić - Pomyślał o tłumach na drogach ekspresowych, tłumach ludzi

popychających się, wskakujących i zeskakujących z pasów i

nieuchronnie zdjęła go tęsknota za domem.

- Nie stój tam - powiedziała Gladia.

- Czy mogę podejść?

- Chyba tak. Powiem ci, jaka odległość będzie odpowiednia.

Baley podchodził krok za krokiem a Gladia patrzyła

rozszerzonymi oczami.

- Czy chciałbyś obejrzeć moje malarstwo pół? - spytała.

Baley był o sześć stóp od niej. Zatrzymał się i popatrzył na nią.

Wydawała się tak drobna i krucha. Spróbował wyobrazić ją sobie,

jak godzi, czymś trzymanym w ręku (czym?) w głowę swego męża

Spróbował wyobrazić ją sobie jako szaloną z wściekłości, pełną

nienawiści morderczynię.

Musiał przyznać, że było to możliwe. Nawet drobnej budowy

kobieta mogłaby strzaskać czyjąś czaszkę, jeśliby miała odpowiednia

broń i była wystarczająco wściekła. Baley znał morderczynie

(oczywiście na Ziemi), które normalnie wyglądały niewinnie jak króliczki

- Co to jest malarstwo pól, Gladio?

- To nowy rodzaj sztuki.

Baley przypomniał sobie wzmiankę Leebiga. Skinął potakująco

głową.

- Chciałbym to zobaczyć.

- Więc chodźmy.

Baley zachowywał sześciostopową odległość. I tak było to mniej

niż jedna trzecia odległości, jakiej zażądała Klorissa.

Sala, do której weszli rozbłysła światłem. Jarzył się każdy je]

kąt i każda ściana. Gladia z miną dumnej właścicielki patrzyła

wyczekująco na Baleya. Jego reakcja musiała być zgodna z jej

oczekiwaniami, chociaż nic nie powiedział. Obracając się powoli,

próbował zrozumieć, co właściwie ogląda. Nie były to przedmioty

materialne, tworzywem było światło. Świetlne formy tkwiły na

podtrzymujących je cokołach. Były żywą geometrią, prostymi i

krzywymi liniami kolorowego światła łączącymi się w całości, wyraźnie

jednak rozpoznawanymi. Nie było tam dwóch podobnych do siebie

kształtów.

Baley szukając właściwych słów, spytał - Czy to ma coś przed-

stawiać?

Gladia zaśmiała się mówiąc swym miłym niskim głosem - Co

się komu podoba. Te świetlne formy mają po prostu sprawiać, ze

czujesz się wesół, albo zagniewany, albo zaciekawiony, jak ja, kiedy

je tworzyłam. Mogłabym stworzyć jedną dla ciebie, coś w rodzaju

portretu. Może nie być zbyt udany, bo będzie to improwizacja...

- Mogłabyś? Bardzo mnie to ciekawi?

- Dobrze - powiedziała i pobiegła do świetlnej postaci w kącie

sali mijając o kilka cali Baleya. Wydała się tego nie zauważać.

Dotknęła czegoś przy cokole i cała świetność ponad nim zgasła jak

zdmuchnięta.

Baley westchnął - Nie rób tego!

- To nic. ta mi się już opatrzyła. Inne tylko przyciemnię, żeby

mnie nie rozpraszały - Odsłoniła tablice kontrolną w ścianie i prze-

sunęła opornik.

- Czy robot nie mógłby tego zrobić?

- Pst - powiedziała niecierpliwie. - Nie wpuszczam tu

robotów. Tu jestem tylko ja - patrzyła na niego w skupieniu. -

Kłopot w tym, że znam cię niezbyt dobrze.

Nie patrzyła na cokół, dotykała tylko palcami jego gładkiej po-

wierzchni. Palce były zgięte, napięte w oczekiwaniu. Jeden poruszył

się, opisując półkole nad powierzchnią cokołu. Świetlna przegroda

o głębokiej żółtej barwie uniosła się i zawisła ukośnie. Palec cofnął

się nieco. Światło pojaśniało. Uniosła wzrok. - To chyba to.

Niematerialna siła.

- Na Józefa ta! - powiedział Baley.

- Czujesz się urażony? - uniosła palce a złocista pochyła

płaszczyzna znieruchomiała.

- Ależ nie. Co to jest? Jak to robisz?

- To niełatwo wyjaśnić - powiedziała Gladia. - Sama nie

bardzo to rozumiem. Pola siłowe o różnych poziomach energii dają

takie właśnie efekty optyczne. W istocie mamy tu do czynienia

z przenikaniem nadprzestrzeni w zwykłą przestrzeń. Odcienie

światła zalezą od poziomu energii, kształt i kolor, od promieniowania

moich palców, odbieranego przez czujniki ukryte w cokole.

- Więc jeśli tego dotknę... - Baley postąpił naprzód. Gladia

ustąpiła mu miejsca. Dotknął ostrożnie cokołu i poczuł lekkie

mrowienie w palcu.

- Dalej. Porusz palcem, Eliaszu.

Baley zrobił to i brudno-szary strzęp światła uniósł się prze-

bijając żółtą płaszczyznę. Baley cofnął Szybko palec. Gladia

roześmiała się, zaraz jednak przybrała skruszoną minę.

- Nie powinnam się śmiać. To trudne nawet dla kogoś, kto ma

długi trening. - Zrobiła lekki ruch dłonią zbyt $szybki, by mógł

go zapamiętać i potworność, którą stworzył, znikła. Znów było tylko

żółte światło.

- Jak się tego nauczyłaś?

- Próbowałam wciąż na nowo. To nowy rodzaj sztuki i tylko

parę osób to potrafi...

- A ty jesteś najlepsza - powiedział ponuro Baley. - Na

Solarii każdy jest najlepszy, albo jedyny, albo jedno i drugie naraz.

- Nie śmiej się. Moje prace mają powodzenie. Miałam już parę

wystaw. - Zadarła dumnie podbródek.

- Twój portret czeka - powiedziała.

Jej palce znów się poruszyły. Pojawiło się kilka rosnących

świetlnych krzywych o ostrych kątach. Kolor niebieski przeważał.

- To Ziemia - Gladia przygryzła dolną wargę - zawsze

myślałam o Ziemi w tym kolorze. Wszyscy ci ludzie i to całe widywanie

ich... Oglądanie jest raczej różowe, me uważasz?

- Na Jozafata! Nie umiem myśleć o rzeczach, jak o kolorach.

- Nie? - spytała roztargnionym tonem - Kiedy mówisz "na

Jozafata!", to dla mnie kropla fioletu, mały kleks O ostrych

konturach.

I mały kleks pojawił się w samym środku.

- A teraz zakończenie - spłaszczony, matowo szary sześcian

pojawił się, by zamknąć wszystko inne. Przenikało przezeń światło,

było jednak przyćmione, uwięzione. Baley posmutniał, jakby to coś

zamknęło jego samego, odcinając go od czegoś, czego pragnął - Co

to było, to ostatnie?

Gladia odpowiedziała - f o przecież ściany które de otaczają

tak że nie możesz wyjść na zewnątrz, musisz być w środku, jesteś

w środku. Czy tego nie czujesz?

Baley czuł i nie podobało mu się to.

- Nie jestem całkiem zamknięty. Wyszedłem na zewnątrz.

Nie mógł się oprzeć chęci stawiania oporu.

- To, że cię widzę, że możesz to znieść.

Spojrzała na niego z namysłem - Czy chciałbyś przejść się

trochę ze mną.

Miał ochotę powiedzieć - Na Jozafata, nie!

- Nigdy jeszcze nie spacerowałem tak z nikim. Jest jeszcze

l dzień l piękna pogoda.

Baley spojrzał na swój portret - A jeśli pójdę, czy wymażesz

|tę szarość?

Uśmiechnęła się - Zobaczymy, jak się będziesz sprawował.

Gdy wychodzili z sali, świetlisty kształt pozostał tam, wciąż

unosząc duszę Baleya szczelnie zamkniętą w szarości Miast.

Baley dygotał. Ruch powietrza wokół niego przyprawiał go o

dreszcze.

- Czy ci nie zimno? - spytała Gladia?

- Przedtem było cieplej.

- Jest schyłek dnia, ale nie jest zimno. Jeśli chcesz włożyć

|płaszcz, robot przyniesie go za chwilę.

- Nie. Tak jest dobrze. - Zaczęli iść wąską, wyłożoną płytami

ścieżką. - Czy tu przechadzaliście się z doktorem Leebigiem?

- O, nie. Chodziliśmy po polach, gdzie można co najwyżej

zobaczyć robota przy pracy i można usłyszeć głosy zwierząt. My, na

wszelki wypadek, nie odejdziemy daleko od domu.

- Na wypadek czego?

- Na wypadek, gdybyś chciał wejść do środka.

- Albo gdybyś ty miała dość widzenia.

- Widzenie wcale mi nie przeszkadza - powiedziała Gladia

|z nutą brawury w głosie.

Nad nimi szumiały liście. Zieloność i żółtość były wszędzi0

dookoła. W powietrzu rozlegały się ostre, Wysokie krzyki. Słychać było

l brzęczenie. I były cienie.

Cienie przyciągały uwagę Baleya. Ten zwłaszcza kształtem

S przypominający człowieka, którego ruchy były upiornym

naśladownictwem jego własnych ruchów. Baley słyszał oczywiście o cieniach,

wiedział C7.ym były, ale nie zauważył ich w rozproszonym świetle

Miast.

Za plecami miał słońce Solarii. Starał się nie patrzeć na nie, ale

wiedział, że ono tam jest.

Pociągała go ogromna pusta przestrzeń. W myśli przemierzał

powierzchnię planety a dokoła niego były tysiące mil i lata

świetlne przestrzeni. Dlaczego pociągała go ta myśl? Nie pragnął przecież

samotności. Pragnął Ziemi, ciepła, przyjacielskiej atmosfery Miast.

Próbował wyczarować w myśli Nowy Jork z całym jego tłokiem

i hałasem i stwierdził, że widzi tylko spokojny krajobraz Solarii.

Nieświadomie zbliżył się do Gladii i dopiero gdy był o dwie stopy

od niej, zauważył jej wyraz twarzy. - Przepraszani - powiedział,

odsuwając się. Zaczerpnęła tchu - Nic nie szkodzi. Może pójdziemy

tędy? Kwietniki powinny ci się spodobać.

Słońce świeciło im w plecy. Baley poszedł w milczeniu za Gladią.

- Później będzie tu naprawdę pięknie - powiedziała. - Kiedy

jest ciepło mogę sobie zbiec do jeziora i pływać albo biec po prostu

przed siebie aż w końcu padam i leżę na trawie.

Spojrzała po sobie - Ten strój jest nieodpowiedni. W nim

trzeba poruszać się z godnością.

- A jak chciałabyś być ubrana?

- W stanik i szorty, najwyżej - wykrzyknęła unosząc ręce

jakby odczuła tę wyobrażoną swobodę. - Czasem mniej. Czasem

noszę tylko sandały i czuję jak każdy cal skóry styka się z powie-

trzem1. Przepraszam, pewnie cię uraziłam?

- Nie, wcale nie. Czy tak się ubierałaś, spacerując z Leebigiem?

- To zależało od pogody. Czasem miałam na sobie naprawdę

niewiele1 ale to przecież było tylko oglądanie. Mam nadzieję, że to

rozumiesz?

- Rozumiem. A co z doktorem Leebigiem? Czy on też tak lekko

się ubierał?

- Jothan? - Gladią błysnęła uśmiechem - O nie. On jest

zawsze bardzo uroczysty. - Zrobiła poważną minę i zmrużyła oko,

znakomicie uchwyciwszy podobieństwo. Baley wydał pomruk uznania.

- Rozmowa z nim wyglądała tak: "Moja droga Gladio, jeśli

weźmie się pod uwagę oddziaływanie wyższego rzędu potencjału

na strumień pozytronów..."

- O tym z tobą rozmawiał? O robotyce?

- Najczęściej o tym. On to bierze strasznie serio. Próbował

nauczyć mnie czegoś i nie dawał za wygraną.

- I nauczyłaś się czegoś?

- Niczego. Wszystko mi się plątało. Czasem złościł się ale kiedy

zaczynał zrzędzić, a byliśmy nad jeziorem, wskakiwałam do Wody,

tak by go ochlapać.

- Ochlapać? Myślałem, że to było oglądanie?

Zaśmiała się - Ależ z ciebie Ziemianin! Ochlapałam tylko obraz.

Był w swojej posiadłości. Woda nic mogła go dosięgnąć, ale i tak

się kulił. Spójrz!

Baley spojrzał. Obeszli kępę drzew i weszli na polanę z

malownicza sadzawką pośrodku. Wąskie ścieżki dzieliły polanę. Między nimi

bujnie rosły kwiaty.

Baley znał kwiaty z książkofilmów. Przypominały w jakiś sposób

świetlice konstrukcje Gladii, które były chyba konstruowane z myślą

o kwiatach. Dotknął ostrożnie kwiatu i rozejrzał się wkoło.

Przeważały kwiaty żółte i czerwone. Mignęło mu słońce.

- Słońce stoi nisko - powiedział z niepokojem.

- Jest późne popołudnie - zawołała Gladia, która tymczasem

podbiegła do sadzawki i usiadła na kamiennej ławie przy brzegu -

Chodź tu - wołała go, kiwając ręką, - Nic musisz siadać, jeśli nie

chcesz,

- Czy ono obniża się tak codziennie? - spytał Baley

podchodząc i zaraz tego pożałował. Jeśli planeta się obracała, słońce tylko

w południe mogło stać wysoko.

Wiedział przecież, że w nocy cała średnica planety oddzielała

go bezpiecznie od słońca. Wiedział, że chmury i zmierzch zakrywają

to co było najgorszego w otwartej przestrzeni. Gdy pomyślał jednak

o powierzchni planety widział blask, światło wysoko nad głową.

Zerknął na słońce, próbując jednocześnie ocenić odległość od

domu na wypadek, gdyby zdecydował się wracać.

Gladia wskazywała drugi koniec kamiennej ławki.

- To całkiem blisko ciebie - zauważył.

Rozłożyła ręce - Zaczynam się przyzwyczajać.

Usiadł zwrócony do niej twarzą, by uniknąć widoku słońca.

Nachyliła się nad wodą i zerwała żółty, biało prążkowany wewnątrz,

kielichowaty kwiatek, nic nadzwyczajnego.

- To roślina miejscowego pochodzenia. Większość kwiatów po-

chodzi z Ziemi.

Woda kapała z przerwanej łodyżki, gdy podała ostrożnie kwiat

Baleyowi. Wyciągnął, równie Ostrożnie rękę - Zabiłaś go - powie-

dział.

- To tylko kwiat. Są ich tysiące - I nagle, nim zdążył ująć

kwiat, porwała go z powrotem. Oczy jej zapłonęły - Czy chcesz

dać mi do zrozumienia, że mogłabym zabić człowieka, bo zerwałam

kwiat?

Baley powiedział pojednawczo - Niczego nie daję do

zrozumienia. Czy mogę go obejrzeć?

Właściwie nie miał ochoty dotykać kwiatu. Wyrósł on w

wilgotnym gruncie i nosił jeszcze ślady błota. Jak mogli ci Judzie, tak

ostrożni w kontaktach z Ziemianami i nawet ze sobą, być tak nie-

dbali, stykając się ze zwykłym brudem?

Wziął jednak łodyżkę w dwa palce i przyjrzał się kwiatowi- Kilka

cienkich bibulastych płatków zakrzywiających się wokół wspólnego

środka tworzyło kielich. Wewnątrz kryła się biała wypukłość,

wilgotna, pokryta czarnymi włoskami, które drżały na wietrze.

- Nie powąchasz? - spytała Gladia.

Baley uświadomił sobie, że kwiat pachnie. Nachylił się: - Pach-

nie jak perfumy.

Gladia klasnęła w dłonie rozbawiona - To w twoim stylu.

Przecież to perfumy pachną jak kwiaty.

Baley skinął smutno głową. Otwarta przestrzeń zaczynała dawać

mu się we znaki. Cienie wydłużały się i otoczenie pomroczniało. Nie

miał jednak zamiaru się poddawać. Zależało mu, jakkolwiek

romantycznie by to wyglądało, na tym by z jego portretu znikły szare

świetlne ściany.

Gladia zabrała kwiat, bez oporu ze strony Baleya. Powoli

rozchylała płatki - Myślę, że każda kobieta pachnie inaczej...

- To zależy jakich perfum używa - zauważył Baley obojętnie.

- Wyobrażam sobie, że z bliska można to ocenić. Ja nie używam

perfum, bo nikt nie zbliża się do mnie, nie licząc ciebie, w tej chwili.

Przypuszczam, że często stykasz się z zapachem perfum. Na Ziemi

twoja żona jest zawsze przy tobie, nieprawdaż? - Skupiła całą

uwagę na kwiatku starannie odbywając płatki.

- Nie przez cały czas, nie bezustannie - odparł.

- Ale przez większość czasu. I kiedy zechcesz...

Baley przerwał - Dlaczego doktor Leebig tak usilnie starał się

nauczyć cię robotyki?

Z kwiatu została już tylko łodyżka z wewnętrzną wypukłością.

Gladia obracała ją w palcach a potem wrzuciła do sadzawki. -

Myślę, że chciał bym została jego asystentką.

- Czy ci to powiedział, Gladio?

- To było na samym końcu, Eliaszu. Sądzę, że się

zniecierpliwił. W każdym razie spytał, czy praca robotyka nie wydaje mi się

zajmująca. Powiedziałam, naturalnie, że nie wyobrażam sobie, co

może być nudniejsze. Był bardzo zły.

- I potem już się z tobą nie przechadzał?

- Chyba właśnie odtąd - nic. Chyba zraniłam jego uczucie,

ale co mogłam zrobić innego?

- A przedtem mówiłaś mu o swoich kłótniach z doktorem

Delmarrem?

Zacisnęła pięści. Ciało jej zesztywniało. Przechyliła głowę i nie-

naturalnie wysokim głosem spytała - O jakich kłótniach?

- O kłótniach z twoim mężem. Podobno go nienawidziłaś.

Patrzyła na niego z wściekłością. Twarz miała wykrzywioną,

plamy na policzkach - Kto ci to powiedział? Jothan?

- Doktor Leebig wspomniał o tym. To chyba prawda?

To nią wstrząsnęło - Wciąż próbujesz udowodnić, że go zabiłam.

Miałam cię za przyjaciela a jesteś tylko... detektywem.

Uniosła pięści w górę.

- Wiesz, że nie zdołasz mnie dotknąć - powiedział.

Opuściła ręce i zaczęła płakać. Odwróciła głowę.

Baley pochylił głowę i zamknął oczy by nie oglądać niepokojąco

długich cieni. Spytał - Doktor Delmarre nie był zbyt uczuciowy,

nieprawdaż?

- Był bardzo zajęty - odpowiedziała zdławionym głosem.

- A ty jesteś uczuciowa. Mężczyźni cię pociągają.

- Nic na to nie poradzę. Wiem, że to wstrętne. Nie powinno

się nawet mówić o tym.

- Mówiłaś jednak o tym z doktorem Leebigiem.

- Jothan był pod ręką i wydawało się, że mnie rozumie a ja

czułam się lepiej, mówiąc o tym.

- Czy to był powód kłótni. Miałaś mężowi za złe, że nie był dla

ciebie czuły?

- Czasami go nienawidziłam. Był dobrym Solarianinem, a że

nie mieliśmy zgody na dz... na dz... - urwała.

Baley czekał. Kiedy Gladia uspokoiła się spytał, najłagodniej

jak umiał - Czy go zabiłaś, Gladio?

- N-nie!. - A potem jakby opuściła ją chęć oporu dodała -

Nie powiedziałam ci wszystkiego.

- WIĘC zrób to teraz, proszę.

- Kłóciliśmy się wtedy, kiedy zginął. Krzyczałam na niego On

na mnie nigdy nie krzyczał. Prawie mi nie odpowiadał a to tylko

pogarszało sprawę. Byłam po prostu \\ściekła. Niczego nic

pamiętam...

- Na Jozafata! -- Baley zachwiał SHJ i wbił wzrok w kamienni

ławkę - Czego nie pamiętasz?

- Był martwy, krzyczałam, zjawiły się roboty...

- Zabiłaś go?

- Nie pamiętam tego Eliaszu a pamiętałabym, gdybym to

zrobiła, prawda? Tak się bałam... Pomóż mi, Eliaszu!

- Pomogę ci Gladio, bądź spokojna. - Myśli, Baleya skupiły

się na narzędziu zbrodni. Co się z nim stało? Musiało zostać usunięte.

Mógł to zrobić tylko morderca. Gladię znaleziono na miejscu

zbrodni zaraz po dokonaniu morderstwa, me mogła więc tego zrobić.

Mordercą musiał być. ktoś inny.

Baley poczuł, że musi wracać pod dach. Robiło mu się niedobrze.

- Gladio...

Spojrzał na słońce. Było już nad horyzontem. Obrócił głowę i

patrzał na me z jakąś chorobliwą fascynacją. Nigdy nie widział takie-

go słońca. Było szerokie, czerwone, nieco przyćmione. Można było

na me patrzeć. Nie oślepiało. Widać było cienkie krwawe pasma

chmur ponad nim. Jedno cienkie pasmo niczym czarna sztaba

przecinało tarczę.

- Słońce jest takie czerwone - wymamrotał.

Usłyszał zdławiony głos Gladii, mówiącej ze smutkiem - Zawsze

jest takie o zachodzie, czerwone i gasnące.

Baley wyobrażał sobie, jak słońce zapada za horyzont a

powierzchnia planety ucieka od niego z prędkością tysiąca mil na godzinę.

154

Jak po obracającej sit; powierzchni niczym mikroby biegają łudzi^

a ona wiruje, szaleńczo, bez końca.

To jego głowa wirowała, a kamienna ławka nachyliła się. Ciemnot-

niebieskie niebo ciążyło, słońce znikło. Zapamiętał zamieniające się

miejscami trawę i wierzchołki drzew, krzyk Gladii i jakiś inny głos




16. PRÓBA WYJAŚNIENIA




Baley uświadomił sobie, że jest w zamkniętym pomieszczeniu i że

ktoś pochyla się nad nim.

Przez chwile nie mógł rozpoznać twarzy - Daniel!

W twarzy robota nie było ulgi ani żadnego zresztą

rozpoznawalnego uczucia - Cieszę się, że odzyskałeś przytomność, Eliaszu. Nie

ucierpiałeś chyba zbyt poważnie?

- Wszystko \\' porządku - powiedział Baley, tytułem próby

unosząc się przy tym na łokciach. - Na Jozafata? Jestem w łóżku? Dla-

czego?

- Byłeś dziś wiele razy poddany działaniu otwartej przestrzeni

a skutki tego nakładały się na siebie. Musisz odpocząć.

- Ty musisz najpierw odpowiedzieć mi na kilka pytań. - Baley

rozejrzał się. Trochę kręciło mu się w głowie. Nie poznawał pokoju.

Zasłony były zaciągnięte, światło było sztuczne. Poczuł się lepiej -

Na przykład, gdzie; jestem?

- W pokoju, \v domu pani Delmarre.

- Następnie wyjaśnij mi, co tu robisz? Jak się wydostałeś spod

opieki robotów?

- Wiedziałem, że nie spodoba ci się taki obrót -sprawy, mając

jednak na względzie twoje bezpieczeństwo i moje instrukcje, nie

miałem innego wyboru...

- Co zrobiłeś, na Jozafata!

- Pani Delmarre usiłowała przed kilku godzinami zobaczyć się

z tobą.

- Tak - Baley przypomniał sobie, że Gladia mówiła mu o tym

- Wiem o tym.

- Kazałeś robotom trzymać mnie pod strażą: "Nie wolno mu (to

znaczy mnie) nawiązać łączności, oglądać ani widzieć nikogo z ludzi

ar)i robotów".

Nie mówiłeś jednak partnerze Eliaszu, że nikomu z ludzi ani

robotów nie wolno nawiązać łączności ze mną. Dostrzegasz tę różnicę?

Baley jęknął.

- Nie przejmuj się, Eliaszu. To niedopatrzenie pomogło

zachować cię przy życiu. Gdy już pani Delmarre za zgoda moich

strażników zobaczyła się ze mną, spytała o ciebie, a ja odpowiedziałem

zgodnie z prawdą, że nie znam twego miejsca pobytu, ale mogę

spróbować cię odszukać, a ona mogłaby tymczasem kazać przeszukać dom

robotom, które są przy mnie.

- Czy nie zdziwiło jej, że sam im tego nie rozkażesz?

- Dałem jej do zrozumienia, Eliaszu, że jako przybysz z Aurory

nie jestem tak obznajomiony z robotami jak ona i że jej rozkazy

znajdą większy posłuch i zostaną szybciej wykonane. Solarianie dumni

są ze swej biegłości w posługiwaniu się robotami i lekceważą

umiejętności mieszkańców innych światów.

- Kazała więc im odejść?

- Nie bez trudu. Powoływały się na wcześniejsze rozkazy, ale

nie mogły ich oczywiście przytoczyć, bo nie pozwoliłeś im ujawnić

kim naprawdę jestem. Zmusiła je w końcu do posłuszeństwa, chociaż

musiała na nie nawrzeszczeć.

- A potem wyszedłeś?

- Wyszedłem, Eliaszu.

Szkoda, pomyślał Baley, że Gladia nie uznała tego incydentu za

godny wzmianki - Długo mnie szukałeś, Danielu.

- Solariańskie roboty korzystają z subeterycznej sieci

- informacyjnej. Biegły Solarianin może łatwo uzyskać informacje ale mając

do czynienia z milionami podobnych do mnie maszyn i nie mając

W tym doświadczenia potrzebowałem czasu by wygrzebać tę

konkretną informację. Ponad godzinę dowiadywałem się o twoje miejsce

pobytu. Sporo czasu zajęła mi też wizyta w miejscu pracy doktora

Delmarre'a.

- Co tam robiłeś?

- Prowadziłem poszukiwania na własną rękę. Szkoda, że cię tam

nie było. Ale wymogi śledztwa nie pozostawiały mu wyboru.

- Czy widziałeś się z Klorissą Cantoro?

- Oglądałem ją, ale już z jej zakładu, nie z naszej posiadłości.

Musiałem zobaczyć rejestry zakładu. Wystarczyłoby zapewne

obejrzenie ich, ale pozostawanie w posiadłości mogło być ryzykowne

skoro już trzy roboty wiedziały kim jestem i mogły mnie bez trudu

uwięzić.

Baley czuł się prawie dobrze Usiadł i z niesmakiem stwierdził, /o

ma na sobie nocą koszulę.

- Podaj mi moje ubranie.

Daniel podał je.

Ubierając się Baley spytał - Gdzie jest pani Delmarre?

- W areszcie domowym, Eliaszu.

- Co takiego? Z czyjego rozkazu?

- Z mojego rozkazu. Nie opuszcza swojej sypialni, które] pilnują

roboty a jej polecenia, o ile nie dotyczą potrzeb osobistych, zostały

zneutralizowane.

- Przez ciebie?

- Roboty w tej posiadłości nie wiedzą, kim jestem.

Baley skończył się ubierać - Wiem, o co oskarża się. Gladię.

Miała sposobność dokonania zbrodni i to większą niż sądziliśmy. Nie po-

biegła na miejsce zbrodni, usłyszawszy krzyk męża, jak to mówiła na

początku. Była tam cały czas.

- Czy była świadkiem morderstwa i widziała mordercę?

- Nie, nie pamięta niczego z decydujących chwil. To się zdarza

Okazało się, że miała też powód:

- Jaki powód, Eliaszu?

- Od początku brałem tę możliwość pod uwagę. Mówiłam sobie,

że gdyby to było na Ziemi i gdyby doktor Delmarre był taki jak go

opisują, a Gladia Delmarre taka, na jaką wygląda powiedziałbym, że

ona kocha go albo kochała, a on kocha tylko siebie. Trudno

powiedzieć, czy Solarianie kochają jak Ziemianie. Mój sąd o ich uczuciach

mógł być błędny. Dlatego musiałem widzieć kilkoro z nich, nie

oglądać, lecz widzieć.

- Nie nadążam, partnerze Eliaszu, za biegiem twoich myśli.

- Nie wiem, czy zdołam to wyjaśnić. Otóż tym ludziom dobrano

przed urodzeniem możliwości genetyczne a rzeczywisty układ genów

sprawdzany jest po urodzeniu.

- Wiem o tym.

- Geny to jednak nie wszystko. Liczą się też wpływy otoczenia

Otoczenie może wpędzić w rzeczywistą psychozę, gdy układ genów

dopuszcza tylko taką możliwość. Czy zauważyłeś, że Gladia

interesuje się Ziemią?

- Wspominałem o tym, Eliaszu. Przyjąłem, że interesuje się tym

by móc wpływać na twoje opinie.

- Przypuśćmy, że to prawdziwe zainteresowanie a nawet

fascynacja. Przypuśćmy, że w ziemskich tłumach jest coś, co ją podnieca,

że pociąga ja wbrew jej woli coś co nauczono ją uwalać za obrzydlistwo. Może była anormalna. Musiałem to sprawdzić widując Solarian

i obserwując ich reakcję na widzenie. Dlatego musiałem rozłączyć

się z tobą, Danielu i porzucić oglądanie jako metodę prowadzenia

śledztwa.

- Nie wyjaśniłeś mi tego, partnerze Eliaszu.

- A czy Wyjaśnienie pomogłoby w zetknięciu z tym co uważasz

za swój obowiązek wobec Pierwszego Prawa?

Daniel milczał.

- Eksperyment rozwijał się. Widziałem się albo próbowałem się

widzieć z kilkorga osobami. Pewien stary socjolog próbował i dał za

wygraną w połowie. Pewien robotyk odmówił widzenia w ogóle,

nawet w obliczu 2agrożenia. Sama tylko możliwość wpędziła go w jakoś

dziecinne przerażenie, ze szlochami i 7. palcem w ustach. Asystentka

doktora Delmarre'a była zawodowo przyzwyczajona do kontaktów

osobistych i znosiła moją obecność, ale z odległości dwudziestu stóp.

Gladia natomiast...

- Tak, partnerze Eliaszu.

- Gladia natomiast zgodziła się mnie widzieć po krótkim

zaledwie wahaniu. Znosiła moja obecność - a napięcie wyraźnie słabło

z biegiem czasu. Wszystko to pasuje do schematu psychozy. Nie miała

nic przeciw widzeniu się ze mną, interesowała się Ziemią,

wykazywała nienormalne zainteresowanie mężem. Można to wyjaśnić silną

skłonnością do kontaktów osobistych z osobami przeciwnej płci.

Doktor Delmarre natomiast nie zachęcał jej do tego i nie podzielał tych

uczuć. Musiało to być dla niej gorzkim rozczarowaniem.

Daniel skinął potakująco głową - Rozczarowaniem dość wielkim,

by w chwili gniewu zabić.

- Mimo wszystko, nie jestem tego zdania Danielu.

- Jesteś chyba pod wpływem nie związanych ze sprawa

okoliczności, Eliaszu. Pani Delmarre jest atrakcyjną kobietą, a ty jako Ziemianin nie masz jej za złe skłonności do kontaktów osobistych.

- Mam lepsze powody - powiedział z zakłopotaniem Baley

(chłodne, przenikliwe spojrzenie Daniela zdawało się sięgać wgłąb

jego duszy. Na Jozafata, ten stwór był przecież tylko maszyną).

- Jeśli zamordowała męża musi też być winna usiłowania

zabójstwa Gruera. - Już chciał wyjaśnić jak można było tego dokonać,

posługując się robotami ale powstrzymał się w porę. Nie miał

pewności jak zareaguje Daniel na teorię, która czyni z robotów

nieświadomych morderców.

- I zamachu na twoje życie - dodał Daniel.

Baley nachmurzył się. Nie miał zamiaru wspominać o zatrutej

strzale. Nie zamierza, dawać argumentów swojemu vis-a-vis.

- Co ci powiedziała Klorissa? - spytał gniewnie. Powinien ją

uprzedzić, by trzymała język za zębami ale czy mógł przewidzieć, że

Daniel zacznie krążyć, zadając pytania?

- Pani Cantoro nie ma z tym nic wspólnego - odparł chłodno

Daniel. - Sam byłem świadkiem usiłowania morderstwa.

- Przecież cię tam nie było!

- Sam przed godziną podniosłem cię i przyniosłem tutaj.

- O czym ty mówisz?

- Nie pamiętasz, Eliaszu? To było prawie morderstwo

doskonałe. Czy to nie pani Delmarre zaproponowała wyjście na zewnątrz?

Nie byłem świadkiem ale jestem prawie pewien, że tak było.

- Tak, zaproponowała to.

- Mogła nawet zachęcać cię do opuszczenia domu.

Baley pomyślał o swoim "portrecie" i zamykających go szarych

ścianach. Czy mógł to być sprytny chwyt psychologiczny? Czy Solariańka mogła do tego stopnia wczuć się w psychikę Ziemianina?

- Nie - powiedział.

- Czy to nie ona zaproponowała zejście do sadzawki i

zapraszała byś usiadł na ławce?

- No cóż, tak było.

- Nie sądzisz, że musiała zauważyć, jak pogarsza się twój stan?

- Pytała raz i drugi, czy chcę wracać.

- Mogła nie mówić o tym serio. Przyglądała ci się kiedy

zasłabłeś tam, na ławce a może i popchnęła cię, chociaż nie było to chyba

konieczne. Zdążyłem chwycić cię w chwili gdy spadałeś z ławki

w głęboką na trzy stopy wodę, w której z pewnością byś utonął.

Teraz dopiero przypomniał sobie Baley ostatnie, umykające

świadomości wrażenia •- Na Jozafata!

- Ponadto - mówił nieubłaganie Daniel - pani Delmarre

siedziała obok ciebie, widziała twój upadek i nie ruszyła się, by go po-

wstrzymać. Nie usiłowałaby też wyciągnąć cię ł wody. Pozwoliłaby

ci utonąć. Wezwałaby robota, ten z pewnością przybyłby za późno,

a ona mogłaby się tłumaczyć tym że nie była W stanie cię dotknąć,

nawet by ratować ci życie.

- Całkiem możliwe - pomyślał Baley - Nikt nie poddałby

w wątpliwość tego, że nie mogła dotknąć innej istoty ludzkiej. Co

najwyżej dziwiono by się, że w ogóle mogła być tak blisko mnie.

- Jak widzisz, partnerze Eliaszu, trudno Wątpić w to, że jest

winna. Oświadczyłeś, że musiałaby również być niedoszła

morderczynią Gruera tak jakby to był argument na jej korzyść, a to

przecież musiała być ona. W obu przypadkach mamy ten sam powód: chęć

pozbycia się kłopotliwego i upartego badacza pierwszego morderstwa.

- Cały ten łańcuch wydarzeń mógł być dziełem przypadku.

Mogła nie zdawać sobie sprawy z tego jak otwarta przestrzeń podziała

na mnie.

- Studiowała przecież obyczaje Ziemian i znała ich słabości.

- Zapewniałem ją jednak, że zaczynam przyzwyczajać się do

przebywania na dworze.

- Mogła wiedzieć lepiej.

Baley uderzył pięścią w dłoń. - Przypisujesz jej zbyt wiele

sprytu. To do niej niepodobne. W każdym razie nie można postawić

oskarżenia o morderstwo, jak długo nie można Wytłumaczyć braku

narzędzia zbrodni.

Daniel z niewzruszona powaga rzekł - Mogę to wytłumaczyć,

partnerze Eliaszu.

Baley patrzył z osłupieniem na robota - Jak?

- Jak pamiętasz, twoje rozumowanie wyglądało tak: jeśli pani

Delmarre była morderczynią, broń musiała pozostać na miejscu

zbrodni. Roboty, które zjawiły się prawie natychmiast, nie znalazły

nawet śladu broni, musiała więc zostać usunięta z miejsca zbrodni,

musiał ją więc usunąć morderca, stąd - mordercą nie może być pani

Delmarre. Czy to się zgadza?

- Zgadza się.

- A jednak, - ciągnął robot - było jedno miejsce, gdzie

roboty nie szukały broni...

- Jakie miejsce?

- Pod panią Delmarre, która leżała zemdlona, zakrywając swym

ciałem broń.

- Znaleziono by więc broń, gdy tylko ją przeniesiono.

- Tak jest - potwierdził robot - ale roboty jej nie przenosiły:

Mówiła nam wczoraj przy obiedzie, że doktor Thool kazał robotom

podłożyć jej poduszkę pod głowę i zostawić ją w spokoju. Pierwszy

dotknął jej sam doktor Altin Thool, kiedy przybył ją zbadać.

- I cóż?

- Wynika z tego, partnerze Eliaszu, że pojawia się nowa

możliwość. Pani Delmarre jest morderczynią a broń była na miejscu

zbrodni ale doktor Thool zabrał ją i zniszczył, by chronić panią Delmarre.

Baley poczuł rozczarowanie. Spodziewał się usłyszeć coś bardziej

rozsądnego. - Całkowicie brak tu motywów. Dlaczego doktor Thool

miałby coś takiego robić?

- Miał pierwszorzędny powód. Pamiętasz, co mówiła o nim pani

Delmarre? "Leczył mnie, odkąd byłam dzieckiem. Zawsze był miły

i przyjaźnie usposobiony". Zastanawiałem się, czy mógł istnieć powód

jego szczególnej troski o nią. Dlatego właśnie odwiedziłem żłobek

i sprawdziłem rejestry. Moje przypuszczenia okazały się prawdą.

- Co takiego?

- Doktor Thool jest ojcem Gladii Delmarre i, co więcej, wie

o tym.

Baleyowi ani przez myśl nie pr?0szło by podawać te słowa w

wątpliwość. Żałował tylko, że to Robot panie Olivaw, a nie on sam,

przeprowadził te logiczną analizę. Tak, czy inaczej, nie wszystko

jeszcze zostało wyjaśnione.

- Czy mówiłeś z doktorem Thoolem?

- Tak. Jego również zaniknąłem w areszcie domowym.

- A co on mówi?

- Przyznaje, że jest ojcem Gladii Delmarre. Przedstawiłem mu

zapisy jego badań jej zdrowia w okresie dzieciństwa. Jako lekarz miał

w tym względzie większe możliwości niż inni.

- Dlaczego miałby interesować się jej zdrowiem?

- Zastanawiałem się i nad tym, Eliaszu. Był już starym

człowiekiem, kiedy uzyskał pozwolenie na dodatkowe dziecko i udało mu

się zostać ojcem. Jego zdaniem, zawdzięcza to swym genom i swojej

dobrej formie. Jest z tego bardziej dumny, niż to w jego świecie jest

przyjęte. Ponadto jego zawód, niezbyt ceniony n$ Solarii, bo

wymagający kontaktów osobistych, pozwalał mu na niezakłócony kontakt

z latoroślą.

- Czy Gladia wiedziała o tym?

- Zdaniem doktora Thoola nie wiedziała.

- Czy doktor Thool przyznaje się do tego, że usunął broń?

- Nie, do tego się nie przyznaje.

- Niczego więc nie osiągnąłeś, Danielu.

- Niczego?

- Jak długo nie jesteś w stanie znaleźć broni i udowodnić, że ją

-usunął, a przynajmniej uzyskać przyznanie się, nie masz dowodu.

Zgrabny łańcuch dedukcji, to nie dowód.

- Ten człowiek nie przyznałby się, chyba w krzyżowym ogniu

pytań, do czego nie jestem zdolny. Córka jest mu droga.

- Otóż nie. Jego uczucia dla córki nie są takie, jakich się

spodziewamy. Solaria jest inna.

Baley przeszedł tam i z powrotem po pokoju, by ochłonąć. -

Danielu, to co zrobiłeś jest logiczne ale nie jest rozsądne (logiczny ale

nierozsądny - czy to nie definicja robota?)

Ciągnął dalej - Doktor Thool jest starym człowiekiem, mającym

za sobą swe najlepsze lata, bez względu na to, że przed trzydziestu

laty spłodził córkę. Nawet Kosmici bywają sędziwi. Czy możesz wy-

obrazić go sobie jak bada zemdloną córkę i ogląda zwłoki zięcia? Czy

widzisz jak niezwykła to sytuacja? Czy sądzisz, że aż tak nad sobą

panował, by podjąć całą serię działań?

- Po pierwsze, musiał spostrzec broń, tak ukrytą pod ciałem jego

córki, że nie zauważyły jej roboty. Po drugie, jeśli coś dostrzegł, mu-

siał uświadomić sobie, że to broń i natychmiast pojąć, że jeśli zdoła

niespostrzeżenie ja \\yniesc, nie będzie można oskarżyć jego córki

o morderstwo. Rozumował bardzo jasno jak na starego człowieka

ogarniętego paniką. Po trzecie musiał wykonać swój plan, a to

również niełatwa rzecz dla przerażonego starego człowieka. A w końcu

musiałby zdecydować się na dalsze pogrążanie samego siebie poprzez

upieranie się przy kłamstwie. Wszystko to można logicznie uzasadnić

ale nie wydaje się to rozsądne.

- A czy masz inne rozwiązanie, partnerze Eliaszu?

Baley usiadł w trakcie swej przemowy a teraz spróbował znów

się podnieść ale stanęły mu na przeszkodzie zmęczenie i głębokość

fotela. Wyciągnął rozdrażniony, dłoń - Czy mógłbyś mi podać ręko,

Danielu?

Daniel przyjrzał się swojej ręce - Słucham cię, Eliaszu? Baley,

klnąc w duchu dosłowność tamtego, powiedział - Pomóż mi wstać

z fotela.

Silne ramię Daniela podniosło go bez trudu.

- Dzięki! Nie, nie mam innego rozwiązania, a raczej mam, ale

cała rzecz zależy od znalezienia broni.

Podszedł do ciężkich zasłon, zakrywających jedną ze ścian i nie

zastanawiając się nad tym, co robi odsunął skraj zasłony. Gapił się na

czarną taflę szkła, zanim pojął, że to okno, a za oknem noc. Wypuścił

zasłonę właśnie w chwili, gdy zbliżający się Daniel wyjął mu ją z

palców.

W tym ułamku sekundy, gdy Baley przyglądał się ręce robota,

odbierającego mu zasłonę z troskliwością matki chroniącej dziecko

przed ogniem, nastąpił decydujący zwrot.

Porwał znów zasłonę, wydzierając ją z uchwytu Daniela.

- Eliaszu! - powiedział spokojnie Panie - Wiesz przecież,

czym ci grozi otwarta przestrzeń.

- Wiem, - odpowiedział Baley - ile jej zawdzięczam!

I ciągnąc z całej siły, zdarł zasłonę z okna.

Patrzył w nie. Widział tylko ciemność, ta ciemność jednak była

otwartą przestrzenia. Była to nieprzerwana, nieograniczona mroczna

przestrzeń, a on się w nią wpatrywał.

Po raz pierwszy patrzył w przestrzeń Z własnej chęci. Nie

brawura była powodem ani niezdrowa ciekawość, ani poszukiwanie

rozwiązania zagadki morderst\va4 Przestrzeń była mu potrzebna. Wszystko

się zmieniło.

Ściany, mrok, tłumy, były podporami kalectwa! Musiał tak o nich

podświadomie myśleć nawet wtedy, gdy sądził, że ich potrzebuje, że

darzy je miłością. Czemu aż tak bardzo go dotknął gest Gladii,

okrywającej jego portret szarością?

Przepełniało go uczucie tryumfu. Wtem nadleciała nowa myśl,

niemal eksplodując w głowę Baleya.

Odwrócił się chwiejnie do Daniela - Wiem - wyszeptał. - Na

Jozafata! Wiem!

- Co wiesz, Eliaszu?

- Wiem, co się stało z bronią. Wiem, kto jest winien. Wszystko

pasuje do siebie.




17. ZEBRANIE




Daniel nie dopuścił do rozpoczęcia akcji natychmiast.

- Jutro! - powiedział z szacunkiem, ale stanowczo - Taka

jest moja rada, partnerze Eliaszu. Już późno, a ty potrzebujesz

odpoczynku.

Baley musiał przyznać mu racjo, trzeba tez było poczynić przy-

gotowania. Był pewien, że zna rozwiązanie zagadki morderstwa. To

rozwiązanie było jednak w tym samym stopniu oparte na

dedukcji, co teoria Daniela i równie mało warte jako dowód. Solarianie

musieliby mu pomóc.

Jeżeli zaś miał wystąpić samotnie przeciw pół tuzinowi Solarian,

musiał być w dobrej formie. To oznaczało wypoczynek i

przygotowania.

Nie mógł jednak spać. Był pewien, że nie zaśnie. Był pewien, że

nie pomogą mu w tym miękkie gościnne łóżko, ani słodki zapach,

ani cicha muzyka wypełniająca gościnny pokój w domu Gladii.

Daniel usiadł skromnie w ciemnym kącie.

- Obawiasz się Gladii? - spytał Baley.

- Myślę, że nie byłoby mądrze pozwolić ci zasnąć bez ochrony

- odpowiedział robot.

- Rób, Jak uważasz. Wiesz, czego się po tobie spodziewam,

Danielu.

- Wiem, partnerze Eliaszu.

- Mam nadzieję, że Pierwsze Prawo nie podsuwa ci jakichś

zastrzeżeń.

- Mam pewne obawy co do uczestników zebrania, które chcesz

zwołać - czy będziesz miał broń i czy będziesz na siebie uważał?

- Zapewniam cię, że będę.

Westchnienie Daniela było tak bardzo ludzkie, ze Baley

przyłapał się na próbie odczytania wyrazu twarzy tamtego.

_ Widywałem już ludzi postępujących wbrew logice - powie-

dział Daniel.

_ Przydałyby się nam Trzy Prawa - odparł Baley - ale

cieszę się, że ich nie mamy.

Patrzył w sufit. Chociaż tak wiele zależało od Daniela, me mógł

wyjawić mu całej prawdy. Roboty były wmieszane w tę sprawą.

Aurora miała swoje powody by wysłać robota jako swego

przedstawiciela, ale okazało się to pomyłką.

Jeśli jednak dobrze pójdzie, za dwadzieścia cztery godziny będzie

po wszystkim. Za dwadzieścia cztery godziny będzie wracał z nową

nadzieją na Ziemi. Sam jeszcze nie bardzo w to wierzył, ale istniało

wyjście z sytuacji, w jakiej znalazła się Ziemia.

Ziemia! Nowy Jork! Jessie i Ben! Wygodny, przytulny, drogi

dom!

Na tym zatrzymał się w półśnie, ale myśl o Ziemi nie zdołała

wyczarować oczekiwanej pociechy. Uczucie, które żywił dla Miast,

osłabło. W końcu wszystko przybladło i zasnął.

Kiedy obudził się i umył i ubrał, fizycznie był gotów do

działania. Nie czuł się jednak pewnie. Jego rozumowanie nie wydawało

mu się mniej przekonywujące w świetle poranka. Chodziło raczej

o spotkanie z Solarianami.

Czy mógł być pewien tego, jak się zachowają?

Pierwsza Zjawiła się Gladia. Była oczywiście najbliżej, w tym1

samym domu, co on. Blada, w białej sukni, wyglądała jak posąg.

Patrzyła bezradnie na Baleya. Uśmiechnął się do niej. Poprawiło

to trochę jej nastrój.

Teraz pojawiali się, jeden po drugim, inni.

Attlebish, szef Służby Bezpieczeństwa, zjawił się jako drugi po

Gladii, szczupły, z wyrazem wyższości i dezaprobaty na twarzy. Po nim

Leebig, robotyk, zniecierpliwiony i zły, mrugający swą chorą

powieką. Socjolog Quemot robił wrażenie zmęczonego, spojrzał Jednak

na Baleya z uśmiechem w głęboko osadzonych oczach, jakby mówił:

"Widzieliśmy się, jesteśmy sobie bliscy".

Klorissa Cantoro wyglądała, jakby czulą się nieswojo w

towarzystwie pozostałych. Kiedy spojrzała na Gladię, dało się słyszeć

prychnięcie. Potem patrzyła już w posadzkę. Na końcu zjawił się

lekarz, doktor Thool. Wyglądał mizernie.

Byli więc wszyscy, z wyjątkiem Gruera, który powoli wracał do

zdrowia i nie mógł uczestniczyć w zebraniu (Trudno, pomyślał

Baley, poradzimy sobie bez niego). Wszyscy mieli na sobie odświętne

stroje i wszyscy siedzieli w pokojach o szczelnie zasłoniętych oknach.

Daniel doskonale to wszystko zorganizował.

Oby równie dobrze wypełnił swoją część zadania, modlił się

w duchu Baley.

Przenosił wzrok z jednej osoby na drugą. Kręciło mu się w

głowie od nie zgranych ze sobą świateł i widoku wnętrz o różnym

wystroju.

Zaczai mówić - Zamierzam omówić sprawę zabójstwa doktora

Rikaina Delmarre'a zajmując się kolejno motywem, sposobnością

i środkami...

Attlebish przerwał - Czy to będzie długie przemówienie?

- Być może - odpowiedział ostro Baley - Wezwano mnie tu

bym zbadał sprawę morderstwa, ponieważ jestem w tym specjalistą.

To mój zawód. Wiem najlepiej, jak to się robi. (Na nic im nie

pozwolić, myślał, inaczej wszystko weźmie w łeb. Wziąć nad nimi górę).

Ciągnął dalej, używając słów możliwie krótkich i ostrych -

Najpierw motyw. To najmniej pewna kwestia z wszystkich trzech.

Sposobność i środki to sprawy obiektywne. Wystarczy zbadać stan

faktyczny. Motyw jest rzeczą subiektywną. Może być zauważalny -

na przykład zemsta za publiczną zniewagę, może być też całkowicie

niedostrzegalny, jak irracjonalna, mordercza nienawiść którą

skrycie żywi ktoś pozornie zrównoważony.

Prawie wszyscy obecni mówili przy tej czy innej okazji, że

posądzają o popełnienie tej zbrodni Gladię Delmarre. Nikt nie miał

innych podejrzeń. Czy Gladia miała powód? Doktor Leebig podsunął

mi jeden. Powiedział, że Gladia często kłóciła się z mężem, co potem

przyznała sama Gladia w rozmowie ze mną. Gniew może

przypuszczalnie popchnąć do morderstwa. Pozostaje jednak pytanie, czy

jedynie ona miała powód. Zastanawiam się, czy sam doktor Leebig...

Robotyk omalże podskoczył i wyciągnął rękę w stronę Baleya -

Niech pan się liczy, Ziemianinie, ze słowami...

- Rozważam tylko możliwości - odparł chłodno Baley. - Pan,

doktorze, pracował z doktorem Delmarrem nad nowymi modelami

robotów. Jest pan najlepszym robotykiem na Solarii. To pana własne

słowa, a ja się z tym zgadzam.

Leebig uśmiechnął się z jawnym zadowoleniem.

- Słyszałem jednak, - ciągnął Baley - że doktor Delmarre

bliski był zerwania stosunków, z powodów dotyczących pana.

- To fałsz! To fałsz!

- Być może. Jeżeli to jednak prawda? Czy nie byłby to powód

by się go pozbyć zanim zrywając z panem znieważył pana

publicznie? Mam wrażenie, że nie zniósłby pan łatwo takiej zniewagi?

Baley zmienił raptownie przedmiot, by nie dać Leebigowi okazji

do odpowiedzi.

- Pani Cantoro śmierć doktora Delmarre'a umożliwiła objęcie

kierownictwa zakładu, dała jej pozycją.

- Wielkie nieba! Przecież już O tyra mówiliśmy! - wykrzyknęła

z goryczą Klorissa.

- Wiem, że mówiliśmy, ale trzeba brać pod uwagą i tą

możliwość. Co do doktora Quemota, grywał w szachy z doktorem

Delmarre. Być może zirytowały go zbyt częste przegrane.

Socjolog zauważył ze spokojem - Przegrana w szachy, to

oczywiście niewystarczający powód, agencie.

- To zależy od tego, jak poważnie traktuje pan szachy. Powód

może w oczach mordercy przesłaniać cały świat a być bez znaczenia

dla innych. Zresztą, mniejsza o to. Mam na myśli to, że nie

wystarcza sam powód. Każdy mógł mieć powód, by zabić kogoś takiego,

jak doktor Delmarre.

- Co pan przez to rozumie? - spytał Quemot z oburzeniem.

- Tylko to, że doktor Delmarre był "dobrym Solarianinem".

Wszyscy państwo tak go opisywali. Ściśle przestrzegał obyczajów

Solarii. Był człowiekiem idealnym, omalże abstrakcją. Czy takiego

człowieka można darzyć uczuciem, czy choćby tylko lubić?

Człowiek doskonały przypomina wszystkim o ich własnej

niedoskonałości .

- Nikt nie zabiłby człowieka, za to, że był zbyt dobry - powie-

działa Klorissa.

- Niewiele pani wie - oświadczył Baley, po czym mówił dalej

- Doktor Delmarre wiedział, albo sądził że wie, o istnieniu na

Solarii spisku związanego z myślą o podboju reszty Galaktyki. Starał

się temu zapobiec, dlatego spiskowcy mogli uznać, że trzeba go

usunąć. Uczestnikiem spisku mógłby być każdy z obecnych, nawet pani

Delmarre i nawet szef Służb}^ Bezpieczeństwa Corwin Attlebish.

- Ja? - spytał Attlebish.

- Z pewnością usiłował pan zakończyć śledztwo gdy tylko objął

pan stanowisko po Gruerze.

Baley pociągnął kilka łyków swego napoju (prosto z

oryginalnego opakowania, nietkniętego przez ludzkie czy robocie ręce). Jak

dotąd grał na zwłokę i cieszył się, że Solarianie pozostawali na

miejscach. Jako Ziemianin miał więcej od nich doświadczenia w

kontaktach z ludźmi w czterech ścianach. Nie umieli walczyć w zwarciu.

- Teraz kwestia sposobności - powiedział. - Uważa się

powszechnie, że tylko pani Delmarre miała tę sposobność, bo tylko ona

mogła zbliżyć się we własnej osobie do swego męża.

- Czy to jednak pewne? Przypuśćmy, że ktoś inny niż pani

Delmarre postanowił zabić doktora Delmarre'a. Czy taka desperacja

nie usunęłaby sprawy fizycznego kontaktu na drugi plan? Czy gdy-

by ktoś z państwa zdecydował się na morderstwo, nie zniósłby

czyjejś obecności przez czas dostatecznie długi by wykonać swój zamiar.

Czy nie zakradłby się do domu Delmarre'a...

Attlebish przerwał chłodno - Nie ma znaczenia, co moglibyśmy

zrobić a czego nie mogli. To doktor Delmarre nie pozwoliłby na

widzenie się z nim, zapewniam pana. Gdyby ktokolwiek spróbował się

do niego zbliżyć, to bez względu na szacunek czy przyjaźń łączącą

ich, Delmarre kazałby mu odejść i w razie potrzeby wezwałby na

pomoc roboty.

- To prawda - powiedział Baley - o ile doktor Delmarre był-

by świadom tego, że ma miejsce kontakt osobisty.

- Co pan przez to rozumie? - spytał ze zdziwieniem doktor;

Thool.

- Kiedy niósł pan pomoc pani Delmarre - odparł Baley,

- patrząc wprost na pytającego - nie była świadoma, że widzi pana,

dopóki jej pan nie dotknął. Ja ze -swej strony przywykłem tylko do

widzenia. Kiedy przybyłem na Solarię i spotkałem się z dyrektorem

Służby Bezpieczeństwa Gruerem, zakładałem że go widzę i gdy po

zakończeniu rozmowy znikł, byłem całkowicie zaskoczony.

- Przyjmijmy więc, że było odwrotnie. Przypuśćmy, że ktoś

przez całe dorosłe życie ogląda tylko innych i nigdy nikogo, oprócz

żony nie widuje. Przypuśćmy, że zbliża się do niego we własnej

osobie ktoś inny niż żona. Czy nie pomyślałby automatycznie, że ogląda

tylko tego kogoś, zwłaszcza gdyby robotowi kazano zapowiedzieć

połączenie?

- Ani przez chwilą - rzeki Quemot - identyczność tlą

zdradziłaby wszystko.

- Możliwe, ale czy ktoś z państwa zastanawia się w tej chwili

nad tym, jakie widzi tło? Zanim doktor Delmarre zauważył, że coś

jest nie w porządku, mogła upłynąć minuta a tymczasem jego

przyjaciół, kimkolwiek był, mógł podejść do niego i zadać cios.

- Niemożliwe - upierał się Quemot.

- Nie sądzę - oświadczył Baley - Sądzę, że sposobność nic

może być dowodem przeciw pani Delmarre. Miała sposobność ale

inni mogli ją także mieć.

Baley zwlekał. Czuł, że pot wystąpił mu na czole, ale otarcie

czoła byłoby oznaką słabości. Nie mógł utracić kontroli nad biegiem

wydarzeń. Osoba, o którą mu chodziło, musi być przekonana o jego

przewadze. Nie jest łatwo Ziemianinowi przekonać o tym Kosmitę.

Z wyrazu ich twarzy wnosił, że sprawy toczą się tak, jak

powinny. Nawet Attlebish robił wrażenie zatroskanego.

- Tak, oto doszliśmy - powiedział - do sprawy środków i to

najtrudniejsza łamigłówka. Broń, którą dokonano morderstwa, nie

została odnaleziona.

- Wiemy - rzekł Attlebish. - Gdyby nie to, uważalibyśmy

sprawę Gladii Delmarre za zamkniętą. Nie prosilibyśmy o

przeprowadzenia śledztwa.w

- Zapewne - odrzekł Baley. - Zbadajmy więc sprawę

środków. Są dwie możliwości. Albo morderstwo popełniła pani Delmarre,

albo ktoś inny. Jeśli to pani Delmarre je popełniła, broń musiałaby

pozostać na miejscu zbrodni, chyba że usunięto ją później. Mój

partner pan Olivaw z Aurory, chwilowo nieobecny, podsunął mi myśl,

że doktor Thool miał możliwość usunięcia broni. Pytam więc przy

wszystkich doktora Thoola, czy to zrobił, czy usunął broń podczas

badania nieprzytomnej pani Delmarre?

Doktor Thool był wstrząśnięty - Nie, nie. Przysięgam. Proszę

mnie przesłuchiwać. Przysięgam, że niczego nie usuwałem.

- Czy ktoś uważa, ze doktor Thool kłamie?

Zapadła cisza. Leebig spojrzał na jakiś przedmiot poza polem

widzenia Baleya i mruknął coś! o stracie czasu.

- Drugą możliwością jest, że ktoś inny popełnił zbrodnię i za-

brał broń. Jeśli tak, należałoby spytać, po co by to robił?

Potwierdza to niewinność pani Delmarre. Jeśli mordercą był ktoś z

zewnątrz, byłby głupcem, nie pozostawiając broni, by obciążyć panią

Delmarre. W każdym więc przypadku broń musiała tam być, a

jednak jej nie zauważono.

- Ma nas pan za głupców, czy za ślepców? - spytał Attlebish.

- Za Solarian, którzy nie potrafią rozpoznać pewnego rodzaju

broni.

- Nic nie rozumiem - mruknęła z żalem Klorissa.

Nawet Gladia, która dotąd się nie poruszyła, spojrzała ze

zdziwieniem na Baleya.

- Martwy mąż i nieprzytomna żona nic byli sami. Był tam

jeszcze ten rozstrojony robot.

- I cóż stąd? - spytał ze złością Leebig.

- Czy to nie oczywiste? Jeśli wykluczy się to, co niemożliwe,

pozostanie prawda, choćby była niepodobna do prawdy. Ten robot

był narzędziem zbrodni, a wam siła przyzwyczajenia nie pozwoliła

tego rozpoznać.

Teraz wszyscy zaczęli mówić jednocześnie, wszyscy z wyjątkiem

Gladii, która wpatrywała się w Baleya.

Baley uniósł ręce - Proszę przestać. Cisza! Pozwólcie mi

wyjaśnić - I jeszcze raz opowiedział o zamachu na życie Gruera

i o sposobie, w jaki mógł zostać przeprowadzony. Tym razem

opowiedział też o zamachu na własne życie.

- Przypuszczam - powiedział niecierpliwie Leebig - ze

można było kazać jednemu robotowi zatruć strzałę, nie mówiąc mu

o truciźnie, a drugiemu robotowi, który nie wiedział że strzała jest

zatruta, kazać wręczyć ją chłopcu i powiedzieć, że jest pan

Ziemianinem.

- Coś w tym rodzaju. Trzebaby odpowiednio pouczyć roboty.

- Bardzo to naciągane - powiedział Leebig.

Quemot pobladł, jakby robiło mu się niedobrze - Żaden

Solarianin nie mógłby użyć robotów na szkodę ludzi.

- Może i nie - wzruszył ramionami Baley. - Ważne jest, że

można użyć do tego robotów. Proszę spytać doktora Leebiga. Jest

robotyki em.

- Nie da się to zastosować do morderstwa doktora Delmarre'a

.- powiedział Leebig. - Wczoraj to panu mówiłem. Jak można

użyć robota do strzaskania czaszki człowiekowi?

- Czy mam to wyjaśnić?

- Proszę to zrobić, jeśli pan potrafi.

- Doktor Delmarre wypróbowywał robota nowego rodzaju.

Znaczenie tego nie było dla mnie jasne aż do wczoraj. Wieczorem

prosiłem robota o pomoc w podniesieniu się z fotela. "Podaj mi

rękę" powiedziałem. Robot patrzył zdezorientowany na swoją rękę,

jakby myślał, że chcę by ją odłączył. Musiałem powtórzyć

polecenie używając innych słów. Przypomniało mi to jednak coś, co

wcześniej mówił mi doktor Leebig. Otóż prowadzono doświadczenia z

robotami o wymiennych kończynach.

- Przypuśćmy, że robot, którego wypróbowywał doktor

- Delmarre, mógł używać wymiennych kończyn do wykonywania różnych

zadań. Przypuśćmy, że morderca wie o tym i mówi robotowi "Daj

mi rękę". Robot odłączyłby ramię i podał mu a ramię robota może

być świetną bronią. Po śmierci zaś doktora Delmarre'a wróciłby na

swoje miejsce.

Osłupienie słuchaczy ustąpiło miejsca sprzeciwom. Baley musiał

wykrzyczeć ostatnie zdanie a i tak prawie je zagłuszono.

Attlebish podniósł się z fotela z poczerwieniałą twarzą - Jeśli

nawet tak było, morderczynią jest pani Delmarre. Była tam, mogła

wiedzieć o odłączonych kończynach, w co nie wierzę, nawiasem

mówiąc. Wszystko wskazuje na nią, Ziemianinie, cokolwiek by pan

zrobił.

Gladia zaczęła cicho płakać.

Baley nawet na nią nie spojrzał. - Wprost przeciwnie. Łatwo

wykazać, że ktokolwiek popełnił tę zbrodnię, nie była to pani

Delmarre.

Jothan Leebig skrzyżował ręce, a na jego twarzy pojawiło się

lekceważenie.

Baley spostrzegł to - Doktor Leebig mi pomoże. Jako robotyk

Wie pan, że wplątanie robotów w morderstwo wymaga wielkiej

zręczności. Wczoraj próbowałem zamknąć kogoś w areszcie domowym.

Była to prosta rzecz, ja jednak nie umiem postępować z robotami.

W moich instrukcjach były niedomówienia i mój więzień uciekł.

- Kto to był? - spytał Attlebish

- To nie ma znaczenia - odpowiedział niecierpliwie Baley. -

Ma znaczenie to, ze amator nie potrafi odpowiednio posługiwać się

robotami. Niektórzy zaś Solarianie mogą być zupełnymi amatorami,

jak na Solarian. Co, na przykład wie o robotyce Gladia Delmarre,

doktorze?

- Co takiego? - Leebig wytrzeszczył oczy.

- Próbował pan nauczyć panią Delmarre robotyki. Jaką była

uczennicą? Czy nauczyła się czegoś?

Leebig rozejrzał się niepewnie - Nie nauczyła się...

- Była całkiem do niczego, nieprawdaż? A może woli pan nie

odpowiadać?

- Mogła udawać ignorancją - odpowiedział Leebig.

- Czy, jako robotyk, byłby pan gotów oświadczyć, że uważa

panią Delmarre za zdolną do wmanewrowania robotów w

morderstwo?

- Jak mam na to odpowiedzieć?

- Podejdźmy do tego inaczej. Ktokolwiek próbował zabić mnie

w żłobku, musiał mnie przedtem odszukać, posługując się systemem

łączności między robotami. Nie mówiłem nikomu, dokąd się udają

i tylko eskortujące mnie roboty znały moje miejsce pobytu. Mój

partner Daniel Olivaw, usiłował mnie później odnaleźć i miał z tym

sporo trudności. Morderca musiał jednak łatwo do tego dojść jeśli

zdołał przygotować zatrucie i wystrzelenie strzały zanim opuściłem

zakład. Czy pani Delmarre zdołałaby to zrobić?

Corwin Attlebish pochylił się w fotelu - Kto, zdaniem pana,

Ziemianinie, miałby dość wiedzy na to?

- Doktor Jothan Leebig sam przyznaje, że jest na tej planecie

najlepszym specem od robotów.

- Czy to oskarżenie? - krzyknął Leebig.

- Tak! - zawołał Baley.

Furia w oczach Leebiga przygasła. Zastąpiło ją powstrzymywane

napięcie. Powiedział - Oglądałem po morderstwie tego robota

Delmarre'a. Nie miał żadnych wymiennych kończyn. Jego kończyny

mogły być odłączone tylko przy użyciu specjalnych narzędzi i pod

nadzorem Delmarre'a.

- Kto może potwierdzić prawdziwość tego oświadczenia?

- Moich słów się nie kwestionuje.

- Właśnie ma to miejsce. Oskarżam pana, więc to co pan mówi,

jest bez wartości. Co innego, gdyby ktoś potwierdził pańskie słowa.

Nawiasem mówiąc, szybko pozbył się pan tego robota. Dlaczego?

- Nie było go po co trzymać. Był całkiem rozstrojony. Był do

niczego.

- Dlaczego?

Leebig pogroził palcem Baleyowi - Już mnie pan o to pytał,

Ziemianinie i powiedziałem panu, dlaczego. Robot był świadkiem

morderstwa, któremu nie mógł zapobiec.

- Powiedział mi pan też, że zawsze powoduje to całkowitą za-

paść i że to zasada. A jednak kiedy Gruer został otruty, robot który

podał mu truciznę trochę się tylko potem jąkał i powłóczył nogą.

Był on w istocie sprawcą, a nie tylko świadkiem morderstwa, a

jednak pozostał dość sprawny, by można go było przesłuchać.

- Ten robot, robot ze sprawy Delmarre'a, musiał być bardziej

zaangażowany w morderstwo, niż robot Gruera. Jego ramię musiało

być narzędziem zbrodni.

- Same nonsensy - Leebig łapał oddech. - Pan nie ma

pojęcia o robotach.

- Być może. Radzę jednak, by dyrektor Służby Bezpieczeństwa

Attlebish zajął rejestry pańskiej wytwórni robotów. Da się zapewne

sprawdzić, czy budował pan roboty z wymiennymi kończynami a

jeśli tak, czy posłał pan któregoś z nich do Delmarre'a i kiedy to było.

- Nikt mi nie będzie grzebał w rejestrach - krzyknął Leebig.

- Dlaczego, jeśli nie ma pan nic do ukrycia?

- Dlaczego, na Solarię, miałbym zabijać Delmarre'a? Proszę mi

powiedzieć. Jaki miałbym powód?

- Przychodzą mi na myśl dwa powody - powiedział Baley. -

Był pan z panią Delmarre zaprzyjaźniony, zbyt zaprzyjaźniony.

Solarianie także są ludźmi. Pan nigdy nie zadawał się ^ kobietami ale

nie uczyniło to pana odpornym na, powiedzmy, zwierzęce bodźce.

Widywał pan panią Delmarre, - to jest, przepraszam, oglądał ją

Pan - ubraną raczej nieformalnie i. .

- Nie! krzyknął rozdzierająco Leebig.

Gladia także szepnęła z naciskiem - Nie!

- Może nie rozpoznał pan natury pańskich uczuć, albo jeśli

mgliście zdawał pan sobie z nich sprawę gardził pan Własną

słabością i nienawidził pani Delmarre. Mógł pan też znienawidzić

Delmarre'a. Prosił pan panią Delmarre, by została pańską asystentką

Odmówiła, co zwiększyło pańską nienawiść. Zabijając doktora

Delmarre^ tak by rzucić podejrzenie na jego żonę, mógł pan zemścić się

naraz na obojgu.

- Kto uwierzy w te melodramatyczne plugastwa? - spytał

chrapliwie Leebig. - Może inny Ziemianin, inne zwierzę. żaden

Solarianin.

- To nie jedyny powód - powiedział Baley - Ten tkwił

pewnie w pana podświadomości ale miał pan poważniejszy. Doktor

Rikain Delmarre stał na drodze pańskim planom i dlatego musiał być

usunięty.

- Jakim planom?

- Planom podboju Galaktyki, doktorze.




18. ODPOWIEDŹ NA PYTANIE




- Ziemianin oszalał, to jasne! - krzykną} Leebig zwracając się

do pozostałych.

Wpatrywali się bez słów, jedni w Leebiga, inni w Baleya.

Baley nie pozostawił im czasu do namysłu - Pan wie najlepiej,

czy to jasne, doktorze. Doktor Delmarre chciał z panem zerwać.

Pani Delmarre sądziła, że powodem była pańska niechęć do

małżeństwa. Ja tak nie sądzę. Sam doktor Delmarre snuł plany takiej

przyszłości, w której możliwa będzie ektogeneza i zbyteczne będzie

małżeństwo. Doktor Delmarre współpracował jednak z panem. Mógł

wiedzieć więcej, niż ktokolwiek inny o niebezpiecznych

doświadczeniach, które pan prowadził i próbował pana powstrzymać. Na-

pomknął o tym dyrektorowi Gruerowi, bez szczegółów jednak, bo

nie miał jeszcze pewności. Pan odkrył jego podejrzenia i zabił go.

- Szaleniec! - krzyknął znów Leebig - Nie będę tego słuchał .

- Wysłuchaj go, Leebig - uciął Attlebish.

Baley przygryzł wargę by nie zdradzić satysfakcji z wyraźnego

braku sympatii w głosie szefa Służby Bezpieczeństwa. Powiedział

- W tej samej rozmowie, w której wspomniał pan, doktorze, o

- robotach z wymiennymi kończynami, napomknął pan też o statkach

kosmicznych z własnymi mózgami pozytronowymi. Był pan wtedy

stanowczo zbyt rozmowny. Może uznał pan, że jako Ziemianin nie

będę w stanie zrozumieć następstw takiego zastosowania robotyki.

Może była to euforia po ustąpieniu groźby osobistego kontaktu ze

mną, W każdym razie, doktor Quemot mówił mi już wcześniej, że

robot pozytronowy jest tajną bronią Solarii...

Quemot, tak niespodziewanie wymieniony, poderwał się i

krzyknął

- Chodziło mi...

- Chodziło panu o socjologię, wiem o tym. Dało mi to jednak

do myślenia. Porównajmy tylko statek kosmiczny z wbudowanym

mózgiem pozytronowym ze statkiem kosmicznym z załogą ludzką.

Statek załogowy nie mógłby użyć w walce robotów. Robot nie byłby

zdolny do niszczenia ludzi w nieprzyjacielskich statkach lub

światach. Nie odróżniałby przyjaciół od wrogów.

- Możnaby, oczywiście, powiedzieć robotowi, że

nieprzyjacielski statek nie ma ludzi na pokładzie, albo że planeta jest niezamieszkała,

byłyby z tym jednak trudności. Robot wiedziałby, że jego

własny statek ma ludzi na pokładzie, że ludzie zamieszkują jego własny

świat. Mógłby przyjąć, że jest tak i w przypadku wrogich statków

i światów. Trzebaby prawdziwego eksperta od robotyki, takiego jak

doktor Leebig by móc posłużyć się robotami, ale takich ekspertów

jest niewielu.

- Statek kosmiczny z własnym pozytronowym mózgiem

atakowałby natomiast ochoczo każdy statek, który kazanoby mu

atakować. Zakładałby naturalnie, że wszystkie statki są bezzałogowe.

Możnaby uniemożliwić mu odbiór sygnałów z nieprzyjacielskich

statków. Statek, w którym mózg pozytronowy prowadzi ogień, był-

by o wiele sprawniejszy niż zwykłe statki załogowe. Nie

potrzebując przestrzeni dla załogi, zapasów, odtwarzaczy wody i powietrza,

mógłby taki statek unieść silniejszy pancerz, silniejsze uzbrojenie,

być odporniejszy od zwykłego statku. Jeden statek z mózgiem

pozytronowym mógłby pokonać całe floty zwykłych statków. Czy się

mylę? .

Ostatnie pytanie padło pod adresem doktora Leebiga, który

podniósł się z fotela i stał wyprostowany, prawie zesztywniały - z

gniewu?, z przerażenia?

Nie było odpowiedzi, żadna odpowiedź nie zostałaby usłyszana.

Coś się przełamało i pozostali maczali wrzeszczeć jak szaleni. Klorissa

miała twarz Furii, nawet Gladia zerwała się, potrząsając w

powietrzu piąstkami. Wszyscy zwrócili się przeciw Leebigowi.

Baley przymknął oczy. Spróbował choć na parę chwil rozluźnić

mięśnie.

A więc udało się. Nacisnął wreszcie właściwy guzik. Quemot

porównywał roboty Solarii do helotów Sparty, z tą różnicą, że roboty

nie podniosą buntu, więc Solarianie mogą spać spokojnie.

Gdyby jednak znalazł się człowiek, który ośmieliłby się nauczyć

roboty działania na szkodę ludzi, byłoby to podburzenie do buntu.

Czy nie byłaby to zdrada główna? Czy w świecie takim jak

Solaria, gdzie liczba robotów miała się do liczby ludzi jak dwadzieścia

tysięcy do jednego, wszyscy do ostatniego nie obróciliby się przeciw

podejrzanemu o popychanie robotów przeciw ludziom?

- Jest pan aresztowany! - krzyczał Attlebish - Nie wolno

panu ruszać pańskich ksiąg i zapisów, zanim nie wejrzy w nie rząd

- ledwie było go słychać w tym pandemonium.

Do Baleya zbliżył się robot - Wiadomość od pana Olivawa,

proszę pana t

Baley zapoznał się z wiadomością - Chwileczkę! - zawołał.

Jego głos miał niemal magiczne działanie. Wszyscy obrócili się

ku niemu a na wszystkich twarzach, oprócz twarzy Leebiga,

malowała się napięta uwaga.

Zaczął mówić - Nie byłoby rozsądne oczekiwać, że doktor

Leebig pozostawi swe zapisy nietknięte i zaczeka aż przejmie je jakiś

urzędnik. Zanim więc zaczęło się to zebranie, mój partner, Daniel

Olivaw udał się do posiadłości doktora Leebiga. Właśnie otrzymałem

wiadomość od niego. Jest już na miejscu i za chwilę będzie u doktora

Leebiga z nakazem uwięzienia go.

- Uwięzienia! - zaskowyczał w zwierzęcym prawie

- przerażeniu Leebig - Ktoś tu jest? Fizycznie? Nie, nie! - Drugie "Nie" było

już piskiem

- Nic panu nie grozi - powiedział chłodno Baley - jeśli będzie

pan skłonny do współpracy. .

- Ale ja nie mogę go widzieć, nie mogę go widzieć - Robotyk

upadł na kolana, najwyraźniej nie zdając sobie z tego sprawy. Zło-

żył dłonie w rozpaczliwym geście błagania - Czego pan chce? Chce

pan przyznania się? Tak, robot Delmarrea miał wymienne kończyny.

Tak, to ja zorganizowałem otrucie Gruera. To ja sprawiłem, że

strzelano do pana. Projektowałem też statki, o których pan mówił.

Nie miałem W tym sukcesów, ale projektowałem je. Niech pan go tylko

powstrzyma! Nie pozwólcie mu podejść, zatrzymajcie go!

Słowa zmieniły się w bełkot.

Baley skinął głową. Następny właściwy guzik. Zagrożenie

fizyczną obecnością wymogło przyznanie się skuteczniej niż tortury.

Nagle na jakiś dźwięk czy ruch poza granicą obrazu głowa

Leebiga obróciła się. Uniósł ręce jakby coś odpychał.

- Odejdź - prosił. - Odejdź. Nie podchodź. Nie podchodź,

proszę! Proszę...

Odczołgał się na rękach i kolanach i nagle sięgnął ręką do

kieszeni kurtki, wyjął coś i podniósł błyskawicznie do ust. Zakołysał

się i upadł twarzą w dół.

Baley chciał krzyknąć "Głupcze! To nie człowiek się zbliża, to

tylko jeden z twych kochanych robotów!".

Daniel Olivaw wpadł w pole widzenia i przez chwilę patrzył z

góry na skręconą postać.

Baley wstrzymał oddech. Gdyby Daniel zdał sobie sprawę, że

to właśnie jego pseudoczłowieczeństwo zabiło Leebiga, skutki tego

byłyby straszne dla mózgu podległego Pierwszemu Prawu.

Daniel jednak przyklęknął tylko a jego czułe palce dotknęły

w kilku miejscach ciała Leebiga. Potem uniósł głowę Leebiga niby

coś nieskończenie cennego, kołysząc ją i głaszcząc.

Jego posągowa twarz zwróciła się do patrzących i wyszeptał -

Człowiek jest martwy.

Baley spodziewał się jej, prosiła o ostatnie spotkanie a jednak

oczy rozszerzyły mu się, kiedy weszła.

- Widzę cię!

- Tak - potwierdziła Gladia. - Skąd to Wiesz?

- Nosisz rękawiczki.

- Ach - spojrzała na swe dłonie zmieszana. Spytała cicho -

Czy ci to nie przeszkadza?

- Nie, oczywiście, że nie. Czemu jednak zdecydowałaś się

widzieć mnie a nie oglądać?

- No cóż, - uśmiechnęła się słabo - powinnam przyzwyczajać

się do tego, nieprawdaż Eliaszu? Mam na myśli wyjazd na Aurorę.

- A więc wszystko już załatwione?

- Pan Olivaw usunął wszelkie przeszkody. Wszystko załatwione.

Nie wrócę tu już nigdy.

- To dobrze! Będziesz tam szczęśliwsza, Gladio. Wiem, że

- będziesz.

- Trochę się boję.

- Wiem, to oznacza widywanie się z ludźmi. Brak ci też będzie

wygód Solarii. Przywykniesz jednak i co najważniejsze, zapomnisz

o całym tym koszmarze, przez który przeszłaś.

- Nie chcę o niczym zapomnieć - rzekła cicho Gladia.

- Zapomnisz - Baley patrzył na stojącą przed nim. wiotką

dziewczynę i ze ściśniętym sercem powiedział - I pewnego dnia

poślubisz kogoś. Naprawdę poślubisz.

- Jakoś - powiedziała posępnie - nie wydaje mi się to teraz

pociągające.

- Zmienisz zdanie.

Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu.

- Nic podziękowałam ci nawet - powiedziała Gladia.

- Spełniłem tylko swój obowiązek - odpowiedział Baley.

- A teraz wracasz na Ziemię, nieprawdaż?

- Tak.

- Już cię więcej nie zobaczę.

- Prawdopodobnie nie, ale nie bierz sobie tego do serca. Za

jakieś czterdzieści lat mnie już nie będzie, a ty nie zmienisz się ani

na jotę.

- Nie mów tak! -- Twarz jej wykrzywiła się bólem.

- To prawda.

Zaczęła mówić, zmieniając szybko temat - Wiesz, że w sprawie

Leebiga wszystko się potwierdziło?

- Wiem. Robotycy, którzy przejrzeli jego zapisy, trafili na ślady

doświadczeń z bezzałogowymi myślącymi statkami. Znaleziono też

roboty o wymiennych kończynach.

Gladia zadrżała - Jak myślisz, czemu zrobił tę straszną rzecz?

- Bal się ludzi. Zabił się, by uniknąć czyjejś obecności. Był też

gotów zniszczyć inne światy, by mieć pewność, że Solaria i jej tabu

nie będą złamane.

- Jak mógł tak myśleć? - szepnęła. - Przecież czyjaś obecność

może być bardzo...

Znów patrzyli na siebie w milczeniu z odległości dziesięciu

kroków.

Potem Gladia wykrzyknęła - Ach Eliaszu, co sobie o tym po-

myślisz?

- O czym, Gladio?

- Czy mogę cię dotknąć? Nie zobaczę cię już nigdy, Eliaszu.

- Jeśli tylko chcesz.

Zbliżała się krok za krokiem z iskrzącymi się oczami, choć była

w nich też obawa. Zatrzymała się o trzy stopy od niego i powoli,

jak w transie zaczęła zdejmować rękawiczkę.

- To nierozsądne, Gladio.

- Nie boję się - odpowiedziała.

Ręka drżała, gdy ją wyciągała ku Baleyowi.

Drżała też ręka Baleya, gdy ujmował jej dłoń swoją. Stali tak

przez chwilę, a jej spłoszona, przestraszona dłoń spoczywała w jego

dłoni. Puścił ją i nagle, bez uprzedzenia dłoń jej pomknęła ku jego

twarzy aż końce palców, lekkie jak piórka, musnęły jego policzek.

- Dziękuję ci, Eliaszu. Zegnaj!

- Żegnaj, Gladio l - spoglądał w ślad za odchodzącą.

Nawet świadomość, że czeka nań statek, który zawiezie go na

Ziemię nie zatarła poczucia dotkliwej straty.

Mina podsekretarza Alberta Minnima wyrażała serdeczność aż

do przesady - Rad jestem pana widzieć znów na Ziemi. Pański

raport wyprzedził pana i właśnie jest przedmiotem studiów. Zrobił

pan dobrą robotę. Ta sprawa dobrze się zapisze w pańskiej karierze.

- Dziękuję - odpowiedział Baley. Nie mógł zdobyć się na

więcej. Po powrocie na Ziemię, do bezpiecznych Stalowych Jaskiń, do

Jessie (już z nią rozmawiał) wciąż miał poczucie dziwnej pustki.

- Jednakże, - mówił Minnim - raport pański dotyczy tylko

śledztwa w sprawie morderstwa. Pytaliśmy o coś jeszcze. Chciałbym

usłyszeć sprawozdanie.

Baley zawahał się, sięgając raka do kieszeni, w której znów była

fajka.

- Niech pan pali - rzekł natychmiast Minnim.

Baley jak mógł przeciągał czynność zapalania. W końcu powie-

dział.

- Nie jestem socjologiem.

- Nie jest pan? - Minnim uśmiechnął się przelotnie - Wydaje

mi się, że już o tym rozmawialiśmy. Dobry detektyw musi być

w praktyce socjologiem, nawet jeśli nigdy nie słyszał o równaniu

Hacketta. Sądząc po pańskim zachowaniu, dowiedział się pan czegoś

o Zaziemskich Światach, nie jest pan jednak pewien, jak to przyjmę.

- Jeśli ujmuje to pan w ten sposób, panie sekretarzu... Kiedy

mnie pan wysyłał na Solarię, postawił pan pewne pytanie. Pytał pan

o słabe punkty Światów Zaziemskich. Ich siłą miały być ich roboty,

mała liczba ludności, długowieczność, jakie jednak mają słabości?

- I cóż?

- Sądzę, że znam słabe strony Solarian, panie sekretarzu.

- Zna pan odpowiedź na pytanie? Świetnie! Proszę mówić!

- Ich słabe strony, panie sekretarzu, to roboty, mała liczba

ludności, długowieczność.

Minnim wpatrywał się w Baleya z niezmienionym wyrazem

twarzy a jego ręce kreśliły jakieś zygzaki po papierach leżących na

biurku.

- Co pan chce przez to powiedzieć?

Baley układał to sobie w myślach całymi godzinami, wracając

z Solarii. W wyobraźni spotykał się z ludźmi z rządu, rozporządzając

wyważonymi, dobrze uzasadnionymi argumentami. Teraz był w

kłopocie.

- Nie jestem pewien, czy potrafię to wyjaśnić.

- Mimo wszystko chcę to usłyszeć.

Baley zaczął - Solarianie utracili coś, co ludzkość miała przez

miliony lat, coś co jest warte więcej niż energia atomowa, miasta,

rolnictwo, narzędzia, ogień i wszystko inne, ponieważ to coś

umożliwia wszystko inne.

- Nie chcę zgadywać, Baley. Co to takiego?

- Wspólnota, panie sekretarzu. Współpraca jednostek. Solaria

całkiem z niej zrezygnowała. To świat oddzielonych od siebie jedno-

stek, czym zachwyca się jedyny socjolog tej planety. Ten socjolog,

nawiasem mówiąc nie słyszał nawet o socjomatematyce. Sam buduje

swoją naukę. Nie ma nikogo, kto by go pouczył, pomógł mu albo

wskazał pomyłki. Jedyna nauką, która naprawdę kwitnie na Solarii

jest robotyka ale zajmuje się nią garstka ludzi, a kiedy trzeba

analizować stosunki między ludami i robotami muszą prosić o pomoc

Ziemianina.

- Sztuka Solarii to sztuka abstrakcyjna, panie sekretarzu. Na

Ziemi to tylko jeden z rodzajów sztuki, na Solarii jedyny. Nie czuje

się w tym ludzkiej ręki. Swą przyszłość widza w ektogenezie i

całkowitej izolacji od urodzenia.

- Brzmi to okropnie. Czy może nam to jednak szkodzić?

- Tak sądzę. Tam, gdzie nie ma wzajemnych oddziaływań

między ludźmi zanika zainteresowanie życiem, zanika większość wyż-

szych wartości, zanika uzasadnienie życia. Oglądanie nie jest w stanie

zastąpić widzenia, choć Solarianie traktują je jak nowy rodzaj

zmysłu. Izolacja nie spowodowała dotąd stagnacji. To zasługa ich długo-

wieczności. My tu na Ziemi mamy ciągły dopływ młodych, z na-

tury skorych do zmian, bo nie mają dość czasu by przywyknąć. To

chyba najkorzystniejsze. Żyjemy wystarczająco długo, by czegoś

dokonać ale i na tyle krótko, by ustąpić w porę miejsca młodym. Na

Solarii trwa to zbyt długo.

Minnim wciąż rysował coś końcem palca - Ciekawe! Ciekawe!

- Kiedy podniósł wzrok, wydawało się, że zdjął maskę z twarzy.

Oczy świeciły mu wesoło. - Ma pan bystre oko, agencie!

- Dziękuję - odrzekł sztywno Baley.

- Czy wie pan, czemu zachęcałem pana by opisał pan swe

wrażenia? - Nie czekał na odpowiedź - Pański raport został już wstęp-

nie oceniony przez naszych socjologów. Zastanawiałem się, czy

rozumie pan, jak wspaniałe nowiny przywiózł pan Ziemi. Widzę, że pan

rozumie.

- Chwileczkę, - powiedział Baley - jest coś jeszcze.

- Istotnie - zgodził się ochoczo Minnim. - Solaria nie zdoła

zapobiec stagnacji. Minęła już punkt zwrotny. Zbyt daleko posunęła

się ich zależność od robotów. Pojedynczy robot nie zdoła utrzymać

dziecka w posłuchu, chociaż wyszłoby to dziecku na dobre. Rzesza

robotów nie zdoła uratować planety, bo pozwoli rozpadać się jej

strukturom społecznym, kiedy te zaczną się wyradzać. Zaziemskie Światy

czeka więc stagnacja a Ziemia wyzwoli się spod ich dominacji. Nie

musimy się buntować. Wolność przyjdzie sama.

- Chwileczkę - powiedział Baley, już głośniej. - Mówimy

tylko o Solarii, nie o pozostałych Światach Zaziemskich.

- To wszystko jedno. Pański Solariański socjolog... Kmiot...

- Quemot, panie sekretarzu.

- A więc Quemot. Powiedział, że inne Zaziemskie Światy

zmierzają w tym samym kierunku, co Solaria, nieprawdaż?

- Tak mówił, ale on sam niczego nie wic o innych Zaziemskich

Światach i żaden z niego socjolog. Myślałem, że wyłożyłem to dość

jasno.

- Nasi ludzie to sprawdzą.

- Im też brak danych. Niczego nie wiemy o naprawdę wielkich

Światach Zaziemskich, choćby o Aurorze. świecie Daniela.

Nierozsądne byłoby spodziewać się, że wszystkie będą podobne do Solarii.

W Galaktyce jest w istocie tylko jeden świat podobny do Solarii...

Minnim przerwał, machając z zadowoleniem swą zadbaną dłonią

- Nasi ludzie to sprawdzą. Jestem pewien, że zgodzą się z

Quemotem.

Baley spochmurniał. Ziemscy socjologowie zgodzą się z

Quemotem, jeśli będzie im na tym zależało. W liczbach można znaleźć

wszystko, jeśli szuka się odpowiednio długo i pomija niewygodne

informacje.

Zastanawiał się, czy lepiej będzie mówić teraz, gdy słucha go

przedstawiciel rządu, czy też...

Zastanawiał się odrobinę za długo. Minnim, przesunąwszy kilka

papierów, odezwał się rzeczowym tonem - Jeszcze parę

drobiazgów, agencie, związanych ze sprawą Delmarrea, i jest pan wolny.

Czy chciał pan aby Leebig popełnił samobójstwo?

- Chciałem zmusić go do przyznania się, panie sekretarzu. Nie

przewidywałem samobójstwa i to spowodowanego zbliżaniem OK;

kogoś, kto, o ironio, był tylko robotem, nie mógł więc naruszyć tabu.

Nie żałuję jednak, że zginął, prawdę mówiąc. Był niebezpiecznym

człowiekiem. Upłynie sporo czasu zanim ktoś inny połączy geniusz

z szaleństwem, jak on.

- Zgadzam się z tym - rzekł sucho Minnim - i uważam jego

śmierć za szczęśliwy traf. Czy jednak brał pan pod uwagę ryzyko,

że Solarianie zrozumieją, iż Leebig nie mógłby zapewne zabić

Delmarrea?

Baley wyjął fajkę z ust i milczał.

- Wie pan, agencie, że tego nie zrobił. Trzeba było zbliżyć się

fizycznie do zamordowanego a on był do tego niezdolny. Wolałby

umrzeć, niż pozwolić na to i umarł a nie pozwolił.

- Ma pan słuszność, panie sekretarzu. Liczyłem na to, że

Solarianie będą tak wstrząśnięci nadużyciem, którego się dopuścił

w sprawie robotów, że przestaną o tym myśleć.

- Więc kto zabił Delmarrea?

Baley odpowiedział powoli - Jeśli chodzi panu o to, kto zadał

cios, zrobiła to osoba, o której wszyscy to wiedzieli, Gladia Delmarre,

żona zabitego.

- I pan pozwolił jej odejść?

- Moralnie nie ona za to odpowiada. Leebig wiedział, że Gladia

kłóci się zażarcie z mężem. Musiał wiedzieć, w jaką furię wpada

w gniewie. Leebig pragnął, by okoliczności śmierci męża obciążały

żonę. Robot, którego posłał do Delmarrea, był jak sądzę pouczony,

by wręczył Gladii, gdy ta wpadnie w furię, jedną ze swych

wymiennych kończyn. Mając broń w ręku, w całkowitym zaćmieniu umysłu

zrobiła to, zanim Delmarre i robot zdołali ją powstrzymać. Gladia

była w ręku Leebiga tak samo nieświadomym instrumentem, jak

robot.

- Ramię robota musiało więc być zakrwawione - zauważył

Minnim .

- I zapewne było - odpowiedział Baley - ale to Leebig

zajmował się robotem. Mógł z łatwością kazać innym robotom, które

to zauważyły, aby zapomniały o tym. Mógłby to również spostrzec

doktor Thool, ale zajmował się wyłącznie zmarłym i nieprzytomną

kobietą. Błędem Leebiga było przekonanie, że wina Gladii jest oczy-

wista, iż nie uratuje jej brak narzędzia zbrodni. Nie mógł też prze-

widzieć, że do pomocy w śledztwie wezwany zostanie Ziemianin.

- Kiedy zaś Leebig już nie żył, załatwił pan Gladii opuszczenie

Solarii. Czy po to, by ją ratować, gdyby jacyś Solarianie zaczęli

zastanawiać się nad tą sprawą?

Baley wzruszył ramionami - Dosyć się nacierpiała. Była ofiarą

ich wszystkich, męża, Leebiga, całej Solarii.

- Czy nie było to naginanie prawa dla osobistego kaprysu?

Nieprzystępna twarz Baleya przybrała nieugięty wyraz - To

nie był kaprys. Nie obowiązują mnie prawa Solarii. Dobro Ziemi

ponad wszystko i dla jej dobra musiałem uporać się z Leebigiem,

który stanowił dla niej niebezpieczeństwo. Co do pani Delmarre, -

spojrzał w twarz Minnimowi, czując że robi decydujący krok. Musiał

to powiedzieć - Co do pani Delmarre, była dla mnie przedmiotem

eksperymentu.

- Jakiego eksperymentu?

- Chciałem' się przekonać, czy pogodziłaby się ze światem,

gdzie dozwolone są kontakty osobiste, czy ma dość odwagi by

oglądać łamanie wpojonych jej zwyczajów. Bałem się, że odmówi

wyjazdu i wybierze raczej pozostanie, niż porzucenie solariańskiego

sposobu życia. Wybrała jednak zmianę i byłem rad, że to zrobiła.

Dla mnie miało to znaczenie symboliczne. Wydało mi się to drogą

ratunku dla nas.

- Dla nas? - spytał żywo Minnim. - O czym pan, u diabła,

mówi?

- Nie dla pana i dla mnie, panie sekretarzu, - rzekł Baley

z powagą - ale dla całej ludzkości. Błędnie ocenia pan Zaziemskie

Światy. Mają niewiele robotów, przestają ze sobą nawzajem i bacz-

nie śledzą to, co dzieje się na Solarii. Wie pan, że R. Daniel Olivaw

był tam ze mną i wrócił z raportem. Grozi im przemiana w Solarię

ale rozpoznają z pewnością to niebezpieczeństwo, zachowają równo-

wagę, zachowają przywództwo ludzkości.

- Takie jest pańskie zdanie - powiedział wyczekująco Minnim.

- Jest coś jeszcze. Istnieje świat podobny do Solarii i jest to

Ziemia.

- Agencie Baley!

- Tak właśnie jest, panie sekretarzu. Jesteśmy odwrotnością

Solarii. Oni odizolowali się od siebie nawzajem, my od Galaktyki.

Oni znaleźli się w ślepym zaułku w swych nienaruszalnych

posiadłościach, my w ślepym zaułku w swych podziemnych Miastach. Oni

są przywódcami bez naśladowców. Mają tylko roboty, które nie

mogą się sprzeciwić. My tylko naśladujemy. Nie mamy przywódców.

Mamy tylko zamykające nas Miasta - Baley zacisnął pięści.

Minnim był niezadowolony - Agencie, wiele pan przeszedł. Trze-

ba panu wypoczynku i dostanie go pan. Miesiąc urlopu a potem

awans.

- Dziękuję, ale chciałbym, żeby mnie pan wysłuchał. Z tego

ślepego zaułka jest jedno wyjście, na zewnątrz, w przestrzeń

kosmiczną. Są tam miliony światów a tylko pięćdziesięcioma z nich

władają Kosmici. Jest ich niewielu. Są długowieczni. Nas jest wielu.

Żyjemy krótko. Będą z nas lepsi od nich odkrywcy i kolonizatorzy.

Robi nam się ciasno a dzięki częstej zmianie pokoleń nie brakuje

nam młodych zuchów. To przecież nasi przodkowie kolonizowali

Zaziemskie Światy.

- Tak, zgoda, obawiam się jednak, ze mój czas się kończy...

Baley czuł, że tamtemu pilno się go pozbyć ale nie ruszył sio

z miejsca - Gdy pierwsza kolonizacja stworzyła przewyższające

nas techniką światy, uciekliśmy w łono Ziemi. Kosmici dali nam

odczuć nasza niższość, kryjemy się więc przed nimi. To żadna

odpowiedź. By wyjść z kręgu rewolt i represji musimy zmierzyć się

z tamtymi, naśladować ich, jeśli trzeba, przewodzić im, jeśli

zdołamy. By móc to robić trzeba spojrzeć w twarz otwartej przestrzeni.

Jeśli dla nas za późno na naukę, uczmy nasze dzieci. To sprawa

najwyższej wagi.

- Potrzebuje pan wypoczynku, agencie.

- Proszę posłuchać, panie sekretarzu. Jeśli Kosmici są silni

a my będziemy stać w miejscu, Ziemia zostanie zniszczona w ciągu

stulecia. To pewne, sam pan mi to mówił. Jeśli Kosmici są słabi,

możemy ocaleć ale kto nam zaręczy, że są słabi? Wiemy to tylko

o Solarianach.

- Ale...

0 Jeszcze nie skończyłem. Czy kosmici są silni, czy nie,

możemy jedno zmienić - sposób życia. Rozlećmy się po naszych

własnych nowych światach, a sami staniemy się Kosmitami. Jeśli

pozostaniemy stłoczeni tu na Ziemi, rewolta będzie nieunikniona,

zwłaszcza gdy ludzie oprą swe nadzieje na domniemanej słabości Kosmitów.

Niech pan zapyta socjologów przedstawiając im moje argumenty.

Gdyby mieli wątpliwości, proszę znaleźć sposób, by mnie posłać na

Aurorę. Wrócę z raportem o prawdziwych Kosmitach a pan będzie

wiedział, co musi zrobić Ziemia.

- Minnim skinął potakująco głową - Tak, tak. Do widzenia,

agencie!

Baley odszedł w podniosłym nastroju. Nie oczekiwał oczywiste-

go zwycięstwa. Zwycięstwo nad zakorzenionym sposobem myślenia

nie jest sprawą dnia ani roku. Zauważył jednak, jak zaduma i nie-

pewność na moment starły z twarzy Minnima wcześniejszą naiwną

radość.

Wiedział, co nastąpi. Minnim spyta socjologów. Jeden czy dwóch

nie będzie miało pewności. Zasięgną opinii Baleya.

Jeszcze rok, myślał Baley, wystarczy rok a będę w drodze na

Aurorę. Wystarczy jedno pokolenie a będziemy znów w przestrzeni

kosmicznej.

Baley wsiadł do ekspresówki jadącej na północ. Wkrótce zobaczy

Jessie. Czy ona zrozumie? A ich syn, siedemnastoletni Bentley?

Gdy sam Ben będzie miał siedemnastoletniego syna, czy będzie w ja-

kimś nowym świecie budował lepsze życie?

Była to zatrważająca myśl. Baley wciąż jeszcze lękał się

otwartej przestrzeni. Nie uciekał jednak, walczył z tym lękiem. Była w tym

szczypta szaleństwa. Otwarta przestrzeń dziwnie go pociągała od

samego początku, od dnia gdy przechytrzył Daniela, kazał opuścić

dach pojazdu i wstał.

Nie rozumiał jeszcze wtedy wszystkiego. Daniel myślał, że to nie-

zdrowa ciekawość. Sam uważał, że to jego obowiązek, że mu to po-

może w wyjaśnieniu sprawy. Dopiero ostatniego wieczoru na

Solarii, gdy zerwał z okna zasłonę, uświadomił sobie, że przestrzeń jest

mu potrzebna, że go pociąga, obiecuje wolność.

Miliony Ziemian podzieliłyby pewnie to uczucie, gdyby podsunąć

im te myśl, pomóc zrobić pierwszy krok.

Rozejrzał się. Ekspresówka przyspieszała. W blasku sztucznego

światła przesuwały się wstecz bloki mieszkalne, połyskujące

reklamy i wystawy sklepów, fabryki, światła, hałas i ludzie, ludzie. Było

to wszystko, co kiedyś kochał, czego lękał się opuścić, za czym

tęsknił, jak mu się zdawało, na Solarii.

Wszystko to było mu obce. Nie mógł już znaleźć sobie miejsca.

Wyjechał, by wyjaśnić sprawę morderstwa i wrócił odmieniony.

Powiedział Minnimowi, że Miasta są łonem ludzkości - i tak było.

Co najpierw musi zrobić człowiek, by móc się stać człowiekiem?

Opuścić łono, gdy zaś raz je opuści, nie ma powrotu.

Baley opuścił Miasto i nie było już powrotu. Miasto nie było już

jego Miastem. Stalowe Jaskinie były mu obce. Tak musiało być. Tak

będzie i z innymi a wtedy Ziemia odrodzi się i sięgnie w przestrzeń.

Serce biło mu tak mocno, że prawie nie słyszał hałasu wokół

siebie.

Przypomniał sobie swój sen, śniony na Solarii. Zrozumiał go

wreszcie. Podniósł głowę. Mógłby przez całą tę stał i beton i ludzi

ponad sobą zobaczyć światło, wabiące ludzi w przestrzeń. Mógłby

widzieć, jak świeci nagie słońce!.

Koniec


Kniec


home | my bookshelf | | Nagie Słonce |     цвет текста   цвет фона   размер шрифта   сохранить книгу

Текст книги загружен, загружаются изображения



Оцените эту книгу